Piętno Midasa

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Jakubowi – mojemu Synowi

SPIS TREŚCI

OD AUTORKI

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

EPILOG 1

EPILOG 2

PLAYLISTA

OD AUTORKI

Przekazuję w Wasze ręce powieść, której pomysł narodził się w mojej głowie w lutym 2013 roku. Wówczas powstały pierwsze rozdziały tej historii. Potem wielokrotnie przerywałam pisanie i wracałam do tekstu, niczym do swędzącej rany, której nie można zostawić, chociaż wiadomo, że będzie bolało. Jedne historie powstają szybko, piszą się same, inne dojrzewają powoli i gnębią, przypominając, że jeśli coś się zaczęło, trzeba to skończyć.

Ta powieść to kolejna fabuła, która wyczerpała mnie emocjonalnie. Przeprowadziłam do niej pokaźny research, dziękuję moim policjantom (Dorci i Krzyśkowi) za pomoc merytoryczną, Sylwii za pomysł dotyczący dwóch alternatywnych zakończeń, a mojej córce Magdzie za świetną muzykę Meg Myers, dzięki której łatwiej mi się pisało dwa trudne epilogi.

Dziewczynom i nielicznym chłopakom z Sekty Agnes wielkie ukłony za wiarę i przekonanie, że dam radę.

Ponieważ biłam się z myślami, jak mam skończyć dwie historie – Jakuba i Midasa – za namową Sylwii przygotowałam dwa alternatywne zakończenia. Niech każdy z Was wybierze sobie to, które mu bardziej odpowiada.

Chyba nie muszę Wam pisać, które zakończenie jest mi bliższe? Tak, tak, wiem, mam zapędy szekspirowskie…

Życzę wam wielu emocji, łez, nerwów i nie przeklinajcie zbyt mocno autorki.

Bo przecież „książka musi powodować obrażenia”. Mam nadzieję, że „Piętno Midasa” spowoduje niejedno.

Agnieszka Lingas-Łoniewska

Karma to suka.

Midas

ROZDZIAŁ 1

Roberta Flack „Killing me softly”

Strumming my pain with his fingers

Singing my life with his words

Killing me softly with his song,

Killing me softly with his songs

Telling my whole life with his words

Killing me softly with his song[1]

Ciemnowłosy mężczyzna idzie alejką wśród zasypanych śniegiem grobów. W zmarzniętej dłoni ściska szklany znicz. Jego twarz przypomina maskę, usta ma mocno zaciśnięte, oczy patrzą przed siebie… Można by rzec, że w człowieku tym nie ma ani grama uczuć. Że to beznamiętna kukła, w której nie tli się już nic. Jednak, gdy podchodzi do jednego z grobów, coś się zmienia. Szczęka zaciska się jeszcze bardziej, a oczy… Oczy płoną blaskiem nienawiści, okrucieństwa i bezkresnego żalu. Ciemnowłosy pochyla się nad nagrobkiem, gładzi wyryty w granicie napis.

ONA.

ON.

Mężczyzna zapala znicz i stawia na nagrobku. Patrzy na pokrytą świeżym śniegiem płytę. I już nie wiadomo, czy to padający śnieg osadza się na jego pokrytych ciemnym zarostem policzkach i zamienia w przeźroczyste krople, czy z rozpalonych niebieskich oczu mężczyzny lecą łzy. Który teraz dopiero… przypomina żywą istotę. Człowieka, który wie, co znaczy cierpieć. I nienawidzić. I kochać.

Kontakt odebrałem tak jak zwykle. Kupiłem wtorkową „Gazetę Codzienną”. Tam, w dziale ogłoszeń drobnych, zamieszczona była informacja: Sprzedawca poszukiwany. Praca dwuzmianowa. Zadzwoń: 54585266. Wyciągnąłem jedną z kart prepaid, w które wcześniej się zaopatrzyłem, i wybrałem podany w ogłoszeniu numer. Usłyszałem krótką informację, zapamiętałem ją bez zapisywania. Zawsze bazowałem na mojej pamięci. To, co zapamiętane, istniało tylko w mojej głowie, nie miało szans wydostać się na zewnątrz i wpaść w niepowołane ręce.

Przygotowania nie zajęły mi dużo czasu. Zlecenie było banalne. Brat jednego ważniaka, od którego zależało, którędy pójdzie nitka autostrady. Nie interesowały mnie pobudki, liczyła się tylko terminowa wpłata. Gdy połowa wynagrodzenia znalazła się na moim koncie, wysłałem krótkiego SMS-a o nader wymownej treści: „Jutro”. Minimum przekazu to podstawa. To nie czas i miejsce na nadmierną retorykę. Wówczas otrzymałem resztę należności. Kolejna zasada: bierz kasę przed odpałem.

Nazajutrz zjadłem lekkie śniadanie, nie należało nadwerężać żołądka przed wykonaniem zadania, lepiej nie zostawiać po sobie jakichkolwiek śladów DNA.

Szczegółowo zaplanowałem każdy krok. Wiedziałem, co zrobię w kolejnych minutach najbliższej godziny. Mój cel miał w miarę dokładnie opracowany harmonogram dni tygodnia, dzisiaj biegał wzdłuż Odry. Nie było tutaj zbyt wielu spacerowiczów, gęsto padający śnieg skutecznie odstręczał od spacerów w pobliżu zamarzniętej rzeki. Poza tym o tej porze porządni obywatele pracowali, emeryci przesiadywali w przychodniach, dzieci były w szkołach, a młodzież włóczyła się po centrach handlowych. Zresztą nic nie pozostawiłem przypadkowi, odpowiednio wcześniej przeprowadziłem research, wszystko dokładnie sprawdziłem.

Tak więc byliśmy tylko my dwaj. Ja i on. W oddali dostrzegłem samotną postać z psem na smyczy, ale widoczność była zbyt mała, aby ktokolwiek mógł coś więcej powiedzieć na temat wyglądu dwóch mężczyzn biegnących naprzeciwko siebie. Gdy już zbliżałem się do niego, złapałem za pistolet ukryty pod termoaktywną bluzą.

– Andrzej Milewicz? – spytałem cicho, ale na tyle głośno, aby mnie usłyszał. Zerwał słuchawkę od ipoda z ucha i popatrzył na mnie zaniepokojony.

– Słucham?

– Andrzej Milewicz? – powtórzyłem cierpliwie.

– Znamy się?

– Jestem Midas. Teraz się znamy. Do widzenia.

Dwa strzały w głowę, jeden w serce. Tłumik wydał lekkie pyknięcia, czarne wrony okupujące pobliskie drzewo pozbawione liści nawet nie zareagowały. Objąłem szybkim spojrzeniem okolicę, postaci z psem już nie było. Cisza, spokój, słyszałem tylko miarowe bicie mojego serca. Schowałem broń i pobiegłem w dół, w stronę pobliskiego parku. Kolejny dzień pracy za mną. Teraz miałem trochę wolnego. Ile? Tego nie wiedziałem nigdy.

Jakub odebrał kolejne odbitki, których wywołanie zlecił w ulubionym zakładzie fotograficznym. Nie lubił sieciówek w centrach handlowych. Nad każdym zdjęciem spędzał odpowiednio dużo czasu, zbyt dużo, aby potem powierzyć taką wypieszczoną fotografię jakiemuś bedusznemu automatowi.

Pan Stefan prowadził zakład fotograficzny od czterdziestu lat. Tylko on potrafił każdemu ujęciu oddać trochę duszy i zostawić ślad minionej epoki. Jakub od lat zlecał mu wywoływanie swoich negatywów i nigdy się nie zawiódł.

Fotografowanie było jego pasją. Właściwie nie samo robienie zdjęć, ale zwiedzanie zamków, pałaców i ich uwiecznianie. Potem umieszczanie w specjalnie opisanych albumach, których miał już około dwudziestu. Wieczorami włączał płytę z cudownym głosem Roberty Flack, do szklanki z ciosanego szkła nalewał chivasa i oglądał fotografie – znaki miejsc, które odwiedził, w których czuł się swobodnie i choć przez chwilę mógł być sobą.

Jakub Rojalski dawno temu sięgnął dna. Własnej duszy, człowieczeństwa, pragnień, odczuć. Od tamtej pory na nowo budował swoje życie, pielęgnując każdą chwilę, każdy moment, kiedy zastanawiał się nad tym, czy będzie jeszcze potrafił odciąć się od przeszłości. Lecz podświadomie wiedział, że to właśnie przeszłość zadecydowała o jego obecnym życiu, o losie, przeznaczeniu. Jasne, sam był kreatorem tego ostatniego, ale to przeszłość zaprojektowała jego przyszłość. Pogodził się z tym, lecz nie z wydarzeniami sprzed lat. One tkwiły w nim głęboko, codziennie zaznaczając swoją obecność. Bo czasami zdarzy się coś, o czym niełatwo zapomnieć, ba! czego zapomnieć się nie da, nie można tego zrobić, jest to niemożliwe. Teraz Jakub miał czterdzieści trzy lata, od dwudziestu był sam, a jednak ciągle coś mu towarzyszyło. Widmo przeszłości? Na pewno też. Lecz także przeświadczenie, że to jeszcze nie koniec. Tak jakby tkwił w oczekiwaniu na coś potężnego, co miało dopiero nastąpić.

 

Musiał mieć taką nadzieję, bo bez tego mógłby już zakończyć swoje życie. Bo po co dalej męczyć się na tym łez padole? – jakby powiedziała pani Janina, sąsiadka z parteru.

Odkąd tu zamieszkał, czyli od jakichś pięciu lat, przyjaźnił się z tą starszą panią. Gdy wrócił do kraju, przyjechał do miasta, w którym się urodził i w którym wszystko się zaczęło. Ponieważ był w nim ktoś, względem kogo Jakub czuł się ciągle zobowiązany.

Zamieszkał na Sołtysowicach, w zwykłym czteropiętrowym bloku, i od razu znalazł wspólny język z Janiną. Była samotna, tak samo jak on. Miała wprawdzie córkę, ale ta wyjechała do USA i przyjeżdżała raz na pięć lat. Czyli tak, jakby wcale, biorąc pod uwagę, że jej matka kończyła wkrótce siedemdziesiąt lat. Dla człowieka w tym wieku tydzień to jakby dekada. Jakub pomagał Janinie, spędzali razem święta i byli sobie bardzo bliscy. Sam bardzo wcześnie stracił matkę, o ojcu nawet nie wspominał. Sąsiadka dawała mu namiastkę rodziny, której przecież nigdy nie miał. Tak naprawdę zawsze był sam. Kiedyś… dawno temu… Nie, to nie czas na takie wspomnienia.

Dzisiaj obiecał zawieźć starszą panią do lekarza, ostatnio narzekała na kolana, ciężko jej było nawet schodzić po schodach. Dlatego zaproponował podwiezienie. I tak na popołudnie niczego nie planował.

Gdy wracali od lekarza, podjechali jeszcze do Biedronki i Kuba zrobił tam dla sąsiadki zakupy.

– Jakubie, dziękuję ci. Jesteś bardzo dobrym człowiekiem. – Pani Janina zawsze zwracała się do niego pełnym imieniem.

Jego twarz czasami zasępiała się, przybierała taki twardy, nieprzystępny wyraz, że nie potrafiła do niego mówić zdrobniale. A przecież znała go już tak długo. Wiedziała, że pracuje w domu, że zajmuje się fotografią, nie sądziła, aby dużo na takich zleceniach zarabiał, ale nie wyglądało, że czegoś mu brakuje. Często zastanawiała się, dlaczego tak przystojny i inteligentny mężczyzna jest sam. Kiedyś nawet próbowała go o to zapytać, ale zgrabnie zmienił temat i już nigdy nie ponowiła tej próby. Coś lub ktoś skrzywdził go dawno temu albo był inny powód, ale Janina wolała nie pytać, aby nie uznał ją za wścibską starą babę. Zależało jej na przyjaźni z tym często milczącym sąsiadem i tylko przed sobą przyznawała się, że traktuje go jak syna.

– Na kiedy masz termin tych zabiegów? – spytał Jakub, ruszając ze sklepowego parkingu.

– W przyszłym miesiącu. I tak udało się w miarę szybko, bo ktoś zrezygnował… – Starsza pani westchnęła.

– Powiedziałem ci, że zapłacę za prywatne zabiegi. Miałabyś je już jutro.

– Jakubie, a z czego bym ci oddała?

– Nie musisz mi oddawać.

– Na to nigdy nie pozwolę! – Janina energicznie pokręciła głową. – Zresztą tobie też się nie przelewa. Poczekam ten miesiąc, nie umrę. – Uśmiechnęła się.

– Nie waż się – mruknął Jakub, parkując nieopodal ich czteropiętrowego bloku. Dostrzegł ciężarówkę z napisem „Przeprowadzki”.

– To do nas? – Starsza pani patrzyła zaciekawiona.

– Na to wygląda.

Gdy podeszli bliżej, zobaczyli pracowników w kombinezonach wnoszących meble na piętro. Jakub odprowadził sąsiadkę do mieszkania i poszedł na górę. Na jego piętrze drzwi naprzeciwko stały otworem i wszystko wskazywało na to, że będzie miał nowych sąsiadów. Pomyślał, że nawet nie zauważył, że ktoś się stamtąd wyprowadził. Faktycznie, długo nikogo nie widział, ale że nigdy – albo prawie nigdy – nie interesowało go życie innych, nie zwracał na to większej uwagi.

Nagle doszedł do niego męski krzyk:

– Uważaj, kurwa!

Za chwilę usłyszał odgłos tłuczonego szkła, a chwilę potem trzask, jaki wydaje policzek w zderzeniu z dłonią. Gdy otwierał drzwi, dostrzegł zwalistego łysego mężczyznę, podciągającego opadające spodnie, wiszące pod opasłym brzuchem, i szczupłą blondynkę, która z zaczerwienioną twarzą przemierzała pośpiesznie przedpokój, trzymając w rękach szufelkę i zmiotkę. Przez ułamek sekundy ich spojrzenia się skrzyżowały i to, co Jakub ujrzał w jej wzroku, sprawiło, że czym prędzej otworzył drzwi i zniknął w czeluściach swojego mieszkania.

– Niedobrze, bardzo niedobrze – szepnął, a dłonie zacisnął w pięści tak mocno, iż miał wrażenie, że zaraz popękają mu knykcie.

W nocy długo nie mógł zasnąć, a gdy w końcu to zrobił… znowu miał ten sen, co zwykle.

Mężczyzna wybiega z odrapanej bramy, pomalowanej czerwoną farbą w sprayu.


HWDP.

Tylko Śląsk.

Bura ciągnie.

Jebać czarnych!

Nie zwraca uwagi na chcących go przywitać dresiarzy, których zna od dziecka. Biegnie. Wie, że musi zdążyć. Nie może pozwolić, aby oni tam wsiedli. Gdy przemierza podwórko, gdy już dostrzega wylot na ulicę, dobiega go odgłos odpalanego silnika. I kiedy zdyszany wbiega na ulicę, podmuch wybuchu jest tak silny, że pęd powietrza wbija go z powrotem w ciemną czeluść tunelu prowadzącego do podwórka-studni, z którego właśnie wybiegł. Przewraca się, czuje uderzenie w lewe biodro, nie zdaje sobie sprawy, że wbił mu się tam kawałek metalu. Z niczego nie zdaje sobie sprawy. Wie tylko, że… jego życie właśnie się skończyło.

Przez długi czas nie widział nowych sąsiadów. Zdążył się zorientować, że para mieszka sama, nie dostrzegł ani dzieci, ani innych osób wychodzących z mieszkania. Facet miał chyba swój własny biznes, często wychodził o dziwnych godzinach, jeździł czarną beemką, często też pojawiał się z podejrzanie wyglądającymi typkami, którzy mieli na twarzy wypisane wiele, ale na pewno nie inteligencję. Za to ta kobieta… Zupełnie nie rozumiał, co taka dziewczyna robiła z takim mężczyzną. Często słyszał krzyki. Najczęściej wieczorami, kiedy wszyscy w bloku zasiadali przed swoimi telewizorami, śledząc losy bohaterów seriali, w których wszystko było takie proste, oczywiste i przewidywalne. I wówczas się zaczynało. Jakieś stuki, szurania i krzyki. Słyszał tylko jego. Jak grubym głosem, często zachrypniętym wyzywał ją.


Ty głupia szmato!

Chodź tutaj!

A co ja ci, kurwa, kazałem?


Potem rozlegały się trzaski, jakby ktoś czymś rzucał, po czym zalegała cisza. Kiedyś, siedząc w łazience, usłyszał cichy szloch. Jego łazienka sąsiadowała z tym samym pomieszczeniem w mieszkaniu naprzeciwko. Domyślał się, że ten spaślak urządza sobie prywatny sparing z własną kobietą. Czy żoną. Nieistotne. Jakub nie chciał się tym przejmować. Nie chciał o tym myśleć. I był zły, tak cholernie zły, że ci ludzie się tutaj sprowadzili. A jednocześnie… miał ochotę zrobić coś, na co absolutnie nie mógł sobie pozwolić. Bo przeżył wiele, widział jeszcze więcej, ale nigdy w życiu nie podniósł dłoni na kobietę. Nigdy. Ani w tym życiu, ani… w tamtym.

A teraz po raz pierwszy w swojej nowej egzystencji miał ochotę złamać wszelkie zasady, którymi się kierował, i w sposób oczywisty przekazać swojemu nowemu sąsiadowi, co myśli o gównianych damskich bokserach. Lecz wiedział, że w żadnym wypadku nie będzie mógł tego zrobić. To byłoby nie tylko złamaniem zasad, których przestrzegał z pedantyczną dokładnością. To mogłoby po prostu stać się bardzo… niebezpieczne. Dlatego, gdy grubas z naprzeciwka zaczynał rzucać Anką (Anka, kurwa, piwo miałaś kupić!) po ścianach, Jakub wyciągał ipoda, zakładał słuchawki na uszy i włączał muzykę Hansa Zimmera, starając się nie myśleć o tym, co działo się za ścianą.

Inspektor Karolina Linde skończyła odprawę swojego zespołu, teraz huśtała się swoim zwyczajem na skrzypiącym krześle i oglądała zdjęcia z ostatniego morderstwa. Ofiarą padł niejaki Andrzej Milewicz, biznesmen, a także brat jednego z ministrów. Dlatego tej sprawie nadano najwyższy priorytet.

– Komendant urwie nam dupy, jeśli mu czegoś nie damy. Bo jego dupa też jest zagrożona – powiedziała, patrząc na swoich ludzi.

– Przecież wiadomo, dlaczego go odpalili. – Komisarz Rafał Czarnowski siedział przy biurku i wpatrywał się w swoją szefową. – Nie liczmy na jakiekolwiek ślady. Jeśli to był Midas, możemy zapomnieć o karabinach.

– Tego jeszcze nie wiemy – mruknęła Karolina, czując narastającą irytację.

– Stary się boi, że go wyślą na jakąś zasraną prowincję… – Andrzej Czarnowski nie odrywał wzroku od komputera, na którym pisał raport z ostatniej sprawy.

Był starszym bratem Rafała, pracowali w Policji od piętnastu lat, a od pięciu byli w jednej sekcji. Pod inspektor Linde. A Rafał to nawet w pełnym tego słowa znaczeniu.

– Nie gdybajcie, tylko bierzcie się do roboty – warknęła Linde, rzucając na biurko młodszego Czarnowskiego raport z sekcji. – Nie mamy czasu. Jadę do domu, jutro od rana widzę was w firmie!

– Odwieźć cię? – Rafał zerwał się jak oparzony.

– Nie.

– Karola, daj spokój – powiedział cicho, zerkając na brata, który udawał, że jest bardzo zajęty czymś w swoim komputerze.

– Powiedziałam: nie. – Karolina złapała torebkę i skórzaną kurtkę, po czym ruszyła w stronę drzwi.

Rafał siedział przez chwilę nieruchomo, nagle zerwał się, zgarnął z biurka raport i wybiegł za ciemnowłosą kobietą.

Andrzej przez chwilę wpatrywał się w drzwi. Westchnął, pokręcił głową i odchylił się na krześle, obserwując parking przed firmą. No tak. Mógł się tego spodziewać. Rafał biegł za Karoliną, wyprzedził ją, szedł tyłem, coś do niej mówiąc i śmiejąc się tym swoim zawadiackim uśmiechem. Chyba musiał powiedzieć coś naprawdę zabawnego, bo ich szefowa w końcu odrzuciła głowę do tyłu i wybuchnęła głośnym śmiechem. Wówczas Rafał objął ją i poprowadził w stronę swojego auta. Tak… Andrzej zamyślił się. Jego młodszy brat miał świetne poczucie humoru. Babki to uwielbiały. Szalały za tym. Tak samo jak Iwona. Żona Rafała.

[1] Brzdąkając palcami, uderzał w mój ból.

Śpiewając o moim życiu jego słowami.

Zabijając mnie powoli swoją piosenką.

Zabijając mnie powoli swoją piosenką.

Opowiadał całe moje życie

Własnymi słowami.

Zabijając mnie powoli swoją piosenką.

Roberta Flack, album „Killing me softly”, 1973 r.

ROZDZIAŁ 2

Varius Manx „Zabij mnie”

W powietrzu zawisł mętny mrok.

Zamyślam się po samo dno,

A żadna myśl nie cieszy mnie,

Znów czarno-biało robi się.

Tęsknota to jest takie zło,

Co atakuje z czterech stron,

Zabiera wszystko to, co mam,

Nie daje szans[1].

Jakub wracał z obiadu, na który raz w miesiącu jeździł do ulubionej restauracji w rynku. Najczęściej jadał w domu, czasami u Janiny, ale raz w miesiącu stołował się w tej właśnie knajpie. Obiad tam był nie tylko ważnym posiłkiem, stanowił także swego rodzaju obrządek, któremu musiał się poddać.

Dziś ponownie spotykał się z pewnym mężczyzną, którego przez wiele lat nie miał okazji zobaczyć na własne oczy. Wcześniej tylko o nim słyszał, jedynie dostawał od niego informacje, pomimo że pracował dla niego od momentu, gdy skończył piętnaście lat. Jeśli te początki można nazwać pracą. Raczej się uczył, pod jego opieką, skrzydłami. Grabarz był jego mentorem, jego wskazówką, pytaniem i odpowiedzią na wszystko, co trapiło młodego, skażonego przez świat i ludzi chłopca. Jednak zanim dopuszczono go przed jego oblicze, upłynęło trochę czasu. Wcześniej spotykał się tylko z jego współpracownikiem, prawą ręką, o zupełnie nieadekwatnej ksywce Wolny. Bo wcale wolny nie był. Teraz dla obu mężczyzn comiesięczne spotkania były formą nie tylko współpracy, ale także znakiem najwyższego zaufania i przyjaźni. Czasami nie mówili nic, tylko jedli w milczeniu, innym razem rozmawiali na neutralne tematy, nigdy nie poruszając niczego, co mogłoby kogokolwiek zaniepokoić. Bądź zostawić jakiś ślad. Tego należało się wystrzegać. Zostawianie śladów było bardzo… było złe. Jakub o tym wiedział i nigdy nie pozwalał sobie na fuszerkę. Poza tym Grabarz był dla niego ojcem. Prawdziwym. Jedynym.

 

Po obiedzie pojechał prosto do osiedlowej apteki, bo Janina prosiła go, aby wykupił jej leki. Oczywiście dała mu pieniądze, on jak zwykle się wzbraniał, ale starsza pani nawet nie chciała słyszeć o jakiejkolwiek darowiźnie. Jakub pomagał jej w inny sposób. To wykupił jakieś witaminy, to syrop, tłumacząc potem, że w aptece była promocja i wszystko kosztowało jedynie złotówkę. Czasami Janina dawała się nabrać, a czasami… obydwoje wiedzieli, jak jest naprawdę, ale w końcu kobieta zgadzała się na takie… dodatkowe zakupy.

Gdy tylko wszedł do apteki, miał wrażenie, że ktoś mu się przypatruje. Stanął w ogonku, starannie obserwując wszystkich kolejkowiczów. Nie dostrzegł nikogo podejrzanego – dwóch emerytów, młody chłopak i matka z dzieckiem. Jednak gdy zbliżył się do kasy, już wiedział, skąd to dziwne uczucie, które nie opuszczało go od momentu wejścia do pomieszczenia. Gdy znalazł się na wysokości okienka, rzucił okiem na plakietkę na jej fartuchu. Anna Szymańska. Magister farmacji.

Teraz… już nic z tego nie rozumiał. Podał receptę, patrząc na twarz swojej nowej sąsiadki. Dostrzegł umiejętnie zapudrowany siniak na brodzie. Zbyt wiele w życiu widział, aby nie poznać efektów mocnego strzału w szczękę. Zacisnął dłonie w pięści i nie spuszczał wzroku ze szczupłej postaci, która teraz starała się unikać kontaktu wzrokowego. Podała mu leki, zapisała dawkowanie i wówczas dopiero spojrzała na niego.

Boże…

Miała takie piękne i smutne oczy. Niebieskie, wręcz lazurowe. I przepełnione bezbrzeżnym smutkiem, żalem, który wylewał się z tych cudownych tęczówek, który zdawał się dotykać najczulszych strun w jego sercu, co przecież było zupełnie nierealne. A jednak się zdarzyło i teraz zupełnie nie wiedział, co ma dalej robić i jak to sobie wytłumaczyć. Zapłacił, zgarnął resztę, wymamrotał pożegnanie i poszedł do samochodu. Tam uruchomił silnik i siedział w ciszy, wpatrując się w szczupłą postać w aptece, która obsługiwała kolejnych klientów. Jak to możliwe, żeby taka kobieta była z takim sadystycznym gnojem? Jasny gwint! Co go to w ogóle obchodziło? Nie mogło go to obchodzić! Nie miało prawa! Miał czterdzieści trzy lata. Od dwudziestu był sam. Nie licząc krótkich spotkań z kobietami dla zachowania zdrowia fizycznego. Nawet nie wiedziały, z kim sypiały. Zawsze znikał bezszelestnie, płacąc z nawiązką. Nie lubił zostawiać niedokończonych spraw i tak samo nie chciał robić sobie niepotrzebnych wrogów. A teraz… Och, Boże… Pojawił się ten opasły gnój i jedyne, na co miał ochotę, to wyciągnąć swojego smitha&wessona i odstrzelić mu ten pierdolony łeb.

Anna wracała do domu, gdy było już po dwudziestej drugiej. Aptekę zamykała o dwudziestej, ale zanim wszystko rozliczyła, sprawdziła, zrobiła konspekt zamówień na następny dzień, zostawiając wszystko w sejfie dla szefowej, zrobiło się późno. Zresztą nie śpieszyła się do domu. Do domu! Jak to brzmiało! Do tego mieszkania, tak, już lepiej. Nie mogła zrozumieć, jak dała się wmanewrować w taki układ. Chory układ bez przyszłości.

Mariusza poznała, gdy miała szesnaście lat. Cztery lata starszy, wysoki, dobrze zbudowany, już wtedy miał samochód, szastał forsą. Ona mieszkała w dwóch pokojach z rodzicami i trzema braćmi. Ojciec pił, matka pracowała w szpitalu jako położna. Żyli z tego, co zarobiła w szpitalu i z lewizny, którą dostawała za obecność i opiekę nad rodzącą. Bracia dość szybko się usamodzielnili, to znaczy zaczęli ostro mieszać na dzielni, jak to nazywali. Gdy Wojtek przyprowadził kumpla, wiedziała, że to będzie jej pierwszy facet. I był. Straciła z nim dziewictwo niedługo przed siedemnastymi urodzinami na tylnym siedzeniu jego czarnej audicy.

Wojtek coraz mocniej wchodził w złudny świat nielegalnych interesów i szybkiej kasy. Młodszy się zaćpał. Ojciec nadal chlał na umór i któregoś letniego wieczoru próbował zadusić matkę. Potem uciekł i rzucił się pod pociąg. Wówczas Mariusz był przy niej, chociaż już wtedy musiała uważać na jego zbyt szybkie ręce. Łatwo wpadał w złość i w takich chwilach wolała schodzić mu z drogi.

Gdy zdała maturę, oświadczył się. Nie wiedziała… naprawdę nie wiedziała, co robić. Chyba go nie kochała. Ale chciała normalnego życia, chciała studiować. A on miał kasę. Naprawdę dużo kasy. Otworzył wówczas dwa warsztaty samochodowe, potem hurtownię opon. A także stację kontroli pojazdów. Miał łeb do interesów. Poza tym znał odpowiednich ludzi i podejrzewała, że wielu jego kumpli miało już niejedno na sumieniu. Ale ciągle się zastanawiała. Wówczas przyjechał do jej matki, powiedział, że opłaci jej studia, że ma małe mieszkanie, że ją kocha i będzie się nią opiekował. Matka błagała ją, aby przyjęła te oświadczyny. „Nie masz czego szukać. On ci da przyszłość, zabezpieczy cię finansowo. Sama wiesz, jak jest” – przekonywała.

Wiedziała… Dostała się na farmację i w grudniu tego samego roku wyszła za mąż za Mariusza. Uczyła się, była nawet przez moment szczęśliwa. Ale na trzecim roku zaszła w ciążę. Nie cieszył się, był wściekły. A gdy poroniła, kupił jej złotą bransoletkę. „Nie czas teraz na bachora, zrobimy sobie drugiego, nie rycz!” – przywołał ją do porządku.

Za to ona modliła się, aby okres studiów minął jak najszybciej, chciała wówczas go zostawić, wyjechać gdzieś, wiedziała, że znajdzie sobie pracę. Wierzyła, że sobie poradzi. I wtedy… jej brat, Wojtek, którego naprawdę kochała… wziął udział w napadzie na konwój. Zastrzelił strażnika. Złapali go, nie chciał wsypać mocodawców, został skazany na piętnaście lat więzienia.

Gdy oznajmiła Mariuszowi, że chce rozwodu, ten najpierw uświadomił ją, że to dzięki jego kontaktom i pieniądzom jej braciszek jeszcze dycha, a potem pobił ją tak, że przez miesiąc leżała w domu, leczona przez lekarza, którego przyprowadził małżonek. Lekarza, który brał takie pieniądze za domowe wizyty, że przez głowę mu nie przeszło, aby gdziekolwiek zgłaszać przemoc domową.

Od tej pory wiedziała, że pieniądze to władza, moc. Szanowała je, oszczędzała, ukrywała przez Mariuszem, mając nadzieję, że kiedyś nadejdzie ten moment, kiedy Wojtek zakończy swoją karę i ona wówczas będzie mogła uwolnić się od swojego oprawcy, zabrać torebkę, oszczędności i zniknąć z miasta. Uciec. W końcu zacząć żyć.

Jednak od momentu, gdy Mariusz kupił większe mieszkanie w tym starym bloku, od chwili, gdy ujrzała tego mężczyznę w mieszkaniu naprzeciwko… coś się zmieniło. A dzisiaj zobaczyła go w aptece. Najpierw poczuła olbrzymią radość, szczerą i prostą, taką, jakiej nie czuła od lat. Jakby nagle zaświeciło słońce, inaczej nie potrafiła nazwać tego, co działo się w jej głowie, gdy tylko go widziała. Coś było w tym mężczyźnie, nie potrafiła tego określić, zrozumieć, ale czuła, że przy nim mogłaby być bezpieczna, chociaż przez chwilę, przez małą chwilę poczuć tę swobodę, odetchnąć pełną piersią i na sekundę przestać się bać. Gdy na nią spojrzał, dostrzegła w jego wzroku nieme pytanie. Bardzo się speszyła. Było jej wstyd. Wiedziała, o co chciał zapytać. Domyślała się, że niejednokrotnie słyszał, jak płakała ukradkiem w łazience. Może nawet słyszał, jak Mariusz rzucał nią, jak ją bił, może nawet jak gwałcił?

Nie mogła o tym myśleć. Wytarła płynące po policzku łzy i weszła do bramy. Widziała, że czarne auto męża stoi zaparkowane na miejscu dla niepełnosprawnych. Miała nadzieję, że dzisiaj uda się jej w spokoju zjeść późną kolację i położyć do łóżka.

Jakub rozłożył nowe fotografie zamku Książ, które zrobił w ubiegłym tygodniu. Starannie wklejał je do albumu, opisywał, umieszczał daty. W mieszkaniu było cicho, grała tylko delikatna muzyka. Wtem z klatki schodowej doszedł go jakiś hałas. Domyślił się, że to do nowych sąsiadów, a raczej sąsiada, przyjechali koledzy. Typowe karki, stali bywalcy siłowni, których mózgi raczej nie skalały się myśleniem. Ten facet, Mariusz (słyszał, jak koledzy wołali: Mario, kurwa, czekamy na ciebie!) nie wyglądał na takiego debila, raczej był typem cwaniaczka, przekonanego, że wszyscy są idiotami, a on został stworzony do wyższych celów.

Nagle usłyszał płacz. Drgnął, siłą trzymając się blatu, aby nie pobiec, aby nie widzieć, aby…

– Gości mamy! Po co ci te studia były, jak jesteś taka głupia!

Drzwi trzasnęły i teraz dobiegały go tylko stłumione głosy, śmiech, za chwilę rozległa się muzyka, której dudnienie było słychać chyba w całym bloku.

Jakub zamknął oczy i próbował usunąć sprzed nich obraz kobiety o niebieskim spojrzeniu, które pałało żalem i wstydem, i czymś jeszcze, czego nie chciał zdefiniować.

– To nie twoja sprawa – wycedził przez zęby, założył słuchawki od iPoda i zamknął się w swoim świecie, do którego nie zamierzał nikogo wpuścić.

Kolejne zlecenie wymagało ode mnie kilkudniowego wyjazdu na drugi koniec Polski. Nie lubiłem tego, byłem raczej domatorem, który najchętniej uprawiałby home office. No tak, ale nie w każdej profesji jest to możliwe. W mojej na pewno nie. Z drugiej strony zawsze lubiłem Mazury. Gdy przez krótki czas mieszkałem w Warszawie, często ze znajomymi jeździliśmy na weekendy do Mikołajek i balowaliśmy za nasz łatwy szmal.

Znajomi. O tak, miałem ich kilku. Przyjaciele? Nie, tych nie posiadałem. To było jeszcze zanim… zanim się zakochałem. Skąd w ogóle te myśli? Przecież starałem się trzymać wspomnienia głęboko ukryte i nie dopuszczać do wycieczek w przeszłość. Rozpamiętywanie przeszłości mogło mi tylko zaszkodzić, musiałem być skupiony. Zdarzyło się i koniec.

Tak więc zlecenie należało raczej do prostszych. Właściciel hurtowni mięsnej trochę podpadł Litwińcom. Jakieś nieoddane długi, jakiś przegrany przetarg, za wygranie którego wziął w łapę. Co mnie to obchodziło w sumie? Niestety, miałem głupi nawyk sprawdzania zasadności zlecenia. Pomagał mi w tym kolejny znajomy z Gdańska, z którym łączyło mnie coś na kształt ograniczonego zaufania. W tej branży nie było miejsca na bezkresną przyjaźń i równie głębokie zaufanie. Ja o tym wiedziałem, on też, i może dlatego działaliśmy razem tak długo.