Molly

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4

Powiedz mi, czemu kiedy jesteś tutaj obok,

każdy alkohol lepiej mi smakuje z tobą.

Widzę, że lubisz, kiedy wciąż pachnę marlboro,

a to, że palę, to zaleta, a nie kłopot,

Ty wiesz, że ciebie mi mało wciąż,

chcesz, bym cię szarpał całą noc,

a przed nami jeszcze długa droga.

White 2115, Noc

Czekałam na Wiktora i zastanawiałam się, czy w ogóle wiedziałam, co robię. Ale jednocześnie czułam coś dziwnego. Jakieś niesamowite podekscytowanie, niecierpliwość, czułam je wszędzie, a najbardziej w żołądku. Zupełnie tego nie rozumiałam, zawsze podchodziłam do wszystkiego na zimno, realistycznie oceniając wszelkie za i przeciw. Ale przy tym facecie było inaczej i wiedziałam to od momentu, kiedy nasze spojrzenia skrzyżowały się wczoraj w Fantomie. Najpierw moje fantazje o nim, gdy podczas tańca wyobrażałam sobie, że do mnie podchodzi, jak wygląda z bliska, jak pachnie. Nigdy tak nie myślałam o żadnym mężczyźnie. Potem nasze rozmowy, pełne podtekstów, i to, co wydarzyło się pod gwiazdami. To było dla mnie coś nowego, bo nie robiłam takich rzeczy, ale z nim… Po prostu chciałam. I tak ponętnie wyglądał, zmieszany, zaskoczony, ale niesamowicie nakręcony. To mnie też bardzo podniecało. Ale potem, gdy widziałam w jego spojrzeniu coś na kształt zachwytu, zainteresowania, pragnienia… To było cudowne. Wzbraniałam się przed pójściem na całość, bo przecież to była tylko przygoda, zabawa, igranie z grzecznym, ułożonym facetem. Molly lubiła się bawić, prawda? I to właśnie robiła. A jednak miałam się z nim dzisiaj spotkać i cholernie się z tego powodu cieszyłam. Co nie zdarzało się w moim życiu zbyt często. Małe radości, duża fascynacja. Co się właściwie działo?

Zanim zaczęłam to bardziej analizować, do mojego pokoju wszedł wystrojony Robson. Ubrany w czarne dżinsy, jasny T-shirt i ciężkie motocyklowe buty wyglądał jak bad boy z filmu o gangu motocyklowym. W ręku trzymał telefon i czarne lustrzane ray-bany.

– Spadam, mała. Umówiłem się z Alicją.

– Gdzie idziecie?

– Na grilla z jej znajomymi. – Robson błysnął białym uśmiechem.

– Masz zamiar pokazać im swoją lepszą stronę?

– Mam zamiar pokazać, jak to jest nie być lekarzem.

Alicja robiła specjalizację z pediatrii, pracowała w szpitalu i była jedynaczką. Śliczna blondynka z dużymi, pełnymi ustami jak Angelina Jolie. Spokojna, wyciszona, stanowiła kompletne przeciwieństwo Robsona. Spotkałyśmy się kilka razy i zawsze była dla mnie bardzo miła. Ala to taka dobra dusza, całkowicie oddana swojej pracy – kochała dzieci, miała dla nich wiele serca. Widziałam, że Robson zaczynał powoli na jej punkcie wariować, to dobrze wróżyło. Temu postrzeleńcowi potrzebna była właśnie taka dziewczyna, ułożona, z życiowym celem, żeby nie powiedzieć misją. To, że zbliżyli się do siebie, zakrawało na cud. Ja nie wierzyłam w cuda. Ale spotykali się od dwóch miesięcy i wyglądało na to, że dziewczyna zabujała się w moim najlepszym przyjacielu. Co on czuł, tego dokładnie nie wiedziałam. Aczkolwiek jego „chcę z nią spróbować” mogło świadczyć o tym, że faktycznie myślał o tym związku poważnie.

– Bawcie się dobrze. I mam prośbę.

– Jaką? – Robert spojrzał na mnie uważnie.

– Nie bij nikogo.

– Okej, postaram się. Ale jak coś, to nie bój nic. Opieka lekarska będzie na miejscu.

Pochylił się nade mną i pocałował mnie w czoło.

– To jest pocieszające. – Pokiwałam głową.

– A ty uważaj. I napisz mi wiadomość, jak wrócisz, żebym nie musiał się martwić.

– Dobrze, starszy bracie.

– Po coś mnie masz. – Robert żartobliwie poczochrał mi włosy i posłał szeroki uśmiech. Czasami był taki wspaniały, wesoły, oddany. Ale często wpadał w swoje ponure nastroje i wtedy niewiele zostawało z jego samokontroli.

Kiedy wyszedł, poczułam ukłucie gdzieś w środku. Pamiętam, jak byłam w nim zakochana. I pamiętam, jak mnie zdradził. Przespał się z moją koleżanką, cholerną Mariettą, z którą chodziłam do szkoły, a on – do klasy. Często też włóczyliśmy się razem po mieście. Marietta uwielbiała Robsona. Ja miałam piętnaście lat i byłam w nim zakochana do szaleństwa. Dlatego poszliśmy do łóżka, z mojej inicjatywy. Byliśmy dzieciakami, znaliśmy się od zawsze, on był moją opoką, moją tarczą. I wtedy… ja wszystko spieprzyłam. Straciłam z nim dziewictwo, a on zaraz potem zaczął na moich oczach spotykać się i sypiać z innymi laskami. Nie rozumiałam tego. Zranił mnie, ale wciąż przy mnie trwał, chronił, a potem czekał na mnie. Moja miłość nie słabła, a kiedy pojawił się Baron, miałam nadzieję, że pomoże mi się odkochać. Bzdura, wcale to tak nie działało. Kiedy Baron poszedł się spełniać jako ojciec, ja wciąż czułam coś do Robsona, a mimo to, gdy skończyłam osiemnaście lat, wprowadziłam się do niego. Dopiero mniej więcej rok temu zrozumiałam, że to minęło. Że to cudowne pierwsze zauroczenie zniknęło i teraz mogę wziąć głęboki oddech, moje odbicie w lustrze spojrzy na mnie bez żalu i tęsknoty w oczach. Czasami jeszcze czułam lekkie ukłucie niespełnienia. Że to mogło potoczyć się zupełnie inaczej. Że coś przeoczyliśmy. Lecz widocznie tak musiało być. Może i dobrze, bo nikt nie miał takiego wspaniałego kumpla jak ja.

A teraz czułam znowu to dziwne duszenie gdzieś w środku, i to przy facecie, którego znałam od doby. Było to niesamowite przyciąganie i coś jakby déjà vu. Ale nie zamierzałam się tym dłużej zajmować. Bo oto zobaczyłam przez okno, że na Łaciarską wjechał właśnie zielony mustang i zaparkował nieopodal śmietników, włączywszy wcześniej światła awaryjne. Nie było tutaj łatwo gdziekolwiek się zatrzymać, pewnie zaraz ktoś zmusi go do odjechania. Złapałam worek z uśmiechniętym kotem, wsunęłam klapki, zgarnęłam telefon i klucze i po chwili byłam już na dole. Kiedy Wiktor mnie zobaczył, wysiadł z samochodu i szarmancko otworzył mi drzwi od strony pasażera. Ubrany był w lnianą koszulę, jasne bermudy, na stopach miał zamszowe mokasyny. Na nosie – ciemne lotnicze okulary. Wyglądał smakowicie.

– A myślałam, że to ja poprowadzę – powiedziałam na przywitanie, kiedy już zajął miejsce za kierownicą i ruszył, klucząc uliczkami wokół rynku.

– Wczoraj sobie pojeździłaś – powiedział poważnie, ale widziałam, jak drży mu kącik ust. – Gdzie mam jechać?

– Do Jelcza. Nad jezioro. – Uśmiechnęłam się.

Zerknął na mnie, ale nastawił nawigację i powoli opuszczaliśmy miasto, kierując się w stronę podmiejskiego jeziora.

– Masz kąpielówki? – spytałam, kiedy mijaliśmy Wojnów.

– Mam. I kilka innych rzeczy. A ty? – Spojrzał na mnie szybko.

– Mam siebie. To wystarczy.

– No tak, zupełnie nie wiem, po co pytałem. – Pokręcił głową.

– Można tu się połączyć z telefonem?

– Można – Podał mi kabelek USB. – A co chcesz zrobić?

– Puścić swoją muzę.

– Proszę, rozgość się. – Westchnął.

Podłączyłam swój telefon i po chwili w samochodzie rozległ się głośny bit. Wiktor uśmiechnął się, ale nie skomentował. No tak, to zupełnie nie jego klimat. I dobrze, właśnie o to chodziło. Wyjechaliśmy z Wrocławia i zmierzaliśmy drogą w stronę Jelcza-Laskowic.

– Czy oni muszą tak przeklinać? – spytał Wiktor, kiedy już dojeżdżaliśmy do Jelcza.

– Też wczoraj przeklinałeś – przypomniałam mu z wyzywającym uśmiechem.

– Nie potrafisz poskromić języka, co?

– Jeśli mnie poskromisz, dostaniesz nagrodę.

– To brzmi jak wyzwanie. Uważaj, czego sobie życzysz.

– Uważaj, o czym marzysz – odparłam błyskawicznie.

– Czy jest ktoś, kto potrafi cię przegadać? – Wydawało mi się, że usłyszałam w jego głosie zmęczenie.

– Może Robson, ale rzadko.

– No właśnie, a ten…

– Tutaj skręcaj! – krzyknęłam, łapiąc go za prawą rękę.

Wiktor nacisnął sprzęgło, hamulec, zredukował bieg i zarzucając tyłem mustanga, skręcił w leśną ścieżkę.

– Może mów mi wcześniej. – Zwolnił znacznie, bo droga była nierówna.

– Sprawdzałam, czy masz refleks.

– A czemu tutaj?

– Bo zaszyjemy się w szuwarach. Będzie mniej ludzi. – Uśmiechnęłam się szeroko.

– Masz jakieś niecne zamiary wobec mnie? – Widziałam, że uniósł brew.

– Oczywiście. Nieustannie.

Zaparkowaliśmy między drzewami, wysiadłam i pobiegłam w stronę jeziora. Rzuciłam worek i zdjęłam sukienkę. Wiktor szedł w moją stronę, trzymając w jednym ręku koszyk piknikowy, a w drugim koc. Wpatrywał się we mnie bezwstydnie, tak jak facet patrzy na dziewczynę, chwilę przed… zanurkowaniem.

Parsknęłam, śmiejąc się do własnych myśli.

Wiktor zmrużył brwi, rozłożył koc i zdjął buty.

– Śmiejesz się ze mnie?

– Ależ skąd. Rozbieraj się.

– Jesteś niereformowalna.

– Co jest w tym koszu? – Szybko zmieniłam temat. O mojej niereformowalności już rozmawialiśmy. I porozmawiamy. Jeszcze nie raz. Na razie chciałam się bawić.

– Zapiekanki, winogrona, sery, cydr i woda.

Zamarłam i spojrzałam na niego. W sumie z dwóch względów. Żaden facet nie mógł wykazać się taką inwencją, że na wieść o wyjeździe nad jezioro szykuje żarcie i picie. A po drugie… On ściągnął koszulę i spodenki. Patrzyłam na jego idealne ciało i uśmiechałam się pod nosem.

– Jesteś bezczelna, wiesz?

– Mieszkasz na siłowni?

– Nie – odparł spokojnie, składając powoli i systematycznie swoje ubranie. – Ale dużo pływam. Staram się codziennie, ale dzisiaj nie dałem rady.

– Ciekawe czemu. – Mierzyłam go wzrokiem. Właściwie pożerałam. Ośmiopak, proszę państwa, do tego ładnie umięśnione ramiona, nogi. No, po prostu adonis.

– Czy możesz przestać się tak na mnie patrzeć? – Czy znowu udało mi się go wyprowadzić z równowagi? Spojrzałam szybko w górę i… tak, koniuszki jego uszu lśniły szkarłatem.

– A ty możesz się na mnie gapić?

– Mam wrażenie, że masz za mały strój.

– Mam wrażenie, że masz za ciasne spodenki. – Uniosłam brew i spojrzałam na jego powiększające się krocze.

 

– Ja pier… – Chciał przekląć, ale tylko pokręcił głową, złapał mnie wpół i pobiegł wraz ze mną do wody.

Śmiałam się i parskałam. On rzucił się do wody, przepłynął kawałek i wrócił do mnie, spoglądając ponurym wzrokiem.

– Nie mam do ciebie zdrowia.

– Znasz mnie od doby, coś kiepski z ciebie zawodnik.

– Wydaje mi się, że znam cię całe życie – odparł cicho.

– Nie daj się. Bądź twardy! A nie, to już mamy z głowy. – Uśmiechnęłam się. On obrzucił mnie mało przyjaznym spojrzeniem, złapał w pasie i przyciągnął do siebie.

– Teraz ja cię pocałuję.

– Zamiast tyle ględzić, lepiej to zrób. – Przewróciłam oczami. Chciałam dodać jeszcze coś uszczypliwego, ale nie zdążyłam. Złapał mnie za włosy, przechylił głowę i bezpardonowo wjechał językiem w moje usta. No, no, pan biały kołnierzyk naprawdę wiedział, co robić z językiem. Ciekawe, czy…


Zdawałem sobie sprawę, że chwila, kiedy ją ponownie spotkałem, zaważy na całym moim życiu. Lecz kiedy zobaczyłem ją jakiś miesiąc temu w Fantomie, nie mogłem uwierzyć, że to ona. Miałem jej zdjęcia, już dawno zleciłem odszukanie jej. Nie wiodło się jej zbyt dobrze. Kiedy poznałem jej historię, poczułem się tak, jakbym dostał potężny cios w sam środek piersi. Dziewczynka, której zmarła matka, a ojciec defraudator wylądował w więzieniu. Dziewczynka, która była najpierw w domu dziecka, a potem w kolejnych rodzinach zastępczych. Dziewczyna, która ciągle żyła na krawędzi, kradnąc, oszukując i nie mając stałego zajęcia. Teraz młoda kobieta, która w końcu zaczęła pracować na etacie, ale wciąż mieszkała z facetem, który wciągał ją w różne niefajne sytuacje. Wyrzuty sumienia mnie niemal przygniatały. Przez te wszystkie lata, kiedy straciłem z nią kontakt, nieustannie myślałem, co się stało z małą blondyneczką, która niszczyła moje zabawki i śmiała się, głośno i perliście, szczerze. I kiedy dzisiaj usłyszałem ten śmiech… Wszystko wróciło. Tylko że teraz nie była małą dziewczynką, a ja nie byłem chłopcem. Była piękną dziewczyną o ostrym języku, co – nie wiedzieć czemu – niesamowicie mnie kręciło. Może dlatego, że dotychczas spotykałem się z ułożonymi kobietami, o których wiedziałem jedynie, że biegały na zabiegi do kosmetyczki, na fitness, jadły wyłącznie sałatki i kochały się tylko na łóżkach, żeby czasem nie popsuła się im fryzura. Poza tym wcale nie chciałem poznawać tych kobiet, nie interesowało mnie, co lubią robić, jaką książkę ostatnio przeczytały i czy oddają jeden procent na chore dzieci lub bezdomne kocięta. A ona… Molly… O niej chciałem wiedzieć wszystko. Była niczym dziki wiatr. Bałem się, że mnie całkowicie porwie. Ale nie chciałem uciekać przed tym wiatrem. Po raz pierwszy w swoim dorosłym życiu czułem coś więcej. Pasję, szaleństwo, fascynację. I nie miałem siły, aby się temu przeciwstawić.

Trzymałem ją w objęciach, zaciskałem palce na jej mokrych gęstych włosach i całowałem ją mocno i namiętnie. W końcu odsunąłem się, co było naprawdę cholernie trudnym zadaniem, bo Molly z zapałem oddawała mi pocałunki, a kiedy zacisnęła dłonie na moich pośladkach, zdałem sobie sprawę, że może to się skończyć dla mnie kiepsko.

– Co ty ze mną robisz? – wyszeptałem, odsuwając jej mokre włosy z twarzy.

Zmrużyła oczy i wzruszyła ramionami.

– Nic. Sam taki jesteś. – Wpatrywała się we mnie z uśmiechem. Widziałem błysk w jej pięknych oczach.

– Nie jestem. – Pochyliłem się i polizałem ją po mokrej szyi. Poczułem jej szybko bijący puls i pragnąłem wbić się w to miejsce ustami.

– Ależ oczywiście, że jesteś. – Molly dyszała, jej piersi unosiły się gwałtownie, naciskając na mój mokry tors.

– Do tej pory nie zachowywałem się w ten sposób – szepnąłem jej do ucha, zaciskając dłonie na jej biodrach. Przycisnąłem ją do siebie, widziałem, jak na mnie zareagowała. Otarła się o mnie, a ja jęknąłem i zamknąłem na moment oczy.

– Do tej pory nie znałeś mnie – odpowiedziała cicho i poczułem jej ciepły oddech i ten zapach, który chciałem wetrzeć w skórę, abym mógł ją czuć, kiedy zostanę sam.

Pokręciłem głową. Odsunąłem się nieznacznie.

– Właśnie o tym mówię.

– Idziemy zjeść te twoje cuda kulinarne? – spytała, przekrzywiając głowę. Nieustanna przekora, którą widziałem w jej oczach, zniknęła. A więc chwilowe zawieszenie broni. To dobrze. Bo inaczej skończę jak jakiś zboczeniec.

– Idź pierwsza. Ja… muszę się przepłynąć.

Uśmiechnęła się kącikiem ust i znacząco spojrzała w dół. Niewiele widziała, bo byłem do pasa zanurzony w chłodnej wodzie jeziora. Ale czuła. O tak, na pewno. Ja też czułem.

– Zrób dwa jeziorka i wracaj.

– Chyba dwadzieścia dwa – mruknąłem.

– O! Poczucie humoru! Uważaj, zbierasz coraz więcej plusów! – Pocałowała mnie w usta, odwróciła się i zaczęła zmierzać do brzegu.

Patrzyłem na nią przez moment, potem rzuciłem się do wody i ruszyłem kraulem na środek jeziora. Musiałem oczyścić głowę z wszelkich kosmatych myśli i doprowadzić się do porządku. I zebrać siły na kolejne starcie. Przy tej dziewczynie… to było niczym oddychanie.

Kiedy wróciłem na brzeg, Molly rozłożyła jedzenie, które naszykowałem, i ze swobodą popijała cydr, patrząc na mnie zza niebieskich szkieł okularów.

– Nieźle pływasz. – Włożyła palec do kubka z cydrem, zlizała krople alkoholu z palca i, unosząc znacząco brew, oblizała go jeszcze raz. Chęć prowokowania mnie chyba stała się jej życiowym celem.

– Lubię to. – Wytarłem włosy i twarz, po czym usiadłem obok dziewczyny. – To mnie odpręża.

– Przy mnie nie musisz się odprężać. – Patrzyła na mnie znad zsuniętych na czubek nosa niebieskich okularów. Była śliczna, najchętniej rzuciłbym ją na koc, nakrył swoim ciałem i całował każdy skrawek jej aksamitnej skóry. Potrząsnąłem głową, aby usunąć z niej obraz wijącej się pode mną Molly. I tak czułem, jakbym chodził po polu minowym. A zapalnik trzymała ta nieznośna dziewczyna.

Zaśmiałem się cicho.

– Przy tobie grozi mi co najmniej zawał.

– Nie przesadzaj.

– No jak to z tobą jest, Molly? Jak masz naprawdę na imię? – Wpatrywałem się w nią i uśmiechałem lekko. Oczywiście wiedziałem, jak ma na imię, ale chciałem kruszyć powoli ten mur, którym się ogrodziła. I chciałem, aby stopniowo otwierała się właśnie przede mną.

Zmarszczyła brwi i miałem wrażenie, że się zdenerwowała. Ale po chwili znowu była luzarą z nonszalanckim podejściem do wszystkiego.

– Właśnie tak. – Wpatrywała się we mnie, jakby próbowała mnie przekonać.

– Nieprawda.

– Nieistotne. – Melania wyglądała na nieco wkurzoną. – Ktoś kiedyś nadał nam imię, ale czy pytał nas o zdanie? To trochę nie fair. Zatem ja nadałam sobie własne, z którym czuję się dobrze i które idealnie do mnie pasuje. – Zdałem sobie sprawę, że przez to, co się wydarzyło w jej życiu, bunt stał się jej drugą naturą. – Tak jak do ciebie pasuje Wiko.

– Ale to też ktoś mi nadał. Tym razem ty.

– I dlatego świetnie do ciebie pasuje! – Rzuciła we mnie winogronem.

– Czy z tobą można poważnie porozmawiać?

– A po co? – Przewróciła oczami.

– Chciałbym więcej o tobie wiedzieć.

– Pytaj. – Pociągnęła łyk cydru z papierowego kubka. – Może ci się poszczęści.

– Mieszkasz sama?

Spojrzała na mnie znad trzymanego kubka. Uniosła brew i uśmiechnęła się kpiąco.

– Serio? Myślałam, że spytasz mnie, czy śpię nago.

– A śpisz nago?

– Mieszkam z przyjacielem – odparła i dolała sobie cydru. – Poznałeś go, to Robson.

– Zawsze stosujesz uniki. – Westchnąłem. – Robisz to często?

– Mianowicie?

– Kradniesz samochody, łapiesz facetów? – Oparłem się na przedramionach i patrzyłem w jej niebieskie oczy. Była naprawdę bardzo ładna. Delikatna, z lekko zadartym noskiem, pełnymi ustami i zdecydowaniem w spojrzeniu. Patrzyła na świat, ciągle rzucając mu wyzwanie, zaczepnie. Wszystkie inne uczucia głęboko skrywała. To była tylko poza. Byłem o tym przekonany.

– Nieczęsto. Nie zdarza się.

Patrzyłem na nią i zastanawiałem się, w jaki sposób mam jej powiedzieć, że to ja, Wiktor. Była mała, mogła mnie nie pamiętać. Kiedy ostatni raz się widzieliśmy, ja miałem lat dwanaście, ona – zaledwie pięć.

– Skoro gramy w dwanaście pytań, teraz moja kolej. – Usiadła wygodniej.

– Ale dopiero zadałem dwa – zaoponowałem.

– Dobra, to jeszcze dziesięć ci zostało. Teraz ja. Kiedy ostatni raz uprawiałeś seks? Nie liczę naszej zabawy z wczoraj. – Nie zamierzała mi niczego ułatwiać. Zastanawiałem się, co z tego było prawdziwe, a co było maską.

Pokręciłem głową.

– Wiesz, że jesteś niemożliwa?

– No co ty? – Wrzuciła winogrono do ust i zaśmiała się cicho.

– Dwa miesiące temu.

– I jak było?

– To już drugie pytanie – zaznaczyłem. – Było okej.

– To niewiele znaczy. – Pochyliła się, zainteresowana, bezczelna, piękna.

– To właśnie znaczy tyle, ile powiedziałem. A ty?

– Sprawdzasz moją gotowość?

– Ty zaczęłaś.

– Niech ci będzie. Dawno temu, jak żyły dinozaury.

Na mojej twarzy chyba malowało się zdziwienie. Dokończyła wino i pochyliła się ku mnie.

– Widzisz? Stereotypy. Też im uległeś. – Już nie wyglądała na wkurzoną czy rozbawioną. Teraz była smutna, może nieco rozczarowana. – Właśnie w tej chwili. Uznałeś, że skoro wyrwałam cię w klubie i zrobiłam ci dobrze ręką, to zapewne jest to moja ulubiona dyscyplina sportowa. A jednak nie. – Objęła się ramionami gestem, który sprawił, że pragnąłem sam ją przytulić. Wydała mi się teraz tak bardzo bezbronna. – Wyrwałam cię, bo mi się podobasz. – Spojrzała mi śmiało w oczy. Widniał tam smutek, ale i rezerwa. – A poza tym… pamiętam cię, Wiktor. Wikuś, jak mówiła do ciebie twoja mama. Zawsze byłeś grzeczny i nawet jak rozpieprzałam ci klocki, nie umiałeś się na mnie zezłościć. Nie wolno tłumić tego, co siedzi w środku, to grozi zawałem. Wiesz, Wikuś? – Zaśmiała się nerwowo, znowu udając, że to nic takiego. Zerwała się z koca i pobiegła do wody.

A ja patrzyłem na nią i próbowałem zrozumieć to, co właśnie usłyszałem. I poczułem radość. I strach. Pamiętała mnie. Z tego się cieszyłem. Ona mnie pamiętała… Tego się bałem. Że wszystko się zakończy, zanim na dobre się zaczęło, a ona nie będzie chciała mieć ze mną nic wspólnego.

Rozdział 5

Szukam cię po shot-barach.

Z dziewczynami wyglądacie, jakbyście były na Oscarach.

Ja i koledzy oświadczymy wam się od zaraz,

choć stanowimy pewnie jakąś bandę ciot dla was.

Wiążesz włosy w cebulę

i pewnie świat cię denerwuje jak Alutka Jędrulę.

Pewnie cię bolą oskrzela, a teraz dymem je czule

opatuliłaś i zamawiasz sobie wódkę z red bullem.

Latacie po mieście jak Bójka, Bajka, Brawurka,

dźwigając swoje atrybuty: wóda, szampan, bibułka.

Taco Hemingway, Gdybyś nie istniała

Oczywiście, że go pamiętałam. Na początku było to tylko takie wspomnienie, ale kiedy wpatrywał się we mnie nieruchomym wzrokiem, a w jego głowie szalała burza… Nie mogłam uwierzyć, że to on. Kiedy zaczęliśmy tańczyć i był tak blisko, dojrzałam małą bliznę koło prawej brwi. Pamiętałam, że kiedyś bawiliśmy się razem, właściwie to ja przeszkadzałam jemu. Rzuciłam w niego lokomotywą i rozwaliłam mu łuk brwiowy. Zapamiętałam to, było bardzo dużo krwi, ja płakałam, a on patrzył na mnie i zapewniał, że nic się nie stało, ale żebym już nie rzucała wagonikiem, bo popsuję. To utkwiło mi na wiele lat w głowie. Kiedy już moje życie się popieprzyło, zawsze wspominałam to zajście i zastanawiałam się, co stało się z Wiktorem, Wikusiem, chłopakiem, który zawsze był bardzo poważny i mało się śmiał. Gdy go spotkałam, uznałam, że sprawdzę, czy nadal jest taki poważny i sztywny. Okazało się, że nie do końca. Lubiłam takie wyzwania. On właśnie tym dla mnie był. Wyzwaniem.

Tamtego dnia nie rozmawialiśmy już o przeszłości. Pływaliśmy, wygłupialiśmy się, potem dostałam wiadomość od Robsona, która mnie nieco zaniepokoiła. Kazałam Wiktorowi zawieźć się do domu. Chociaż usiłował wymóc na mnie obietnicę kolejnego spotkania, odparłam, że zobaczymy, co czas przyniesie.

Tymczasem minął tydzień, a ja pracowałam i zmagałam się z wkurzonym Robertem. Na tamtej imprezce pojawił się eks Alicji. Jakiś znany chirurg.

– Kleił się do Ali, a ona nie chciała lub nie mogła się mu przeciwstawić, sam nie wiem – burczał, leżąc na moim łóżku i pijąc piwo z butelki. – A potem dopytywał mnie, jakie studia ukończyłem i kim są moi starzy.

– A co on, w dziewiętnastym wieku utknął, że cię pyta o pochodzenie? – Pokręciłam głową.

– Jebany bufon. – Robson odstawił z trzaskiem butelkę i usiadł, opierając się o poduszki.

 

– Co mu powiedziałeś? – spytałam ostrożnie. Miałam nadzieję, że obyło się bez rękoczynów.

– A jak myślisz? – Robson się uśmiechnął. – Prawdę. Że wychowałem się w domu dziecka i w rodzinie zastępczej. I że żyję z innych ludzi.

– No, w sumie, malujesz dla nich. – Przypomniałam, unosząc znacząco palec.

– Ha, ha, i okradam. – Robert wykrzywił się, a ja puknęłam go w głowę.

– Ale tylko tych złych – zawtórowałam.

– A co u ciebie i u pana mustanga? Sorry, że cię wyrwałem z jego łapek. – Objął mnie, wtulając twarz pod moją pachę.

– Od tego mnie masz. Żebym była przy tobie, jak dzieje się jakieś bagno. – Odepchnęłam go i rzuciłam w niego poduszką, którą wsadził sobie pod głowę i ułożył się wygodnie na moim łóżku.

– No i jak z nim? – drążył.

– Spoko.

– To znaczy? – Nie zamierzał tak łatwo odpuszczać.

– Jest nawet zabawny. I fajnie się denerwuje, kiedy go onieśmielam. – Nie chciałam mówić mu, co czułam do Wiktora. To, co działo się w mojej głowie, co działo się z moim ciałem, kiedy byłam blisko niego… zaskakiwało mnie, martwiło, nawet przerażało. A Robson zrobiłby z tego zaraz wielkie halo.

– Bawisz się? – Robert patrzył na mnie z uniesioną brwią.

– Ja ci nie mówię, jak masz się bawić. – Zmarszczyłam czoło.

– No problem, mała. Jeśli cię to kręci, to rób tak dalej.

– Taki właśnie mam zamiar. Dopóki mnie to kręci. – Uśmiechnęłam się. – A co do Ali… co ona na to wszystko?

– Nie wiem. Teraz piłka po jej stronie. Wiesz, ja nie latam za laskami. To one muszą chcieć. – Robert skrzyżował ramiona na piersi i poruszał nerwowo nogą. Wyglądał jak naburmuszony nastolatek, któremu stary zabrał telefon.

– No tak, metoda Robsona.

– Oczywiście. – Błysnął uśmiechem. – Rób tak, żeby przeżyć.

– I za to się napiję. – Sięgnęłam po jego piwo i pociągnęłam łyk.

Nie wiem, dlaczego nie powiedziałam mu, że to ten Wiktor z mojej przeszłości. Może dlatego, że gdy byliśmy mali, często opowiadałam o swoim krótkim szczęśliwym dzieciństwie i wiedziałam, że Robert serdecznie znienawidził Wikusia. W moich opowieściach jawił się jako rycerz, heros, a jego rodzina – jako cudowni opiekunowie, jakich zawsze chciałam mieć. Kiedyś, wkurzony moją kolejną, po części tylko zmyśloną opowieścią, Robson wykrzyczał mi w twarz, że oni wszyscy, łącznie z Wikusiem, mają mnie w dupie, bo inaczej już dawno by mnie odszukali i zabrali do siebie. Strasznie się wtedy rozpłakałam, wpadłam w histerię, a Robert dostał lanie od naszego niby-taty. Potem siedziałam przy nim, kiedy wściekły płakał tak, aby nikt nie widział, i przepraszałam go milion razy. Jeszcze później przestałam snuć opowieści o Wikusiu i ukochanych cioci i wujku. Przestałam też wierzyć w to, że kiedykolwiek byli w moim życiu, za to uwierzyłam, że nic dla nich nie znaczę. I tamto życie powoli znikało, zacierało się w mojej pamięci, tak samo jak moi bliscy. Był tylko Robert. On był moją jedyną rodziną. Kiedy ponownie spotkałam Wiktora… czułam, jakbym wróciła do przeszłości, którą – jak myślałam – miałam już za sobą. A jednocześnie… był to cudowny powrót do tych szczęśliwych lat, kiedy miałam jeszcze rodziców i niczym się nie martwiłam. Co miało być dalej? Nie wiedziałam. Minął tydzień, nie kontaktowałam się przez ten czas z Wiktorem. Robson miał rację. Tak jak w jego sytuacji, tak i w mojej – teraz piłka leżała po drugiej stronie. Po stronie Wiktora Tuli. Zobaczymy, czy będzie miał chęci i siłę, aby ją odbić.


Dzisiaj miałam popołudniową zmianę. Siedziałam w swoim boksie i odpowiadałam na pytania klientów, uczyłam się angielskiego i rozwiązywałam krzyżówkę. Doszłam do wniosku, że to dla mnie idealna praca. Mogę się ubierać, jak chcę, w międzyczasie się doszkalać i nie widzieć ludzi. Zbyt często mnie rozczarowywali, raczej nie potrafiłam z nikim się na dłużej związać. Ani zaprzyjaźnić. Oczywiście oprócz Roberta, z którym łączyła mnie trochę nienormalna relacja.

Skończyłam pracę o dwudziestej pierwszej, wyszłam z budynku i odetchnęłam rześkim, nieklimatyzowanym powietrzem. Kiedy dojechałam do domu, była dwudziesta pierwsza trzydzieści. Idąc przez rynek, mijałam tłumy ludzi, które nieustannie przewijały się przez miasto. Po drodze kupiłam pizzę i szłam, zadowolona i już nie głodna.

Kiedy skręciłam w Oławską i zbliżałam się do Łaciarskiej, nagle na rogu dostrzegłam znajomą wysoką sylwetkę. Podeszłam bliżej i spojrzałam na stojącego nieopodal mężczyznę.

– Liczysz ludzi czy samochody?

Zamyślony i wpatrzony w komórkę, nie zauważył mnie.

– Melania, cześć – odparł.

– Wolę Molly – odpowiedziałam suchym tonem. Ale za chwilę uśmiechnęłam się nieznacznie. Przecież wcale nie chciałam być suką. No, nie w tej chwili.

– Okej. – Wiktor jakby odetchnął z ulgą.

– Co tutaj robisz?

– Czekam na ciebie. – Teraz on się uśmiechnął.

– Sterczysz tu cały dzień?

– Nie, przyjechałem pół godziny temu, twój współlokator poinformował mnie, że niebawem będziesz – tłumaczył spokojnie Wiktor. Grzeczny Wikuś. O tak, cały on.

– Robson? Wychodził? – Zdziwiłam się.

– Tak, z jakąś dziewczyną.

– A, pewnie z Alą. Okej. To czego chcesz ode mnie? – Westchnęłam. Byłam naprawdę zmęczona.

Wiktor był zdenerwowany. Bawiłam się sznurkiem od lnianej torby, którą miałam na ramieniu, i się uśmiechałam.

– Chciałem zaprosić cię na kolację. Do siebie. Chciałem z tobą porozmawiać.

– A zaproszenie na tłoczonym papierze masz? – Uniosłam brew.

– Co?

– Jesteś taki oficjalny, jakbyś zapomniał, że widziałam cię nago.

Jego oczy błysnęły, ale nie spłoszył się, czym zyskał u mnie kilka punktów.

– Ale ja ciebie nie, więc jeszcze muszę być oficjalny. – Nieco niepewnie złapał za kosmyk moich włosów.

– No dobrze, wygrałeś. – Przewróciłam oczami i się zgodziłam.

– W piątek? O dziewiętnastej? Przyjadę po ciebie. – Pociągnął mnie lekko i puścił pasemko włosów. Wcale nie byłam z tego zadowolona.

– Nie musisz, wiem, gdzie mieszkasz. Podaj tylko numer mieszkania.

– Ale naprawdę… – Skrzywił się, gotów przyjechać po mnie jak rycerz na białym koniu.

– Uspokój się. Wiem, jak poruszać się po mieście.

– Tylko nie pożyczaj żadnego auta. Przyjedź taksówką – poprosił.

– Nie obiecuję. – Wzruszyłam ramionami.

– Okej. – Westchnął. – Numer mieszkania osiem. Pierwsze piętro.

– Dobra, to do piątku.

– Poczekaj, Molly! – Złapał mnie za rękę.

Spojrzałam na niego, potem przeniosłam wzrok na jego dużą dłoń i długie palce, zaciśnięte na moim przedramieniu. I znowu popatrzyłam mu w oczy.

Spłoszył się i poluźnił uścisk. Ale nadal mnie dotykał.

– Może… Zaprosisz mnie na kawę.

– O tej porze pijesz kawę?

– Nie.

– Poza tym nie mam kawy w domu, kupuję ją w starbucksie – skłamałam.

– No tak…

– Widzimy się w piątek. Bądź grzeczny. – Uśmiechnęłam się.

On zrobił lekki krok do przodu i dostrzegłam błysk w jego oczach. Zdałam sobie sprawę, że chce mnie pocałować.

O nie.

Walnęłam go pięścią w ramię, mrugnęłam porozumiewawczo i poszłam szybkim krokiem w stronę bloku z lat sześćdziesiątych, w którym znajdowało się mieszkanie moje i Roberta.

Dopiero w bramie wzięłam głęboki wdech i pokręciłam głową.

Wiktor Tuli. Doprawdy, powalający. Nie mogłam się tak w niego wkręcać. Miałam się bawić. I korzystać. Tego przecież się nauczyłam. A tu jakieś rzewne bzdety… Spojrzenia, dotyk, delikatność. O nie. Do tego dopuścić nie mogłam!


Mieszkanie było puste, Robson chyba pogodził się z Alą, skoro jeszcze go nie było. Rozebrałam się i poszłam pod prysznic. Potem ubrałam się w koszulkę Roberta i szorty, włączyłam serial na Netfliksie i położyłam się do łóżka.

Przebudził mnie hałas. W małym salonie grała muzyka i słyszałam… jakieś odgłosy. Potarłam oczy, ziewnęłam i poczłapałam do salonu. Pierwsze, co ujrzałam, to nagie pośladki Roberta, który poruszał się pomiędzy nagimi damskimi udami.

Serio? Robią to z Alicją w salonie?

I wtedy usłyszałam charakterystyczny zachrypnięty głos.

– Kurwa, zaraz dojdę, Robi!

Zmroziło mnie.

To nie była Alicja. To była ta franca Marietta. Laska, która była razem z nami w rodzinie zastępczej. Laska, z którą Robert pieprzył się zaraz po tym, kiedy odebrał mi dziewictwo. Laska, którą odchorowałam i której nienawidziłam. I która nienawidziła mnie.

Pobiegłam do siebie i trzasnęłam drzwiami, aż w oknach zadrżały szyby. Doszły mnie jakieś krzyki i głos Roberta, który uciszał wkurwioną Mariettę. Potem zaległa cisza i po chwili usłyszałam pukanie do swoich drzwi.

– Spierdalaj! – warknęłam, obejmując poduszkę ramionami.

Oczywiście ten dupek nie posłuchał, tylko wparował do środka. Miał na sobie dżinsy, był bez koszulki i boso.

– Molly, sorry, ale nie mieliśmy gdzie pójść.

– Powaliło cię do reszty? Walnij się w ten durny łeb. Co ty robisz, człowieku? – Nie byłam spokojna ani racjonalna, nie w kwestii Marietty. Ta suka zniszczy mu życie.