Molly

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

Your head is humming and it won’t go, in case you don’t know,

The piper’s calling you to join him,

Dear lady, can you hear the wind blow, and did you know

Your stairway lies on the whispering wind.

Led Zeppelin, Stairway to Heaven

Wybiegliśmy z klubu, trzymając się za ręce. Śmiałam się w głos, wiedziałam doskonale, że mój przyjaciel okradł co najmniej dwóch z tych sztywniaków. Będziemy mieli co jeść w tym tygodniu. A poza tym było naprawdę zabawnie. Spojrzałam na swojego towarzysza. Był rozbawiony, ale raz po raz wgapiał się we mnie tymi karmelowymi oczami i wyglądał tak, jakby chciał coś powiedzieć. Ale po chwili rezygnował.

– Za dużo główkujesz – powiedziałam spokojnie, ciągnąc go w stronę parkingu.

– A ty szalejesz. Zawsze tak robisz?

– Nie lubię nudy. Chodź, przejedziemy się.

Rozejrzałam się i mój wzrok padł na ciemnozielonego mustanga z 1969 roku.

– O ja pierdolę – szepnęłam z zachwytem.

– Co?

– Będzie nasz. – Wyjęłam z torebki płaską długą blaszkę.

– Co ty mówisz? – Wiktor spojrzał na mnie zdumiony.

– Spoko, znam się na tym. – Włożyłam stalową taśmę pomiędzy lukę w drzwiach i leciutko pociągnęłam. Mustang nie miał elektroniki, więc sprawa była banalna, a zabawa przednia. Podważyłam zapadkę zamka i po chwili drzwi były otwarte. Wsiadłam do środka i otworzyłam drzwi od strony pasażera. – Wbijaj!

Wiktor patrzył na mnie przez chwilę, ale już po niecałych trzydziestu sekundach siedział obok mnie.

– Zapnij pasy. – Pomajstrowałam przy zapłonie i kiedy do moich uszu dotarł dźwięk starej amerykańskiej V-ósemki, miałam wrażenie, że ktoś mnie pieści z niezwykłą delikatnością. Zerknęłam na Wiktora. Hmmm, czemu nie. Wrzuciłam wsteczny, a potem jedynkę i wyjechałam na ulicę.

– Wiesz, że właśnie ukradłaś samochód? – Wiktor zapiął pas i widziałam kątem oka, że bacznie mi się przypatrywał.

– Pożyczyłam. Przejedziemy się i oddamy.

– Gdzie się tego nauczyłaś?

– Tu i tam. Uff, dobrze, że to manual. Nie lubię automatycznych skrzyni biegów, są bezosobowe. – Z lubością wrzuciłam trójkę, a potem czwórkę. Jechaliśmy w stronę Jagodna, stamtąd chciałam wyskoczyć na wschodnią obwodnicę. Tam ten wóz pokaże, co potrafi!

– Ale… – Wiktor chciał coś powiedzieć, weszłam jednak ostro w zakręt, auto zarzuciło tyłem i prawie okręciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Wyrównałam i z piskiem opon wyprowadziłam je na prostą.

– Trochę muzyki! – krzyknęłam i włączyłam stary odtwarzacz z zamontowaną empetrójką. – Zobaczymy, czego słucha kierowca tego cacka.

Kiedy rozległ się kawałek Led Zeppelin Stairway to Heaven, pokiwałam głową z uznaniem.

– No, no, gościu zna się na rzeczy. Aczkolwiek ja wolę rap lub hip-hop. A ty, Wiko? – Zerknęłam na swojego pasażera. Trzymał się uchwytu nad drzwiami i wpatrywał w drogę. – Ej, spoko, jedziemy tylko sto sześćdziesiąt.

– Jak złapie nas policja, to nas zamkną.

– Oj, ależ ty jesteś spięty. Wyluzuj i daj się porwać. – Sięgnęłam do jego twarzy i pogłaskałam go po policzku. Nie uchylił się przed moim dotykiem. Co tu dużo mówić. Podobał mi się. I pociągał mnie. A poza tym… zamierzałam go złamać. Lubiłam takich porządnych chłopców. Którzy, koniec końców, wcale nie okazywali się tacy poukładani, jak się na początku wydawali.

– Wygląda na to, że dałem ci się porwać.

– Noo, byłeś strasznie łatwy.

Usłyszałam parsknięcie i spojrzałam na niego. Śmiał się i kręcił głową.

– No i o wiele lepiej, bejbe. Skręcimy sobie tutaj. – Nacisnęłam na hamulec, auto zapiszczało, zarzuciło tyłem i na pełnej francy wjechałam na polną drogę niedaleko zjazdu na Świętą Katarzynę.

– Co ty robisz?

– Party pod gwiazdami. Nie bój się, nie skrzywdzę cię.

– Yhm, w filmach zawsze tak mówią. A potem koleś traci głowę – odparł, ale nie wydawał się już taki spięty.

– No, umiesz się jednak wyluzować. Good! A jak stracisz głowę, to będzie całkiem niezła zabawa. – Zaśmiałam się.

Kiedy wjechaliśmy na ubitą drogę, autem zatrzęsło i musiałam znacznie zwolnić. Twarde zawieszenie mustanga nie lubiło takiego podłoża. To był idealny samochód na autostrady, tam nieźle zapieprzał. Ale nie w takich okolicznościach przyrody. W końcu zatrzymałam się i pogłośniłam muzykę.

– Wysiadamy!

Kiedy znalazłam się na zewnątrz, spojrzałam w górę, na rozgwieżdżone niebo. Było ciepło, cudowna czerwcowa noc. Zbliżała się pełnia, więc było całkiem jasno. Dzięki temu doskonale widziałam wpatrzonego we mnie Wiktora. Pachniało jakimiś trawami, bo niedaleko znajdowały się pola uprawne. To mi przywiodło na myśl dzieciństwo i wyjazd z rodzicami na wieś do jakiejś dalekiej rodziny, z którą w sumie nie utrzymywaliśmy kontaktów. Zdjęłam buty i rzuciłam obok samochodu, a potem rozłożyłam ręce i zaczęłam kręcić się w kółko.

W końcu zatrzymałam się i spojrzałam na Wiktora, który stał oparty o samochód, skrzyżował ramiona na piersi i wpatrywał się we mnie z poważną miną.

– Co ty robisz? – spytał, mrużąc brwi.

– Wiruję wraz z ziemią. Pokręć się i spójrz na gwiazdy. One mnie gonią… – Patrzyłam w górę, lekko się zataczając. Podbiegłam do Wiktora i wpadłam na niego z wielkim impetem. Złapał mnie za ręce i zatrzymał.

– Dlaczego to robisz? – spytał cicho.

– Bo mogę! – Wzruszyłam ramionami. – Dawaj, panie marudny. Pewnie nie robisz takich rzeczy w swojej wielkiej, przynoszącej krocie firmie. Czy po stronie aktywów możesz wpisać: żyłem aktywnie i dawałem do pieca?

– To nie zawsze tak działa. – Pokręcił głową, ale nadal trzymał mnie za ramiona.

– Ale może. Nikt nam nie zabroni. – Zaśmiałam się. – Sami decydujemy o sobie. Kiedyś ktoś decydował za mnie, obiecałam sobie, że nigdy już do tego nie dopuszczę. I robię teraz to, na co mam ochotę.

– Nie możesz robić czegoś wbrew obowiązującym normom.

– A kto te normy ustalił? A dlaczego moja norma ma być gorsza, skoro jest moja?

Zmarszczył brwi. Widziałam, jak błyszczą mu oczy. Był wkurzony, ale i podniecony. Czułam to. Czułam go.

– Jesteś anarchistką.

Zaśmiałam się. Przysunęłam się do niego i objęłam za szyję. Jego dłonie zjechały na moją talię. Trzymał mnie lekko, ale nie puścił. Jego ciało było napięte i twarde. Zacisnęłam dłonie na jego ramionach, czułam mocne bicepsy i ciepło skóry, przenikające przez cienki materiał eleganckiej koszuli. Pachniał pięknie, co w połączeniu z aromatami ekscytującej czerwcowej nocy składało się na niepowtarzalny i bardzo podniecający zapach. Mogłabym go wdychać i wdychać. I tak właśnie zrobiłam. Wzięłam głęboki wdech, czując gorąco rozlewające się po całym ciele. I spojrzałam mu prosto w oczy.

– Jestem Molly. I tworzę swój własny świat – szepnęłam i zaczęłam go całować.


Kiedy dotknęła ustami moich ust, zupełnie wytrąciła mnie z równowagi. Była ciepła, pachniała pięknie, a jej drobne ciało napierało na mnie i zdałem sobie sprawę, że na pewno poczuła, jak bardzo byłem podniecony. W tamtej chwili nie myślałem o niczym innym jak tylko o tym, że ta śliczna, szalona dziewczyna przytulała się do mnie i całowała tak, jak nigdy nie robiła tego żadna kobieta. Złapałem ją w pasie, odwróciłem i oparłem o samochód. Jedną rękę wsunąłem w jej gęste włosy, drugą objąłem w pasie i zacząłem z pasją oddawać pocałunek. Nasze języki dotykały się, ona jęczała, a ja ocierałem się o nią, czując, że jestem twardy, jak napalony nastolatek podczas pierwszego miziania z dziewczyną. Molly wyszarpnęła ponownie koszulę z moich spodni, a jej drobne, chłodne dłonie rozpoczęły wędrówkę po moich nagich plecach, aby po chwili przenieść się na przód. Błyskawicznie rozpięła pasek moich spodni i wsunęła dłoń w bieliznę. Jęknąłem. Jej palce zacisnęły się na moim twardym penisie. Miałem kompletną watę zamiast mózgu. Pierwszy raz w życiu kobieta doprowadziła mnie do takiego stanu.

– Molly, nie możesz… – powiedziałem cicho, kiedy zaczęła ruszać ręką w górę i w dół.

– Ale jesteś twardy i wielki. Czy to specjalnie dla mnie? – szepnęła w moją szyję, czułem jej ciepły oddech na skórze i zupełnie straciłem kontrolę. – Taki grzeczny pan kołnierzyk, a takie ciacho pod tym idealnie wyprasowanym ubrankiem.

– Molly, nie rób…

– Jak? – spytała, a jej ciepły oddech pieścił skórę mojej twarzy. – Tak? – Zaczęła ruszać dłonią jeszcze szybciej. Poczułem jej język na skórze mojej szyi.

– Jezu… – jęknąłem głośno i odrzuciłem głowę do tyłu.

– Właśnie tak, Wiktor. Otwórz oczy i spójrz w te cholerne gwiazdy.

Zacisnąłem dłonie na jej ramionach, patrzyłem na rozgwieżdżone niebo, czując, że za chwilę dam się porwać szaleństwu. Wówczas Molly złapała moją dłoń i zaczęła ssać moje dwa palce.

– Kurwa! – warknąłem i spojrzałem w jej błyszczące oczy. Ona się uśmiechnęła, a ja wtedy kompletnie odleciałem. Szczytowałem w jej dłoni, gdy ona zapamiętale ssała moje palce. Ja… Miałem sporo kobiet w życiu, ale nigdy nie robiłem czegoś tak szalonego. I nigdy nie byłem tak podjarany jak teraz. A przecież ona nawet nie zdjęła ubrania.

Molly wyjęła dłoń z moich spodni i sięgnęła do torby po chusteczki. Jedną dała mnie, drugą wytarła swoją rękę. Cały czas na mnie patrzyła. Jakby się nad czymś zastanawiała. W końcu zaśmiała się cicho.

– Zaskoczyłeś mnie. Ślicznie przeklinasz, gdy dochodzisz.

Doprowadziłem się do porządku, sięgnąłem do schowka w samochodzie i podałem jej wodę. Sam też otworzyłem drugą butelkę.

– O, fajnie, że tam zajrzałeś. Zawsze coś można zjeść i się napić.

– Nie robię takich rzeczy – odparłem cicho, gdy opróżniłem całą butelkę.

– Nie jesz, nie pijesz, nie szczytujesz? Nie kłam, Wiko.

– Nie robię takich rzeczy z nowo poznanymi kobietami.

– Ja też nie.

 

Spojrzałem na nią ostro. Wybuchnęła śmiechem.

– Dobra, żarcik. Ale nie chodzę do łóżka z nieznajomymi facetami.

– Nie jestem nieznajomy.

– To propozycja? – Uniosła brew.

– Obietnica.

– Yhm, zobaczymy. Dobra, spadamy, zawiozę cię do domu, a potem odstawię samochód.

– Gdzie chcesz zostawić auto?

– Blisko klubu, może gość jeszcze nie skminił, że miała miejsce nieznaczna pożyczka.

– Nieznaczna… – parsknąłem.

– Dawaj, lecimy z powrotem.

Podałem jej adres, pod który ma mnie zawieźć. Mieszkałem w apartamentowcu na Klecinie. Instruowałem ją, jak do mnie dojechać. Kompletnie nie pojmowałem, co się właśnie wydarzyło. Ale wiedziałem, że to się tak nie skończy. Ona chyba nie zdawała sobie z tego sprawy.

– Podjedź na ten parking. – Wskazałem miejsce, gdzie zwykle parkowałem.

– Spadaj, Wiko, muszę oddać samochód.

– Nie, Molly. – Spojrzałem na nią i uśmiechnąłem się lekko. – To ty spadaj.

Zmrużyła oczy i patrzyła na mnie wkurzona, ale i zdumiona.

– Powaliło cię?

Pochyliłem się i dotknąłem palcami jej włosów. Patrząc w jej oczy, dostrzegłem błysk, który pozwolił mi zrozumieć, że Molly nie do końca jest taką ostrą babką, za jaką chce uchodzić. Widziałem w jej spojrzeniu tęsknotę i czułość. Pewnie nawet nie była tego świadoma.

– Nie, słodka Molly. Koniec przejażdżki. Ukradłaś mój samochód. To mój mustang, pięknotko. Więc teraz ty spadaj.

Rozdział 3

Remember when we had it all?

Remember when you took my calls?

You were my whole world

You were my whole world

Not a thing said to me

Question now if my heart bleeds

You were my whole world

You were my whole world.

Sia, Midnight Decisions

Obudziłam się około dziesiątej. Czułam, że ktoś siedzi obok i się na mnie gapi.

– Jezu, Robson, idź stąd!

– Wstawaj, kobieto! I natychmiast powiedz mi, o co chodziło?

Spojrzałam na kumpla, który siedział w bokserkach na moim łóżku i wpatrywał się we mnie niebieskimi oczami. Jasne włosy miał rozczochrane, a na twarzy lekki zarost. Wyglądał jak model z kalifornijskich pism o surfingowcach.

– Ale o czym ty mówisz?

– Pozwoliłaś się przywieźć do domu temu kołnierzykowi? A w ogóle miałaś chyba zarąbać jakąś furę.

Potarłam twarz i skrzywiłam się.

– Pożyczyć, kochanie.

– Whatever! No i co?

– No, pożyczyłam. Zielonego mustanga.

Robert patrzył na mnie nic nierozumiejącym wzrokiem.

– Ej, to znaczy, że on potem jechał tą „pożyczoną” furą?

– Nie, to znaczy, że to był jego samochód. – Przewróciłam oczami.

– Eeee… – Mój przyjaciel nie wyglądał teraz na szczególnie inteligentnego. W końcu w jego oczach pojawił się błysk zrozumienia.

– No, widzę, że chomiczki zatrybiły.

– Czekaj, zajebałaś jego auto?

– No, niefart, co nie?

Robert położył się na łóżku i ryknął śmiechem. Trzymał się za swój pieprzony sześciopak i trząsł się, jakby dostał jakiegoś ataku, a z oczu popłynęły mu prawdziwe łzy.

Patrzyłam na to widowisko z kwaśną miną. Kiedy zaczął dochodzić do siebie, zmarszczyłam brwi.

– Już? Mogę dalej? Czy mam dzwonić po karetkę?

– No okej, okej… – Parskał co chwilę, ale powoli się uspokajał. – Jak to się stało?

– No po prostu. Bawiliśmy się w klubie, było miło, wyszliśmy, zobaczyłam to zielone cudo, więc szybko się z tym uporałam.

– Ej, czekaj, a on widział, że kradniesz jego… – Robert wskazał na mnie palcem.

– No nie? Ale miał radochę.

Znowu ten idiota parsknął, więc rzuciłam mu mało przyjazne spojrzenie.

– W każdym razie gdy wróciliśmy z tego pola, chciałam go zawieźć do domu, taki ze mnie porządny Uber, ale on mi wtedy oznajmił, że to jego samochód. Koniec historii. – Rozłożyłam wymownie ręce. – Dawno mnie nikt tak nie rozbawił, a jednocześnie nie upokorzył.

– Co robiłaś z nim na polu? – spytał podejrzliwie.

– Tylko to przyswoiłeś? Podziwiałam gwiazdy.

– Skarbie, nie robisz takich rzeczy.

– Jakich? Nie podnoszę głowy i nie spoglądam w niebo? – Czasem to działało i Robson pozwalał mi na zmianę tematu. Ale nie dziś.

– Dobrze wiesz. Nie miziasz się z nowo poznanymi facetami. Tylko ich okradasz albo kusisz, albo wkurwiasz.

Wzruszyłam ramionami.

– Zrobiłam wyjątek. On był całkiem fajny.

– Nooo, powiem ci, że mocna dziesiątka.

– Ty i twoje rankingi.

– Wiesz, że potrafię docenić urodę, nieważne czyją. I co dalej?

– Ale co?

– On wie, gdzie mieszkasz. – Robson zaczął odliczanie, odchylając palec. – Wie, że kradniesz fury. – Drugi palec. – I pewnie już wie, że dwóch jego kumpli zostało opędzlowanych na wczorajszej imprezie. – Trzeci palec. – A ty pytasz „ale co?”. Heloł!!!

Robert wpatrywał się we mnie z marsem na czole, a te trzy odgięte palce wyglądały jak wyrzut sumienia. Czy Wiktor mógł naprawdę zrobić coś takiego? Przecież nie wiedział, że kradnę samochody, na jego oczach uruchomiłam tylko ten jeden… No tak, ale nie jest to umiejętność, którą nabywamy na zajęciach technicznych… Jezu, czy on mógłby mnie wydać… Nie, to niemożliwe. Ale niby dlaczego? Przecież nie dlatego, że będzie się czuł zobowiązany wobec mnie, bo zrobiłam mu dobrze ręką. To tak nie działa. A jednak czułam, jakoś podświadomie, że ze strony tego faceta nic mi nie grozi.

– Nie dramatyzuj. Spotkam się z nim i wszystko załagodzę – stwierdziłam ze spokojem, którego wcale nie czułam.

– Masz zamiar się z nim spotkać?

– Noo, ma do mnie zadzwonić. Jeśli oczywiście zapamiętał mój numer.

Powiedziałam mu go tylko raz, kiedy wysiadałam. Zobaczymy, czy pan Wiktor ma dobrą pamięć. Coś mnie wtedy tknęło, jakieś dziwne déjà vu, ale po chwili ulotniło się, jak resztki marzeń sennych zaraz po przebudzeniu.

Robson oparł się na łokciu i gapił się na mnie spod zmarszczonych brwi.

– Przestań się tak lampić. Nie jesteś moim ojcem.

– Nie mam zamiaru nim być. Poza tym twój ojciec…

– Dobra, zamknij się. I złaź z mojego łóżka! – Skopałam go na ziemię.

Robert wstał i wyciągnął szerokie ramiona.

– Uważaj, mała. – W jego głosie zabrzmiały czułość i troska.

– A co ja robię cały czas?

– Lecz teraz chyba jest nieco inaczej?

– Idź stąd, panie psychologu. Chcę się umyć i ubrać.

– Nie masz tam nic, czego bym nie widział.

– I to twoje szczęście! Sio!

Wykąpałam się, ubrałam i poszłam do naszej małej kuchni, gdzie Robson już zaparzył kawę w ekspresie przelewowym. Piłam małą czarną, bez żadnych dodatków. Patrzyłam na kumpla, który ubrany w szorty i koszulkę z napisem „Jestem królem zwierząt” krzątał się przy kuchence i smażył jajecznicę.

– No to ile wczoraj skubnąłeś?

– Dwa kafle.

– E, to spoko. Do mojej wypłaty zejdzie.

– Dostanę też w przyszłym tygodniu pieniądze za ten obraz, co ostatnio poszedł. Więc damy radę.

– Jak zawsze. – Uśmiechnęłam się.

Robert pięknie malował, a ostatnio jego obrazy zaczęły się świetnie sprzedawać. Wisiały teraz w zaprzyjaźnionej pizzerii i stamtąd już cztery jego prace poszły w świat. W sumie nieźle nam się wiodło, jak na dzieciaki z bidula. Nagle dobiegł mnie dźwięk wiadomości. Sięgnęłam po komórkę. Widniał tam esemes z nieznanego numeru.

Jeśli masz ochotę na ponowną przejażdżkę moim autem, zapraszam Cię na kolację. O 19 koło fontanny na rynku?

Parsknęłam śmiechem. Ależ on był ugrzeczniony. No i skubaniec miał dobrą pamięć! Odpisałam:

Nie chodzę na kolacje z nieznajomymi. Przyjedź po mnie o 17 i weź kąpielówki.

Robson oparł się o szafkę, eksponując swoje imponujące bicepsy. Wystawiłam język i udałam, że sapię jak piesek.

– Piszesz z nim?

– Nie, z twoją żoną – odparłam, kiedy mój telefon znowu piknął.

Widzę, że wszystko musi być po Twojemu. Okej, będę czekał.

Uśmiechnęłam się i odłożyłam telefon.

– Czego? – spytałam Roberta, który nakładał jajecznicę na talerze w ręcznie malowane kwiatki, odziedziczone po babci, i jednocześnie piorunował mnie wzrokiem.

– Niczego. Po prostu nie chcę, żebyś wpakowała się w jakieś bagno. Już jak byłaś z Baronem, to…

– Baron to inna bajka i dobrze o tym wiesz. Jakbym miała swój rozum wtedy, na pewno bym się z nim nie spotykała. Poza tym jednak nauczył mnie wielu przydatnych umiejętności. A Wiktor… to zupełnie co innego.

– No raczej, facet jest prezesem czy kimś i pewnie jesteś dla niego niczym jakaś egzotyka.

– Zabawi się i pójdzie? – Uniosłam brew i ładowałam jajecznicę do ust.

– Może tak być.

– A może to ja zabawię się i pójdę.

Robson kiwnął głową.

– Też możliwe.

– Przestań marudzić. Po prostu koleś mi się podoba, ma superciało i niezłego… – Uniosłam znacząco brwi.

– Już go widziałaś?

– Yhm, i nie tylko.

– Boże, jaka z ciebie zepsuta osoba!

– Przepraszam, ojcze Robercie, to silniejsze ode mnie.

Parsknął, ale po chwili spoważniał.

– Jesteś dla mnie jak siostra i dobrze o tym wiesz. Po prostu martwię się o ciebie.

– Ja o ciebie też. Nie martw się, Robson. Jestem Molly, pamiętasz?

– Właśnie dlatego się martwię – mruknął i zaczął zbierać talerze ze stołu.

Patrzyłam na niego i się uśmiechałam. Był moim bratem, nieważne, że nie łączyły nas więzy krwi. Mogłam na nim zawsze polegać. Od momentu, kiedy spotkaliśmy się w domu dziecka – gdy ja miałam sześć lat, a on osiem – byliśmy nierozłączni. Chodziliśmy do jednej podstawówki na Psim Polu, bo tam był nasz pierwszy zastępczy dom. On mnie bronił, kiedy dzieciaki próbowały wyżywać się na „sierocie z bidula”. Szybko urósł i był silny, poza tym umiał się bić. Kilka razy pokazał, na co go stać, bo choć nie był typem zabijaki, to miał świra na punkcie nietykalności osobistej. Zwłaszcza mojej.

Kiedyś jakiś gość przyczepił się do mnie w klubie. Był wstawiony i namolny, a ja miałam ochotę się bawić, ale sama. Facet tego nie rozumiał. Robert wbił go w ziemię i wykopał z klubu, przy milczącej aprobacie bramkarzy, którzy zresztą nas doskonale znali, bo pracowali przecież dla Barona, a to był mój eks i nie tylko. Wiele nas łączyło. W każdym razie Robson potrafił się bić, oj tak. Innym razem przechodziliśmy przez ulicę na pasach. Był wieczór, światła nie działały. I jechał jakiś kark z siłowni w wypasionej audicy. Musiał hamować i z tego powodu wyskoczył z samochodu, wrzeszcząc głównie na mnie. Było coś o durnej blondi i ślepej krowie. Robert najpierw grzecznie mu wytłumaczył, że piesi mają pierwszeństwo, a poza tym przecież widział nas z daleka i już dawno powinien hamować. Koleś jednak nie był nastawiony na słuchanie. Podskoczył do Roberta i chciał go uderzyć, ale Robson zrobił unik, walnął bysiora hakiem w podbródek, a tamten pięknie wylądował na swojej eleganckiej bryce. My uciekliśmy, a on chyba długo jeszcze zbierał swoje zwłoki z maski samochodu. Tak kończą ci, którzy źle oceniają własne możliwości. I którzy do mnie podskakują. Bo Robson chronił tylko mnie. Zawsze i wszędzie. Był moim przyjacielem. I moim pierwszym facetem.


Wpatrywałem się w ekran komórki i mimowolnie się uśmiechałem. Mogłem się domyślać, że łatwo z tą dziewczyną nie pójdzie. Była przekorna, złośliwa, szalona. Odważna. To mnie nieco martwiło… Jeśli robiła takie rzeczy ze mną, robiła je zapewne z innymi. Akurat o tym nieszczególnie chciałem myśleć, ale… Narażała się. No tak, kradła samochody, to już wystarczający powód, aby się niepokoić o jej bezpieczeństwo. Ale przecież mogła trafić na jakiegoś zboka, psychola… Potarłem twarz i wstałem z łóżka. Zastanawiałem się, co właściwie robię. I dlaczego. Nie chciałem wracać do przeszłości. Ale to, że spotkałem Molly… a właściwie Melanię, coś musiało oznaczać.

Po południu, kiedy szykowałem się na spotkanie (po którym zupełnie nie wiedziałem, czego się spodziewać), zadzwonił do mnie Jacek.

– Cześć, wstałeś?

– Jak słychać – odparłem. – Żyjesz po wczorajszym?

– Jakoś. Gdzie się wczoraj ulotniłeś z tą blondyną?

– Poszliśmy pogadać, a potem odwiozłem ją do domu. – No, może niezupełnie tak, ale nie zamierzałem dzielić się tym z nikim.

– Aha, tylko gadaliście?

– Po co dzwonisz, Jacek? – spytałem oschle.

– Bo powiem ci, że byłem trochę w szoku, gdy się z nią spiknąłeś. Ona tak bardzo nie jest w twoim typie, że to aż bije po oczach.

Oparłem się o komodę, w której szukałem kąpielówek, i zapytałem zniecierpliwiony:

– A jaki jest mój typ?

– No, na przykład Beata.

– Weź przestań mnie z nią żenić.

– Ona sama by chciała, ja nie muszę nic robić.

Beata była naszą główną księgową i córką prawnika mojego starego. Nic nas nie łączyło, poza pracą. No i tym, że nasi starzy mieli wspólne sprawy, bo ojciec Beaty od lat znał się z moim i zajmował jego firmą. A ja i Beata… No cóż. Wcale nie była w moim typie, a ona od dawna miała obsesję na punkcie tego, żebyśmy byli razem. Kiedyś, na jakiejś imprezie, całowaliśmy się w łazience gospodarzy, ale do niczego więcej nie doszło. Byłem trochę pijany, dawno nie miałem kobiety i tak wyszło. Wiem, słabe to, ale w porę się powstrzymałem. Co niewiele zmieniło, bo ta babka nie zamierzała tak łatwo odpuścić. Postawiła sobie za cel zaciągnąć mnie do łóżka. A stamtąd prosto przed ołtarz.

 

– Dlatego się zdziwiłem, bo ta laska z klubu to całkowite przeciwieństwo naszej Beci.

– Może właśnie dlatego mi się spodobała. – Westchnąłem. Podszedłem do okna, zauważyłem sąsiada z dołu, który niedawno kupił nowy samochód. SUV-a. Teraz próbował wjechać tyłem na dość małe miejsce parkingowe. Z zainteresowaniem śledziłem te poczynania, tłumiąc śmiech, bo jego ekwilibrystyczne manewry wyglądały co najmniej komicznie.

– Aaaa, szukasz odmiany i wrażeń. Spoko. Kumam.

Jacek nic nie kumał, ale nie zamierzałem mu tego wyjaśniać. Widziałem, że sąsiad nadal walczy, kręcąc kierownicą raz w prawo, raz w lewo. Samochód nijak nie chciał się zmieścić. Odszedłem od okna i włączyłem ekspres. Musiałem napić się kawy.

– Po co właściwie zadzwoniłeś? Żeby analizować moje życie osobiste? – spytałem już zirytowany.

– Nie, chciałem ci powiedzieć, że Marek i Eryk tak zabalowali, że ktoś ich okradł. Zajęci pannami nie skumali, że nie mają portfeli. Musiałem za nich płacić, dupki jedne!

– Okradł? A może zgubili? – Westchnąłem, wyciągnąłem z szafki swój ulubiony kubek z napisem „WROCLOVE” i podstawiłem pod kranik w ekspresie. Wcisnąłem guzik z napisem „kawa czarna” i patrzyłem, jak do kubka ścieka ciemnobrązowy pachnący płyn.

– Raczej mało prawdopodobne. No ale takie rzeczy w klubach się zdarzają, za dużo wódy, za dużo kobiet, za mało kontroli.

– Tak bywa. – Coś mnie tknęło, ale nie miałem czasu teraz się nad tym zastanawiać. – Dobra, kończę.

– Spieszysz się gdzieś?

– A co ty taki dociekliwy? Książkę czytam.

– Książkę, tak? – Jacek się zaśmiał. – Używaj sobie, to młoda, ładna dupa, należy ci się.

– Cześć! – warknąłem i się rozłączyłem. Zdenerwowany podszedłem do okna, gotów krzyknąć do sąsiada, żeby poczekał, zejdę i zaparkuję mu tę krowę, a swoją drogą, kto mu dał prawo jazdy! Ale faceta już nie było, zauważyłem, że zaparkował koło drugiego bloku, na miejscu dla niepełnosprawnych. Dupek!

Potarłem twarz i pokręciłem głową.

To wcale nie było tak! Ja… chciałem po prostu naprawić to, co przed laty spierdolił mój stary!