Mazurskie LatoTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Jutro wyjeżdżasz? – zapytał Paweł.

Nie patrzył na nią, ale czuła, że czeka na odpowiedź.

– Tak, przecież sezon się kończy, prawda?

– Jeszcze ci nie podziękowałem.

– Za co?

– Nie udawaj, przecież sukces Mazurskiego Lata to głównie twoja zasługa.

– Bez przesady, harowałeś jak wół – odparła. – Poza tym byłam ci to winna.

– Prawie dorównaliśmy Złotej Rybce – zauważył Paweł.

– W przyszłym sezonie będziesz lepszy. Jestem tego pewna – uśmiechnęła się.

– A nie chciałabyś tego osiągnąć razem ze mną? – Oderwał wzrok od fal i spojrzał na Jagodę z powagą.

– Jak mam to rozumieć? – Zerknęła na niego niepewnie.

– Przecież wiesz jak. Chciałbym, żebyś została…

– W Mazurskim Lecie?

– Nie. W moim domu. Naszym – poprawił się szybko.

Jagoda podkurczyła nogi i odwróciła się w stronę chłopaka.

– Wiesz, że nie mam do czego wracać – powiedziała. – I prawdę mówiąc, choć trudno mi samej w to uwierzyć, pokochałam Mazury. Poza tym dobrze mi z tobą…

– Więc zostań. – Objął ją ramieniem.

– Poczekaj – poprosiła. – Zanim odpowiem, musisz wiedzieć o dwóch rzeczach. Jeśli potem podtrzymasz swoją prośbę, zostanę. Jeśli zmienisz zdanie, zrozumiem i nie będę mieć pretensji. Rozstaniemy się jak wspólnicy i przyjaciele. Dobrze?

Pokiwał głową. To w nim lubiła – przyjmował wszystko naturalnie i po prostu. Mogła być z nim szczera bez obaw.

– Po pierwsze powinieneś poznać moją historię. Chcę, żebyś wiedział, jak i dlaczego znalazłam się w Mikołajkach i w Złotej Rybce.

Powiedziała mu całą prawdę, nie pominęła niczego. Czuła, że jeśli mają coś razem zbudować, musi to być oparte na szczerości.

Kiedy skończyła, w napięciu czekała, co powie Paweł.

Ten milczał dłuższą chwilę, wreszcie popatrzył na dziewczynę poważnie.

– Wygląda na to, że to była nasza wspólna sprawa. Powinienem się wcześniej domyślić, że nie bez przyczyny tak się angażujesz. Swoją drogą to ciekawa historia. Jakby się zastanowić, to każdy z jej bohaterów trafił na odpowiednie miejsce.

Musiała przyznać mu rację.

– To co? Nie przeszkadza ci moja przeszłość?

– Myślę, że możemy uznać tamten rozdział za zamknięty. A skoro taka droga doprowadziła cię tutaj, to widocznie tak musiało być – uśmiechnął się. – Przecież inaczej nie przyjechałabyś na Mazury, prawda?

– Nigdy w życiu!

– No to było, minęło. Zapomnijmy o tym – zdecydował. – A ta druga sprawa, o której miałaś mi powiedzieć?

– Rzeczywiście! Przygotuj się na szok – ostrzegła. – Bo nie wiesz o mnie jeszcze jednej rzeczy. Otóż tak naprawdę nie mam na imię Jagoda. To on mnie tak nazwał, bo uznał, że lepiej brzmi… W rzeczywistości jestem Jadwiga. – Spojrzała na niego z udawanym przerażeniem.

– Serio?! – roześmiał się Paweł. – Jesteś Jadzia?! Cudownie! – Znów objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. – Bardzo mi to odpowiada. Kiedy mnie zdenerwujesz, będę mówił do ciebie: Jadźka – nie przestawał się śmiać.

– Jesteś wstrętny!

– Dziwi cię to? Przecież sama mówiłaś, że nie zyskuję przy bliższym poznaniu.

* * *

Stanęła w progu pokoju z torbą w dłoni. Tuż za nią zatrzymał się Paweł.

– Śmiało! – powiedział. – To teraz też twój dom. Rozejrzyj się, a ja zrobię kawę. Potem pokażę ci sypialnię i twoje półki w szafie.

– Tylko półki? – udała zdziwienie. – Sądziłam, że będę mieć całą szafę dla siebie.

– Z czasem się dorobimy – mrugnął okiem. – I czegoś, co będziesz mogła w niej powiesić.

Zostawił ją w salonie i poszedł do kuchni.

Jagoda postawiła torbę na kanapie i rozejrzała się po pokoju. Podeszła do okna, z którego rozciągał się widok na jezioro i las, który pięknie wyglądał w jesiennej szacie. Potem podeszła do biblioteczki. Na jednej z półek zauważyła oprawione w drewnianą ramkę zdjęcie. Wzięła je do ręki i przyglądała się z zaciekawieniem.

– Co cię tak zainteresowało? – Paweł podszedł do niej z kubkami kawy w dłoniach i zajrzał jej przez ramię.

– Wiesz, to niesamowite – powiedziała.

– Co?

– Nie mówiłam ci o tym, ale to właśnie ten człowiek powiedział mi, gdzie mogę cię znaleźć. Wiesz, wtedy, gdy zgubiłeś klucze…

– To niemożliwe. – Paweł pokręcił głową. – Na zdjęciu jest mój wujek, a on zmarł w ubiegłym roku.

Jagoda, a właściwie Jadzia, patrzyła na siwą brodę, chustkę na głowie i mądre oczy o ciepłym spojrzeniu.

– To na pewno on. Bosman Maciej – powtórzyła z uporem. – Doskonale pamiętam.

Chłopak odstawił kubki na stół i podszedł do dziewczyny. Objął ją ramieniem.

– Musiałaś się pomylić. Tu chodzi wielu takich, którzy stylizują się na wytrawnych żeglarzy. A przez te brody trudno ich odróżnić.

Wyjął jej zdjęcie z rąk i odstawił na półkę.

– Zobacz, to kompas wujka. – Wskazał na przedmiot leżący obok. – Podarował mi go kiedyś i powiedział, że wskaże mi dobry kurs, żebym dotarł do właściwego portu. Wygląda na to, że dotarłem – uśmiechnął się i pocałował Jadzię w policzek. – Siadaj, wypijemy pierwszą wspólną kawę w naszym domu – poprosił.

Kompas bosmana Macieja – pomyślała Jadwiga ze wzruszeniem. – Miał rację, nigdy nie wiadomo, w jakim porcie przyjdzie nam zarzucić kotwicę.

KONIEC


AGNIESZKA LINGAS-ŁONIEWSKA



Letni uśmiech losu

Mężczyzna i kobieta, którzy są sobie przeznaczeni,

sprawią, że dzień spotka się z nocą.

Tim Krabbé

– A ja uważam, że to idealna opcja dla ciebie. – Moja przyjaciółka potrząsnęła trzymanym w dłoniach voucherem.

– Ale ja nie lubię ludzi – mruknęłam, poprawiając ciężki, długi warkocz spoczywający mi na lewym ramieniu.

– Kochanie, ale ludzie lubią ciebie. Nie da się nie lubić Natalii Szczęśliwej.

– Weź, nawet nazwisko mam jakieś dziwne.

– Nata, jeszcze będziesz szczęśliwa, zobaczysz!

– Jakoś ciężko mi w to uwierzyć. – Przewróciłam oczami. – Poza tym to już koniec wakacji, za dwa tygodnie muszę być w szkole, zaczyna się rada pedagogiczna i w ogóle… – Zabrakło mi tchu, co momentalnie wykorzystała Patka.

– I w ogóle nie można odrzucać prezentów. Moja babcia zawsze mówiła, że…

– …darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy. Tak, wiem – teraz ja dokończyłam za nią.

Znałyśmy się doskonale. Nasze pierwsze spotkanie miało miejsce w pierwszej klasie liceum, kiedy onieśmielona zasiadłam w przedostatniej ławce, nikogo nie znając, a Patrycja weszła do klasy, jakby wyczekiwała tylko na fotoreporterów, i od razu skierowała się do mnie. Usiadła, spojrzała na mnie i uśmiechnęła się szeroko, pokazując rząd równych białych zębów.

– Patrycja jestem. A ty masz piękne włosy.

I tak to się zaczęło.

Byłyśmy diametralnie różne, ale może dlatego nasza przyjaźń przetrwała prawie piętnaście lat. Patka była głośna, pewna siebie, wszędzie jej było pełno. Ja – typowy przykład szarej myszki. Nie lubiłam pierwsza się odzywać, chowałam się zawsze za czyimiś plecami, najczęściej właśnie Patrycji. Obie byłyśmy świetne z matmy, studiowałyśmy razem na polibudzie. Patka pracowała teraz w dużej korporacji jako analityk i zarabiała krocie. Ja uczyłam w liceum matematyki i kochałam swoją pracę. Lubiłam tłumaczyć młodzieży zawiłości matematyczne i zawsze czułam wielką radość i satysfakcję, gdy kolejne roczniki prawie w stu procentach zdawały maturę z tego pozornie trudnego przedmiotu, a dla mnie i dla wielu królowej nauk.

Patrycja znalazła swoją drugą połówkę, od pięciu lat była w szczęśliwym związku z Erykiem – zdolnym programistą, i w tym roku mieli zamiar zalegalizować swój związek, gdyż okazało się, że moja przyjaciółka spodziewa się dziecka. A ja… cieszyłam się z tego bardzo. Sama… przeżyłam tragedię, po której podnosiłam się prawie dwa lata. Oczywiście, gdyby nie moja kochana Patka, byłoby o wiele gorzej. Teraz już w miarę się trzymałam, dlatego przyjaciółka zaproponowała mi ten wyjazd.

– Natka, to jest piękny pensjonat z klimatyczną tawerną w Mikołajkach. Nazywa się Mazurskie Lato, umiejscowiony jest blisko portu, z pełnym wyżywieniem. W pakiecie masz gimnastykę, możliwość korzystania z basenu, strefy wellness i…

– Nie lubię basenów. Nie wyglądam dobrze w stroju kąpielowym. Nie chcę rozbierać się przy obcych – przerwałam jej wywód.

Widziałam, że Patrycja uniosła wzrok ku niebu. Tak, wiem, ciężko ze mną wytrzymać.

– No to będziesz spacerować, pływać łódką, siedzieć na brzegu i gapić się na jezioro. Możesz robić to, co sprawia ci przyjemność. Nikt cię do niczego nie będzie zmuszał.

– Skąd wytrzasnęłaś ten pensjonat? – zainteresowałam się, przyglądając się zaproszeniu, które wręczyła mi Patka.

– Kiedyś byliśmy tam z Erykiem i było cudownie. Przepyszne jedzenie, piękne pokoje, zapierające dech w piersiach widoki. Wiedziałam, że muszę tam wrócić. A skoro teraz okazało się, że musimy szykować ślub i takie tam – Patrycja przewróciła oczami, a ja się uśmiechnęłam – to postanowiłam obdarować tym szczęściem ciebie. Akurat wypoczniesz przed rokiem szkolnym, przecież od dawna nigdzie nie byłaś.

– Bo kiepskie ze mnie towarzystwo.

– Nieprawda. Zatem pojedziesz? – Przyjaciółka wbiła we mnie swoje brązowe oczyska. – Pojedziesz, pojedziesz, po…

 

– Och, tak, pojadę, ale już się uspokój! – krzyknęłam ze śmiechem.

Patrycja objęła mnie z całej siły i pocałowała.

– No, twoje szczęście! Poza tym nie można odmawiać kobiecie w ciąży.

– Jasne, teraz to wykorzystuj.

– Będę! – zaśmiała się moja wariatka.

* * *

No i tak się stało, że tydzień później wysiadłam na dworcu autobusowym w Mikołajkach. W nocy jechałam pociągiem do Olsztyna, a stamtąd miałam połączenie autobusowe do Mikołajek. Podróż bardzo mnie wymęczyła i marzyłam tylko o tym, aby znaleźć się w pensjonacie i odpocząć. Zamówiłam taksówkę i po ośmiu minutach zostałam wysadzona przed eleganckim, ale jednocześnie bardzo przytulnym pensjonatem Mazurskie Lato. Uśmiechnęłam się do siebie pod nosem.

– No, zobaczymy, jakie będzie to mazurskie lato.

Prowadząc pokaźną walizkę na chyboczących się kółkach, usłyszałam głęboki pomruk motocyklowego silnika. Na parking przed budynkiem podjeżdżał właśnie ogromny harley z chromowanymi rurami i skórzanymi kuframi po obu bokach maszyny. Siedzący na nim facet był ubrany w skórzane spodnie i kurtkę, na głowie miał czarną bandankę, a na niej kask orzeszek. Burknęłam sama do siebie pod nosem. Nie cierpiałam motocykli i jeżdżących na nich wariatów. Kiedy wchodziłam do pensjonatu, zauważyłam, że facet odpina kufry od harleya i wyraźnie kieruje się w stronę Mazurskiego Lata. Przyspieszyłam. W recepcji panowało niemałe zamieszanie.

Dostrzegłam jakąś wysoką kobietę o jasnych włosach, opaloną na soczysty brąz. Białka jej oczu odcinały się od ciemnej skóry, wyglądała, jakby zatrzasnęła się na solarium.

– Ale pani Małgosiu – zwróciła się do recepcjonistki, widać było, że doskonale się znają. – Jak to nie ma mojego pokoju z widokiem na port?

– Pani Zuzo, niestety jest już zajęty, ale mamy piękny pokój z widokiem na park, poza tym jezioro też widać.

– Ale nie mogę podziwiać jachtów.

– Dostanie pani od nas kupon do wykorzystania w barze na jutrzejszym wieczorku zapoznawczym.

Opalona na skwarkę kobieta przewróciła oczami i łaskawie się zgodziła.

Wieczorek zapoznawczy?

Serio?

Co to? Sanatorium z lat osiemdziesiątych?

Pokręciłam głową.

Za mną stanął wysoki chłopak z kręconymi włosami, a za nim ustawił się motocyklista. Na małej sofie, umiejscowionej pod wielkim lustrem zdobionym złotem, usadowił się potężny mężczyzna z ładnie przystrzyżoną bródką i czytał książkę. Zaciekawiona spojrzałam na tytuł. To był Mistrz i Małgorzata Bułhakowa. Facet zdawał się całkowicie pochłonięty lekturą i nie zwracał uwagi na zamieszanie panujące w holu.

– Wolę, jak pada deszcz – odezwał się zmęczonym głosem stojący za mną chłopak.

Drgnęłam i spojrzałam na niego.

– Słucham? Mówił pan coś?

– Jak jest deszcz, to nie ma tylu turystów. – Chłopak wymamrotał jakby do siebie, ale zerknął na mnie i szybko odwrócił wzrok.

– Gościu, trzeba było w październiku przyjechać. – Niski głos wbił się pomiędzy gwar panujący w recepcji.

Spojrzałam na autora wypowiedzi, czyli wysokiego motocyklistę, który ściągnął już skórzaną kurtkę, ukazując szeroką klatkę piersiową odzianą w biały T-shirt z krótkimi rękawkami, które odsłaniały suto wytatuowane przedramiona.

Nie lubiłam motocyklistów. Nie lubiłam tatuaży.

Spojrzałam na nieśmiałego chłopaka.

– Widziałam chmury. O tam, nadciągające znad jeziora – powiedziałam cicho, jakbym przekazywała mu jakąś tajemnicę. – Jest szansa, że będzie padać.

Wielkolud w skórze parsknął.

Zmroziłam go wzrokiem i odwróciłam się w stronę recepcji, bo blondynka opalona na ciemny brąz już odebrała swój klucz do pokoju i podążyła w stronę schodów.

Szybko załatwiłam meldunek, wzięłam klucz, uśmiechnęłam się do chłopaka, który stał za mną, i poszłam na górę, nie obdarzywszy spojrzeniem motocyklisty. Pokój był mały, ale bardzo przytulny. Rozpakowałam się, sprawdziłam, czy łóżko jest wygodne (było) i zajrzałam do informatora, który otrzymałam przy meldunku. Od czternastej można było schodzić na obiad, kolacja w postaci szwedzkiego stołu zaczynała się od osiemnastej. Śniadanie między siódmą a dziewiątą trzydzieści. Całkiem fajnie. Patrycja zachwalała ich kuchnię, podobno mieli kucharza, który pracował w najlepszych paryskich restauracjach, gdzie lokal zdobył gwiazdki Michelin.

Odświeżyłam się pod prysznicem, przebrałam w spodenki rybaczki, koszulkę na szerokich ramiączkach, na stopy wsunęłam klapki i zadzwoniłam do Patrycji. Odebrała, niemal krzycząc mi do ucha.

– I co? I co? Mówiłam, że cudnie! No powiedz!

– A co ja mam mówić, jak już wszystko sama powiedziałaś – zaśmiałam się.

– No powiedz, bo się martwię, Nadziu.

– Kochanie, jest prześlicznie. Pokój milutki, widzę jezioro, tak z boku, ale widzę. Zauważyłam nawet dwa piękne jachty i opalających się na nich przystojnych facetów o niebywałej muskulaturze.

– Ha, ha, ha, ale zabawne.

– No serio! Idę zaraz się przejść, a potem na obiad.

– Nie jesteś zmęczona?

– Spałam w tym sypialnym, potem mnie trochę wytrzepało w autobusie, ale teraz jest okej.

– Pogoda ładna? – Patrycja musiała się upewnić, czy jestem zadowolona.

A byłam?

No oczywiście, że tak!

– Jest cudownie. Naprawdę – odpowiedziałam szczerze.

To była prawda.

– Super. Uff. – Patrycja sapnęła. – Dawaj znać i wysyłaj fotki na Messengera.

– Okej.

– Wrzuć coś na fejsa.

– Patka, wiesz, że tego nie robię. – Przewróciłam oczami.

– Oj dobra. Ale dawaj znać. I wypoczywaj – roześmiała się.

– Jasne, buziaki!

– Paaaaa!

Wyłączyłam komórkę i uśmiechnęłam się sama do siebie. Moja przyjaciółka miała dar przekazywania swojego optymizmu drugiej osobie. Czasami udawało się jej nawet przekazać go mnie.

Wzięłam mały plecak, schowałam do niego wodę, która została mi jeszcze z podróży, chusteczki i telefon. Okulary przeciwsłoneczne włożyłam za szlufkę dżinsowych rybaczków i wyszłam z pokoju.

Po drodze zajrzałam do części restauracyjnej, gdzie trwały już przygotowania do obiadu. Miałam stolik numer sześć, byłam ciekawa, z kim będę tam siedziała przy wspólnych posiłkach.

Kiedy wyszłam z pensjonatu, uderzył mnie gwar mikołajskiego lata. Wszędzie było mnóstwo turystów, z pobliskiej plaży dochodziły krzyki dzieci, do Mariny przypływały nowe jednostki jachtowe, słońce prażyło, było gwarnie i jakoś tak… miło. Może to nie był najgorszy pomysł.

Wchodziłam w ten tłumek, ale nie czułam się z tym źle. W końcu nikt mnie tutaj nie znał. Byłam sama, a jednak nie tak do końca. Powoli poszłam w stronę Wioski Żeglarskiej, jak wskazywały napisy na znakach. Z daleka dostrzegłam długi drewniany pomost, wzdłuż którego zaparkowane były łódki, łódeczki, małe jachty. Ich dzioby lekko się kołysały, co wprawiało mnie w jakiś tryb wyciszenia i relaksu. Poszłam na sam koniec pomostu i usiadłam na rozgrzanych od słońca deskach. Patrzyłam na jezioro, na jachty, na ludzi krzątających się na swoich łódkach i poczułam spokój, radość i relaks. Kochana Patrycja. Ona jednak miała rację!

Siedziałam tak długo, że zaczęła mnie boleć kość ogonowa od twardych desek. Wstałam, przeciągnęłam się, wystawiając jeszcze raz twarz ku słońcu. Zachowywałam się swobodnie, bo wokół mnie nie było nikogo, kto by mnie znał. Zawsze byłam taka zachowawcza, szczególnie wobec mniej lub bardziej znajomych osób. A tutaj mogłam na chwilę zapomnieć o tym, bo przecież tak naprawdę to była tylko moja imaginacja, ludzie nie zwracali na mnie uwagi, a ja robiłam wszystko, aby tak pozostało.

Kiedy jednak odwróciłam się, pierwsze, co zobaczyłam, to błyszczące oczy faceta wgapionego we mnie. Siedział nieopodal, oparty o słupek, na którym wisiało koło ratunkowe, i coś szkicował. Teraz patrzył na mnie i lekko się uśmiechał. To był ten motocyklista. Teraz miał na sobie jasne dżinsy, koszulkę z wizerunkiem zespołu ZZ Top, na nogach nadal te wielkie motocyklowe buciory. Okulary zsunął na czubek głowy, obok, na deskach pomostu, leżał niedbale rzucony skórzany plecak.

– Dobrze jest tak po prostu oddychać, nie? – powiedział do mnie, gdy chcąc nie chcąc, musiałam przejść obok niego. Chyba że chciałam wracać do portu wpław.

– Słucham? – zdziwiłam się uprzejmie, choć oczywiste było, że zwracał się do mnie, bo jakoś tłumów na tym pomoście nie dostrzegłam.

– Oddychać.

Odłożył trzymaną teczkę z kartkami i ołówkiem. Zauważyłam szkic wilka. Bardzo ładny szkic. Facet wstał i nieznacznie podszedł do mnie. Był bardzo wysoki, sporo ponad metr osiemdziesiąt. Sama miałam sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, ale on był o wiele wyższy. Zobaczyłam złotawe plamki w jego oczach i lekki ślad ciemnego zarostu. Włosy miał gęste, nieco za długie, zaczesane do tyłu. Był bardzo przystojny. To musiałam przyznać. To, że od dwóch lat żyłam jak mniszka, nie oznaczało, że jednocześnie oślepłam.

– No tak. – Wzruszyłam ramionami. – Świeże powietrze. Niestety coraz rzadziej mamy okazję je spotykać. Niebawem będzie to towar deficytowy.

– Rodzaj ludzki jest skazany na zagładę. Mamy to w genach. Oglądała pani Mad Maxa?

Zamrugałam nerwowo. Facet był swobodny i po prostu ze mną rozmawiał, a mi zaczęły się pocić dłonie.

– Hm, tak. Kiedyś.

– Ale którą wersję? Z Gibsonem czy z Hardym?

– Z Gibsonem – odparłam, nie patrząc na faceta.

– No, świetnie. Najlepsza – uśmiechnął się szeroko, a ja akurat na niego zerknęłam. Białe zęby błysnęły w słońcu, oczy zwęziły się jak szparki, facet wyglądał zniewalająco. Moje serce zabiło mocniej, jednocześnie zacisnęłam dłonie na pasku małej torebki przewieszonej przez ramię.

– Przepraszam, muszę…

– Mieszka pani w Mazurskim Lecie, prawda?

– Tak.

– To super, będziemy się spotykać. Mam na imię Krzysiek. Nie wyciągam ręki, bo kobieta powinna to zrobić.

Popatrzyłam na niego, uśmiechał się lekko. Zrobiłam ruch, jakbym chciała przewrócić oczami i pokręcić głową. Jego ciemna brew uniosła się lekko.

– Natalia. – Wyciągnęłam rękę w jego kierunku. Szybko złapał ją w swoją prawicę i lekko ścisnął. Jego dłoń była duża i ciepła, poczułam na mojej skórze odgniotki w jej wnętrzu. Coś złapało mnie za gardło. Jakaś dziwna żałość. Tęsknota. Musiałam zamrugać, aby nie dopuścić do tego, żeby zacząć płakać przy nieznajomym mężczyźnie.

– Zatem… – zaczął, chcąc pewnie dalej podtrzymać konwersację, ale puściłam jego dłoń, wyminęłam go szybko i już biegłam w stronę portu.

Wariatka, idiotka, szalona!

Takie myśli kołatały się w mojej głowie, kiedy biegłam do pensjonatu. Naprawdę musiałam zacząć nad sobą pracować. Facet chciał być miły, a ja zachowałam się jak wariatka. Ciekawe, co sobie o mnie teraz pomyśli? Miałam nadzieję, że będę spotykać go jak najrzadziej.

Jednak nadzieja matką głupich, jak powtarzała babcia Patki. Bo kiedy po odświeżeniu się i chwili odpoczynku w pokoju, gdzie wyrzucałam sobie irracjonalne zachowanie, weszłam do jadalni i podeszłam do mojego stolika, zobaczyłam siedzącego tam… Krzyśka. Z uśmiechem przypatrywał mi się, gdy zmierzałam w jego kierunku. Oprócz niego siedziała tam jeszcze ta spalona na mahoń blondynka oraz potężny mężczyzna, który czytał w holu książkę.

– A jednak. To chyba przeznaczenie. – Krzysiek mrugnął do mnie.

– Nie ma czegoś takiego – odparłam cicho.

On na chwilę spoważniał, ale potem przysiadł się do nas ten chłopak z kręconymi włosami, który narzekał przy recepcji, że nie ma deszczu, i zaczęliśmy się zapoznawać.

Blondynka miała na imię Zuzanna, ale już o tym wiedziałam, pamiętałam zamieszanie przy recepcji. Zwierzyła się, że ma czterdzieści dziewięć lat i osiem miesięcy.

– No przecież jeszcze nie mam pięćdziesiątki! – Pomachała wypielęgnowaną dłonią z długimi kolorowymi paznokciami. – A tak w ogóle możecie mówić na mnie Frytka. Przyjaciele nadali mi tę ksywkę, zupełnie nie mam pojęcia dlaczego! – roześmiała się rozbrajająco.

Siedzący naprzeciwko mnie motocyklista, znaczy… Krzysiek parsknął cicho i spojrzał na mnie. Mrugnął i wyszeptał tak, że tylko ja to usłyszałam:

– Ja też nie.

Uśmiechnęłam się, ale szybko pochyliłam głowę, żeby nie było widać, że śmieję się z nowo poznanej wczasowiczki.

Chłopak z kręconymi włosami był trochę nieśmiały, ale spojrzał na mnie, na Zuzę i przedstawił się cicho:

– Filip. Skończyłem archeologię. Jestem z Wawy. Czekam na brata, ma tu przyjechać. A ja odpoczywam po powrocie z terenu.

 

– Super, to bardzo ciekawy zawód. – Zuzanna prawie pisnęła.

– Nie bardzo. Raczej nudny. I brudny. – Filip wzruszył ramionami i zaczął pić kompot, w którym pływały wielgachne truskawki.

Ja utkwiłam wzrok w Krzyśku, a ten skrzywił się nieco i powiedział:

– Krzysiek. Lat trzydzieści trzy. Jestem tatuażystą.

– Och, ale super! – Zuza znowu klasnęła w dłonie. – Może zrobię sobie serduszko? Będziesz miał czas?

– Mam już kilka sesji umówionych, ale dogadamy się. – Krzysiek odparł spokojnie, nie spuszczając ze mnie wzroku.

Poczułam się dziwnie, jakby ktoś mnie dotykał, a przecież jedyne, co czułam, to moje spocone dłonie, zaciśnięte i schowane pod stołem. Zerknęłam na milczącego potężnego mężczyznę. On westchnął i mruknął, wydobywając z siebie niemal basowy odgłos:

– Arkadiusz. Pracuję jako bibliotekarz. Kocham książki.

– To tak jak ja – odparłam cicho. – Mam na imię Natalia, uczę matematyki w liceum we Wrocławiu.

– Nauczycielka matematyki – powiedział cicho Krzysiek, uśmiechając się lekko.

– Stereotyp. Pewnie wredna i w ogóle – odparłam, patrząc mu prosto w oczy.

– A wiesz, że nie? Miałem całkiem fajną babkę z matmy. I w sumie chciałbym, abyś mnie uczyła.

Na całe szczęście kelnerki zaczęły roznosić obiad, bo nie zdążyłam zareagować, może oprócz tego, że nagle poczułam wielkie pragnienie i szybko wypiłam swój kompot. Potem jedliśmy, rozmawiając na błahe tematy, ale ja wciąż czułam na sobie wzrok Krzyśka. Jeszcze później dostaliśmy zaproszenie na wieczorną imprezę z muzyką na żywo, a ja wykorzystałam zamieszanie, pożegnałam się ze swoimi towarzyszami podczas obiadu i poszłam do pokoju.

Byłam zmęczona i musiałam się zdrzemnąć.

Kiedy się obudziłam, dochodziła dwudziesta i zdałam sobie sprawę, że to ostatni dzwonek, aby zjeść kolację. Jednak nie czułam głodu. Miałam w pokoju jeszcze batoniki energetyczne, wodę i colę zero, więc postanowiłam odpuścić. Poza tym, zanim położyłam się spać, zjadłam przecież obiad.

Usłyszałam muzykę. Ktoś śpiewał szanty. Przebrałam się w czystą bluzkę, poprawiłam włosy i postanowiłam zajrzeć do baru, gdzie odbywał się ten mały występ. Kiedy tam weszłam, zaskoczył mnie tłum, jaki się zgromadził przy małej scenie. Okazało się, że zespół Szekla był bardzo popularny tutaj na Mazurach, o czym poinformowała mnie młoda recepcjonistka. Kiedy podeszłam bliżej, trzymając wodę, którą zabrałam z pokoju, dojrzałam, kto stał na scenie. I śpiewał. To był… Krzysiek. Miał ciepły głos, trzymał mikrofon w obu dłoniach, odkryte ramiona były umięśnione i wytatuowane, co sprawiało, że wyglądał jeszcze bardziej interesująco. Śpiewał niskim głosem, odpowiednio przeciągając samogłoski. Wokół sceny zgromadziły się fanki, młode dziewczyny, starsze panie, generalnie przewaga płci pięknej.

Oparłam się o drewniany słupek i z lekkim uśmiechem słuchałam koncertu, nie spuszczając wzroku z wokalisty. Tatuażysta. Aha. Ale też wykonawca pięknych szant. O tym zapomniał nas poinformować.

Kiedy zespół skończył występować, salę zalała fala owacji i okrzyków. Krzysiek, wraz z resztą chłopaków, ukłonił się i podziękował widowni za tak ciepłe przyjęcie. Wówczas zaczęłam się wycofywać, chciałam pójść z powrotem do pokoju, ale kiedy zdążyłam dojść do holu, poczułam, że ktoś łapie mnie za rękę.

– Aż tak źle było, że już uciekasz? – Krzysiek patrzył na mnie z bliska, uśmiechał się. – Zapraszam cię na drinka.

– Było super. Nie wiedziałam, że śpiewasz. I grasz na gitarze. Ale jestem zmęczona.

– Ja też – westchnął. – Jeden drink. Nie daj się prosić. Złamiesz moje poczucie własnej wartości.

– Jest aż tak słabe?

– O! Szach-mat. Tym bardziej zapraszam cię do baru. – Pochylił się lekko i wskazał dłonią pobliski bar.

– Jeden! – Wyciągnęłam palec i poszłam we wskazanym kierunku.

– Tak jest, pani psor.

Przy barze poprosiłam o whisky z lodem. Krzysiek spojrzał na mnie ze zdumieniem, a potem uśmiechnął się szeroko.

– Wymarzona dziewczyna harleyowca! Nie kala świętego trunku coca-colą!

– Mój ojciec zawsze pił, rzadko, bo rzadko, ale jeśli już, to właśnie whisky z lodem. I kiedy sama sięgam po alkohol, też bardzo rzadko, piję tak jak on. Lepiej czuć smak. – Sięgnęłam po oszronioną szklankę. Krzysiek zamówił to samo.

– To co? Toast?

– Możemy. – Wzruszyłam ramionami.

– Okej. Widzę, że entuzjazm duży. Pijemy zatem za smak. – Pochylił się do mnie, poczułam zapach jego perfum. Korzenny, bardzo przyjemny. Oblizałam szybko usta.

– Za smak?

– Tak, pani psor. Za smaki życia. Żeby zawsze je czuć!

Uśmiechnęłam się i przewróciłam oczami.

– Dobrze, niech będzie.

Stuknęliśmy się szklankami i napiliśmy trunku. Lekko palący strumień spłynął mi do gardła, poczułam ciepło w żołądku i złapałam się na tym, że byłam bardzo zadowolona, że tu zeszłam.

– A więc uczysz matmy. Zawsze lubiłem ten przedmiot. Nawet zaliczyłem dwa lata na polibudzie we Wrocławiu. – Krzysiek odstawił pustą szklankę i kiwnął do barmana, aby ją ponownie napełnił. Ja też nie pozostawałam w tyle.

– Jesteś z Wrocławia? – zdziwiłam się.

– Tak się złożyło. A teraz… jestem zewsząd. – Przez jego twarz przebiegł cień. Od razu to zauważyłam, gdyż ten facet był cały czas bardzo pogodny, uśmiechał się niemal bez przerwy i teraz ten grymas nagłego smutku był doskonale widoczny. Ale to było jak mrugnięcie okiem i Krzysiek znowu się uśmiechał, patrząc na mnie.

– Ale gdzieś mieszkasz na stałe? – Zmrużyłam oczy.

– Gdzieś mieszkam. Kojarzysz Trzebnicę?

– No tak, to koło Wrocławia.

– Mam tam domek. Zimuję w nim. A kiedy nastaje wiosna, ruszam przed siebie. Sporo czasu spędzam na Mazurach. Ale tutaj, w Mazurskim Lecie, jestem pierwszy raz.

– A twój zespół?

– Oni też są nomadami. Spotykamy się latem na Mazurach i gramy w różnych knajpach. Tutaj będę jeszcze przez dwa tygodnie, potem ruszam dalej. – Potrząsnął szklanką.

Wzięłam swoją do ręki i zgodnie wypiliśmy brunatny trunek.

– A tatuaże?

– A co? Chcesz jakiś? – uśmiechnął się szeroko.

Naprawdę był niesamowicie przystojnym facetem. Poczułam dziwne uczucie w okolicach żołądka i natychmiastowy strach.

– Nie! – zaoponowałam zbyt szybko. – W życiu!

– Ha, ha, ha, ha. Jesteś jedną z tych, którym tatuaże kojarzą się z więzieniem? A nie wyglądasz. – Przekrzywił głowę i przypatrywał mi się z uwagą. Po moim ciele przebiegł dreszcz, najpierw chłodny, a potem bardzo gorący. Potrząsnęłam głową.

– Wcale tak nie myślę. Po prostu… nie lubię igieł i nie lubię widoku krwi.

– Rozumiem. Ale uwierz mi, wcale nie jest tak źle. Zastanów się. – Uniósł brew i jednocześnie stuknął swoją szklanką w moją. – Jeśli zmienisz zdanie, to wciąż tu jestem. Mogę wydziarać ci jakieś serce przebite strzałą.

– Wydziarać… – Przewróciłam oczami.

– Yhym. Zatańczymy? – Spojrzał na mnie i uśmiechnął się kącikiem ust.

– Wiem, co robisz – odparłam spokojnym tonem.

– Mianowicie? – Objął się ramionami. Nie mogłam nie zauważyć jego pięknie ukształtowanych przedramion i bicepsów. No i tatuaży.

– Wykorzystujesz swoją… imponującą powierzchowność, aby podrywać pensjonariuszki. Ale ja nie jestem…

W tym momencie zauważyłam jego osłupiały wzrok, a potem nagle wybuchnął głośnym śmiechem. Stałam cierpliwie przy barze i czekałam, aż wybuch minie.

– W jednym zdaniu powiedziałaś mi komplement, a jednocześnie obraziłaś. Szacun, pani psor. – Wciąż się śmiał, ale już nieco ciszej.

– Nie chciałam… nie zamierzałam cię obrazić – obruszyłam się. – Po prostu nie umiem… znaczy trochę…

– Ej, spokojnie. Wcale nie jestem obrażony. I muszę cię rozczarować. Żaden ze mnie Casanova. Właściwie nie pamiętam, kiedy miałem prawdziwą randkę.

– Zawsze jesteś taki szczery? I mówisz prosto z mostu? – Zamrugałam nerwowo.

– W ostatnim czasie. Przekonałem się już, że lepiej mówić to, co się czuje i myśli, bo życie bywa zaskakujące i bardzo ulotne. Szast-prast i już może nas nie być. Nie chcę niczego żałować. A zwłaszcza tego, że nie powiedziałem czegoś, co siedziało mi w głowie.

– A co siedzi ci w głowie? – spytałam cicho, w tym samym momencie niemal krzycząc do siebie w duchu, że w tak bezczelny sposób próbuję flirtować z tym mężczyzną.

Ale on uśmiechnął się, odstawił szklankę na bar i pochylił się do mnie, nie spuszczając swoich karmelowych oczu z moich.

– Taniec z tobą. I przysięgam, nie mam nic złego na myśli, żadnych bezeceństw. Tylko taniec.

Powoli także odstawiłam szklankę i westchnęłam.

– Dawno tego nie robiłam.

– Także nie występowałem ostatnio w Tańcu z gwiazdami. Ale dwa na jeden dam radę.