Mazurskie LatoTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Kuchnia skończyła wydawać, wychodzę – poinformował Rysiek półtorej godziny temu. – Klucze masz, ogarniesz salę, jak wszyscy wyjdą – wydał dyspozycje. – Potem jesteś wolna.

I poszedł, zostawiając ją z kilkoma ostatnimi gośćmi, którzy kończyli swoje drinki. Wyłączyła muzykę i zajęła się porządkowaniem baru. Dzięki temu, gdy ostatni klient wyszedł, pozostało jej tylko posprzątać między stołami.

Teraz już nie musiała się spieszyć, więc powoli przesuwała drewniane ławy, starając się umyć podłogę bardzo dokładnie. Wymiatała zużyte serwetki, kawałki jedzenia i myślała, skąd wzięły się pod stołami. Czy spadały przypadkiem, czy wyrzucali je tam klienci?

Nagle coś zabrzęczało pod mopem.

Nawet sztućce lądują na podłodze? – zdziwiła się.

Kucnęła, żeby przyjrzeć się znalezisku, i ze zdziwieniem stwierdziła, że to trzy klucze zawieszone na breloczku w kształcie kotwicy.

Podniosła je i położyła na stole.

Ciekawe, do kogo należą? Skupiła się, żeby przypomnieć sobie, kto siedział w tym miejscu.

– Raczej tu nie wróci.

Aż podskoczyła.

Odwróciła się w stronę, z której dobiegał głos, i zobaczyła starszego mężczyznę siedzącego w samym rogu sali. Miał długą siwą brodę, koszulkę w poziome paski i czarną chustkę zawiązaną na głowie.

– Ależ mnie pan wystraszył! – Położyła dłoń na sercu. – O mało zawału nie dostałam!

– W twoim wieku to raczej nie grozi – roześmiał się tubalnie.

– Myślałam, że wszyscy już wyszli. Przepraszam, że pana nie zauważyłam. Coś podać?

– Nie trzeba. I nic się nie stało. – Machnął ręką. – Zresztą już dość się dzisiaj napracowałaś, co?

– To prawda – zgodziła się. – Ale spragnionemu nie odmówię – uśmiechnęła się, bo staruszek wzbudzał sympatię. Wyglądał jak kapitan żaglowca na ilustracji z książki o piratach. Naprawdę dobrze wpisywał się w mazurskie, wodniackie klimaty.

– Już swoje wypiłem. – Mrugnął okiem mężczyzna. – Ale jeśli zechcesz nalać coś sobie i wypić w moim towarzystwie, to będzie mi miło.

Zrozumiała, że szuka towarzystwa.

Może nie ma z kim pogadać? – pomyślała. I poczuła, że jej też brakuje zwyczajnej rozmowy.

Oparła mop o stolik, poszła do baru i wróciła ze szklanką soku. Usiadła naprzeciw staruszka.

– Pan jest tutejszy czy turysta? – zapytała, żeby jakoś zacząć pogawędkę.

– A jak wyglądam? – zapytał. – Tutejszy – dodał, nie czekając na odpowiedź.

– Przepraszam, ale nie znam tu nikogo. Jestem w Mikołajkach od kilku dni i właściwie oprócz mojego szefa zdążyłam poznać tylko dwóch mieszkańców.

– I jak wypadamy?

– Cóż, pan jest tym drugim i dużo sympatyczniejszym – uśmiechnęła się. – Ten pierwszy był niezbyt miły…

– Ten, który zgubił kluczyki?

Pokiwała głową.

– Widział pan to wszystko? – domyśliła się. – Fakt, nie popisałam się, ale naprawdę mnie zdenerwował.

– I tu się z tobą zgodzę, bywa denerwujący. – Staruszek pokiwał głową.

– Zna go pan?

– Owszem. Dlatego powiedziałem, że już tutaj nie przyjdzie.

– To może odda mu pan klucze?

– Raczej nie będę się z nim widział. Ale sama możesz mu je zanieść.

– Nie wydaje mi się, żebym miała ochotę na kolejne spotkanie.

– Może nie będzie tak źle? – Spojrzał na nią ciepło. – Niektórzy zyskują przy bliższym poznaniu. Poza tym, kto wie, może to jakiś znak?

– Nie myśli pan chyba o tych plotkach na temat znajdowania miłości w Złotej Rybce? – Jagoda upiła łyk soku. – Przecież to tylko chwyt marketingowy. Myślałam, że miejscowi o tym wiedzą.

– Doskonale wiedzą – zapewnił mężczyzna. – Ale przecież różne rzeczy się w życiu zdarzają, prawda?

– W tym przypadku nie liczyłabym na pozytywne zakończenie – uśmiechnęła się. – Zresztą ja nie wierzę w wielką miłość, a już na pewno jej nie szukam.

– Czasami coś samo się znajduje. Tak jak te klucze…

– Oj, skończmy już ten temat. Nic z tego nie będzie, zapewniam. Zresztą to ostatnie miejsce, w którym chciałabym się zakochać. Nie znoszę Mazur.

– Ja też tak myślałem. A jednak zostałem tutaj. Nigdy nie wiadomo, w jakim porcie przyjdzie nam rzucić kotwicę. Wszystko zależy od tego, jaki ma się kompas. Dobry zawsze zaprowadzi cię do celu. – Staruszek popatrzył w dal i zamyślił się.

Ciekawe, co wspomina? Może jakieś dalekie rejsy? – pomyślała Jagoda. – Chyba nie będę mu dłużej przeszkadzać.

Wstała od stołu.

– Już ci się znudziła rozmowa ze starcem? – Spojrzał na nią spokojnie i wiedziała, że nie ma w tych słowach pretensji ani złośliwości.

– Muszę wracać do pracy – wyjaśniła. – A klucze zostawię w kuchni. Może właściciel odbierze albo kogoś po nie przyśle.

– Gdybyś zmieniła zdanie, to znajdziesz go w tawernie Mazurskie Lato.

– Dziękuję, ale nic z tego.

Poszła na zaplecze i powiesiła klucze na wieszaku, gdzie odkładali fartuchy. Kiedy wróciła, zobaczyła, że miejsce w rogu sali jest już puste.

Ciekawy człowiek – pomyślała o staruszku. – Może jeszcze kiedyś przyjdzie? Miło się z nim gawędzi, tak normalnie.

Zdała sobie sprawę, że po raz pierwszy od dawna, rozmawiając z kimś, nie musiała niczego udawać, nie zastanawiała się nad każdym słowem. Po prostu była sobą.

Czy żyłam w tak nieprawdziwym świecie, że nawet prawdziwą siebie zgubiłam? Ta myśl była bardzo gorzka, ale Jagoda wiedziała, że tak właśnie było.

Miała wszystko – pieniądze, ubrania, modne gadżety, piękne mieszkanie. Ceną za to była ona sama – jej wolność, niezależność, naturalność. Naiwnie wierzyła, że zmieni układ w prawdziwe uczucie, tymczasem to on zmienił ją. Stała się taka, jakiej chciał Mirek – uległą, zapatrzoną w niego istotą.

Ale znalazłam siłę, żeby się uwolnić. – Chwyciła mop i zaczęła energicznie myć podłogę. – Może i mam odciski na dłoniach, może śpię na niewygodnym łóżku, może podaję piwo, ale przynajmniej mogę porozmawiać z drugim człowiekiem i nie boję się, że powiem coś nie tak, jak trzeba.

* * *

Gdy skończyła, było już dawno po północy. Zgasiła światła na sali, zostawiła tylko światełka nad barem. Sprawdziła dwa razy, czy drzwi są zamknięte, i z ulgą pomyślała o odpoczynku.

Odwieszając fartuch, zatrzymała wzrok na kluczach, które znalazła pod stołem. Kotwiczka poruszała się miarowo.

Musiałam ją potrącić – pomyślała Jagoda. – Ale nazwa: Mazurskie Lato – prychnęła lekceważąco. – Swoją drogą, to ciekawe, co on tam robi, ten koneser jedzenia. Barmanem jest? Kucharzem?

Przyszło jej do głowy, że mogłaby zobaczyć lokal konkurencji. Nie żeby miała zamiar spotykać się z tym antypatycznym typem. Po prostu była ciekawa. Właściwie nie widziała niczego w Mikołajkach, poza dwoma hotelowymi restauracjami, gdzie jedli z Mirkiem kolację.

Skoro on mógł przyjść i podglądać, jak jest tutaj, to przecież ja mogę popatrzeć, czy ma się czym pochwalić. Zarozumiały typ – dodała w myślach nieco złośliwie.

Nagle przed oczami stanęła jej twarz mężczyzny z siwą brodą. Miała wrażenie, że się uśmiecha. Wyrozumiale, ale też nieco triumfalnie.

– Po prostu od trzech dni nie wyszłam z tej budy – powiedziała głośno, choć nikt nie mógł jej usłyszeć. – I zwyczajnie mam ochotę na spacer. Zaczerpnę świeżego powietrza, obejrzę miasteczko…

Komu ja się tłumaczę? – skarciła samą siebie. – Przecież wiem, co chcę zrobić, i tyle. Ale nie mam zamiaru wcale się z nim spotykać.

Ostentacyjnie odwróciła się plecami do wciąż kołyszącej się kotwicy i wyszła ze Złotej Rybki.

W wielu lokalach nadal trwała zabawa. Jednak sądząc z dźwięków dobiegających z wnętrza lokali, były to raczej dyskoteki. Widocznie nie wszyscy turyści cenili żeglarskie piosenki i przyjechali tylko po to, aby żeglować.

– U nas imprezy są w piątki i soboty – wyjaśnił jej Rysiek, gdy przyjmował ją do pracy. – Wtedy przychodzi zespół i grają na żywo. Tradycyjnie – szanty i nic innego. Trzymamy klimat, tak ma być. I siedzimy do oporu, więc przygotuj się na bezsenne noce. Za to w tygodniu kuchnia kończy o dwudziestej drugiej, potem tylko bar i też nie dłużej niż do jedenastej. No, może wpół do dwunastej.

Jagoda miała nadzieję, że przed weekendem dojadą nowe kelnerki, bo nie wyobrażała sobie pracy przez czterdzieści osiem godzin prawie bez żadnej przerwy.

Teraz obserwowała przez chwilę ludzi stojących przed jedną z dyskotek, słyszała ich głośne śmiechy i rozmowy. Wiedziała, że mogłaby być wśród nich. Przecież przez ostatnie lata właśnie tak spędzała czas – zabawa, alkohol, głośna muzyka. Dlaczego więc, patrząc na nich, czuła, że nic ją z tamtym światem nie łączy?

Że niby bliżej mi do zakurzonego pokoiku na zapleczu? – zadała sobie pytanie. – Nie, bez przesady…

A jednak czuła, że nie chciałaby być na miejscu imprezowiczów.

Po prostu jestem zmęczona – doszła do wniosku. – Przecież gdyby Mirek był inny…

Ale nie był. Chociaż bardzo chciała i prawie do ostatniej chwili miała na to nadzieję. Kiedy ją straciła? Chyba wtedy, gdy zupełnie zlekceważył jej lęki.

– Nie przesadzaj, dziewczyno. To było wieki temu – machnął ręką, gdy skończyła swoją opowieść. – Kupiłem nowy jacht i chcę na nim spędzić kilka dni z moją kobietą. Pakuj się więc, bo wyjeżdżamy za godzinę.

– Nigdzie nie pojadę – spróbowała się postawić.

– Ależ pojedziesz – mówił spokojnie, lecz Jagoda zobaczyła w jego oczach jakieś niebezpieczne błyski. – Będziesz siedziała ze mną na pokładzie i opalała się. A pod pokładem czeka bardzo wygodne łóżko i schłodzony szampan. No, ruszaj! I nie chcę słyszeć już żadnego narzekania. Bo chyba nie masz powodów do niezadowolenia, prawda?

Uległa, jak zawsze, choć tym razem było to bardzo trudne. I zupełnie wbrew sobie znalazła się w Mikołajkach.

 

Jagoda była tak pogrążona w myślach, że mało brakowało, a uderzyłaby w uliczną latarnię. Gdyby nie ostrzegawczy krzyk zbłąkanej mewy, który wyrwał ją z zamyślenia, z pewnością nie uniknęłaby wypadku.

Jeszcze brakuje mi guza na środku czoła – pomyślała ze złością. – Albo wstrząsu mózgu i szpitala. Gdzie ja właściwie jestem?

Rozejrzała się dookoła.

A to historia! Nie mogła uwierzyć w to, co zobaczyła.

Bo oto stała przed tawerną Mazurskie Lato. A raczej przed tym, co chyba kiedyś tawerną było. Budynek nie robił dobrego wrażenia. Kwiaty w donicach wyglądały na dawno niepodlewane, w oknach wisiały zakurzone rybackie sieci, a neon migał smętnie, jakby resztkami sił.

Wygląda raczej na podrzędną knajpę – uznała. – Nie wydaje mi się, żeby wszedł tu ktoś przy kasie – uznała.

Podeszła bliżej. Zauważyła, że chociaż na drzwiach widnieje informacja, że lokal czynny jest do dwudziestej trzeciej, to w środku nadal pali się światło.

Mają jeszcze gości? – zdziwiła się. – Bez muzyki? Pewnie kilku smętnych piwoszy przysypia nad stołami.

Przyszło jej do głowy, że ma szansę odgryźć się chłopakowi za to, jak ją potraktował. Tak wszystko krytykował, a tymczasem sam pracuje w takim miejscu!

Wejdę – postanowiła. – I jeśli jest, pozwolę sobie na kilka szyderczych uwag. Przekona się, jak to jest!

Ostrożnie pchnęła drzwi i znalazła się we wnętrzu Mazurskiego Lata. Rozejrzała się dookoła i zauważyła tylko jedną postać siedzącą przy stole tyłem do wejścia.

Jest nawet gorzej, niż myślałam – stwierdziła z satysfakcją.

Powoli podeszła do baru i czekała, aż ktoś wyjdzie z zaplecza.

– Czego tu szukasz? – usłyszała nagle za plecami męski głos.

Odwróciła się i zobaczyła, że ten, którego wzięła za ostatniego klienta, jest chłopakiem, który odwiedził dziś Złotą Rybkę.

– Przechodziłam obok i postanowiłam wstąpić – odparła.

– Przechodziłaś akurat? – powtórzył z ironią. – Tędy?

– Tak.

– A dokąd to idziesz?

– Na spacer.

– To nie zatrzymuję.

– Miły to ty nie jesteś. I wcale nie zyskujesz przy bliższym poznaniu – stwierdziła Jagoda.

– Bo wcale mi na tym nie zależy. – Wzruszył ramionami. – I powiedziałem przecież, że możesz sobie iść. Nie chcę mieć nic wspólnego ze Złotą Rybką. Ani z nikim, kto tam pracuje.

– A jednak będziesz musiał – odparła z satysfakcją.

– Niby dlaczego?

– Dlatego, że tam są twoje klucze.

– Jakie klucze?

– Normalne. Breloczek z kotwicą. Mówi ci to coś?

Chwycił się za kieszeń.

– To od domu – powiedział. – Nawet nie zauważyłem, że ich nie mam.

– Są do odbioru w barze – poinformowała.

– Nie mogłaś przynieść?

– Uważasz, że zasłużyłeś na przysługę? – zapytała, patrząc mu prosto w oczy – Zresztą mówiłam, że wcale nie zamierzałam tu przychodzić. I nie miałam pojęcia, że tu cię spotkam – skłamała. – Dobranoc.

Nie odpowiedział.

Gbur! – pomyślała, wychodząc z Mazurskiego Lata.

* * *

Po powrocie wzięła prysznic i owinięta w ręcznik usiadła na brzegu łóżka. Starała się rozczesać mokre włosy i jednocześnie utrzymać równowagę na sfatygowanym meblu. Łatwiej byłoby to zrobić, stojąc, ale naprawdę ledwie trzymała się na nogach. Toczyła więc uparcie tę nierówną walkę, aż wreszcie odrzuciła ostatni kosmyk na plecy.

– Pięknie wyglądasz. – Rysiek stał w drzwiach pokoiku, oparty o framugę drzwi, z rękami w kieszeniach czarnych dresowych spodni.

– Co szef tu robi? – zerwała się na równe nogi i złapała rękami za brzeg ręcznika, żeby nie opadł.

– Daj już spokój z tym szefem – uśmiechnął się mężczyzna. – Mów mi po imieniu, w końcu za kilka dni będziesz moją prawą ręką. – Zmierzył ją spojrzeniem i pokiwał z uznaniem głową.

Jagoda czuła się niezręcznie, a jego taksujący wzrok wzbudził w niej niepokój.

– Wyjdź, proszę, muszę się ubrać – powiedziała, starając się, żeby jej głos brzmiał pewnie.

– Nie przesadzaj, myślisz, że ja kobiety nie widziałem?

Ani myślał wyjść. Przeciwnie. Zrobił krok w jej kierunku.

– To co? Myślałaś nad tym, co mówiłem? – Wyciągnął rękę i położył ją na jej nagim ramieniu. – Jesteś gotowa na awans? Kierowniczka najlepszej tawerny w Mikołajkach to jest coś! Niejedna chciałaby być na twoim miejscu…

Zrobił kolejny krok, Jagoda chciała się cofnąć, ale nie miała dokąd. Tuż za nią był brzeg łóżka. Zachwiała się.

– Spokojnie, powoli. – Rysiek złapał ją i przyciągnął do siebie. – Słyszałem, że wiesz, o co chodzi, i jesteś chętna, ale nie wiedziałem, że aż tak… – roześmiał się obleśnie.

– Zostaw mnie! – krzyknęła i próbowała wyrwać się z jego uścisku.

– Nie udawaj takiej niedostępnej! – zirytował się Rysiek i próbował zabrać ręcznik.

– Nie! Nie chcę! – Jagoda była coraz bardziej przerażona. Szarpała się ze wszystkich sił, ale czuła, że w starciu z potężnym mężczyzną jest bez szans.

– Dobry wieczór!

Rysiek zaskoczony odwrócił głowę w stronę, z której dochodził głos, i odruchowo rozluźnił uścisk. Jagoda natychmiast wykorzystała okazję i wysunęła się z jego objęć.

– Co tu robisz?! – warknął kucharz w stronę nieoczekiwanego gościa.

– Przyszedłem po klucze. – Chłopak rzucił szybkie spojrzenie na Jagodę, która wyjęła torbę i w pośpiechu zaczęła wrzucać do niej swoje rzeczy. – Wypadły mi tu dzisiaj i podobno są do odbioru w barze.

– Nie widzisz, że przeszkadzasz? Spadaj! – zdenerwował się Rysiek.

– Jak tylko wezmę klucze. – Chłopak zachował kamienną twarz.

Jagoda wrzuciła ostatnią bluzkę do torby.

– Zaraz ci przyniosę – powiedziała.

Chwyciła bluzkę i spodnie, a potem szybko poszła do kuchni. Trzęsła się ze strachu i zdenerwowania, nie mogła trafić w rękaw bluzki… Wreszcie się udało, zdjęła więc klucze z wieszaka i kilka razy odetchnęła głęboko.

Wróciła do pokoju. Mężczyźni stali w milczeniu, mierząc się wrogimi spojrzeniami.

– Proszę. – Podała chłopakowi jego własność. – A to dla ciebie – rzuciła w kierunku Ryśka drugi pęk kluczy.

– Nie wygłupiaj się! – zaprotestował.

– To ja już spadam – z przekąsem wtrącił się chłopak.

– Poczekaj! Idę z tobą – szybko powiedziała Jagoda.

Zabrała torbę i wyszła, zostawiając wściekłego Ryśka w Złotej Rybce.

* * *

– Dzięki, uratowałeś mnie. – Ledwie mogła dotrzymać mu kroku.

– Nie ma za co. Żadna moja zasługa, po prostu przypadek.

– Tak czy inaczej, pomogłeś mi wyrwać się ze szponów tego zboczeńca. – Każdy krok powodował ból, ale za wszelką cenę starała się nadążyć za chłopakiem.

– Powiedziałem: nie ma sprawy. Wyrwałaś się i fajnie. Idź więc swoją drogą, a ja wrócę do domu.

– Jasne – zgodziła się. – Tylko pozwól mi pójść ze sobą jeszcze kawałek. Boję się, że tamten może mnie szukać… – mówiła prawdę, była przerażona.

Zerknął na nią spod oka.

– Dobra, niech będzie – zgodził się.

Szli w milczeniu. W pewnej chwili Jagoda poczuła, że nie da rady zrobić ani jednego kroku więcej. Stanęła więc. On także się zatrzymał.

– Co się stało? – zapytał.

– Nic. Pomyślałam, że już mogę cię uwolnić od swojego towarzystwa. – Starała się powstrzymać grymas bólu.

Popatrzył uważnie na dziewczynę.

– Okej, w takim razie idź.

Zacisnęła zęby i zrobiła kilka kroków.

Niech już sobie pójdzie – pomyślała. – A ja usiądę po prostu tutaj, na krawężniku, i odpocznę. Potem zastanowię się, co dalej.

Chłopak podszedł do Jagody i wziął z jej ręki torbę.

– Co robisz? – zapytała.

– Zaniosę ci to – oświadczył spokojnie. – To dokąd idziemy?

– Nie wiem – wyznała szczerze. – Może nad jezioro? A najlepiej na najbliższą ławkę. – Nie chciała okazać słabości i z całych sił powstrzymywała łzy. A bardzo chciało jej się płakać. Z bezradności i bólu.

Ale nie przy nim – powtarzała w myślach. – Nie przy nim!

– Chcesz powiedzieć, że będziesz spała na ławce?

– Nie, chcę powiedzieć, że mam wykupiony apartament, tylko dla fanu postanowiłam spać w tej klitce przy kuchni i dawać się obłapiać temu obleśnemu grubasowi. – Chciała, żeby zabrzmiało to złośliwie, ale wyszło żałośnie.

Pokiwał głową.

– No co? Nie można spać na ławce? – broniła swojej godności resztkami sił.

– Można – zgodził się. – Ale to nie najlepszy wybór. – Podszedł bliżej. – Oprzyj się na moim ramieniu i pójdziemy powoli. Daj znać, gdy będziesz chciała na chwilę się zatrzymać.

– Dokąd idziemy?

– Do Mazurskiego Lata. Może się zdziwisz, ale tam też jest pokój na zapleczu. Bardziej biuro, ale da się przespać.

* * *

Obudziły ją promienie wschodzącego słońca. W pierwszej chwili nie wiedziała, gdzie jest. Przebiegła wzrokiem po regałach, niewielkim biurku i nieco poszarzałych firankach.

Musiała zebrać myśli, żeby przypomnieć sobie wczorajszy dzień i noc.

Ach, racja, przyprowadził mnie tutaj i nakarmił mielonką z puszki. – Usiadła i przetarła oczy. – Gdyby nie gorąca herbata, to chyba nie dałabym rady tego przełknąć – uśmiechnęła się na wspomnienie tej niby kolacji. – Potem wyciągnął skądś materac i koce. Pokazał mi łazienkę i poszedł sobie.

Poruszyła stopami. Było lepiej niż wczoraj. Nogi odpoczęły i Jagoda uznała, że da radę wstać.

Ubieram się i wynoszę stąd – zdecydowała. – Byle dalej od Mikołajek i całych tych Mazur. Choćbym miała jechać autostopem – zdecydowała.

Umyła się i złożyła koce. Z torbą w ręku wyszła na salę i skierowała się do drzwi.

– Uciekasz? – usłyszała głos chłopaka. – W sumie powinienem się tego spodziewać. To bardzo w twoim stylu: wyjść bez pożegnania.

– Skąd ty możesz wiedzieć, co jest w moim stylu? – popatrzyła na niego ze złością. – Po prostu nie chciałam ci robić więcej kłopotu.

– Skoro myślisz, że wyjęcie materaca z szafy jest problemem, to niewiele wiesz o prawdziwych trudnościach.

A już myślałam, że zmienię o nim zdanie. – Jagoda westchnęła i postawiła torbę na najbliższej ławie.

– Słuchaj, jestem ci bardzo wdzięczna za pomoc i w ogóle, ale naprawdę nic o mnie nie wiesz, wiec mnie nie oceniaj. Zaraz zniknę i nigdy więcej mnie nie zobaczysz.

– Bardzo mi to odpowiada. Nie jestem instytucją charytatywną dla nieszczęśliwych dziewczynek – burknął.

– Nawet mi to do głowy nie przyszło. Zresztą patrząc na to – rozejrzała się po wnętrzu Mazurskiego Lata – to raczej ty potrzebujesz pomocy.

Chłopak wyszedł zza baru i podszedł do niej szybkim krokiem.

– Nie mów tak!

– Jak? Przecież widzę, co tu się dzieje. – Jagoda wzruszyła ramionami.

W duchu nawet ucieszyła się trochę, że wreszcie trafiła w czuły punkt.

– To kiedyś była wspaniała tawerna – powiedział chłopak z przekonaniem. – Taka z prawdziwego zdarzenia, z autentycznym klimatem, a nie sławą napompowaną przez reklamę.

– Jesteś właścicielem?

– Teraz tak. – Skinął głową. – Ale wcześniej należała do mojego wujka. On ją stworzył, była dla niego jak dziecko.

Usiadł przy stole i ukrył twarz w dłoniach.

Jagoda zajęła miejsce naprzeciw niego. Zaintrygowała ją ta historia.

– To co się stało? – zapytała. – Dlaczego się zmieniło? Nie radzisz sobie?

Chłopak podniósł głowę i popatrzył jej w oczy.

– Naprawdę chcesz wiedzieć?

– Skoro pytam, to chyba chcę.

– Wujek przyjechał tu z miłości. Pochodził ze Śląska, ale kobieta, którą pokochał, marzyła o tym, żeby mieszkać właśnie na Mazurach. Nie pytaj mnie dlaczego, bo nie wiem. I wujek postanowił, że da jej to, czego chciała. Harował w kopalni i odkładał każdy grosz. Powoli to szło, ale nie tracił nadziei. Taki romantyk z niego był – uśmiechnął się gorzko. – Pewnego dnia trafiła się okazja: ktoś chciał sprzedać stary dom na Mazurach. Wujek wziął wszystkie zebrane pieniądze i kupił go. Przyjechał tutaj i zaczął własnymi rękami go remontować. Najmował się do różnych prac, żeby zarobić na materiały. Wszystko dla swojej kobiety.

– Fajny facet z tego twojego wujka. Szkoda, że teraz już takich nie ma – westchnęła Jagoda. – Cudowna historia…

– Poczekaj, bo teraz będzie ta mniej wspaniała część – przerwał jej. – Kiedy dom był gotowy, wujek pojechał, żeby przywieźć tu ukochaną. Niestety okazało się, że nie miała tyle cierpliwości, ile on. Zaręczyła się z innym i wyobraź sobie, że już nie chciała mieszkać na Mazurach. Wybrała mieszkanie w Nowej Hucie. Trzy pokoje z łazienką i centralnym ogrzewaniem. Luksus – ostatnie zdania wypowiedział z ironią.

 

– Oj, to rzeczywiście… I co zrobił wujek?

– A co miał zrobić? Wrócił tutaj. Wziął jakiś kredyt czy pożyczkę i otworzył bar. Tak to się wtedy nazywało, zanim modne stały się tawerny. Nigdy już się z nikim nie związał. Mówił, że już kochał i więcej nie potrafi.

– Pozostał romantykiem – uznała Jagoda.

– Jeszcze jakim! Uznał, że skoro on nie miał szczęścia w miłości, to chociaż pomoże innym ją znaleźć. I trzeba przyznać, że mu się udawało. Mama mówiła, że skojarzył kilkadziesiąt par.

– Naprawdę?

– Tak. Nazwał swój lokal Mazurskie Lato, a na siebie kazał mówić: bosman Maciej. Żeby pasowało do klimatu i kojarzyło się z rejsami, wolnością i przygodą. Tak mówił. Sama widzisz, romantyk jakich mało – zakończył gorzko.

– Ale to przecież podobno w Złotej Rybce znajduje się miłość – przypomniała Jagoda.

– Gówno prawda! – dosadnie zaprotestował chłopak. – To ten bogaty palant ukradł naszą historię. Przyjechał nie wiadomo skąd, szastał kasą, zachowywał się jak pan i władca. Usłyszał o wujku i szczęśliwych parach. A potem stwierdził, że bardzo mu się na Mazurach podoba. Wszedł w spółkę z Ryśkiem, wpakował w Złotą Rybkę mnóstwo kasy, ale kto bogatemu zabroni, prawda? – Spojrzał na Jagodę, a ona zobaczyła w jego oczach smutek. – Wykorzystał historię wujka dla własnego biznesu, rozumiesz? A wujek nie chciał z nim walczyć. Skutek był taki, że odwiedzało nas coraz mniej osób, a tawerna stopniowo podupadała.

No to mamy wspólnego wroga – stwierdziła Jagoda. – Kto by pomyślał, że coś może nas łączyć.

Bo przecież jasne było, że chłopak mówił o Mirku. Postanowiła nie przyznawać się, że coś ją z nim łączyło.

– Wiesz, ja nienawidzę Mazur – powiedział nagle i zamilkł.

O, to druga wspólna dla nas obojga rzecz – zauważyła dziewczyna

– To dlaczego nie wyjedziesz? – zapytała.

– Obiecałem wujkowi, że będę prowadził Mazurskie Lato. Jestem mu to winien, wychowywał mnie po śmierci mamy – ostatnie zdanie powiedział tak cicho, że ledwie usłyszała.

– No to dlaczego nie bierzesz się do roboty? Przecież siedząc przy stole i użalając się nad sobą, niczego nie naprawisz. Nie próbowałeś czegoś wymyślić?

– Owszem, próbowałem. Miałem nawet plan. Niestety, w naszej rodzinie historia chyba lubi się powtarzać. Z tą różnicą, że w przypadku mojej dziewczyny zamiast mieszkania w Nowej Hucie wygrał jacht. Też luksus, prawda? – Wbił wzrok w blat stołu.

Więc jeszcze i to! – pomyślała Jagoda. – No to przynajmniej wiem, skąd się wzięła nowa właścicielka mojej sukienki. A to zdzira!

Zrobiło jej się żal chłopaka. No i nadal była wściekła na Mirka, a teraz jeszcze na tę dziewczynę.

A gdyby tak zagrać im na nosie? – przyszło jej do głowy.

– Hej, a co byś powiedział na małe wsparcie? – zapytała bez namysłu.

– Nie rozumiem? – zdziwił się

– Słuchaj, mam wobec ciebie dług wdzięczności. Gdyby nie ty, Rysiek… sam rozumiesz… W każdym razie uratowałeś mnie. W ramach rewanżu oferuję ci pomoc w doprowadzeniu Mazurskiego Lata do porządku. Posprzątamy tu wspólnie, zaaranżujemy trochę lepiej wnętrze i pomyślimy nad jakąś strategią. Studiowałam marketing, choć tylko teoretycznie, za to bardzo praktycznie umiem roznosić piwo i smażoną rybę.

– Z tym ostatnim to trochę na wyrost, o ile pamiętam. – Po raz pierwszy zobaczyła, że się uśmiecha.

– Daruj sobie! – Odwzajemniła uśmiech. – Ja ci proponuję pomoc, a ty mi wypominasz drobny wypadek…

– Mówisz serio? – spoważniał. – Naprawdę chciałabyś tu pracować?

Pokiwała głową.

– Chwilowo nie mam nic lepszego do roboty. Za nocleg i jedzenie pomogę w sprzątaniu, a potem ustalimy, co dalej.

Wyciągnęła rękę w jego kierunku.

– To co? Przyjmujesz moją propozycję?

– Nie wiem, dlaczego to robisz, i nie wiem, czy coś z tego będzie, ale nie mam nic do stracenia, więc przyjmuję. – Uścisnął jej dłoń. – To od czego zaczniemy?

– Proponuję od śniadania. – Dziewczyna poczuła ssanie w żołądku.

– Może być jajecznica?

– Jasne! Ale zanim pójdziemy do kuchni, powinniśmy chyba wreszcie się poznać – zauważyła.

– Jak to: poznać?

– Normalnie. Przecież nawet nie wiem, jak masz na imię.

– Ale numer! Rzeczywiście! Jestem Paweł. A ty?

– Jagoda – odpowiedziała. – A bruderszaft wypijemy kawą, co? Bo bez niej nie potrafię dobrze pracować.

* * *

Jagoda siedziała na pomoście i machała nogami. Obserwowała zieloną linię lasu na drugim brzegu jeziora. Lekki wiatr wiał w stronę wody i raz po raz musiała poprawiać kosmyki włosów opadające jej na twarz.

– Co tu robisz? – Paweł usiadł obok Jagody. – Myślałem, że nie lubisz wody.

Pewnego dnia opowiedziała mu o historii z dzieciństwa. Wypadła z łódki i o mało się nie utopiła. Od tamtej pory na samą myśl o jakimkolwiek akwenie panikowała.

– Dzisiaj poczułam, że mam ochotę tu przyjść – odparła. – Może to taka potrzeba jakiegoś symbolicznego zakończenia?

Pracowali wspólnie prawie trzy miesiące. Jagoda musiała przyznać, że wykonali kawał dobrej roboty. Tawerna po lekkim liftingu prezentowała się bardzo stylowo. Choć sytuacja finansowa Pawła mocno ich ograniczała, to udało się kupić farbę i odświeżyć ściany. Na jednej z nich Jagoda powiesiła zdjęcia par, które poznały się i pokochały w Mazurskim Lecie. Goście przysyłali te fotografie bosmanowi Maciejowi z podziękowaniami i uzbierało się ich przez lata całkiem sporo.

– To chyba zbyt cukierkowe – narzekał Paweł, gdy przedstawiła mu swój pomysł.

– Trzeba się pochwalić tym, co najlepsze, i pokazać ludziom, jaka jest prawda. Twój wujek na pewno by tego chciał.

Chłopak spojrzał spod oka, ale chyba trafił do niego ten argument, bo odnalazł zdjęcia i nawet zrobił do nich ramki ze starych desek i gałązek. Wyszło bardzo klimatycznie.

– Musisz podnieść ceny przynajmniej dwukrotnie – oznajmiła Pawłowi, gdy planowali menu.

– Zwariowałaś! Przecież nikt tyle nie zapłaci za smażoną rybę.

– Zapewniam cię, że zapłaci. I nie chodzi wcale o rybę. Chcesz zarabiać? To musisz mieć bogatych klientów, a oni muszą chcieć zostawić tu pieniądze. Zrobią to, jeśli będą mieć poczucie, że to wyjątkowe miejsce. Wiem, co mówię.

Bo wiedziała. Gdy była z Mirkiem, poznała wielu bogatych mężczyzn, słyszała ich rozmowy i znała sposób myślenia. Dlatego najpierw podkupiła Złotej Rybce zespół, który grał tam w weekendy.

– Nie stać nas na taką stawkę – protestował Paweł.

– Będzie nas stać, zapewniam.

Potem długo musiała namawiać chłopaka, żeby zgodził się wykorzystać znajomości na przystani. Wszyscy znali go od dziecka, bosmana Macieja także dobrze wspominali, więc nie odmówili Pawłowi. W ten sposób każdy właściciel jachtu dowiedział się, że Mazurskie Lato to jedyna prawdziwa tawerna, godna żeglarza.

„Ale niełatwo tam się dostać” – dodawano ciszej. „No, chyba że ktoś wprowadzi i poleci”.

W ten sposób bywanie w Mazurskim Lecie szybko stało się modne wśród najbogatszych turystów przyjeżdżających do Mikołajek. Czuli się wyróżnieni, bez mrugnięcia okiem płacili, a znajomi Pawła, załatwiający tak pożądane „polecenia”, też mieli z tego dodatkowy dochód, więc starali się, żeby gości nie brakowało.

Po miesiącu przyjęli do pracy trzy kelnerki i kucharza i wreszcie mogli mieć trochę wolnego. Jadali razem kolacje, zazwyczaj w ogródku za tawerną, z dala od gwaru i muzyki.

Paweł okazał się sympatycznym człowiekiem, a kiedy minął mu ponury nastrój, zamienił sarkazm i ironię na dowcip. Nie raz rozśmieszył ją do łez. Naprawdę dobrze się z nim czuła i lubiła to wspólne zakończenie dnia.

– Za tydzień koniec sezonu – stwierdził pewnego dnia Paweł. – Wszyscy stąd wyjadą, zrobi się pusto i cicho.

– Jak to: wszyscy wyjadą?

– Nie dosłownie, zawsze trafiają się jacyś jesienni turyści, ale to pojedyncze osoby. A za miesiąc to już zostaną tylko miejscowi. Tak tu jest. Koniec sezonu i lokale się zamyka. Aż do kolejnego roku.

Jagoda zrozumiała, że ich współpraca dobiega końca.

Pora wracać do Kielc – pomyślała.

Następnego dnia poinformowała Pawła o terminie wyjazdu.

– Rozumiem. – Pokiwał głową. – Oczywiście rozliczę się z tobą, zgodnie z naszą umową.

Suma okazała się całkiem pokaźna. Mogła za nią wynająć mieszkanie i przeżyć kilka miesięcy, zanim znajdzie pracę. Zrealizowała plan, który powzięła, gdy zeszła z jachtu Mirka. Powinna być z siebie dumna, więc dlaczego było jej smutno?