Dziewczyny z konspiry

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Dlaczego jesteś taki twardy, nawet wobec bliskich?

– Bo życie jest twarde – odpowiedział.

Dla pani Janiny też takie było. Sama mocno zaangażowana w działalność konspiracyjną, wciąż otrzymywała informacje, które wywoływały w niej lęk o los z rzadka widywanego syna.

Kiedyś Janka przybiegła z wiadomością, że blok, w którym spotykają się ludzie z podziemia i w którym bardzo często bywa Krzysztof, jest obserwowany przez esbecję. Pojechały na tę ulicę, by sprawdzić, czy stoją tam jakieś podejrzane wozy. A jakże! Dobrze ukryte, ale są. W podsłuchiwaczu wszystko słychać. Pani Janka szybko jedzie, by ostrzec syna. Na szczęście tym razem, co zdarzało się rzadko, zastaje go w domu.

W sierpniu ‘82 w Sopocie nakryto tajną drukarnię, wszystkich z nią związanych oczywiście aresztowano. Czy przypadkiem Krzysztof dla niej nie pracował? Dlaczego ostatnio schronił się wraz z rodziną w domku letniskowym w lesie? Takie wątpliwości stały się dla pani Janiny jak chleb powszedni.

Po jednej z manifestacji ZOMO dotkliwie pobiło jej znajomych. Przegonili ich po tak zwanej ścieżce zdrowia. Jednemu wybito kilka zębów i mocno krwawił. Krew kazano mu zlizywać z ziemi. Może był wśród nich jej syn?

W listopadzie ‘82 wpadła tajna radiostacja w Gdańsku. Zamknęli tylko dwie osoby, reszcie udało się uciec. Jeśli tam działał, może on też ocalał?

Janka przekazała wiadomość, że aresztowano kilka młodych konspiratorek. Były ostrzegane, między innymi przez nią, ale to zbagatelizowały. Krzysztof ciągle lekceważy wszelkie powiadomienia o zagrożeniu. Jak tu się o niego nie bać?

„Zabili Grzegorza Przemyka – zapisała w swoich notatkach. – Jego matka straciła jedynego syna. Jestem całym sercem z nią. Ja też mam tylko jedno dziecko”.

W czerwcu ‘83 nasiliły się aresztowania ze względu na mającą nastąpić pielgrzymkę papieża Jana Pawła II do ojczyzny. Czy tym razem synowi też się uda?. Po wizycie pani Janina zanotowała: „Ten przyjazd był nam potrzebny, ale bolał mnie widok papieża witającego się z naszymi władzami. To tak, jakby je aprobował, a przecież tak nie jest. Komuniści i tak obrócą całe wydarzenie na swoją korzyść”.

Aresztowano kilka osób z pracy Krzysztofa za wywieszenie flagi na znak protestu przeciwko ogłoszeniu stanu wojennego. Było to trzynastego któregoś miesiąca. On co prawda jest już i tak „na wylocie”, bo nie podpisał deklaracji lojalności, ale pani Janina znów nie widziała go od kilku dni.

Kiedy zapadały drakońskie wyroki dla działaczy „Solidarności”, jej świat nie zawalił się całkowicie tylko ze względu na dziecięco szczere i zadziwione spojrzenie olbrzymich oczu wnuka i wiarę, że nad Krzysztofem nieustannie czuwa jej nieżyjąca matka, która go kochała tak, jak ona teraz tego małego brzdąca.

* * *

Przez długi czas zabiegany, zatroskany, nieobecny Krzysztof nie miał pojęcia, że jego matka również pracuje w konspiracji. Dowiedział się tego od Janki, z którą nawiązał kontakt. Od tej pory starał się mamę trochę kontrolować. Nie pozwolił na przykład pani Janinie pojechać do Gdańska 3 maja 1982 roku.

– Mają bić, żeby odkuć się za 1 maja.

I rzeczywiście, cały dzień trwały wówczas walki uliczne, do bazyliki wrzucono petardę, było wielu rannych i aresztowanych. Teraz też dużo częściej niż przedtem angażował matkę do opieki nad wnukiem.

– Chce mnie uziemić w domu – myślała pani Janina. – Boi się, że mnie zamkną i nie będzie komu zaopiekować się dzieckiem. No, może nie tylko dlatego?

Czuła, że nazbyt surowo ocenia syna. Raz tylko zabrała wnuka ze sobą do Gdańska. Akurat wszystkie stocznie tam strajkowały w odpowiedzi na delegalizację „Solidarności” i innych związków zawodowych. Brama numer 2 zamknięta, a na murze sztandary i stoczniowcy. Spokojnie doszli do pomnika, wokół którego zbierało się coraz więcej ludzi. Za bramą strajkujący, którzy, podobnie jak w 1980 roku, skandują: „So-li-dar-ność”, a potem wspólnie śpiewają hymn. Dwulatek patrzy na wszystko swymi dużymi oczami z ogromnym zaciekawieniem, a potem macha rączką do stoczniowców.

– Zapamiętaj te twarze, ci ludzie walczą o naszą wolność – uświadamiała wnuka pani Janina.

Kiedy ZOMO zaczęło zbliżać się do bramy, doszła jednak do wniosku, że nie może tak narażać dziecka i postanowiła wracać do domu. Potem dowiedziała się, że ostre walki trwały do 23.00, a „za karę” władza wyłączyła w całym mieście telefony zamiejscowe i dalekopisy.

W sierpniu ‘83 pani Janina uczestniczyła w pogrzebie Jana Samsonowicza z „Solidarności”, kolejnej ofiary SB. Rzekomo powiesił się na płocie Stoczni Gdańskiej, ale nikt w to nie wierzył. Ceremonia przeobraziła się w patriotyczną manifestację. Za trumną skąpaną w biało-czerwonych kwiatach szli ojciec i matka zmarłego. „Jakie biedne te polskie matki” – zanotowała pani Janina.

W tym samym miesiącu, 21 sierpnia, Sejm uchwalił zniesienie stanu wojennego, który w grudniu był tylko zawieszony. Otwarły się bramy więzień, ale nie dla wszystkich. Tych szczęśliwie zwolnionych śledzić będzie esbecja. Krzysztof działa nadal, więc obawy matki nie maleją.

* * *

Swe „notatki wojenne” pani Janina kończy tak:

„W najśmielszych nawet marzeniach nie przypuszczałam, że kilka lat po tych strasznych wydarzeniach, już w wolnej Polsce, mój syn obejmie jedno z czołowych stanowisk rządowych. Znów zadanie niezwykle trudne, a ja znów będę się o niego bać”.

IV Niczego nie żałuję Renata Jasińska

Kiedy Jaruzelski został prezydentem, płakała przez dwa dni. Trudno jej było pogodzić się z faktem, że po tym wszystkim, co zrobili narodowi, oni wciąż stoją na jego czele. Tyle lat walczyliśmy i co z tego wyszło? Miała powody do rozgoryczenia. Okupiła to srodze. Rozpadem rodziny, utratą kontaktu ze starszym synem i chorobą młodszego. To wysoka cena. Mierził ją widok dawnych działaczy „Solidarności” jeżdżących drogimi samochodami i utrzymujących bliskie kontakty z popezetpeerowskim establishmentem.

– I jak tu zaprzeczać tezie, że byt kształtuje świadomość – pokpiwała w duchu.

Nie mogła słuchać kazań księży mówiących zupełnie co innego niż za czasów wielkiego zrywu. Wolałaby zawrzeć pakt z diabłem, niż siąść do stołu z komunistami. Zakłamanie, wszechobecne zakłamanie – to doskwierało jej najsilniej. Czy żałowała? Chyba jednak nie, gdyż w pewnym okresie swego życia stała się tak zapiekłą antykomunistką, że sumienie nie pozwoliłoby jej egzystować w starych układach. Owa zaciętość sprawiała, że mimo wielu niebezpiecznych momentów nie czuła strachu, obcy był jej nawet lęk o rodzinę. Być może wynikało to z faktu, iż na tę drugą stronę przeszła nagle, pewnego lata, kiedy miała piętnaście lat. Był to zwrot o sto osiemdziesiąt stopni, bez stanów pośrednich. A przeważnie jest tak, że neofici są najbardziej gorliwymi praktykami. Jej ów żar nawrócenia pozostał na całe życie.

Renata urodziła się na wsi w okolicach Zielonej Góry, gdzie osiedlili się jej rodzice pochodzący z różnych stron kraju. Matka – z Drohobycza, z bagażem traumatycznych przeżyć z obozu koncentracyjnego. Ojciec, aktywny konspirator, przedostający się z meldunkami przez zieloną granicę, był rodem z Poznania. Obydwoje poranieni przez wojenną zawieruchę, chcieli, by ich jedynaczka miała spokojne, bezpieczne dzieciństwo. Z gruntu przyzwoici, nie korzystali z profitów przeznaczonych dla prawomyślnych, czyli członków lub sympatyków PZPR, ale też nie angażowali się w działalność opozycyjną. Parali się zajęciami odbiegającymi od poziomu ich wykształcenia, wiedli skromną, ale ustabilizowaną egzystencję. To samo chcieli zapewnić swej córce, dlatego, mimo że ich poglądy rozmijały się z obowiązującymi, nie poruszali tych tematów w domu, tak jakby w ogóle nie istniały. Nie chcieli mieszać w głowie Renacie, która jak wszystkie dzieci w ówczesnej szkole, była ustawicznie indoktrynowana. Z dumą nosiła czerwony krawat i Związek Radziecki uważała za najbliższego i najlepszego przyjaciela Polski. Nie interesowało jej też, czego rodzice, bardzo cicho, słuchali w radiu, gdy ona już kładła się spać. Do głowy jej nawet nie przyszło, że to rozgłośnia Wolna Europa, tak wyśmiewana i opluwana przez rządzących. Pewnie żyliby tak dalej, w odczuciu Renaty raczej szczęśliwie, gdyby nie jej wyjazd. Skończyła pierwszą klasę liceum ogólnokształcącego, miała piętnaście lat i ruszyła na wakacje do Holandii, gdzie mieszkał brat mamy, przedwojenny adiutant generała Michała Tokarzewskiego. Po walkach w Anglii pozostał na Zachodzie i był niezwykle negatywnie nastawiony do socjalistycznej ojczyzny. Odwiedził kraj tylko raz i przyrzekł sobie, że nigdy więcej nie będzie stąpać po ziemi przodków, która przywitała go mało przyjaźnie. Mimo iż był obywatelem holenderskim, spędził dwie doby w Urzędzie Bezpieczeństwa na mało sympatycznych rozmowach. Od dawna nalegał, by siostrzenica do niego przyjechała, proponując jej nawet stały pobyt. Jak powtarzał, chciałby chociaż ją uratować od sowieckiej zarazy. Renata znalazła się w Holandii w lipcu 1968 roku, a więc w czasie szczególnym. Początkowo nie do końca umiała porozumieć się ze swoją kuzynką, nie ze względu na brak znajomości języka, bowiem po angielsku mówiła dobrze, ale z racji całkowicie różnych zapatrywań.

– Co ty wygadujesz? – denerwowała się młoda Holenderka o polskich korzeniach.

– Co twoja matka z ciebie zrobiła? – krzyczał wzburzony wuj i żeby poprzeć przykładem swoje słowa, włączył telewizor.

A tam pokazywano szczegółowo i zgodnie z rzeczywistością akcję wkraczania wojsk radzieckich do Czechosłowacji. Renata przeżyła szok. Czuła się, jakby ktoś silnie uderzył ją w głowę. Wszystko, co słyszała w szkole, okazało się nieprawdą, a rodzicielskie spolegliwe milczenie wypełniły obszerne, poparte konkretnymi przykładami komentarze wuja i jego przyjaciół. Przejrzała na oczy. Takie nagłe zdjęcie ciemnej opaski wymaga adaptacji wzroku do nowych warunków, więc przedłużono jej pobyt na Zachodzie do trzech miesięcy. Urzędnik przybijający stosowną pieczęć kiwał głową ze zrozumieniem, myśląc pewnie, że za miesiąc wpłynie do niego podanie o azyl. Wuj namawiał ją, by została, ale ona kategorycznie odmówiła. To, że ujrzała swój kraj w innym, niezafałszowanym świetle, wcale jej do niego nie zniechęciło. Wręcz przeciwnie. Po raz pierwszy obudził się w niej prawdziwy patriotyzm, tęskniła nie tylko za rodzicami, ale za Polską. I chyba właśnie wtedy, może jeszcze nie w pełni uświadomione, zrodziło się w niej postanowienie, że chce zrobić wszystko, by w swym kraju coś zmienić, by to, co dzieje się nad Wisłą, nie budziło tak negatywnych ocen. Wuj przestrzegł ją jeszcze, by nie chwaliła się publicznie nabytymi informacjami, gdyż może to zaszkodzić przede wszystkim jej rodzicom.

 

Po powrocie do zielonogórskiej wioski na wszystko spojrzała zupełnie inaczej, a owe obserwacje tylko potwierdziły informacje, jakie zdobyła w Holandii. Pierwszą jej własną, całkiem świadomą decyzją było wypisanie się ze Związku Młodzieży Socjalistycznej, do którego przystąpiła z większością koleżanek z klasy. Jak to u dzieci bywa – jedno pociąga za sobą drugie. Ona jednak nagle stała się dorosła i zaczęła myśleć samodzielnie. Później nie angażowała się już w żadne zrzeszenia, pilnie się uczyła i bacznie obserwowała. Po zdaniu matury dostała się do filii krakowskiej Wyższej Szkoły Teatralnej we Wrocławiu, a gdy ją ukończyła w 1977 roku, rozpoczęła pracę w teatrze lalek. Tam namawiano ją wielokrotnie, by zapisała się do PZPR, ale odmawiała, dyplomatycznie tłumacząc, że nie jest jeszcze gotowa. W tym samym czasie poznała członka Komitetu Obrony Robotników, księdza z Gorzowa. Na jego zaproszenie pojechała nawet do Warszawy na mszę odprawianą w rocznicę wybuchu powstania warszawskiego. Myślała wtedy, by zapisać się do KOR-u, tym bardziej że ksiądz proponował, iż chętnie zostanie jej wprowadzającym. Sama jednak przed sobą przyznała, że nie jest jeszcze gotowa. Wciąż obawiała się jednoznacznych deklaracji, formalnego związania z konkretnym kręgiem ludzi, chociaż co do strony, po której chciała się znaleźć, nie miała żadnych wątpliwości.

Obiekcje prysły z chwilą powstania „Solidarności”. Nie była to partia ani żadne stowarzyszenie czy stronnictwo. Spontaniczny, niezależny ruch ludzi, którym zaczęły nazbyt doskwierać niszczące kraj rządy. To było coś dla niej. Została wiceprzewodniczącą „Solidarności” w swym teatrze lalek. Od ukończenia studiów marzyła, by grać w teatrze dramatycznym, więc gdy nadarzyła się ku temu okazja, przeniosła się, już wraz z mężem, też aktorem, do Jeleniej Góry. Tam zastało ją ogłoszenie stanu wojennego. Kilka miesięcy po urodzeniu syna Renata napisała swe pierwsze przedstawienie, które miało być wykorzystane w ramach działania niezależnej kultury. Powstało ono na podstawie Ksiąg narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego Adama Mickiewicza. Oprócz niej występowała w spektaklu, wówczas jeszcze studentka szkoły teatralnej, Iwona. Sztukę grały przede wszystkim w kościołach, a jako że cieszyła się wielkim powodzeniem, jeździły z nią po całym kraju, po dużych miastach i po wsiach, dokąd zawodowy teatr nie docierał. Wzbudziły zainteresowanie działaczy „Solidarności Walczącej”, którzy zaczęli energicznie je promować. W ten sposób Renata zetknęła się z tą organizacją i całkowicie zaufała jej członkom. Nie podpisała akcesu do niej, nie składała żadnej przysięgi, ale ci ludzie niesłychanie jej imponowali – odwagą, ogromem pracy, którą wykonywali, bezkompromisowością i radykalnymi poglądami, którym byli wierni, mimo że budziły sprzeciw nawet w łonie opozycji. Zawierzyła im bezgranicznie, była przekonana o ich uczciwości i nie miała wątpliwości, że w razie potrzeby jej pomogą. Wtedy, jak wspominała, nie było takiego jak dziś relatywizmu. Białe było białym, a czarne czarnym. Oni byli dla niej śnieżnobiali.

Przedstawienia grano przed tłumami widzów. W Częstochowie zebrało się ich nawet kilka tysięcy. Kwitowano je najczęściej owacjami na stojąco, a po nich organizowano rozmowy z zachwyconymi widzami – to wszystko nie mogło ujść uwagi Służby Bezpieczeństwa, tym bardziej że nie były to wydarzenia epizodyczne, ale na dłużej wpisane w życie kulturalne kraju. Aktorki wystawiały je co tydzień w niedziele przez dwa lata. Zaczęto Renatę wzywać na przesłuchania, ale ona, pouczona przez kolegów z „Solidarności Walczącej”, z reguły nie odpowiadała na żadne pytania i niczego nie podpisywała.

– O co panom chodzi? Przecież to są słowa Adama Mickiewicza – udała kiedyś wielce naiwną.

– Pani przecież jest na tyle inteligentna – odezwał się ten z esbeków, który wybrał rolę dobrotliwego – że musi doskonale zdawać sobie z sprawę z tego, że jeśli ze sceny pada słowo „Rosja”, to publiczność odczytuje je jako „ZSRR”.

– Nie, pan tak naprawdę myśli? – dalej udawała cielęco nierozgarniętą.

Nadszedł straszny czas. Zwalczanie popieranego przez coraz większe rzesze Polaków księdza Jerzego Popiełuszki zakończyło się jego zamordowaniem. Renata, jak niemal całe jej środowisko, wstrząśnięta zbrodnią, napisała spektakl o kapłanie. Jego treść stanowiły kazania księdza, opis jego śmierci oraz wybrane fragmenty z przemówień Jana Pawła II. Całość skonstruowana była w formie obrzędu apelującego do ludzkich sumień, między wierszami dowodzącego, że to również zwykli obywatele są odpowiedzialni za tę zbrodnię. I znów witały je kościoły wypełnione po brzegi i niesłychanie zaangażowani w oglądanie spektaklu widzowie. W pewnym momencie przedstawienia dwóch ludzi siedzących na widowni miało zacząć wykrzykiwać obraźliwe słowa skierowane przeciwko grającym aktorkom. Wzburzeni takim zachowaniem, niepodejrzewający, iż to działanie zaplanowane w scenariuszu, widzowie często brali się do rękoczynów, chcieli wynosić z kościoła obydwu mężczyzn, myśląc, że to nasłani ubecy. W wielu momentach słychać było na widowni łkanie, a po zakończeniu spektaklu podziękowaniom nie było końca. Z czasem postać księdza Jerzego rysowała się dla Renaty coraz wyraźniej, jako że dzięki odbywającym się zawsze po sztuce spotkaniom poznawała ludzi kiedyś z nim związanych. Zaraz po przedstawieniu nawiązała na przykład kontakt z byłym proboszczem kapłana oraz z dobrze mu znaną siostrą zakonną. Spektakl więc ewoluował, stawał się coraz bliższy prawdziwemu wizerunkowi księdza Jerzego Popiełuszki. Na gorący jego odbiór wpływ miał również fakt, iż był bardzo szczerą, płynącą z głębi serc, wypowiedzią aktorek. Świetne recenzje ukazywały się w podziemnej prasie, ale także na Zachodzie, między innymi w paryskiej „Kulturze”.

Księgi pielgrzymstwa ubecja jakoś przełknęła, ale teraz ostrzej wkroczyła do akcji. Podczas jednego z przesłuchań zaczęto Renatę straszyć, że z jej synem stanie się to samo, co z księdzem Jerzym. Ona jednak tak przekonana była o słuszności tego, co robi, że żadne groźby nie robiły na niej wrażenia i nie miała zamiaru dać się zastraszyć. Zaczęła co prawda baczniej pilnować syna, ale wierzyła, że Bóg nad nią czuwa, a ponadto bezgranicznie ufała wspierającym ją członkom „Solidarności Walczącej”. Mimo oficjalnego zakazu spektakle odbywały się nadal. To nic, że kiedyś w czasie drogi z Warszawy do Wrocławia o mały włos nie zostały staranowane przez ciężarówkę. Nie wyglądało to na przypadek, ale mimo to Renata nie bardzo chciała wierzyć swym przyjaciołom z organizacji, kiedy przekonywali ją, że był to celowy zamach.

Iwona skończyła właśnie szkołę teatralną we Wrocławiu, skąd dojeżdżała do Jeleniej Góry, by współuczestniczyć w kościelnych spektaklach. Szukała teraz pracy i Renacie udało się załatwić jej etat w jeleniogórskim teatrze, co cieszyło obydwie, bo miały nadzieję, że ułatwi im to dalsze działanie. Czas, który pochłaniały dojazdy Iwony, będą mogły przeznaczyć na większą liczbę prób. Radość nie trwała długo, bowiem dyrektorce teatru ktoś usłużny doniósł, że Iwona współpracuje z, wciąż sprawiającą jej kłopot, aktorką. Z dnia na dzień rozwiązała podpisaną już wcześniej umowę, właściwie nie podając żadnego powodu. Aktorka wróciła więc do Wrocławia, gdzie w miarę szybko dostała się do jakiegoś teatru i bez uprzedzenia, bez słowa wyjaśnienia, zerwała wszelkie kontakty z Renatą. Miały już wyznaczone terminy kolejnych zakazanych spektakli, ludzie, często wierni widzowie, czekać będą na nie z niecierpliwością, a tu taki problem… Było to tym boleśniejsze, że wydawało się, iż łączyła je nie tylko praca, ale wspólne poglądy, podobne przeżywanie wielu spraw i przyjaźń. Renata jednak nie poddała się, w ogóle nie brała pod uwagę możliwości odwołania zaanonsowanych już spektakli. Sama czułaby się źle, gdyby zawiodła. Ponieważ mąż nie chciał wypełnić luki po Iwonie, jako że coraz trudniej było im się porozumieć, szybko przerobiła sztukę na monodram i jeździła z nią sama. Zdawała sobie sprawę, że to już co innego, że choć treść się nie zmieniła, poprzednia forma miała oddziaływanie daleko silniejsze, lecz wciąż czuła głęboko tkwiącą potrzebę osobistego dialogu z widzami na temat ponurej rzeczywistości lat osiemdziesiątych. Nie tylko im było to potrzebne, ale także jej samej, jako swoiste katharsis. Postanowiła robić to tak długo, jak się da. Nie podejrzewała, że wszystko skończy się tak szybko.

– Reniu, co ty robisz? – ze zgrozą w głosie rozpoczęła rozmowę dyrektorka jej teatru. – Czy ty wiesz, że to, co napisałaś o Popiełuszce, leży na biurku Jaruzelskiego? Coś ty narobiła dziewczyno! Dla ciebie to kłopot, ale dla nas nie mniejszy!

Już od pewnego czasu mąż Renaty ostrzegał ją, że obydwoje zostaną z teatru wyrzuceni, a i cała jego rodzina była zdecydowanie przeciwko niej, twierdząc, że działa na niekorzyść swych bliskich i ich zaniedbuje. Naciski na dyrektorkę teatru, by pozbyła się kłopotliwych aktorów, wędrowały z Warszawy najpierw do tamtejszego Wydziału Kultury. Szefowie „Solidarności Walczącej” dwukrotnie, na neutralnym gruncie, rozmawiali w ich obronie, ale na niewiele się to zdało. Decyzję podjął dyrektor Wydziału Kultury, sprawujący zresztą tę funkcję jeszcze wiele lat po 1989 roku, i dyrektorka teatru nie przedłużyła z Renatą i jej mężem umowy. Mąż odpowiedział za działalność żony. Choć trzeba przyznać, że mimo iż nie był specjalnie zaangażowany w opozycyjną pracę, to jednak współreżyserował zakazane spektakle. Stało się. Wedle słów Renaty – byli jedynymi aktorami w Polsce, którzy zostali zwolnieni z pracy za przekonania polityczne. Świat zawalił jej się na głowę. W ich małżeństwie, już od jakiegoś czasu przeżywającym kryzys, zaczęły się poważne nieporozumienia, przykre niesnaski i coraz częstsze kłótnie. W domu zapanował totalny chaos. Zwolnienie z pracy pociągało za sobą konieczność powzięcia trudnych decyzji. Nie mieli już co robić w Jeleniej Górze, musieli wracać do Wrocławia. Przez te kilka lat Renata związała się z tym, malowniczo położonym nad rzeką Bóbr, miastem wyjątkowo mocno. Dzięki teatrowi, a przede wszystkim za sprawą spektakli w kościołach, stała się tam osobą znaną, rozpoznawaną na ulicy, odbierającą na każdym kroku wyrazy serdeczności i poparcia dla tego, co robiła. Miała przy sobie grono wspaniałych przyjaciół i zaprzyjaźnionych, prawdziwych księży, takich z powołania. Lubiła tam niemal wszystkich i czuła, że i ona jest powszechnie lubiana. Wyrwanie z takiego środowiska porównać można do usuwania stałego zęba bez znieczulenia.

Przeprowadzkę zorganizowano im za darmo. Właściciel TIR-a widział spektakl w kościele i oburzył się wręcz, gdy chciała mu zapłacić. Córeczka jednego z ubeków, którzy mieszkali w ich bloku, często u nich przebywająca pod nieobecność rodziców, włożyła za wycieraczkę samochodu list pożegnalny i kwiatki. Większość żegnających ich płakała, a najbardziej sama Renata, bo zdawała sobie sprawę z tego, że bezpowrotnie kończy się prawdopodobnie najpiękniejszy okres jej życia. We Wrocławiu mieli co prawda własne mieszkanie, ale co z tego, skoro nigdzie nie mogli znaleźć pracy. Swoisty wilczy bilet sprawiał, że bano się ich gdziekolwiek angażować. Byli już we czwórkę, młodszy syn miał trzy lata, i nie mieli, z czego żyć. Wtedy ich sprawą zajęli się przyjaciele Renaty z „Solidarności Walczącej”. Zbierali dla nich pieniądze i robili wszystko, by o ich położeniu dowiedziało się maksymalnie dużo ludzi. Drukowali ulotki informacyjne, których skuteczność była wysoka, skoro o aktorskiej rodzinie bez środków do życia mówiło Radio Wolna Europa. Po jakimś czasie zaoferowano im pracę w Teatrze Współczesnym, pod warunkiem zaprzestania działalności opozycyjnej. Ofertę oczywiście przyjęli, w zasadzie nie mieli wyjścia, ale Renata nie potrafiła zerwać kontaktów z opozycją – nie chciała tego robić. Działała już jednak na dużo mniejszą skalę. Teatr Współczesny był bojkotowany przez większość widzów, widownia przeważnie świeciła pustkami. Aktorzy w nim zatrudnieni byli absolutnie niezainteresowani aktywnością opozycyjną, stąd niezbyt przyjaźnie odnosili się do przybyszów. W zespole panował chłód, obojętność granicząca z wrogością. Gdy nowo zatrudnieni wchodzili, wszelkie rozmowy milkły, i dopiero kiedy opuszczali budynek, powracało normalne życie całkiem sporego, jeśli chodzi o obsadę aktorską, teatru. Dostawali pensje, ale nie grali w żadnych przedstawieniach. Dla Renaty, po intensywnej pracy na dwóch frontach, dającej jej zawodowe i obywatelskie spełnienie w Jeleniej Górze, była to tragedia. Całkowity zastój, marazm, odebranie sensu życia. Dokładała się do tego napięta sytuacja w domu. Już nie tylko rodzina męża i on sam byli przeciwko niej, ale nawet matka Renaty, która pomagała jej prowadzić dom, wypominała jej minione lata, dowodząc, że fatalnie odbiły się na kondycji całej rodziny. W dodatku pojawiły się problemy ze zdrowiem młodszego syna, który wymagał nadzwyczaj troskliwej opieki. Wtedy dopiero zaczęła sobie uzmysławiać, że jej działalność i związana z nią nieustanna nieobecność w domu przełożyły się w nader negatywny sposób na najbliższe jej osoby. Drugi syn urodził się z wadą serca i porażeniem mózgowym. Starszy, czego przejęta swoją misją wcześniej nie dostrzegała, niesłychanie ciężko przeżywał najścia esbecji, rewizje, wyjazdy matki ze spektaklami, a potem konieczność opuszczenia Jeleniej Góry, gdzie też miał przecież kolegów i przyjaciół. Zaskutkowało to jego chłodnymi relacjami z rodzicielką. Rozstanie z mężem także doliczyć należy do ubocznych efektów jej, przez dalsze otoczenie podziwianej, postawy.

 

Pierwsze trzy lata po powrocie do Wrocławia to dla Renaty okres beznadziei i rozpaczy. Nie grała ani w teatrze, ani w kościołach, co, pomijając wszelkie ideologiczne sprawy, dla aktora z pasją jest śmiercią za życia. Ze środowiskiem solidarnościowym nie zerwała co prawda kontaktów, poznała nawet Kornela Morawieckiego, o czym dotąd tylko marzyła, lecz w żadnych większych akcjach nie brała udziału. Jedynym światełkiem w tym tunelu niemocy było spotkanie niezależnych środowisk twórczych z papieżem Janem Pawłem II, które odbyło się w 1987 roku w kościele św. Krzyża w Warszawie. Jechała na nie bez większych emocji, a już na miejscu z dużym dystansem patrzyła na koleżanki padające przed Jego Świątobliwością na kolana. Gdy jednak biała postać z ciepłym uśmiechem na twarzy podeszła do niej i długo trzymała swą rękę na jej głowie, serdecznie ją błogosławiąc, sama rzuciła się na posadzkę świątyni i przeżyła jeden z tych momentów w życiu, których się nie zapomina i do których wraca się pamięcią w najtrudniejszych chwilach. Otrzymała wówczas potężny zastrzyk dobrej energii, który niewątpliwie pomógł jej przetrwać ten czas.

Jeśli chodzi o sferę duchową, Renatą miotały sprzeczne emocje. Miała osiemnaście lat, gdy zmarł jej ojciec. Wtedy na dłuższy czas całkowicie odeszła od Boga. Kiedy jednak po urodzeniu drugiego syna powiedziano jej, że dziecko ma wadę serca i porażenie mózgowe, co daje słabe szanse na przeżycie, zaczęła się modlić. Modliła się dwa dni i dwie noce bez przerwy, z żarliwością, o którą wcześniej by siebie nigdy nie podejrzewała. Najpierw błagała Boga, by syn przeżył, później, przed każdą wizytą u lekarza – by nie okazał się upośledzony umysłowo, niepełnosprawny ruchowo, by mógł normalnie funkcjonować w świecie. Niemal za cud uznać można fakt, że wyszedł z chorób prawie bez szwanku. Rzecz jasna nie tylko się modliła, ale wkładała mnóstwo pracy w rehabilitację dziecka. Była jednak przekonana, że działania jej samej nie przyniosłyby takiego zdumiewająco pozytywnego efektu. Znów wiara zagościła w jej sercu, a polski papież ją w tym utwierdził. Podarował jej podczas tego pamiętnego spotkania medalik, który od czasu śmierci Jana Pawła II nosiła zawsze przy sobie. Przez lata wielu ludzi, do których miała zaufanie, zawiodło ją. Większość autorytetów przestała jej imponować, ich mądrość nie wytrzymywała próby czasu albo ich kręgosłup moralny okazywał się zbyt wiotki. Tylko Jan Paweł II pozostał dla niej wzorem i jedynym drogowskazem wśród splecionych ścieżek ziemskiego wędrowania, być może dlatego, że według jej mniemania był to człowiek przekraczający ramy zwykłego ludzkiego świata.

Gdy Okrągły Stół zaczął obradować, w odpowiedzi na sugestie przyjaciół z opozycji Renata założyła w teatrze, w którym wciąż, chcąc nie chcąc, tkwiła, związek noszący nazwę Nowa Polska, co miało być próbą reaktywowania „Solidarności”. Cieszyła się, że może znów zacznie robić coś pożytecznego dla środowiska i dla kraju, że może w ten sposób zostanie zaakceptowana przez, wciąż dla niej zamkniętą, społeczność. Inicjatywa spotkała się jednak z nikłą reakcją kolegów z pracy. Zapisywano się do związku tylko w konkretnym, praktycznym, wolnym od jakichkolwiek ideologii celu. Była nim walka z dyrekcją o poprawienie warunków finansowych, a więc podwyższenie gaży i honorariów. Dodatkowo wplątano Renatę w personalne gierki, na które zupełnie nie miała ochoty i którymi zawsze się brzydziła. Zmęczona tym wszystkim, do granic możliwości zestresowana, nie poddała się jednak, nie zrezygnowała z uprawiania zawodu, bo była prawdziwą pasjonatką. Zaskoczyła wszystkich nowym pomysłem, niemającym w Polsce żadnego odpowiednika, a na świecie jedynie nieliczne. Założyła Arkę – zawodowy teatr integracyjny. Część jego zespołu stanowią aktorzy profesjonalni, a część osoby z niepełnosprawnością umysłową. Obydwie strony, ucząc się od siebie, wzajemnie się ubogacają, a efekty tej interakcji są tak znakomite, że z kolejnymi spektaklami jeżdżą nie tylko po Polsce, ale i po całej niemal Europie. Renata realizuje się tu w wielu dziedzinach i nareszcie znów wie, po co żyje. Walka o zdrowie syna zbliżyła ją do świata ludzi borykających się z różnymi problemami zdrowotnymi. Często przez swą inność odrzucani są przez tych, którzy uważają się za „normalnych”, choć kryteria tej kategorii są niezwykle płynne. Z drugiej strony poznanie systemu pracy w wielu teatrach pozwoliło jej wybrać ten najkorzystniejszy, taki, który nie jest nastawiony wyłącznie na efekty artystyczne, na sukces, ale tworzy odpowiednią atmosferę w zespole, co jest istotne dla każdego aktora, a dla podopiecznych Arki stanowi warunek konieczny jakichkolwiek działań.

Dnia 24 lipca 2016 roku, na placu Solnym we Wrocławiu, w restauracji o bardzo odpowiedniej na tę okoliczność nazwie „Konspira”, Renata otrzymała Krzyż Solidarności Walczącej, który wręczył jej Kornel Morawiecki. O poznaniu tego opozycjonisty kiedyś marzyła, a teraz przez niego została odznaczona. Malutkie koło jej osobistej historii zostało domknięte. Bogata w przeżycia zarówno piękne, przynoszące satysfakcję i wiarę w międzyludzką solidarność, jak i mniej pozytywne, odbierające czasem chęć do czegokolwiek, tłamszona, prześladowana, osobiście bardzo poraniona, czas opozycyjnej działalności zalicza do najpiękniejszego okresu swego życia.

– Mimo wszystko, niczego nie żałuję.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?