Dziewczyny z konspiry

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Wstyd nam za to wszystko.

Ustawicznie ją przesłuchiwano, zadając w kółko te same pytania. Prawie zawsze robili to dwaj ubecy: jeden był dobry, grzeczny, niemal przymilny, drugi – zły, krzykliwy, wymyślał najgorsze groźby. Pewnego dnia pani doktor podjęła głodówkę w proteście przeciwko przetrzymywaniu trzynastoletniej dziewczynki, która trafiła do aresztu, ponieważ uciekła z domu dziecka. Była rozdygotana, przerażona i uspokojenia szukała w ramionach lekarki, która miała jej na tę chwilę zastąpić mamę.

Wreszcie po dwóch tygodniach zapadła decyzja o internowaniu. Doktor Ligię przewieziono do Darłówka, gdzie przebywało wielu „solidarnościowych” przywódców. Był to ośrodek pokazowy, do którego przywożono zagraniczne delegacje, by udokumentować, że internowanym nie dzieje się krzywda. Jeszcze kilkakrotnie wzywano ją na rozmowy, których celem było teraz nakłonienie jej do wyjazdu za granicę, ale po zdecydowanym „nie” dali spokój.

– Pobyt w Darłówku wspominam jako czas odpoczynku i uspokojenia. Po półrocznej, ustawicznie prowadzonej działalności, wiecznym stresie i spaniu po trzy godziny na dobę, tam, w dobrych warunkach bytowych, można było się zrelaksować, odespać, a równocześnie zastanowić, co dalej. Był to też czas wzmocnienia duchowego – zauważa pani doktor. – A wszystko dzięki ludziom, którzy się tam znaleźli, dzięki nawiązanym znajomościom, a nawet przyjaźniom. Poczucie wspólnoty znacznie wzmacnia. Nie wszędzie było jednak tak luksusowo – dodaje. – Kiedyś przywieźli do nas kilkanaście dziewczyn ze Śląska, które miesiąc siedziały w komendzie w Katowicach „na dołku”, czyli dwa piętra pod ziemią. Nie nosiły znanych nazwisk i nikt się o nie nie upominał, nikt w ich imieniu nie interweniował. Mało kto wiedział, że się tam znalazły. Wielkim skandalem tej całej operacji była przede wszystkim totalna bezkarność, działanie nawet nie na granicy prawa, lecz w zupełnym od niego oderwaniu. Przecież internowanie przeważnie następowało bez żadnego procesu.

Doktor Ligia opuściła „złotą klatkę”, jak wielu z opozycjonistów nazywało miejsca ich przetrzymywania, w ostatniej grupie, w Wigilię Bożego Narodzenia. Wśród tych jedenastu osób byli sami „wielcy”, z Tadeuszem Mazowieckim i Bronisławem Geremkiem na czele. Niezwykłym zwieńczeniem tego etapu walki był dla nich powrót do stolicy.

– To było cholernie wzruszające. – Mimo wielu lat, które minęły, doktor Ligia opowiada z rozrzewnieniem w głosie. – Na dworcu czekały na nas tłumy. Nigdy bym nie przypuszczała, że tak serdecznie powitają nas warszawiacy.

Czas zaraz po internowaniu był bardzo smutny. Panowało ogólne przygnębienie. Wielu ludzi było zalęknionych, zniechęconych, bali się cokolwiek robić, by nie stracić pracy. Dominowało poczucie ogólnej bezsilności, tym bardziej iż wydawało się, że świat wokół przestał się już Polską interesować. Panie Grabowskie miały w sobie jednak jakiś wewnętrzny imperatyw, który pchał je do działania, nie pozwalał zajmować się tylko sprawami osobistymi i zawodowymi. Wciąż coś „knuły”, jak same mówią o swoich poczynaniach. Przede wszystkim brały udział w obchodach wszelkich świąt i rocznic, demonstracjach poparcia lub protestach. Małgorzata miała zawsze z sobą jakąś flagę, transparent. Kiedyś, na 3 maja, flagę „Solidarności” schowała w rajstopach. Zaczęli ją gonić uzbrojeni, opancerzeni zomowcy. Biegnąc, czuła, że flaga przesuwa się coraz bardziej w dół, w kierunku kostki. W ostatniej chwili wpadła za bramę Dziekanki na Krakowskim Przedmieściu. Dozorca tuż za nią zatrzasnął bramę, ale zdążyli jeszcze spałować go po rękach. Obowiązkowo uczestniczyły też w mszach za ojczyznę, gdyż uważały, że na tym etapie istotne jest przypomnienie, iż opozycja nadal działa i murem stoi przy księdzu, który zajął miejsce w jej centrum jako jej duchowa opoka. Jego dom był otwarty bez przerwy, niezależnie od pory dnia i nocy. Tam można było nawiązać albo odświeżyć ważne kontakty, stamtąd wychodziło się silniejszym i pewniejszym obranej drogi. Kapłan „Solidarności” starał się pomagać swym podopiecznym w każdej sytuacji. Kiedy doktor Ligia została internowana, przeprowadził rozmowę z Małgorzatą i postanowił wypłacać jej miesięczne stypendium. Gdy obydwie zostały zatrzymane, ksiądz Jerzy, zawiadomiony o tym przez robotników, doprowadził do wykupienia ich z aresztu.

Pani doktor dalej przyjmowała w przychodni i rozprowadzała tam podziemne wydawnictwa. Widziała w tym głęboki sens, niejednokrotnie słyszała od ludzi, jak ważna jest dla nich świadomość, że to, co czytają, jest prawdą, a nie komunistycznym kłamstwem, ogłupiającym matactwem. Małgorzata też nie próżnowała. Oprócz wspólnych działań z mamą, nadal współpracowała z Grupą Oporu „Solidarni”, roznosząc po Warszawie i rozwożąc po całej Polsce całe siaty ulotek, projektując różne znaczki, kartki, które były drukowane w ich domu przez Pawła Kozerę, znakomitego drukarza, a prywatnie jej męża. Od kiedy urodziła im się córka, ubecja niewiele znajdowała podczas kolejnych rewizji, bo większość materiałów lądowała w wiklinowym łóżeczku Marty, a funkcjonariusze byli na tyle uprzejmi, że nie budzili śpiącego dziecka, nie zastanawiając się nawet, dlaczego materacyk ułożony jest tak wysoko. W ich mieszkaniu drukowano często także lokalną gazetę legionowską „Mazowieckie To i Owo”, która ukazuje się do dziś. Małgorzata realizowała również plastyczne zamówienia legionowskiej, bardzo prężnie działającej, „Solidarności”. Namalowała między innymi dla niej siedmiometrowy transparent z napisem „Solidarność”, który zawieszono w rocznicę ogłoszenia stanu wojennego na wysokim kominie, by był widoczny w całej okolicy.

– Malowałam go na podłodze dużego pokoju w naszym mieszkaniu. Na dywanie mieściła się tylko jedna litera, więc robiłam to trochę w ciemno. To była udana akcja. Nikt nie wpadł, a transparent wisiał dość długo.

Jakby zajęć miała mało, Małgorzata, obdarzona niskim, pełnym wyrazu, czystym głosem, zaczęła śpiewać w Orkiestrze Teatru Ata, co również było walką, tylko za pomocą innego medium. Koncerty dawali w prywatnych domach, kościołach, tam, gdzie chciano słuchać śpiewanej poezji o patriotycznym wydźwięku. W czasach szalejącej cenzury ich programy często były ostro pocięte. Podczas olsztyńskich „Spotkań zamkowych” ze śpiewającą poezją zdobyli jednego roku dwie główne nagrody. W następnym, jako laureaci, dali tam duży koncert, którego program został niemal w połowie wycięty. Co kawałek powtarzali więc sakramentalne: „Ustawa o cenzurze”, i przechodzili do następnej kompozycji. Kiedy na zakończenie padła zapowiedź: „Pieśń Konfederatów Barskich, słowa: Juliusz Słowacki, Ustawa o cenzurze”, sala zareagowała owacją na stojąco.

Pewnego razu, pod wieczór, kiedy wracały do domu – akurat nie prowadziły wtedy żadnej akcji i nie miały przy sobie nic obciążającego – zostały zatrzymane i przewiezione na komendę przy Wilczej. Małgorzata była rozdrażniona, niebawem miał być nadawany w telewizji serial Dom, który śledziła z zapałem. Gdy minęła godzina jego emisji, było już jej właściwie wszystko jedno, jak długo będą je przetrzymywać. Przyzwyczaiła się już do przymusowych wizyt w różnych komisariatach. Kiedy czekały na korytarzu na przesłuchanie, mignęła Małgorzacie znajoma sylwetka, którą po chwili zastanowienia rozpoznała. Był to instruktor z jej drużyny harcerskiej. Wiedziała, że zszedł na złą drogę, kiedy na którymś z obozów z okazji jakiegoś święta on i kilku innych ubrało się w milicyjne mundury, co dla podległych im harcerzy było szokiem. Teraz był ubekiem i zajął się jej sprawą. Z uwagi na starą znajomość chciał ją zwolnić, ale odmówił wypuszczenia mamy. Nie skorzystała zatem z łaski, dała mu na pamiątkę znaczek „Solidarności” i wróciła do celi. Wyszły razem po czterdziestu ośmiu godzinach. W międzyczasie Małgorzata zdążyła zrobić listę siedzących przy Wilczej, a po oswobodzeniu zawiadomiła ich rodziny. Oficjalnie zarzucono jej, iż szła środkiem ulicy i krzyczała: „Jaruzel – Warchoł”, co było ewidentnym, naprędce spreparowanym wymysłem, całkowicie niezgodnym z jej naturą i metodami opozycyjnych działań. Jednak oni mieli zawsze rację. Zasądzono grzywnę: mamie – 15 tysięcy, a jej – 20 tysięcy złotych, oraz podanie informacji o ich zatrzymaniu do wiadomości publicznej. Od kiedy notka taka zawisła na tablicy budynku ASP, dziekan zawsze pierwszy kłaniał się Małgorzacie.

Obydwie, mama i córka, zaprzyjaźnione były z Barbarą Sadowską, poetką i działaczką opozycji demokratycznej, oraz z jej synem, po matce świetnie zapowiadającym się poetą, Grzegorzem Przemykiem, tylko dwa lata młodszym od Małgorzaty. Chętnie bywały w ich, odwiedzanym przez wielu artystów, domu. Przed 1 maja 1983 roku siedziały tam właśnie w licznym gronie, po brzegi wypełniającym ciasne mieszkanko, gdy nagle pojawili się milicjanci. Rozpoczęła się rewizja. W takim gremium materiałów zakazanych rzecz jasna nie brakowało. Podawano je sobie pod stołem, przekładano w miejsca już sprawdzone, a wszystko to odbywało się przy akompaniamencie Obławy Jacka Kaczmarskiego, śpiewanej przez Grzegorza grającego na gitarze. Chłopak w ten niewątpliwie spektakularny sposób chciał zaprotestować przeciwko temu, co się dzieje. Grał nie tylko na instrumencie, ale i funkcjonariuszom na nerwach. Doktor Ligii udało się w odpowiednim momencie dotrzeć do drzwi, by ostrzec kolejnych gości i powstrzymać ich przed wejściem do mieszkania. Zatrzymano wówczas ją i Małgorzatę, Barbarę z synem i jego dziewczyną. Nie było w tym niczego dziwnego, takie prewencyjne działania przed różnymi świętami zdarzały się notorycznie. Okazało się jednak, iż najprawdopodobniej był to pierwszy punkt szerzej zakrojonego planu. Kilka dni później zomowcy weszli po murze do kościoła św. Marcina, siedziby Komitetu Prymasowskiego, i pobili będącą tam akurat na dyżurze Barbarę. Trzeci punkt planu, a zarazem tragiczny finał całego przedsięwzięcia, wstrząsnął Polską. Dwunastego maja Grzegorz wraz z kolegami wracał do domu po ostatnim egzaminie maturalnym. Pierwszy ważny sprawdzian życiowy miał za sobą, przed nim były studia, pisanie poezji i miłość do pięknej Marzeny. Nie wystarczyło mu jednak upojenie samą świadomością, że życie i świat cały stoją przed nim otworem. Wspólnie z kolegami sięgnęli po alkohol, a on był z nich chyba najbardziej pijany. Wrażliwa dusza poety często szamocze się w ekstremach. W takim właśnie stanie, w autobusie, spotkała go Małgorzata, jadąca z Pawłem do Legionowa. W pierwszym odruchu pomyślała, że może dobrze by było go odwieźć do domu, ale Paweł odwiódł ją od tego zamiaru, mówiąc, że chłopcy bawią się, bo zdali maturę, i trzeba im na to pozwolić.

 

– Przez lata miałam wyrzuty sumienia. Nigdy już bym się tak nie zachowała, nawet gdybym miała wyjść na idiotkę – deklaruje Małgorzata. Do dziś wspomnienie tego dnia sprzed przeszło trzydziestu lat napawa ją bólem.

Grześ z kolegami wysiadł przy kolumnie Zygmunta, a oni pojechali dalej. Gdy autobus ruszał, widziała jeszcze, że spotkał jakichś znajomych, chwilę z nimi rozmawiał i… zniknął z jej pola widzenia. Nawet nie przypuszczała, że widzi go po raz ostatni. Maturzystów zatrzymali milicjanci, chcieli ich wylegitymować, ale Grzegorz nie miał zamiaru pokazać dowodu osobistego i, rozochocony alkoholem, dyskutował z nimi. Na komisariacie przy Jezuickiej skatowali go wedle zalecenia – bijcie tak, żeby nie było widać. Rozkaz wykonali perfekcyjnie. Dopiero trzecia ekipa pogotowia wpadła na pomysł, że chłopca trzeba odwieźć do szpitala. Pod salą operacyjną siedziały we cztery: Barbara, Marzena i Małgorzata z mamą. Kiedy chirurg wyszedł, by zawiadomić je o śmierci Grzesia, płakał. Nie było żadnej szansy na uratowanie go, wszystkie wnętrzności były zmiażdżone.

– Gołymi rękoma zakatowano chłopca, szczuplutkiego, wiotkiego jak trzcina – po latach ze wzburzeniem wspomina doktor Ligia. – Zrobili to młodzi zomowcy, byli w jego wieku. Winę ponoszą jednak przede wszystkim ci, którzy złamali ich serca, sumienie, duszę, zniweczyli wszystko, co w człowieku najlepsze, najpiękniejsze. To nie do uwierzenia, że nikt do dziś za to morderstwo nie odpowiedział. To jedna z polskich hańb. Mamy ich w historii trochę.

Grzegorz nie brał udziału w akcjach opozycji. Miał wrażliwą artystyczną duszę i interesowały go inne sprawy. Zemszczono się na nim za działalność jego matki. Ktoś przewidział, że jego śmierć doprowadzi ją również do kresu ziemskiej wędrówki. Przeżyła go tylko o trzy lata. Doktor Ligia wspierała ją do końca. By pomóc jej pogodzić się ze śmiercią jedynego dziecka, pojechała z nią na Jasną Górę. Towarzyszył im ksiądz Jerzy. Włączyła się też z całą energią w proces wytoczony mordercom chłopca. Występowała jako świadek i przyjaciółka matki. Po 1989 roku starała się o jego wznowienie. Pomagała również w ukrywaniu świadka koronnego, którym był kolega zabitego, przez jakiś czas przebywający z nim na komisariacie – Cezary Filozof.

Pogrzeb maturzysty, w którym uczestniczyło kilkadziesiąt tysięcy osób, zorganizował ksiądz Jerzy Popiełuszko. On sam stawał się dla władzy coraz bardziej niewygodny, coraz groźniejszy. Z natury był introwertykiem, nieskorym do międzyludzkich kontaktów, i sam musiał przełamywać wewnętrzne bariery, by wychodzić do coraz większych rzesz ludzi. A skoro miał w sobie coś, co przyciągało tłumy, nie żałował wysiłku, by nad sobą pracować. Ujrzał w tym widocznie głęboki sens, poczuł się potrzebny – i to go uskrzydlało. Był moment, w którym prymas Glemp chciał wysłać go do Rzymu. Pewnie dzięki temu nie straciłby życia, ale on nie chciał zostawiać tych, którzy mu zaufali. Tymczasem z miesiąca na miesiąc prześladowania się nasilały, niemal wprost proporcjonalnie do wzrostu jego popularności. Czuł, że pętla wokół jego szyi zacieśnia się.

Trzynastego października 1984 roku Małgorzata wyjeżdżała do Francji. Miała tam pobyć dłużej, więc poprzedniego dnia, wraz z mamą, poszła pożegnać się z księdzem Jerzym. Rozmawiali do późnych godzin nocnych. Kapłan nie krył, że wyczuwa atmosferę zagrożenia, ale nie ma już odwrotu i musi iść drogą, którą przecież sam wybrał. Zwierzył się – był z nimi naprawdę blisko – że gdy odprawia mszę, wciąż wydaje mu się, iż ktoś może wtargnąć z nożem na ołtarz. Pewnie w oficjalnej informacji o takim zdarzeniu określono by napastnika jako wariata. Następnego dnia, gdy Małgorzata jechała już pociągiem, miał miejsce pierwszy zamach na księdza. Na przejściu granicznym musiała opuścić pociąg w honorowej asyście funkcjonariuszy, a jej bagaż został poddany szczegółowej rewizji, która trwała całą noc. Nie obawiała się efektów przeszukania, gdyż niczego ze sobą nie wiozła, martwiła się tylko, jak sobie poradzi w Paryżu, jeśli w końcu do niego dotrze. Nie miała żadnych adresów, telefonów, takich danych lepiej było wtedy nie notować. Na dworcu mieli czekać na nią znajomi. Skoro podróż tak się wydłuży, z pewnością ich tam już nie będzie. Na szczęście udało jej się uprosić jednego z funkcjonariuszy, by mogła zatelefonować do mamy. Kiedy po podróży następnym pociągiem wyszła na paryski peron, czekał na nią cały komitet powitalny, złożony ze znajomych, których doktor Ligii udało się zawiadomić.

Po kilku dniach pobytu w mieście nad Sekwaną dotarła do niej straszna wieść o porwaniu i zamordowaniu księdza. Małgorzata od dłuższego czasu zawsze nosiła metalowy krzyżyk, który od niego dostała. Kiedy 21 października chciała go nałożyć, rozpadł się w jej rękach na trzy części i już nigdy nie udało się go naprawić. Do dziś żyje w przeświadczeniu, że to właśnie tego dnia kapłan stracił życie, a nie, jak głosi oficjalna wersja, dwa dni wcześniej.

To był kolejny wstrząs, szok dla wszystkich związanych z opozycją demokratyczną, której zabrakło mądrego i oddanego sprawie przewodnika.

– Zabicie księdza Jerzego było dla rządzących bardzo ważne. Musieli podjąć taką decyzję, gdyż najzwyczajniej w świecie się go bali – mówi doktor Ligia. – Trudno było walczyć z tak charyzmatyczną postacią, więc jedynym rozwiązaniem było jej całkowite wyeliminowanie. Nigdy nie dowiemy się całej prawdy na ten temat.

Mimo takiego przekonania doktor Ligia mocno zaangażowała się w toruński proces morderców księdza. Występowała w nim jako obserwator ze strony Episkopatu.

* * *

Do Polski przybywało w tych ponurych, ciemnych czasach wielu ludzi, indywidualnie i w grupach, z darami. Nocowali przeważnie w prywatnych domach. Do pań Grabowskich przyjeżdżali lekarze z Belgii. Zawsze starały się ich przyjąć jak najgościnniej, co wtedy wymagało sporego wysiłku. Oszczędzały na te dni kartki żywnościowe, niejednokrotnie pożyczając je dodatkowo od sąsiadów i znajomych. Małgorzata myślała później, że może nieco przesadzały, bowiem goście wywozili z sobą skrzywiony, odbiegający od rzeczywistości obraz naszego kraju. Podczas jednej z takich wizyt, wkrótce po morderstwach Grzegorza i księdza Jerzego, zauważyła, że goście dziwnie, z troską i nutą współczucia, przyglądają się jej mamie. Czyżby przewidywali, że następnym razem mogą i jej już nie zobaczyć?

Małgorzata, mimo zawarcia małżeństwa i urodzenia Marty, tylko nieznacznie zmniejszyła swoje zaangażowanie w studia i działalność opozycyjną. W 1987 roku Orkiestrę Teatru Ata zaproszono do Moskwy z okazji odbywających się tam Dni Warszawy. W oficjalnej delegacji kulturalnej brakowało „elementu” studenckiego i oni mieli wypełnić tę lukę. Podjęcie decyzji o wyjeździe nie było oczywiste, zespół obawiał się posądzenia o kolaborację. Dalej przecież rządzili organizatorzy stanu wojennego i sprawcy wielu mniej lub bardziej perfidnych okrucieństw. Małgorzata postanowiła poradzić się kogoś, kto stanowił dla niej w tych sprawach autorytet. Nie było już księdza Jerzego, pojechała więc do Nowej Huty, do księdza Kazimierza Jancarza, kapłana tamtejszych robotników, założyciela Duszpasterstwa Ludzi Pracy. Na swoim terenie organizował on pomoc dla represjonowanych, a na odprawianych we czwartki mszach za ojczyznę gromadził tysiące wiernych. Ksiądz, po wysłuchaniu jej wątpliwości i zastrzeżeń, przyniósł siedem Biblii w języku rosyjskim i stwierdził:

– Zabierz to ze sobą. Teraz to już musicie jechać.

Wątpliwości prysły. Oficjalny koncert okazał się dla nich mdły, nijaki, wręcz żenujący, bowiem mogli na nim wykonać utwory tylko zaakceptowane przez organizatorów. Na widowni zaś siedzieli komsomolcy, którzy reagowali nie jak żywi ludzie, lecz jak kukły, i klaskali na rozkaz. Na szczęście mogli też wystąpić na Arbacie, centralnej ulicy Moskwy, gromadzącej w tamtych latach przedstawicieli nieformalnych ruchów młodzieżowych, będącej miejscem marszów i manifestacji politycznych. Tam zaśpiewali wszystko, co chcieli, a entuzjazm, z jakim zostali przyjęci, tak dalece dodał im skrzydeł, że do dziś właśnie ten koncert uważają za najlepszy spośród swoich wieloletnich występów.

W ZSRR postępowała pierestrojka, a i u nas coraz wyraźniej rysował się na horyzoncie zmierzch pezetpeerowskich rządów. Nastał rok 1989 i aktywna opozycja zaangażowała się w tworzenie Komitetów Obywatelskich. Doktor Ligia odmówiła jednak kandydowania w wyborach. Rozczarowana Okrągłym Stołem zaangażowała się w działalność samorządową. Nie była w stanie wyobrazić sobie, by po tych wszystkich zbrodniach, których się dopuszczano, mogła z komunistami zasiąść przy wspólnym stole. Na wybranym przez siebie polu działała jednak dalej z niesłabnącą energią. Przede wszystkim aktywna była w swoim Legionowie, gdzie pełniła funkcję radnej, a przez czas jakiś nawet wiceprezydenta miasta. Przez jedną kadencję (1997–2001) była też senatorem. A przez wszystkie te lata, podczas każdego wyjazdu nad jeziora, gdzie najlepiej odpoczywała, spacerując brzegiem, wpatrywała się w błyszczącą toń wody i cichutko, z nutą nadziei w głosie, wołała: „Piątek, Piątek”…


Doktor Ligia z perkozem Piątkiem.


Doktor Ligia Urniaż-Grabowska.


Pogrzeb ks. Jerzego Popiełuszki, pierwsza z lewej Marta Urniaż.


Doktor Ligia Urniaż-Grabowska.


Dedykacja ks. Jerzego Popiełuszki dla Marty Urniaż.


Małgorzata Grabowska-Kozera.


Trzy pokolenia działaczek: Marta Urniaż, Ligia Urniaż-Grabowska, Małgorzta Grabowska-Kozera.