Dziewczyny od Andersa

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nie nauczyłam dłoni swych gestu rezygnacji…

Był koniec roku 1946. Czerwcowe wydarzenia sprawiły, że nastroje w naszej armii cechował pesymizm z pogranicza depresji. Przekonanie o triumfalnym powrocie z wojny, chociaż takim przecież był, jeśli wziąć pod uwagę zdobycie Monte Cassino, Ankony i Bolonii, prysło 8 czerwca. W Paradzie Zwycięstwa dla uczczenia zwycięstwa nad Niemcami i Japonią, kiedy londyńską aleją The Mall ciągnęła piętnastokilometrowa kolumna złożona z oddziałów trzydziestu sprzymierzonych narodów, z żołnierzami z Etiopii, Seszeli i wysp Fidżi włącznie, my nie wzięliśmy udziału. Winny był strach – strach przed potężnym ZSRR. To strach spowodował, że nikt nas na to święto nie zaprosił. Co z tego, że protestował sam Churchill, już wówczas niebędący premierem, i król Jerzy VI, a generał Philip Joubert de la Ferté oburzony pytał: „Czy wszyscy straciliśmy poczucie przyzwoitości i wdzięczności?”. Nas tam nie było, i tylko to liczyło się dla chorych, wycieńczonych, sponiewieranych przez los ludzi, którym odmówiono tej chwili satysfakcji, tego momentu realnego odczucia własnej wartości, symbolicznego honorarium za poniesiony trud. Tydzień później ślubowaliśmy, jeszcze w Ankonie, słowami naszego generała, które były jawną odpowiedzią na zaistniałą sytuację, iż „trwać nadal będziemy w walce o wolność Polski, bez względu na warunki, w których przyjdzie nam żyć i działać”.

Po przetransportowaniu nas do Wielkiej Brytanii rozpoczął się powolny proces rozkładu, likwidacji struktur, w których większość z nas tkwiła od około czterech lat. Powiem szczerze, że podobnie do wielu mych koleżanek marzyłam o tej chwili. Wiedziałam, że armii zawdzięczam dużo, przede wszystkim uratowanie życia, nie tylko mojego, ale i mojej rodziny, lecz tak naprawdę przeznaczeniem niewielu kobiet jest służba wojskowa. Przejście do cywila niektórym z nas nawet się śniło, ale w tych snach nie było traumą, a wręcz przeciwnie, jawiło się jako przekroczenie wrót do spokojnego świata niezliczonych możliwości. Pomijając ogrom rozczarowań, które czekały na nas za tą bramą, już samo przejście przez nią nie było łatwe. Każde wojsko – 2 Korpus Polskich Sił Zbrojnych nie stanowił tu wyjątku – to specyficzna instytucja, która z założenia odbiera ludziom indywidualność, jedyność, wyjątkowość, a przede wszystkim samodzielność w myśleniu i działaniu. Pozbawia jakiejkolwiek własnej inicjatywy. Kiedy przestałam nosić mundur, musiałam od nowa myśleć, co mam na siebie włożyć. Gdy nie wykonywałam już rozkazów, powstawało pytanie – co robić? Niezdecydowana, niepewna, wątpiąca w swe umiejętności, bardzo ciężko przeżywałam ten czas. I wtedy zdarzyło się coś najlepszego dla mnie w tej sytuacji. Spotkałam mego Zbyszka, który dał mi opiekę, spokój i ogrom uczucia. Na jego temat mogłabym pisać opasłe tomy, ale ograniczę się do kilku zdań. Brał udział w walkach o Tobruk, a potem z Brygadą Karpacką walczył na wszystkich frontach we Włoszech i zasłużył w końcu na Krzyż Walecznych za Monte Cassino. Jest twardy jak skała, ale przy tym wspaniałomyślny, uczynny i pogodny nawet w pochmurne dni. Po prostu – wspaniały człowiek! Do dziś dziękuję losowi, że pozwolił mu stanąć na mojej drodze.

I tak zaczęło się nasze pokojowe, cywilne bytowanie. Najpierw pracowałam u Philipsa, lutując malusieńkie druciki w żarówkach. Potem w fabryce pędzli i szczotek. Obozy rodzin wojskowych też powoli rozwiązywano i w 1948 roku do Anglii przyjechała moja rodzina. Postanowiliśmy wtedy emigrować do Argentyny. Było z tym trochę perturbacji, bowiem okazało się, że ten kraj nie przyjmuje starszych ludzi, a moja mama miała już siedemdziesiąt pięć lat. Udało się jednak jakoś te przepisy obejść. W Buenos Aires urządziliśmy się całkiem nieźle. Pracowałam jako tłumaczka w luksusowym hotelu, znam siedem języków, Zbyszek też nie miał trudności ze znalezieniem pracy jako chemik. Kiedy jednak w 1955 roku rozpoczęła się w Argentynie rewolucja wyzwoleńcza, krajem zaczęły wstrząsać walki pomiędzy nacjonalistycznie i katolicko nastawionymi oficerami wojska a zwolennikami dotychczasowego prezydenta Juana Perona – stchórzyliśmy. Dosyć już mieliśmy wojen. Przeprowadziliśmy się do Australii, gdzie mieszkamy do dziś. Jak wszyscy mamy gorsze i lepsze lata, ale dzięki niewygasłemu uczuciu, znakomitemu porozumieniu, uporowi i wytrwałości przeważnie jesteśmy „na wozie”. Dopisuje nam zdrowie i trzymamy się razem, czego można chcieć więcej? Wojna… Jej oczywiście zapomnieć się nie da. Budzą mnie czasem koszmarne sny i mój własny przerażający krzyk. Spadkiem po niej jest także klaustrofobia, której z pewnością nabawiłam się w baranowickim więzieniu.

Obliczona na sześć osób cela numer 27 więzienia w Baranowiczach mieściła czterdzieści jeden więźniarek. Tą czterdziestą pierwszą, ostatnią, za którą udało się jeszcze zaryglować drzwi, byłam ja. Późnym wieczorem, po godzinie 22.00, stanęłam w progu. Naga żarówka, zawieszona mniej więcej pośrodku sufitu, oświetlała kłębowisko ciał. Żadna z leżących w dziwnych pozycjach, siedzących, zwiniętych w kłębek kobiet nie poruszyła się nawet, w żaden sposób nie zareagowała na moje przybycie. Miały zbyt mało miejsca, by się ruszyć, obowiązywał ponadto zakaz wszelkich rozmów w nocy. Taka więc, przyklejona do drzwi na baczność, stałam aż do rana. Nie bardzo wiedziałam, co się ze mną dzieje, jawa przechodziła w krótkie chwile snu, a raczej lekkiej drzemki, szumiało mi w głowie, a nóg prawie nie czułam i, nawet gdybym mogła, nie zdołałabym nimi poruszyć. O świcie ponad plątaniną ciał zobaczyłam wyciągniętą do mnie rękę.

– Przy mnie jest miejsce – wyszeptała wysoka, postawna kobieta. – Jestem Jadwiga Domańska. – Mocno uścisnęła moją dłoń.

Przedostanie się na wskazany kawałek posadzki nie było łatwe, ale się udało. Podobnie jak manewr siadania, który wydawał się początkowo nieosiągalny. Mogłam już na nieco dłużej przysnąć, co też nie dało mi wypoczynku, bo pierwszym sennym obrazem, jaki się pojawił, było przesłuchanie, podczas którego zerwano mi z szyi krzyżyk niezdejmowany od chrztu i zabrano obrączkę. W naszych, wschodnich, nieco zabobonnych, stronach mówiło się zawsze, że oznacza to koniec związku. Tak też się stało i w moim przypadku. Kazik na zawsze został w Baranowiczach. Zamęczony podczas śledztwa, wrzucony do wspólnego dołu pod bramą więzienia. Nie musiał się chociaż tułać i miał nad sobą, co prawda już nie polskie, ale jednak nasze, kresowe niebo. Dobre dusze, a do takich miałam szczęście, zataiły przede mną tę okrutną wiadomość, którą przekazano alfabetem Morse’a przez ścianę celi męskiej. Dopiero na Syberii, gdy byłam już jak stal zahartowana, dowiedziałam się o jego śmierci.

Mój anioł stróż – Jadzia Domańska, cóż to był za człowiek! Dobra dusza, przewodniczka tej zbieraniny kobiet o różnych doświadczeniach i najrozmaitszych poziomach intelektualnych i moralnych. Pocieszała na wpół obłąkane ze strachu wiejskie dziewczyny, które nie rozumiały, za co je złapano – jedna tłumaczyła, że tylko biegła za uciekającą gęsią i po drodze żadnej granicy nie widziała. Uspokajała rozgoryczone Żydówki – przecież z takim entuzjazmem witały wkraczających „zbawców”. Umiała nawet przemówić do prostytutek, które, dosadnie zaczepiając strażników, deptały godność Polek. Dobry los pozwolił mi przez dwa lata cieszyć się przyjaźnią Jadzi.

My, polityczne, nie miałyśmy żadnych przywilejów, lecz same tylko zakazy i nakazy. Dwukrotnie w czasie doby maszerowałyśmy wspólnie, całą celą, do ubikacji, i to musiało nam wystarczyć za spacer. Co dziesięć dni pędzono nas do łaźni, w której pobyt nie mógł być dłuższy niż pięć minut, bowiem na ten luksus czekało ponad tysiąc więźniów. Z przerażeniem obserwowałam stopniowe rozprzestrzenianie się połaci brudu na moim ciele. Czasem nawet tworzyły się z nich niebrzydkie desenie, podobne do mrozu wyrysowanego na szybie. Wraz z brudem przyszły wszy, świerzb, a z czasem epidemia biegunek. Do tego co noc budził nas ostry zgrzyt otwieranych z łoskotem drzwi, po czym padały nazwiska ofiar wzywanych do śledczego. Wyrwana z gorączkowego półsnu, osłabiona głodem myśl z trudem mogła nadążyć za gradem powtarzających się pytań. Rzucano je szybko, ale co rusz w innym tonie – łagodnie, przymilnie, ostro, a czasem nienawistnie i z groźbą. Szczególnie pamiętam jedno z przesłuchań, na które prowadzono mnie przez zamknięte, ciemne, wybrukowane podwórko, strzelając dla postrachu pod nogi, tuż koło stóp. Widziałam iskry obijających się o kamienie kul, słyszałam ich głuchy świst. Wtedy błagałam Boga o śmierć zamiast kalectwa.

Nigdy przedtem nie interesowałam się poezją, a tym bardziej nie próbowałam jej pisać, lecz widocznie potrzebna mi ona była jako balsam dla duszy w konfrontacji z tego rodzaju przeżyciami.

Na granicy śnieżysta zawieja,

My przez lasy i śniegi wciąż brniemy,

W duszy rozpacz, lecz w sercu nadzieja –

Przejdziem Wilno – na Litwę dojdziemy.

Ciemnej nocy godziny szarzeją,

„Stój” – zawoła „bojec” z pogranicza.

Wnet się nasze marzenia rozwieją,

W „tiurmie”, w Lidzie czy w Baranowiczach…

Tak rozpoczynała się pieśń celi numer 27, którą wszystkie osadzone tam więźniarki przyjęły za swój hymn.

Dziesięć lat ciężkich robót w obozie koncentracyjnym – taki wyrok odczytano mi pewnego przedpołudnia. Zatroszczono się nawet o uzasadnienie – za pomoc udzielaną partyzantom w Białowieży i działalność szpiegowską.

Po tym werdykcie, który wyznaczał plan na wiele lat mego życia, napisałam dwuzwrotkowiec, stanowiący do dziś moje kredo.

Nie nauczyłam dłoni swych

Gestu rezygnacji –

Stopom kazałam szukać

Wciąż nowych dróg

Wśród gór i przepaści.

Nie przystanęłam nigdy

I naprzód szłam

 

Wśród wichrów i mgieł.

Choć życia droga krótka –

Przeżyłam wiele…

Dziś zbliża się nieznany – cel.

Te cele oczywiście wciąż się zmieniają, ale podejście do nich mam wciąż takie samo.

* * *

Na początku 1940 roku rozpoczęła się akcja wywożenia kolejnych grup więźniów w głąb Rosji. Ładowano nas mniej więcej po sto osób do bydlęcego wagonu. Trzy piętra prycz i piętnastocentymetrowy otwór w środku podłogi, odpowiedzialny nie tylko za smród, ale też za przedostawanie się do wewnątrz coraz mroźniejszego powietrza. Klęcząc na dworcu – zmuszone do tego, bo tak łatwiej było strażnikom zapanować nad gromadą siedmiuset więźniów i dwustu więźniarek – całowałyśmy polską ziemię, zdając sobie sprawę z tego, że żegnamy się z nią na długo, jeśli nie na zawsze. Nie był to żaden spektakularny gest, ale spontaniczna potrzeba serca. Mnie udało się niepostrzeżenie zgarnąć dłonią garstkę szarego piasku, którą, skrzętnie opakowaną, by nie zgubić ani ziarenka, przechowałam przez całą wojnę i dowiozłam aż do Australii. Tu uroczyście została zasypana w fundamentach naszego domu.

Podróż do miejsca przeznaczenia, o którym nikt nie miał pojęcia, gdzie się znajduje, trwała przeszło miesiąc. Przedłużające się postoje na biednych stacyjkach albo poza nimi, w polu, ciągłe zmiany składu pociągu, całkowita, złowroga ciemność w nocy i tylko w szparach pomiędzy deskami nieśmiało wciskające się światło dnia… Od czasu do czasu kubek gorącej wody i jeden śledź do zjedzenia. Z każdym dniem było coraz zimniej, z każdym nasilały się głodowe bóle żołądka. Byłyśmy stłoczone, więc tym wyraźniej czułyśmy wstrętną woń swoich, pokrytych skorupą brudu, świerzbu i wszy, ciał. Od tej przygnębiającej codzienności, której kresu nie ośmielałyśmy się nawet przewidywać, odrywała nas skutecznie Jadzia Domańska. Jako świetna aktorka dramatyczna jednego z teatrów wileńskich znała niezliczoną ilość dzieł literackich i w momentach, kiedy wyczuwała kiepski nastrój większości z nas, rozpoczynała deklamację. Jakiego kalibru był jej talent, przekonali się okupanci, których nieraz skutecznie nabierała, by nielegalnie przekraczać granice z tajnymi meldunkami. Właśnie między innymi za taką działalność skazano ją na osiem lat łagru. Angażowała nas w opowiadane historie, choć repertuar przez nią przedstawiany nie zadowalał wszystkich gustów.

Jeżeli nocną przybliżysz się dobą

I zwrócisz ku wodom lice,

Gwiazdy nad tobą i gwiazdy pod tobą,

I dwa obaczysz księżyce.

Mickiewiczowska ballada Świteź nie robiła na kobietach wrażenia, a wiele z nich twierdziło wręcz, że to brednie, bo gdzież to być mogą aż dwa księżyce. Powrót taty z kolei większość oblewała rzęsistymi łzami, współczując losowi biednych, pobożnych dziatek, a gdy Jadzia rozpoczynała przedostatnią zwrotkę: „Słucham, ojczyste przyszły na myśl strony…”, cały wagon rozbrzmiewał głośnym chlipaniem. Ojciec zadżumionych wywoływał paniczny strach, dlatego nieczęsto decydowała się go deklamować, za to już pierwsze słowa Ody do młodości („Bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy…”) specyficzna widownia wagonowego teatru przyjmowała jako zastrzyk optymizmu, entuzjazmu, bodziec do działania. Ten wiersz porywał wszystkich, wszystkim dodawał ducha i Jadzia nieraz proszona była o jego powtarzanie. Podczas któregoś z naszych nocnych spektakli usiadłam przy samej ścianie wagonu i nieopacznie się o nią oparłam. Piękne słowa wciągnęły mnie i prawdopodobnie przez dłuższy czas nie zmieniałam pozycji. Było to już za Uralem, w nocy temperatura radykalnie spadła i przymarzłam plecami do żelaznych umocnień. By się uwolnić, musiałam zniszczyć mój prawdziwy skarb – jesionkę, która, pomijając, że była kiedyś nadzwyczaj elegancka, w tych warunkach pełniła nieocenioną funkcję mojego jedynego przykrycia. Następstwem tej przygody było ostre zapalenie nerek. Kiedy nasz przeklęty pociąg dotarł wreszcie do stacji Jaja na Syberii, między Tomskiem a Omskiem, miałam tak spuchnięte nogi, że z ogromnym wysiłkiem, pomagając sobie rękami, zdołałam je tylko odrobinę unieść. I znów z pomocą przyszła nieoceniona Jadzia, która ciągnęła mnie, niemalże niosła, przez osiem kilometrów do łagru.

Tam było o niebo lepiej niż w baranowickim więzieniu. Przede wszystkim mogłyśmy się poruszać. Co prawda obóz otoczony był drutami kolczastymi podłączonymi do prądu, ale w jego obrębie było dużo więcej miejsca, i to na powietrzu, niż w pozbawionej tlenu celi. Nie miałyśmy też problemu z zarastaniem brudem, gdyż wokół było pełno śniegu, którego używałyśmy do mycia i do picia, tym bardziej że wiele z nas odczuwało ciągłe pragnienie. Barak z piętrowymi pryczami był przepełniony. Zamieszkiwało go trzysta kobiet, ale każda z nas miała swoje miejsce. W całym łagrze Jaja przebywało wówczas około 5 tysięcy więźniarek. Znalazły się tam „białe” Rosjanki, jeszcze z czasów rewolucji, Żydówki z różnych krajów, kryminalistki głównie z terenów ZSRR i my – polityczne Polki. Niedługo po przyjeździe dano nam po kartce papieru wielkości pocztówki, byśmy mogły napisać list do rodziny. Moja kartka, złożona wedle tamtejszej mody w trójkąt, dotarła do celu i mniej więcej po roku otrzymałam odpowiedź. Wtedy już mama i moja starsza siostra z siedmioletnim synkiem były wywiezione do kołchozu pod Bijskiem.

Połowa naszego baraku pracowała na zmianę dzienną (od godziny 7.00 rano do 7.00 wieczór), a połowa na nocną (od 7.00 wieczór do 7.00 rano). Nam, z Jadzią, przypadła zmiana nocna. Szyłyśmy mundury i watowane kurtki. Przed nami stały długie szeregi stołów, a na nich stare, singerowskie maszyny elektryczne. Praca była porozdzielana jak w manufakturze. Znacznie zawyżonej normy, od której zależała wielkość porcji chleba z trocinami, nie sposób było wyrobić. Nie byłyśmy przecież krawcowymi, nie miałyśmy wprawy, a odmrożone, spuchnięte palce odmawiały posłuszeństwa i były mało precyzyjne. W dodatku wysłużone maszyny ustawicznie się psuły i co rusz któraś wypadała z obiegu. Toteż poranna kromka chleba wyglądała niezwykle mizernie. Na szczęście kubek gorącej wody był dla wszystkich, niezależnie od wyników pracy, podobnie miska soi lub grochu w południe. Wieczorem dostawałyśmy „szczi” – tak nazywano wodę, w której pływały liście kapusty. Były naprawdę ugotowane i osolone. Pycha! Zdecydowanie tę potrawę lubiłam najbardziej.

Maszyny do szycia pracowały nieustannie, wyłączano je tylko na dziesięć minut o północy i w południe oraz 1 maja i w Nowy Rok. Musiały być naprawdę solidnie wykonane, skoro większość, mimo znacznego zużycia, jakoś funkcjonowała. Robiły za to niezły hałas, do którego na początku trudno było się przyzwyczaić, lecz z czasem w przedziwny sposób mnie nastrajał. Był znakomitym podkładem do rozmyślań, marzeń, których najsroższe nawet obostrzenia odebrać nam nie zdołały, i do śpiewania, którego nikt postronny nie mógł usłyszeć, pozostawało więc tajemnicą wykonawcy. I właśnie podczas tych hałaśliwych, ale szczególnie nastrojowych nocy powstała moja pieśń, którą polityczne Polki z łagru Jaja przyjęły za swój hymn.

Polska – to dla nas święte słowo,

Polska – to wszystko, co najdroższe nam,

Za Polskę każda z nas umrzeć gotowa,

Boże – wróć Polskę nam.

Nie wolno płakać, z rozpaczy wyć,

Musimy milczeć, wytrwać i żyć.

Bóg i Panienka Święta

Niech o nas czasem pamięta

I do Polski wrócić da…

Co kilka tygodni miałam nawroty zapalenia nerek. Ból straszny, wysoka gorączka i nogi spuchnięte do granic możliwości. Często na jakiś czas traciłam przytomność. Jak w półśnie słyszałam szepty starszych pań odmawiających modlitwy za konających. To powodowało chwilowe otrzeźwienie. Coś buntowało się we mnie – czy to już za mnie się modlą? Ja jeszcze nie chcę umierać! Nie chodziłam wtedy do pracy, ale gdy opuchlizna zeszła i temperatura spadała poniżej trzydziestu ośmiu stopni, wzywano mnie do szwalni.

Kiedyś, gdy w takim nędznym stanie leżałam w baraku, któraś z kobiet, przechodząc obok, stwierdziła:

– Wyglądasz jak umierająca suchotnica!

Uwagę tę usłyszała Jadzia i tak ją to oburzyło, że, zwykle opanowana, wręcz dystyngowana w swym zachowaniu, zdzieliła niespodziewającą się niczego kobiecinę butem po głowie. Ktoś usłużny doniósł o tym zdarzeniu strażniczkom i my obydwie zostałyśmy ukarane. Na dziesięć dni przeniesiono nas do baraku tzw. „błatnych” – morderczyń, złodziejek i prostytutek rosyjskich, przeważnie recydywistek. Kontakty politycznych z nimi były rzadkie i najczęściej kończyły się źle. Takie przenosiny można więc było odczytać, z drobną tylko przesadą, jak wyrok śmierci. Ich sposób bycia niewiele odbiegał od zachowania dzikich zwierząt i nawet w obozie o zaostrzonym rygorze słabo sobie z nimi radzono. Rozwydrzone, bezwzględne, kradły, co się dało, kopały, pluły, nie czuły respektu przed nikim. I nagle te prawie bestie, ni stąd, ni zowąd, chyba na złość temu, kto zarządził tego typu napiętnowanie, przyjęły nas nie tylko sympatycznie, ale wręcz z entuzjazmem. Odstępowały nam najcieplejsze miejsca na pryczach, przynosiły przysmaki kradzione z kuchni, rozpieszczały niczym najmilej widzianych gości. Kara zamieniła się więc nieoczekiwanie w najprzyjemniejszy okres naszego pobytu na zesłaniu.

W łagrze co pewien czas wszczynano akcje. Jedną z nich, przyjętą przez nas zresztą ochoczo, była walka ze świerzbem. Cudownym lekiem na tę powszechną przypadłość miała być maść ichtiolowa. Grupami po dziesięć osób zamykano nas na trzy dni w malutkich, ale na szczęście lekko ocieplanych, celach. Byłyśmy zupełnie nagie i od stóp do głów wysmarowane czarną mazią. Pokładałyśmy się ze śmiechu, patrząc na siebie, na nasze wynędzniałe, wychudzone ciała o niezwykłej barwie. Z zadowoleniem za to i poczuciem, że wreszcie zadość się dzieje sprawiedliwości, bez cienia współczucia przyglądałyśmy się całym zastępom wszy, które ginęły w gęstym tłuszczu.

* * *

W sierpniu 1941 roku gruchnęła wieść, w którą początkowo nikt nie chciał uwierzyć. Opowiadano ją w formie mało realnej anegdoty, powiastki ku pokrzepieniu serc, serwowanej często osobom na skraju depresji. Ja sama nieraz, szczególnie starszym osobom, mówiłam:

– Proszę się nie martwić, to już długo nie może trwać, nasz rząd na pewno zrobi wszystko, by nas stąd wydostać. Ani się pani obejrzy, jak witać się będzie ze swym kochanym Wilnem.

Co prawda z Wilnem nikt z nas się już nie przywitał, ale powoli zaczął następować proces zwalniania Polaków z obozów. Trudno było znaleźć klucz, według którego tę akcję przeprowadzano. Najpierw były to pojedyncze przypadki, potem za druty wychodziły całe gromady zesłańców. Przyszła i na mnie kolej, ale tylko dlatego, iż dzięki Kaziowi, a właściwie przyjęciu jego nazwiska, stałam się obywatelką polską. Inne nacje nie dostępowały tej łaski. Otworzyła się więc przede mną ta przeklęta brama, na którą tyle razy patrzyłam od wewnątrz z mizerną nadzieją, że kiedyś ją przekroczę na zawsze. Z westchnieniem ulgi, choć na pewno nie dumy, mogłam do siebie powiedzieć pod nosem:

– Przetrwałam!

W stronę Polski spojrzeć nawet nie było można. Moja podróż do Bijska trwała wiele dni. Tam zaczęły się poszukiwania kołchozu, w którym przebywała moja rodzina. Wreszcie któregoś wieczora stanęłam w progu ich ziemianki. Nie było okrzyków radości, głośnych słów powitania ani szczegółowych relacji z tych dwóch lat niewidzenia się. Z twarzą głęboko ukrytą w sukni na drogich kolanach mamy – płakałam. Nareszcie mogłam otworzyć serce i zmyć z ciała i duszy pokłady smutku, bólu, goryczy i upokorzeń, które przez ten straszny czas nagromadziły się i jak zakażony cierń drążyły mnie od środka. Takie oczyszczenie pomaga najlepiej, pozwala wrócić do psychicznej równowagi i daje siły do dalszej walki. Co do tego, że ona wciąż przed nami, nikt nie miał wątpliwości.

Wyspana, wygrzana pod kożuchami przywiezionymi z domu, niewypędzana do nieustannej pracy, szybko odzyskałam siły fizyczne. Zorientowałam się też niemal od razu, że moi głodują. Mama była już poza wiekiem roboczym, siostra nie zarabiała ze względu na chore serce, mieli więc do dyspozycji tylko jedną porcję chleba na trzy osoby – pół dawano mamie i pół mojemu siostrzeńcowi Romkowi. Po izbie przemykały trzy cienie, którym już niewiele brakowało do zakończenia ziemskiej wędrówki. Jako całkiem wolna osoba pracy mogłam szukać wszędzie, toteż na zajęcie długo nie czekałam. Przeważnie kopałam kartofle, buraki i czyściłam spichlerze. Dostawałam za to kupon na chleb i jednego rubla. Widmo wyniszczającego głodu zostało zażegnane.

W grudniu, znów prywatną pocztą pantoflową, dowiedzieliśmy się o oddziałach wojsk polskich, które tworzą się na terenach ZSRR pod dowództwem generała Andersa. Po rzeczywiście przeprowadzonej amnestii, której skutki odczuliśmy na własnej skórze, nie byliśmy już tak nieufni wobec krążących informacji. Wydawało się jednak, że wieści te interesować mogą tylko mężczyzn. Kiedy jednak okazało się, że do tych nietypowych oddziałów przyjmowane są również kobiety i młodzież, w naszej izbie rozgorzały dyskusje. W kołchozie koło Bijska nie czekała nas żadna przyszłość, a jedynie ledwie pozwalająca przeżyć wegetacja. Mogło się nieco poprawić, kiedy Romek podrośnie na tyle, by mógł także pracować… Ja jednak zdecydowanie nie chciałam spędzać tam moich najlepszych, młodzieńczych lat. Decyzja była niełatwa, bowiem znów wiązała się z rozstaniem, poza tym ponownie narażała rodzinę na walkę z głodem. Długie narady z mamą, trzeźwo i dzielnie patrzącą na życie, sprawiły, że w styczniu 1942 roku wyruszyłam do Buzułuku.

 

* * *

Byłam jedną z pierwszych ochotniczek wcielonych do Pomocniczej Służby Kobiet. Dostałam mundur, co prawda angielski, ale szybko do furażerki wetknęłam małego białego orła. Byłam wreszcie czysta, syta i ubrana w coś innego niż łachmany. Miałam buty, pończochy, a nawet grzebień i szminkę do ust. Znów poczułam się kobietą, a nie poniżanym i poniewieranym tłumokiem. Zdawało mi się, że jestem w raju. Ten chwilowy błogostan zakłócał niepokój o rodzinę. Mną opiekowało się wojsko, więc moim obowiązkiem było zadbanie o bliskich. Ta myśl krążyła w mojej głowie. Przydzielono mnie do kancelarii sztabu 7 Dywizji i, tym razem w zorganizowanej grupie, po raz trzeci przekroczyłam Ural w drodze do Kermine w Uzbekistanie. Miałam akurat zapalenie oskrzeli, byłam zachrypnięta, ledwo mówiłam, ale nie mogłam odmówić sobie przyjemności dołączenia do gromkiego, dziarskiego, żołnierskiego śpiewu, kiedy usłyszałam pierwsze słowa pieśni: „Jeszcze Polska nie zginęła…”.

Po zakwaterowaniu w Kermine dowództwo zezwalało, bez długich procedur, na wyjazdy w celu odszukania i sprowadzenia rodziny. Zaledwie garstka żołnierzy zrezygnowała z takiej możliwości, gdyż większość kogoś gdzieś zostawiła. Pojechałam i ja do kołchozu koło Bijska. Śmiało mogę powiedzieć, że dotarłam tam w ostatniej chwili. Stan moich bliskich, głównie ze względu na niedożywienie, był zatrważający. Czekała mnie jeszcze jedna niemiła niespodzianka. Okazało się bowiem, że nie mam prawa tak po prostu ich zabrać, gdyż amnestia objęła tylko obywateli polskich. Oni zaś, jako obywatele litewscy, byli nadal pod władzą sowiecką. Zebrałam w sobie wszystkie siły. Kiedy widzisz, że najbliższa ci osoba może za chwilę umrzeć i tylko ty jesteś w stanie ją ocalić, niemożliwe staje się możliwe. Wiedziałam, że nie mogę zostawić ich w takim położeniu. Byłam młoda i mimo trudnych przejść pozostało we mnie dużo energii i pomysłów. Wykorzystałam cały ich arsenał do walki o „być albo nie być” mojej rodziny. Mając wciąż w uszach i sercu moje kredo („Nie nauczyłam dłoni swych gestu rezygnacji…”) – działałam. I zwyciężyłam. Po przeszło dwóch tygodniach wróciłam do Kermine z moją rodziną, którą podstępem niemalże wykradłam z kołchozu.

Wojsko zajęło się, w miarę możliwości, naszymi rodzinami, ja więc mogłam już dużo spokojniej poświęcić się pracy na rzecz armii. Czas jakiś zatrudniona byłam w charakterze kreślarki. Aż nadszedł sierpień roku 1942. Do dziś jest to mój ulubiony miesiąc. Wtedy bowiem nastąpiła przełomowa chwila w mojej wojennej epopei. Wydostałam się spod opiekuńczych skrzydeł Stalina. Przez Krasnowock, Morze Kaspijskie i Persję wspólnie z innymi żołnierzami dotarłam do Iraku, do miejscowości Khanaqin w pobliżu granicy irańskiej. Zamieszkałyśmy w ogromnym obozowisku namiotowym, na rozległej równinie odległej od miasteczka o około trzy kilometry. Poza namiotami nie było tam właściwie niczego. W miejscowości stały gliniane, betonowe i ceglane parterowe domki, porozmieszczane bezładnie, bez żadnego planu. Część z nich, ponad miarę wysłużona, groziła zawaleniem, a te nowsze domagały się wykończenia. Jedyną ich ozdobę stanowiły ogrody oraz pomarańczowe i palmowe sady. W przeciwieństwie do rozgardiaszu panującego w miasteczku nasz obóz, przygotowany przez Brytyjczyków, prezentował się świetnie pod względem funkcjonalności. Namioty, wszystkie jednakowe, rozbite były w równych odstępach. Uszyte z nowiutkiego płótna, u góry z dodatkową warstwą, zwaną tropikiem, zaopatrzone były w specjalne paski do przypinania moskitier. Przed każdym z nich znajdował się ogromny gliniany pojemnik pełniący funkcję termosu – na wodę do picia. Nigdy się dzięki niemu nie nagrzewała. Wśród pomieszczeń mieszkalnych wyróżniały się kuchnie ze ścianami z trzcinowych mat, zadaszone falistą blachą. Największe wrażenie, kiedy pojawiłyśmy się tam po raz pierwszy, sprawiły na nas latryny. Był to długi ciąg dołów osłoniętych płótnem, nad którymi przyczepiono deski z kwadratowymi otworami. Każdy z nich nakryty był drewnianą klapą poruszającą się na zawiasach z rzemieni i miał uchwyt. Całości tego pustynnego luksusu dopełniało wiadro z niegaszonym wapnem i rozwieszonym na gwoździach papierem toaletowym. Jako że wiatry hulały tam nieustannie, kuriozalne pomieszczenie wolne było od nieprzyjemnych zapachów. Mimo że budowniczowie obozu zadbali o nasze wygody, wielu niedogodności i niebezpieczeństw nie dało się uniknąć. Do namiotów zaglądały skorpiony i pająki, z tarantulami i czarnymi wdowami włącznie, roiło się również od przenoszących malarię komarów. Znajdująca się nieopodal rzeźnia, zaopatrująca w mięso całą armię, ściągała stada sępów, toczących nieustanne walki o łup z szakalami, a dźwięki, które te ostatnie wydawały, były przerażające. Normalne funkcjonowanie – a trzeba przyznać, że nasi żołnierze byli tam ostro szkoleni, szczególnie w zakresie walk w terenie górzystym, do czego idealnie nadawały się pasma Kurdystanu – utrudniały upały i ulewne deszcze. W okresie letnim niezbędna była „przerwa tropikalna” w działaniach, obowiązująca pomiędzy godziną 10.00 a 16.00, i kąpiele w rzece Sirwan, płynącej niedaleko obozu. Żołnierze często chorowali, więc konieczne okazało się utworzenie szpitala. Przeważały choroby tropikalne, jak malaria, z której epidemią walczyli brytyjscy i polscy lekarze przez wiele miesięcy, ale wojskowych nękały i inne dolegliwości, jako że większość miała za sobą przeszłość łagrową i ich organizmy były wycieńczone. Czterystu trzydziestu ośmiu z nich nie udało się uratować i pozostali w pustynnych piaskach na specjalnie tam założonym cmentarzu. By psychika wciąż żyjących szybciej się regenerowała, w obozie funkcjonowało kasyno, kino pod gołym niebem, gdzie wyświetlano polskie filmy, oraz kantyny serwujące najrozmaitsze przysmaki. Na początku mego pobytu w Khanaqin prowadziłam jedną z takich kantyn. Jej wnętrze przypominało dużą stodołę, przypadkiem podzieloną na części przez nośne słupy. Ściany i podłogi wyglądały oryginalnie – uplecione z trzciny. Całość dawała cień i przyjemny chłód. Żołnierze w wolnych chwilach chętnie tam przesiadywali, tym bardziej że mogli przekąsić coś smacznego. Specjalnością mojego „lokalu” było ciasto owocowe w stylu angielskim, zwane przez nich „ciastem z pluskwami” ze względu na rodzynki, których nie żałowano. Z kantyny przeniesiono mnie do biura sztabu, gdzie pracowałam jako maszynistka.

Rozpisałam się tu o Khanaqin, bo miejsce to, być może dlatego, że tam po raz pierwszy zetknęłam się z nieznaną mi wcześniej egzotyką, głęboko zapadło mi w pamięć. Nie znaczy to bynajmniej, iż dalszy szlak armii nie przyniósł silnych wrażeń. Jeszcze przed czekającą nas podróżą przeżyliśmy ważne wydarzenie, jakim była wizytacja dywizji przez generała Władysława Sikorskiego. Wypadła chyba całkiem nieźle. A potem nadszedł czas wyjazdu do Palestyny. I już tylko wyryte przez naszych żołnierzy na skałach wokół obozu symbole jednostek wojskowych i różnorodne wizerunki naszego narodowego godła poświadczały, że na tym skrawku irackiej ziemi oddziały Armii Andersa szykowały się do zadań bojowych we Włoszech. Następny dłuższy postój mieliśmy pod Tel Awiwem, ale po drodze zwiedziliśmy też Hajfę, zobaczyliśmy Morze Martwe i Jerozolimę. Na początku 1943 roku otrzymałam przydział do szpitala polowego numer 7 w Egipcie. Namioty nasze rozlokowane były w delcie Nilu, ale już bez takiej dbałości i precyzji jak w Khanaqin. Widziałam piramidy, wielkiego sfinksa, Luksor i Asuan. Na pierwszy w moim życiu urlop pojechałam do Kairu. Ten piękny, turystyczny okres szybko się skończył i 1 marca wyruszyliśmy na front do Włoch. Taranto, Bari, Barletta i… Monte Cassino. Ta ostatnia nazwa jest dla mnie symbolem czegoś niezwykłego, wielkiego, ale równocześnie tak przerażającego, że trudno to opisać. Górujący nad doliną klasztor, będący od pierwszych wieków naszej ery symbolem wiary chrześcijańskiej, już samą swą surową sylwetą, ruinami świadczącymi o burzliwej przeszłości, budził grozę. Władczo dominował nad całą okolicą, wysyłając jasny sygnał – jestem nie do zdobycia. I wydawało się, że tak jest rzeczywiście. Walka o niego trwała już bowiem przeszło trzy miesiące. My uczestniczyliśmy w ostatnim akcie tej wielofazowej bitwy. Otrzymałam przydział do 7 Szpitala Polowego pod samym frontem i byłam w czołówce pierwszej pomocy. Wielokrotnie już siadałam do biurka, by opisać ten ostatni, straszny finał naszej kampanii. To wszystko było jednak dla mnie na tyle szokujące i do dziś porusza mnie do głębi, że przepiszę tu tylko kilka dosłownych cytatów z mego pamiętnika, który wówczas prowadziłam.