Dziewczyny od Andersa

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Dlaczego się śmiejesz? Czy nie rozumiesz, jaką dostałaś karę? – zapytał Władysławę sędzia, rozsierdzony jej miną podczas odczytywania wyroku. Werdykt brzmiał groźnie: dziesięć lat pozbawienia wolności, w najcięższych łagrach, wraz z pozbawieniem praw wyborczych na lat pięć i konfiskatą całego osobistego majątku.

– Rozumiem. – Twarz podsądnej rzeczywiście nie zdradzała, normalnego w takiej sytuacji, przerażenia czy chociażby smutku. – Nie udaje mi się tylko pojąć, jak mogę stracić prawa, których nie miałam. Piszecie przecież tu wszędzie, że jestem obywatelką polską, więc nie mam waszych praw i nie mogę ich stracić. A moje rzeczy? Bierzcie je sobie, proszę bardzo.

Władysława wstała i na stół, za którym siedziało dwunastu sędziów, rzuciła woreczek, mocno przybrudzony, widocznie sfatygowany, uszyty przez nią z ręcznika po to, by w jednym miejscu mogła przechowywać cały swój „majątek”.

– Co to jest? – sędzia pierwszy z prawej nie krył oburzenia.

– Wykonuję wyrok, który mi zasądziliście. Oddaję wam cały mój majątek. Nic więcej nie mam.

Sędziowskie twarze zaczerwieniły się z wściekłości.

– Już wy się o to nie martwcie – drugi od lewej pogroził jej palcem. – Znajdziemy wasz majątek, wygrzebiemy go nawet z podziemi.

Władysława chciała coś jeszcze powiedzieć, ale dwaj strażnicy podbiegli do niej, silnie chwycili ją pod ręce i wyprowadzili z sali.

Dwanaście dni po procesie, który odbył się 23 czerwca 1941 roku i trwał od godziny 20.30 do 20.45, przewieziono Władę do poprawczego obozu pracy. Tam jako pierwszą spotkała szefową Błękitnego Beretu, która już zdołała się tu zadomowić i podporządkować sobie większość przebywających w obozie kryminalistek. Były one zagrożeniem dla więźniarek politycznych, terroryzowały nawet brygadzistki. Z taką przyjaciółką Włada miała komfort bezpieczeństwa. Któregoś dnia Szura zaprosiła ją na wieczór pieśni miłosnych. Siedząc lub leżąc na pryczach, kryminalistki wyśpiewywały przygotowany program. Kiedy jedna z nich wykonywała piosenkę o kochanku skazanym na Kołymę, przywódczyni Błękitnego Beretu zalała się łzami.

– Wiesz, ja mam takie miękkie serce – szepnęła do Włady. – Nie mogę tego słuchać!

Władysławie, pamiętającej jej opowieści z Łubianki, trudno było uwierzyć w szczerość tego wyznania, ale kiedy popatrzyła na smutek rysujący się na jej twarzy i bijący z jej przekrwionych oczu, zdziwiła się, ile sprzeczności kryje się w każdym człowieku.

Codziennie pędzono Władysławę do układania podkładów kolejowych. Mimo niemiłosiernych upałów musiała to robić przez dziesięć godzin dziennie. Już po dwóch tygodniach straciła dwadzieścia kilo wagi, a jej skóra była tak zniszczona, jak po wieloletnim wygrzewaniu się na pełnym słońcu. Na szczęście tę harówkę, której mogłaby nie przetrzymać, gdyby trwała dłużej, przerwały fakty polityczne, będące wybawieniem dla wielotysięcznej rzeszy polskich zesłańców. Po zawarciu układu pomiędzy rządami Polski i ZSRR rozpoczął się proces tworzenia Armii Polskiej na sowieckim terytorium.

– Wy jedna jesteście prawdziwa Rosjanka, pięknie mówicie po rosyjsku, jak wielka dama. Ta reszta to zbieranina i barachło… – Takim komplementem obozowy strażnik pożegnał Władysławę, kiedy po raz ostatni przekraczała „bramę piekieł”.

Była wolna, a raczej – niby-wolna, bo „dla bezpieczeństwa” do Moskwy pojechała jeszcze pod ścisłą eskortą. Tam zakwaterowano ją w najlepszym hotelu w mieście, poddano zabiegom medycznym i kosmetycznym. Kosmetyczka, nie orientując się, skąd przybyła jej klientka, stwierdziła z przyganą:

– Jak można tak dużo siedzieć na słońcu bez parasola! Ma pani całkowicie zniszczoną tkankę tłuszczową!

Te wszystkie starania i zabiegi stosowano oczywiście nie ze względu na dobro byłej więźniarki, ale na pokaz, by w jak najlepszej formie mogła pojawić się w polskiej ambasadzie. Tam wyrobiono jej paszport i dostała całą walizkę ubrań przysłanych z Anglii. Bez pruderyjnej skruchy stwierdzono, iż do procesu, który jej wytoczono, a przede wszystkim do zasądzonego wyroku doszło na skutek niedopatrzenia. W związku z tym należała się jej pewna gratyfikacja pieniężna. Władysława nadzwyczaj szybko odzyskiwała siły i wkrótce gotowa była do działania i dalszej walki o ojczyznę. Trudne przejścia nie ostudziły jej zapału, nie zniechęciły, a może nawet wpłynęły na nią mobilizująco. Powstająca na obszarze ZSRR Armia Polska przyciągała ją jak magnes. Była pierwszą kobietą, która w Moskwie zameldowała się u generała Andersa. Znając jej wieloletnią praktykę w organizacjach niepodległościowych, konspiracyjnych i bojowych, generał zlecił Władysławie opracowanie projektu organizacyjnego Pomocniczej Służby Kobiet. Była jeszcze osłabiona, ale z charakterystycznym dla niej entuzjazmem i zaangażowaniem zabrała się do pracy. Jednym z priorytetów, które stanowiły podstawę powstającego projektu, było założenie, wynikające z jej niezachwianych zasad moralnych, iż grupa pracujących dla wojska kobiet w żadnym razie nieprzewidziana jest jako zgromadzenie ewentualnych kandydatek na wojenne żony. Jej tezę poparł w całej pełni generał Sikorski, który jednoznacznie zlecił dowództwu armii, by ochotniczki traktowane były na równi z oficerami, a nie jak panie do towarzystwa. Kiedy projekt był gotowy i zaakceptowany, Władysława otrzymała nominację na stanowisko komendantki głównej Pomocniczej Służby Kobiet.


Władysława Piechowska w Jerozolimie jako komendantka placu PSK w towarzystwie swoich adiutantek: Hanny Bliźniak (po lewej) i Hanny Bobińskiej (po prawej).


Zebranie członkiń PSK, a wśród nich Władysława Piechowska.

Różnorodność zgłaszających się do wojska kobiet była ogromna. Było wśród nich kilka analfabetek, były uczennice ze szkół różnych stopni i profilów, studentki, nauczycielki, architektki, prawniczki, urzędniczki, lekarki, a nawet poetki i malarki. Nie brakowało prostych robotnic i gospodyń wiejskich. NKWD wyrwało je normalnemu życiu – z osad wojskowych, kresowych wiosek, dworów, z dużych miast i niewielkich miasteczek. Obok katoliczek były mahometanki, ewangeliczki, reprezentantki prawosławia i wyznania mojżeszowego. Tylko niewielka ich część miała za sobą jakąś praktykę wojskową, choćby harcerską, czy działalność partyjną lub stowarzyszeniową. Najważniejsze więc stało się przeprowadzenie odpowiednich szkoleń, w czym przeszkadzały siarczyste mrozy, do minus pięćdziesięciu stopni Celsjusza, i brak ciepłego, a właściwie jakiegokolwiek, umundurowania. Wedle rozkazu Dowództwa Polskich Sił Zbrojnych „kobiety należało umundurować jak szeregowych, nie wydając im przyborów do golenia”. Na początku do dyspozycji pozostawały jedynie zdobyczne mundury litewskie, łotewskie i estońskie oraz sowieckie „tiełogrejki”, czyli watowane spodnie, wysokie parciane buty i futrzane czapki z nausznikami. Darów amerykańskich było jeszcze niewiele. Sytuacja „ubraniowa” poprawiła się w grudniu, kiedy przesłano pierwsze mundury z Wielkiej Brytanii. PSK wciąż była w fazie tworzenia się i po kolejnej reorganizacji Władysławę mianowano inspektorką i dano jej do pomocy zastępczynię oraz sekretarkę. Na początku 1942 roku zapadła decyzja o dyslokacji oddziałów znad Wołgi do środkowoazjatyckich obszarów ZSRR. Dowództwo objęło siedzibę w Jangijulu, na obrzeżach Taszkentu, zaś żołnierze rozlokowani zostali na terenach Kazachstanu, Kirgistanu i Uzbekistanu. Operacja nie należała do łatwych ze względu na konieczność pokonania setek kilometrów przy słabo rozwiniętej sieci drogowej i kolejowej. Dodatkowym utrapieniem były silne mrozy i coraz bardziej szerząca się epidemia tyfusu. Nic więc dziwnego, że trwało to blisko dwa miesiące. Po zakończeniu operacji według oficjalnych statystyk stan liczebny PSK wynosił 1252 ochotniczki. Na nowym miejscu pobytu szeregi kobiecego wojska nadal szybko się powiększały. „Nowicjuszki” najpierw poddawane były trzytygodniowej kwarantannie, potem zobowiązane do ukończenia kursu rekruckiego. Następny etap stanowiła kwalifikacja na kursy specjalistyczne: oświatowy, administracyjno-gospodarczy, kwatermistrzowski, szoferski i żandarmerii kobiecej I i II stopnia. Do elitarnych należały kursy łączności. Ochotniczki miały szeroką paletę dziedzin do wyboru – takich, w ramach których chciały być użyteczne, potrzebne, z czasem wręcz niezastąpione. Pracowały w szpitalach, świetlicach, biurach, magazynach, kuchniach, pralniach, wartowniach, a później również w sierocińcach i szkołach, które rosły jak grzyby po deszczu z racji na napływające coraz liczniej z wielu zakątków ZSRR osierocone dzieci i młodzież chcącą kontynuować naukę.

W drugiej połowie marca 1942 roku Władysława otrzymała od generała Andersa pismo o następującej treści: „Przenoszę Panią do dyspozycji Dowódcy Oddziałów Polskich w Iranie generała Boruty-Spiechowicza. Do czasu uregulowania spraw PSK na terenie Iranu i określenia jej organizacji powierzam Pani obowiązki Komendantki ewakuacyjnej części PSK”.

Sowieci nie dotrzymali umowy wojskowej co do zaopatrzenia PSZ w żywność, sprzęt i uzbrojenie. Zaistniała więc konieczność szybkiej ewakuacji oddziałów do Iranu, nim wymrą z głodu i od chorób. Pierwszy etap operacji odbywał się według planu NKWD i pod jego nadzorem. Najpierw trakcją kolejową przewożono wojsko i podążające za nim rodziny – nierzadko byli to nieznający się przedtem „pociotkowie” albo kuzyni kuzynów – do Krasnowodzka, a stamtąd drogą wodną do portu Pahlevi nad Morzem Kaspijskim. W wyniku wszystkich etapów ewakuacji nieprzyjazne tereny ZSRR, często śniące się uchodźcom do końca ich dni, opuściło blisko 3 tysiące kobiet-żołnierzy, potocznie nazywanych, głównie przez płeć przeciwną, Pestkami. Czterdziestu dwóm nie udało się doczekać tej radosnej chwili i pozostały w nieprzyjaznej ziemi, w grobach rozrzuconych po różnych jej zakątkach.

 

Pomocnicza Służba Kobiet w pełnej krasie; Teheran, kwiecień 1942 r.

Praca Władysławy stała się teraz trudniejsza niż poprzednio i znacznie bardziej wyczerpująca nerwowo. Rozkazy płynące z dowództwa wciąż się zmieniały, czasem były sprzeczne i niejasno sprecyzowane. Zapanował ogólny chaos, czego nie lubiła. Działo się wiele: wciąż przeprowadzano pobory mężczyzn, ochotnicze zaciągi kobiet, organizowano hufce junaczek i przemieszczano je do Palestyny. Wciąż też jednak, właśnie za sprawą bałaganu, popełniano poważne błędy, nie mówiąc o drobnych niedopatrzeniach. Na przykład poboru ochotniczek nie skonsultowano z Władą i nagle okazało się, że zaniechano zwykle przeprowadzanej selekcji i przyjęto ponad sto osób nienadających się do służby wojskowej. Wśród zakwalifikowanych były matki z dziećmi i osoby starsze, które w ten sposób, w mundurach, chciano przetransportować do Palestyny. Wtedy właśnie, kiedy pracy było mnóstwo i nerwy napięte, Władysława w czasie jednej z inspekcji upadła i złamała nogę. To był kolejny egzamin dla jej wytrzymałości psychicznej. Gips ciążył jej nie ze względu na rzeczywistą wagę czy ból fizyczny, ale powodował zniecierpliwienie, a wręcz wściekłość, że nie może normalnie, z typową dla niej energią i skutecznością funkcjonować. Podwładne pomagały jej, jak mogły najlepiej, i jedyną pociechą w tej kryzysowej sytuacji był fakt, że mogła przekonać się o ich ogromnym dla niej oddaniu. Zawsze traktowała je niemal jak własne córki i teraz się na nich nie zawiodła. Ujmując rzecz z przymrużeniem oka, mówiło się wówczas, iż na polskie władze składa się czterech Władysławów: Raczkiewicz, Sikorski, Anders i Piechowska. Personalne stosunki w dowództwie armii stopniowo zaczęły się jednak pogarszać, szczególnie na linii Anders–Piechowska. Choć wcześniej się zgadzali, teraz mieli odmienne zdanie na temat roli oddziałów kobiecych w strukturze Armii Polskiej. Generał nie traktował już działalności kobiet całkiem poważnie, a Władysława wymagała, by były one poważane na równi z mężczyznami. Doszła do tego jeszcze rozbieżność zapatrywań politycznych. Chodziło między innymi o ocenę zasług marszałka Piłsudskiego, którego Władysława była nieustającą zwolenniczką. Finał tych sporów nadszedł szybciej, niż można było przypuszczać. 25 maja generał zwolnił Piechowską ze stanowiska komendantki batalionu Pomocniczej Wojskowej Służby Kobiet. I choć po dwóch miesiącach znów objęła funkcję kierowniczą, zostając komendantką zbiorczego zespołu PSWK w Jerozolimie, jej konflikt z dowództwem nadal się pogłębiał. Nie mogła na przykład pogodzić się z faktem, iż wyższych oficerów z przeszłością legionową nie dopuszczano do służby czynnej. Często stawała w ich obronie, ale jej zabiegi były skazane nie niepowodzenie. Nie znosiła braku skuteczności, nie cierpiała bezsilności i dlatego zrezygnowała z jakichkolwiek funkcji w PSWK, a chcąc nadal być użyteczną, rozpoczęła pracę jako siostra przełożona w Generalnym Szpitalu Hinduskim w Kefar-Bil, miejscowości położonej w połowie drogi między Tel Awiwem a Jerozolimą. Była to zupełnie nowa ścieżka jej działalności, pierwsza dla niej służba w szpitalu. Mieścił się on na sporym terenie otoczonym drzewami pomarańczowymi i cytrynowymi, które w okresie kwitnienia nasycały powietrze silnym, specyficznie cytrusowym zapachem. W nocy robiło się tam nieco strasznie, zewsząd rozlegało się złowróżbne szczekanie szakali i drażniący chichot hien. Zarówno sale chorych, jak i pokoje personelu medycznego znajdowały się w drewnianych barakach, a obok nich usytuowana była kaplica katolicka, którą nawiedzali też Hindusi-katolicy. Odbyło się w niej kilka ślubów pielęgniarek. Doktor Władysław Bartoszyński, komendant szpitala, i Władysława zastępowali przeważnie rodziców państwa młodych, prowadząc ich do ołtarza, a na przyjęciach weselnych czynili honory gospodarzy.

Doktor Bartoszyński, wedle zdania Władysławy, na swym stanowisku sprawdzał się znakomicie. Całym sercem oddany szpitalowi, poświęcał mu mnóstwo czasu, angażując się we wszelkie sprawy z nim związane. Oprócz zajęć czysto medycznych codziennie pojawiał się na wszystkich oddziałach, rozmawiał z chorymi, interesując się nie tylko ich zdrowiem, ale i sprawami osobistymi. W miarę swych możliwości każdemu starał się pomóc. Do szpitala trafiali ranni i chorzy żołnierze z wielu obszarów, na których działały Polskie Siły Zbrojne, także z formacji polskich walczących we Włoszech – ci, po przejściu bitewnego piekła, byli często w okropnym stanie psychicznym.

W 1945 roku nastąpiła zmiana na stanowisku komendanta szpitala. Doktora Bartoszyńskiego zastąpił doktor Władysław Szpil, który wedle słów Piechowskiej był przeciwieństwem swego poprzednika. Pewny siebie ponad miarę, nie umiał nawiązywać kontaktów z ludźmi, a zarozumialstwo sprawiało, że nie potrafił się przyznać, że czegoś nie wie, i wziąć pod uwagę rady innych. Nie pomagało to w kierowaniu szpitalem, a czasem prowadziło do groteskowych wręcz sytuacji. Doktor nie znał angielskiego, a sprawiał pozory, iż język ten nie ma dla niego tajemnic. Kiedyś przyszło mu wygłosić przemówienie na powitanie Hindusów i Anglików. Nie konsultując się z nikim, wypisał ze słownika angielskie odpowiedniki słów polskich i przeczytał je zgodnie z pisownią. Powstał dziwny, nieistniejący język, którego nikt nie mógł zrozumieć.

Tuż po objęciu przez Szpila stanowiska do Władysławy przyjechała córka. Co za radość! To było ich pierwsze spotkanie po latach. Hanna, mając w domu wspaniały wzorzec, już w wieku piętnastu lat wstąpiła do Armii Krajowej. Była łączniczką i kolporterką. W 1943 roku została instruktorką wyszkolenia ogólnowojskowego w Wojskowej Służbie Kobiet (WSK). Zatrzymana przez Niemców, przebywała w obozach koncentracyjnych w Oświęcimiu i Bergen-Belsen. We wrześniu 1945 roku znalazła się w szeregach PSWK na Bliskim Wschodzie, co było nadzwyczaj szczęśliwym krokiem na drodze do odnalezienia matki. Dotarła do niej w nie najlepszym, a właściwie bardzo złym, stanie. Po przebytym tyfusie plamistym i głodowym nieżycie przewodu pokarmowego wyglądała okropnie. W dodatku na skutek przeżyć straciła pamięć, co wpływało niezwykle deprymująco na jej psychikę. I tu szef Władysławy pokazał kolejny raz swą nietaktowną stronę. Widząc, jak dziewczyna krępuje się tej, męczącej dla niej, przypadłości, przy wspólnym spożywaniu posiłków zadręczał ją pytaniami z różnych dziedzin wiedzy, na które przeważnie nie była w stanie odpowiedzieć. Jak wiadomo, opieka matki czyni czasem cuda, więc Hanna dość szybko wracała do zdrowia, a jego pełnię odzyskała po leczeniu sanatoryjnym w Tyberiadzie, dokąd Władysława wysłała córkę, mimo że po tak długim niewidzeniu się trudno im było znowu się rozstać. Radość z odnalezienia się córki przyćmiła wiadomość przez nią przywieziona – o śmierci w Oświęcimiu Jadwigi, młodszej siostry Władysławy, z którą ta była bardzo zżyta. Hanna, już zdrowa, przeszła odpowiednie kursy, zdała egzaminy i rozpoczęła pracę w charakterze siostry Polskiego Czerwonego Krzyża (PCK), w tym samym szpitalu, co matka. Władysława czuła się tam jednak coraz gorzej, jej konflikt z komendantem pogłębiał się z dnia na dzień. W końcu nie wytrzymała i przeniosła się do Szkoły Ochotniczek w Barabarze.


Polska Sekcja przed oddziałem operacyjnym przy 22 Indian General Hospital w Kefar-Bil w październiku 1944 r.


Polski personel żeński w 22 Indian General Hospital.


Władysława Piechowska jako członkini Wojskowego Korpusu Sióstr.


Siostra przełożona Władysława Piechowska w Polskiej Sekcji przy 22 Indian General Hospital w Kefar-Bil.


Władysława Piechowska razem z córką – Hanną.

Obydwie z Hanną żyły teraz w stresie, wciąż zastanawiając się nad przyszłością. Miały poważny dylemat – wracać do kraju czy znaleźć dla siebie miejsce gdzieś w świecie? Ojciec Hanny w odpowiedzi na list, w którym ta donosiła, że chce wracać, dał jej do zrozumienia, że nie popiera tego projektu: „bardzo się cieszę, ale wolałbym, żebyś skończyła studia na Sorbonie”.

Władysława wyrobiła sobie jasne, bezkompromisowe poglądy na temat sytuacji Polski i Polaków po zakończeniu działań wojennych. Tylko dwie drogi wydawały się jej słuszne, a przede wszystkim uczciwe. Powrót całej armii z bronią w ręku albo totalny protest zasadzający się na nierespektowaniu jałtańskich ustaleń, a co za tym idzie – konieczność oddania angielskich odznaczeń i nieprzyjmowania angielskiego żołdu. Trzecia droga, wybrana przez większość żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych (PSZ), pewnie najwygodniejsza, polegała na nieustannym narzekaniu, czasem wręcz przeklinaniu Anglików, z równoczesnym korzystaniem z ich świadczeń. To było dla niej nie do przyjęcia.

Hanna z kolei od dawna marzyła o powrocie, nostalgia za krajem nie pozwalała jej normalnie funkcjonować. Pewnego wieczora, kiedy w świetlicy usłyszała piosenkę „Warszawo, ty moja Warszawo”, wiedziała, że jej serce innej decyzji nie przyjmie. Nie słuchając więc żadnych ostrzeżeń, w lipcu 1947 roku obydwie zgłosiły oficjalny zamiar powrotu do Polski. W październiku zwolniono Władysławę z PSZ i udały się do Ismailii, gdzie w obozie przejściowym czekały na transport. „Było wspaniale. Jeńcy niemieccy usługiwali nam do stołu – zawsze zostawiałam jednemu z nich, który był księdzem katolickim, papierosy angielskie, za które mógł kupić sobie owoce. Wiedział, że byłam w Oświęcimiu, i starał się okazywać mi jak największy szacunek. Ofiarował mi fotografię stołu, przy którym jadałyśmy” – wspominała Hanna. W listopadzie 1947 roku transportem wojskowym, z kilkunastoma innymi ochotniczkami, wyruszyły z Port Saidu, przez Mediolan, do Polski. Początkowo mieszkały w majątku państwa Tomaszewskich na warszawskim Okęciu, a później rozdzieliły się. Władysławę przygarnęła Maria Wittekówna, jedyna Polka w randze generała brygady, a Hannę przyjęła do siebie siostrzenica jej ojca. Musiały jeszcze zostać oficjalnie zdemobilizowane, co nastąpiło mniej więcej w miesiąc od powrotu. Hanna zakończyła służbę wojskową jako młodsza siostra, zaś Władysława… jako siostra salowa. Sama zainteresowana nie bardzo rozumiała, co czyta, ale to jakiś dobry duch – zapewne pod postacią jej męża Józefa Piechowskiego – zadbał o tę degradację. Dzięki niej nie została aresztowana. Funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa nie skojarzyli bowiem jej osoby z główną komendantką PSK. Byli na tyle zdezorientowani, że wciąż przypisywali Władysławę do Londynu, mimo że od kilku lat mieszkała w Warszawie.

Przeszło dziesięcioletni okres spokoju przerwała publikacja książki Jerzego Klimkowskiego Byłem adiutantem gen. Andersa. Wówczas, w 1959 roku, wezwano ją do Urzędu Bezpieczeństwa i poddano próbie. Śledczy na zadziwiająco długi czas wyszedł z gabinetu, pozostawiając w nim Władysławę ze stosem tajnych dokumentów leżących na biurku. Przez uchylone drzwi była obserwowana. Doświadczona w różnych technikach zbierania dowodów na oskarżonego, nie spojrzała nawet w stronę biurka, tylko siadła na kanapie i usnęła. Sprawa Władysławy szybko przycichła, a potem całkiem ją umorzono.

Tylko dzięki licznym przyjaciołom ze środowisk niepodległościowych Władysławie udało się dostać pracę. Najpierw była kierownikiem działu organizacyjnego w Wydziale Drobiu Centralnej Spółdzielni Mleczarskiej i Drobiu, potem kierownikiem zaopatrzenia w Centrali Chemicznej i „Argedzie”. Po przejściu na emeryturę w 1961 roku nadal prowadziła aktywne życie, związane z dziedziną, która zajmowała ją od wczesnej młodości. Stale współpracowała z Komisją Historii Kobiet w Walce o Niepodległość i należała, nie tylko na papierze, do Rodziny Legionistów i Peowiaków. W swoim mieszkaniu przy placu Konstytucji organizowała „spotkania czwartkowe”, na które zapraszała swych starych i nowszych znajomych, wszystkich wiernych idei dla niej najważniejszej – walki o wolną Polskę. Prowadziła też ożywioną korespondencję z przyjaciółmi z obydwu wojen, którzy z różnych względów nie mogli jej odwiedzać. Stały kontakt utrzymywała również ze swoimi byłymi podwładnymi, jej „przyszywanymi dziećmi”. Szczególna więź łączyła ją z generałem Mieczysławem Borutą-Spiechowiczem. Obydwoje entuzjazmowali się powstawaniem i działalnością „Solidarności” i wysoko cenili dokonania jej przywódcy Lecha Wałęsy.

 

Smutne jest to, że całe życie walcząc o niezależną Polskę, Włada nie doczekała pełni wolności swego kraju. Mimo nadzwyczaj troskliwej opieki ze strony córki, z którą już nigdy nie musiała się na długo rozłączać, zmarła 21 czerwca 1987 roku. Pochowana jest na warszawskich Powązkach.

WŁADYSŁAWA PIECHOWSKA

urodzona w 1900 roku na Wołyniu,

zmarła w 1987 roku w Warszawie