Dziewczyny od Andersa

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Po oswobodzeniu z niewoli rosyjskiej stale formalnie posługująca się swym pseudonimem, choć przecież fałszerstwo zostało wykryte, Ludwika Daszkiewiczówna postanowiła przenieść się do 4 Pułku Piechoty (pp) III Brygady. Zależało jej na tym bardzo, bowiem dalej wierna ideałom Piłsudskiego, nie chciała służyć w formacji niemającej już wiele z nimi wspólnego, jaką stała się II Brygada. Kiedy jej starania nie przyniosły efektu, sięgnęła po radykalny środek – próbowała popełnić samobójstwo. Odratowana, przebywała czas jakiś w szpitalu. Po opuszczeniu jego murów skierowano ją do służby sanitarnej 4 pp. Prowadziła pułkową salę chorych. Na tym stanowisku zastało Ludwikę wydarzenie o zasadniczym znaczeniu dla losów jej i wielu legionistów.

[…] że ojczyźnie mojej, polskiemu królestwu i memu przyszłemu królowi na lądzie, wodzie i na każdym miejscu wiernie i uczciwie służyć będę, że w wojnie obecnej dotrzymam wiernie braterstwa broni wojskom Niemiec i Austro-Węgier oraz państw z nimi sprzymierzonych.

Większość żołnierzy I i III Brygady Legionów, w tym Ludwika, nie podpisała przysięgi zawierającej między innymi zacytowane wyżej słowa. Co prawda manifest wydany 5 listopada 1916 roku przez Wilhelma II i Franciszka Józefa I publicznie przyznawał możliwość powstania państwa polskiego, ale konieczność całkowitego podporządkowania się jego sygnatariuszom była dla opcji reprezentowanej przez Piłsudskiego nie do przyjęcia. Na znak protestu Marszałek wystąpił z Tymczasowej Rady Stanu, co dla wiernych mu legionistów było wystarczającą wskazówką do dalszego działania. Odmówili pójścia na wygodny dla państw centralnych kompromis, może nie tyle w zgodzie z własnym sumieniem, bo prosty żołnierz w politykę się nie bawił, ale ufając mądrości swego wodza. Cesarzowi Niemiec podporządkowali się za to żołnierze II Brygady, której dowódcą był generał Haller i która od chwili powstania hołdowała ideałom rozbieżnym z tymi propagowanymi przez Piłsudskiego. Za podpisem poszło wcielenie do Polnische Wehrmacht (Polska Siła Zbrojna) pod niemieckim dowództwem. Legioniści, którzy nie złożyli wymaganego podpisu, przewiezieni zostali do obozów dla internowanych – dwa główne znajdowały się w Szczypiornie i Beniaminowie – zaś Piłsudski ponad rok przesiedział w twierdzy w Magdeburgu. Sanitariusz Stanisław Kepisz swą karę odbywał w obozie w Pikulicach. Po dwóch miesiącach został wypuszczony i wcielony, chcąc nie chcąc, do armii austriackiej, w której prowadził izbę chorych, czyniąc to w taki sposób, by, jak sam napisał: „umożliwić polskim żołnierzom przejście do naszych szeregów”. I tu spisywał się chyba nie najgorzej, skoro kronikarz zanotował, że był kiedyś odznaczany przed frontem oddziałów i jeden z pułkowników żartował przy tym na temat „jego cieniutkiego głosiku”.

* * *

Jesienią 1918 roku, z rozkazu generała brygady Bolesława Roi, major Edward Szeranc formował w Krakowie legionowy 4 Pułk Piechoty. Na początku listopada zjawiła się u niego sanitariuszka Kepisz, meldując swą chęć wstąpienia w jego szeregi. Z frontu ukraińskiego nadchodziły coraz bardziej niepokojące, wręcz dramatyczne wieści, przeto działać należało jak najszybciej – sytuacja dla ochotniczki wymarzona. Nim cała formacja została zorganizowana, 19 listopada sierżant Ludwika Kepisz-Daszkiewiczówna wyruszyła na front. Nie musiała już ukrywać się w męskim przebraniu ani używać pseudonimu, została oficjalnie zatrudniona jako odpowiedzialna za magazyn pociągu szpitalnego. Skład ten skierowano do Lwowa w ślad za pociągami przewożącymi kompanie ppor. Jana Kilicha i Jana Ogrodnika. Na miejscu, jak zwykle, stanęła na czele izby chorych. Podczas walk w okolicach Chyrowa razem z rannymi, którymi się opiekowała, dostała się do ukraińskiej niewoli. Nie dała za wygraną, wytrzymała tylko kilka godzin, po czym, stając na czele grupy lżej rannych „czwartaków”, zorganizowała ucieczkę. Potem przedostała się za linię frontu i zawiadomiła dowództwo II Batalionu 4 Pułku Piechoty o zasadzce przygotowywanej przez strzelców siczowych (jedna z ówczesnych regularnych formacji armii ukraińskiej) na atakujące oddziały polskie.

W czasie walk nad Berezyną, prawym dopływem Dniepru, słynnym z kampanii napoleońskiej, sierżant Daszkiewiczówna zajmowała się działalnością kulturalno-oświatową. Zorganizowała tak zwane komplety czytania i pisania, które polegały na spotkaniach żołnierzy z miejscową młodzieżą, podczas których wielu spośród młodych ludzi po raz pierwszy w życiu brało do ręki ołówek, zeszyt czy książkę. Nie potrafiła jednak, było to wbrew jej naturze, siedzieć tylko w świetlicy. Kiedy legioniści toczyli boje z konną armią Budionnego, dowoziła na sam front prowiant, często tam zostając, by podnosić kolegów na duchu. Kiedyś, nagle, w skutek przesunięcia się linii frontu, znalazła się oko w oko z nieprzyjacielem, w silnym ogniu karabinowym. Przerażony sytuacją woźnica pozostawił wóz z końmi i uciekł. Ludwika nie straciła przytomności umysłu. Z zimną krwią przejęła lejce i, uspokajając spłoszone zwierzęta, wyprowadziła wóz spod obstrzału. Po drodze bandażowała jeszcze rannych, a dwóch, w najcięższym stanie, zabrała z pola walki ze sobą.

* * *

W 1920 roku sierżant sztabowy Ludwika Daszkiewiczówna podjęła naukę na kursie instruktorek oświatowych zorganizowanym przez II Oddział Ministerstwa Spraw Wojskowych w Warszawie. Po jego pomyślnym ukończeniu awansowała do stopnia podporucznika Ochotniczej Legii Kobiet (OLK). Była to organizacja powstała w listopadzie 1918 roku we Lwowie, zrzeszająca panie, które chciały na wszelkie sposoby pomagać polskim żołnierzom, najpierw podczas obrony Lwowa, potem Wilna, a na końcu także w Warszawie. Na jej czele stała podpułkownik Aleksandra Zagórska, która zapłaciła za swą działalność cenę najwyższą – straciła czternastoletniego syna. Matka była dla niego wzorem, więc zaangażował się w bój o Lwów. Zginął od pocisków ukraińskich eksplodujących na cmentarzu Łyczakowskim.

Legia rozrastała się. W działaniach w Wilnie i w Warszawie w 1920 roku brało udział już około 2500 ochotniczek. Ludwika, jak zwykle aktywna i pełna poświęcenia, stanowiła jej podporę. Po wojnie OLK zreorganizowano i większość jej uczestniczek przeniesiono do rezerwy. Daszkiewiczówna zdobyła nową dla niej wiedzę, która niebawem okazała się przydatna na kursie spółdzielczym w Poznaniu. Tymczasem, jako osadniczka wojskowa, zamieszkała na wsi. Wkrótce wyszła za mąż za miejscowego rolnika – Kulikowskiego, i wspólnie prowadzili gospodarstwo w Jeziorach w powiecie grodzieńskim. Dysponowali jedenastoma hektarami ziemi ornej, siedmioma hektarami łąk i pięcioma – zagajnika. Wzięli na wychowanie ośmioletnią Marysię i jedenastoletniego Antka. Ludwice nie wystarczały zajęcia domowe, choć ich nie brakowało. Przejęła pieczę nad miejscowym przedszkolem, kierowała spółdzielnią osadniczą i utworzyła kilka jej filii, prowadziła lekcje wychowania fizycznego dla dziewcząt. Z natury społeczniczka, najlepiej czująca się wśród ludzi, nie żałowała wysiłku i czasu, by bezinteresownie działać na rzecz innych. Doprowadziła do wybudowania w Jeziorach domu legionowego, zorganizowała w nim bibliotekę i zaopatrzyła ją w podstawowe dzieła literatury. Odznaczana wielokrotnie za swe wyczyny w czasie wojny (m.in. Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari), także po jej zakończeniu została doceniona przez władze, które przyznały jej Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Odmówiono jej natomiast prawa do emerytury, mimo udokumentowanych dziesięciu lat pracy nauczycielskiej, siedmiu lat służby liniowej na froncie i piętnastu lat aktywności w domenie osadniczej i społecznej. Biurokratyczne siły nie były w stanie połączyć tych różnych sfer funkcjonowania w jedną całość, składającą się na nietuzinkowe, bogate życie.


Wniosek z maja 1922 r. skierowany do Adiutantury Generalnej Naczelnego Wodza o odznaczenie Ludwiki Daszkiewiczówny ps. Stanisław Kepisz orderem Virtuti Militari. Ciekawostką jest fakt, że we wniosku obok słów „sierżant sztabowy, referent oświatowy pułku” widać poprawkę „ppor.”.


Podporucznik Kepisz-Kulikowska na zdjęciu z 9 września 1943 r. zrobionym w Jerozolimie.

Ale Eliza Ludwika Daszkiewiczówna-Kulikowska broni nie złożyła, i nie chodzi tu bynajmniej o ubieganie się o pieniądze na stare lata.

Kolejna przetaczająca się przez Polskę zawierucha dziejowa zastała ją, nadal aktywną w rozmaitych sferach życia prawie sześćdziesięciolatkę, w Jeziorach. Jako osadniczka wojskowa, a równocześnie jeden z autorytetów w swej okolicy, trafiła oczywiście na listę NKWD do wywiezienia w głąb ZSRR. Czy znalazła się na Syberii, czy w Kazachstanie, czy w łagrze, czy w kołchozie – takich informacji na jej temat trudno się doszukać. Gdzie by jednak tych, znów trudnych, lat nie spędzała, pod wpływem informacji o tworzącej się Armii Polskiej, dowodzonej przez generała Andersa, duch żołnierza odżył w niej na nowo. Mimo iż górną granicę wieku dla pań wstępujących do Pomocniczej Służby Kobiet wyznaczono na czterdzieści pięć lat, dotarła do Buzułuku i znalazła się w batalionie kierowanym przez Władysławę Piechowską. Z 2 Korpusem opuściła znienawidzone tereny sowieckiego kraju i wyjechała na Bliski Wschód. W Teheranie była już szefową – stała na czele referatu oświatowego i nie musiała, jak to za jej młodości bywało, ukrywać się pod męskim pseudonimem. Wraz z podległymi jej ochotniczkami organizowała świetlice i kantyny, przygotowywała gazetki ścienne z najświeższymi, istotnymi wiadomościami, ale i mniej poważnymi, które miały wprawić żołnierzy w dobry humor. Organizacja różnego rodzaju imprez, na które zapraszano dostępnych w danym momencie artystów, obchodów rocznic i świąt także należała do obowiązków jej referatu. Współuczestniczył on w zakładaniu bibliotek i przekazywaniu książek niezbędnych w kształceniu żołnierzy. Ludwika działałaby nadal intensywnie, gdyby nie… wiek. Przyszedł moment, kiedy komisja rekrutacyjna Pomocniczej Wojskowej Służby Kobiet otrzymała rozkaz, aby przyjmować w swoje szeregi dziewczęta kończące w danym roku osiemnaście lat, a zwalniać ze służby te ochotniczki, które mają powyżej czterdziestu pięciu. Był to dla Ludwiki bardzo trudny krok, ale musiała odejść.

 

W Jerozolimie, w maju 1943 roku, w gronie jedenastu Polaków – Kawalerów Orderu Virtuti Militari, podpisała zbiorowy list wystosowany do papieża Piusa XII pod wpływem informacji o odnalezieniu zwłok polskich oficerów, których zamordowano pod Smoleńskiem. Pomysł jego napisania zrodził się z oburzenia na brak kroków zmierzających do wykrycia sprawców zbrodni. Sugerowano konieczność powołania w tej sprawie międzynarodowej i międzywyznaniowej komisji.

Całe życie związana z żołnierskim zawodem, o przyjęcie do którego musiała walczyć podstępem, nie zginęła na polu walki. Zmarła w Palestynie, kilka miesięcy po zakończeniu II wojny światowej. Na jej grobie w Jafie umieszczono napis: Ludwika Kepisz-Kulikowska z Daszkiewiczów. Legionowy pseudonim wyprzedził nazwiska rodowe i po mężu. Dla niej był chyba rzeczywiście najważniejszy.

Życiorys tej niezwykłej kobiety wydawać się dzisiaj może symbolicznym pomostem między drogą Legionów Piłsudskiego do wolnej Polski a oddalaniem się Armii Andersa od Polski zniewolonej.

ELIZA LUDWIKA Z DASZKIEWICZÓW KULIKOWSKA

urodzona w 1883 roku w Stanisławowie,

zmarła w 1945 roku w Palestynie

Pierwsza u Andersa

Zapukała w umówiony sposób. Po dłuższej chwili w drzwiach pojawiła się znana jej służąca, pełniąca też rolę pomocy dentystycznej. Za nią, świdrując przybyłą wzrokiem, stanął enkawudzista.

– Pan doktor dziś nie przyjmuje – służąca znacząco mrugnęła do Włady.

– Oj, jaka szkoda. – Kobieta przyłożyła dłoń do prawego policzka. – Tak bardzo boli mnie ząb. No cóż, poszukam jakiegoś innego dentysty w okolicy.

– Życzę powodzenia – służąca szybko zamknęła drzwi.

Włada zdecydowanie, ale bez pośpiechu przeszła przez podwórko „studnię”, na które wychodziło wiele okien kamienicy. Dopiero w długiej ciemnej bramie znacznie przyspieszyła. U jej wylotu spotkała Wojtka. Wystarczyło jedno jej wymowne spojrzenie, by zawrócił. Z bramy wyszli w przeciwnych kierunkach. W mieszkaniu kapitana Gustawa Bruchnalskiego na przełomie lutego i marca 1940 roku NKWD urządziło „kocioł”. Aresztowano wielu członków lwowskiego oddziału Związku Walki Zbrojnej. Tylko nieliczni uratowali się, przytomnie wykorzystując fakt, iż kapitan był z zawodu stomatologiem i w lokalu przy Zyblikiewicza 5 nie tylko mieszkał, ale i praktykował. Niektórych rzekomych pacjentów zatrzymano na kilka dni, po czym wypuszczono, by, śledząc ich dalej, rozpracowywać całą siatkę. Dentystę przewieziono do Brygidek, gdzie przez kilka miesięcy poddawano go torturom. Nawet gdy w ich wyniku stracił władzę w nogach, nie szczędzono sobie trudu i na przesłuchania był donoszony. Oskarżony z wielu paragrafów, otrzymał wyrok najwyższy – karę śmierci. Złagodzono ją jednak po jakimś czasie do dziesięciu lat więzienia. Władysławie i tym razem, jak już kilkakrotnie wcześniej, udało się. Zaraz po tym zdarzeniu z brunetki splatającej długie warkocze stała się rudą chłopczycą.

Wewnętrzny przymus służenia ojczyźnie Władysława Buttowt-Andrzeykowiczówna herbu Gryf wyssała z mlekiem matki. I nie jest to w jej przypadku powielanie frazesu. Choć Czesława Kociejewska, szlachcianka polsko-gruzińska, nigdy nie walczyła wręcz, zajmowała się głównie wychowywaniem dzieci i prowadzeniem, typowego dla XIX wieku, ziemiańskiego domu, przekazanie następnemu pokoleniu ducha patriotyzmu było dla niej priorytetem. Pielęgnowała przede wszystkim tradycje związane z powstaniem styczniowym, w którym czynny udział brał Aleksander Andrzeykowicz, rodzony brat dziadka Władysławy.

Kiedy myślę o swoim pokoleniu, trzecim pokoleniu po powstaniu styczniowym, uderza mnie zawsze świeżość uczuć patriotycznych, skąd to się wzięło? Dlaczego to pokolenie wyszło specjalnie uczulone na słowo Ojczyzna, specjalnie uczulone na (patriotyczne) pieśni? – zastanawia się Władysława. – I przypominam sobie, że w każdym mieszkaniu, tam, gdzie były dzieci, rzeczywiście był jakiś instrument muzyczny i jakaś matka, ciotka czy wychowawczyni z zapałem grała rozmaite piosenki.

W salonie Buttowt-Andrzeykowiczów były to przede wszystkim pieśni patriotyczne ze Śpiewnika Wybickiego.

Urodzona na Wołyniu w majątku Kluczy Tupały na przełomie wieków, a dokładnie w 1900 roku, już jako dziesięciolatka opuściła dom rodzinny, by rozpocząć naukę w Gimnazjum Maryjskim w Żytomierzu. Tam też kontynuowała, i to niezwykle intensywnie, patriotyczną edukację. Zaczęło się od Korporacji Uczniowskiej i Bratniaka.

„Podejrzenie, że się należy do organizacji polskiej wystarczyło zupełnie do wydalenia ze szkoły. Przynależność udowodniona pociągała za sobą wilczy bilet” – wspominała po latach. Mimo szeregu aresztowań, także wśród młodzieży gimnazjalnej, organizacje konspiracyjne nie narzekały na niedostatek członków. Władysława chciała studiować medycynę, ale kiedy w 1918 roku wyjechała do Kijowa kształcić się w tej dziedzinie w Kolegium Uniwersyteckim, działalność niepodległościowa tak dalece nią zawładnęła, że tylko od czasu do czasu znajdowała chwilę na wysłuchanie pojedynczego wykładu. Nie chcąc przedłużać tej fikcji, zrezygnowała z pobierania nauki. Naturalnym następstwem dotychczasowych działań było dla niej wstąpienie do Polskiej Organizacji Wojskowej (POW). Praca jej żeńskich oddziałów polegała początkowo na zdobywaniu pieniędzy poprzez organizację koncertów, spektakli teatralnych, wieczorów poezji i pieśni. Kiedy sytuacja na Kresach, będących narodowościowym tyglem (Polacy, Ukraińcy, Rosjanie, Niemcy), uległa zaognieniu, kobiety z organizacji zajęły się także wywiadem, łącznością, transportem broni i materiałów wybuchowych. Po rozpoczęciu wojny polsko-ukraińskiej (31 października 1918 roku) były to już poczynania typowo bojowe. W samym centrum walki znalazła się Władysława latem 1919 roku. Wstąpiła wtedy do oddziału partyzanckiego przy Komendzie Okręgowej POW w Żytomierzu. Utworzono go w odpowiedzi na zaostrzenie bolszewickiego terroru. „Pojata”, bo taki pseudonim przyjęła Włada, pełniła w nim szereg ważnych funkcji, była między innymi sanitariuszką, kurierką i agitatorką. Nie bacząc na grożące jej niebezpieczeństwo, większość czasu przebywała wśród żołnierzy, nawet w czasie zbrojnych potyczek. W październiku 1919 roku w Kamieńcu Podolskim została aresztowana i czas jakiś przetrzymywana na tamtejszym zamku. „Warunki były tam okropne. Było zimno i szczury” – wspominała. Przewieziona do Winnicy, poddawana torturom, nie ugięła się i nie wydała nikogo ze swych kolegów. Skazano ją na śmierć, ale dzięki akcji zorganizowanej między innymi przez jej ojca udało jej się uciec. Potem kilka miesięcy spędziła w rodowym majątku w Płoskirowie. Duch walki nie opuszczał jednak Włady nawet w czasie przeznaczonym na odpoczynek. Tam również prowadziła działalność konspiracyjną. W kwietniu 1920 roku otrzymała przydział do II Oddziału 12 Dywizji Piechoty w Płoskirowie. Gdy znów wróciła do działania, tam właśnie, o krok od domu, spotkał ją osobisty dramat. Bolszewicy zamordowali jej ojca Tadeusza. Nie należał do wojska, nie walczył, lecz wystarczyło, że był znienawidzonym przez chłopskie bandy właścicielem ziemskim, czyli „polskim panem”. Matkę straciła Władysława dużo wcześniej. Kobieta zmarła na gorączkę popołogową, kiedy dziewczynka miała zaledwie osiem lat. Odejście ojca przeżyła już jako dwudziestoletnia dziewczyna i okoliczności, w których został zamordowany, niewątpliwie wpłynęły na jej polityczne wybory. Życie pisze, jak wiadomo, zaskakujące scenariusze. Tego samego dnia, gdy Władysława pogrążona w smutku, czuwała przy ojcowskim ciele, jego oprawcy zginęli z rąk żołnierzy, których oddziałem dowodził porucznik Józef Piechowski, jej przyszły mąż. Młodzi pobrali się dziewięć miesięcy później. Po demobilizacji, w maju 1922 roku, zamieszkali w Warszawie, gdzie na Ochocie Józef miał duże gospodarstwo ogrodnicze. Na kilka lat Władysława zapomniała o wojowaniu i konspirowaniu, poświęcając się wyłącznie rodzinie. Los jednak nadal jej nie oszczędzał. Przeżyła załamanie psychiczne po śmierci pierworodnego syna Janka. Ale już w rok po przyjściu na świat córeczki Hanny wróciła do życia pozadomowego. Najpierw działała w Zrzeszeniu Członków byłej POW, potem w Związku Pracy Obywatelskiej Kobiet, w organizacji Przysposobienie Wojskowe Kobiet, a od wybuchu II wojny światowej – w batalionie lwowskim Pomocniczej Służby Kobiet.


Obóz PWK w Chrostkowie – 1937 r.


Wyższy Kurs Instruktorski – 1937 r.


Legitymacja wojskowa Armii Polskiej w ZSRR.


Jesień 1920 r. – Władysława Andrzeykowicz z instruktorami oświatowymi przy 12 DP.

We wrześniu 1939 roku Władysława miała trzydzieści dziewięć lat i ogromne doświadczenie w ruchu niepodległościowym, pracy konspiracyjnej i walce wręcz. Nic dziwnego, że od razu została zmobilizowana i zajęła się szeroko rozumianą dywersją. Po dwudziestu dniach zaciętych walk na dwa fronty – z Rosjanami i Niemcami, Lwów poddał się. Dowództwo wojskowe postanowiło przekazać miasto stronie sowieckiej, logicznie to uzasadniając: „Z Niemcami prowadzimy wojnę – miasto biło się z nimi zwycięsko przez dziesięć dni. Oni Germanie, wrogowie całej Słowiańszczyzny. Wy jesteście Słowianie”. Choć Rosjanie zobowiązali się pisemnie do respektowania swobody i nietykalności osobistej oficerów Wojska Polskiego, co rzecz jasna było fikcją, już w dniu wkroczenia Armii Czerwonej do Lwowa rozpoczęły pracę organizacje konspiracyjne, na czele z Polską Organizacją Walki o Wolność.

Mama mieszkała osobno – wspominała córka Włady – i tylko ja byłam stałym łącznikiem z rodziną. […] Ojciec mój znalazł nas we Lwowie i kilkakrotnie przedzierał się do Warszawy. Przywoził nam pieniądze. Pamiętam, że z moją cioteczną siostrą, Marią Urbańcówną, nosiłyśmy meldunki pisane mlekiem na białych chusteczkach do nosa, do generała Boruty-Spiechowicza. On także dawał nam różne polecenia. Siostra mamy, Jadwiga Urbańcowa, zaangażowana była w pracę Organizacji i wspierała finansowo akcję pomocy rannym żołnierzom.

Zapał bojowy Władysławy udzielał się i innym członkom rodziny, której ówczesne życie całkowicie podporządkowane było dążeniom do odzyskania utraconego Lwowa. „Włada” lub „Regina” – takich pseudonimów używała – odpowiedzialna była między innymi za stworzenie w podziemiu służby łączności, której wagę trudno było przecenić. W listopadzie powstał Związek Walki Zbrojnej (ZWZ), mający przygotować siły do walki czynnej z okupantem. Na jego czele stanął generał Kazimierz Sosnkowski, zaś Władysława objęła kierownictwo lwowskiego Wydziału Politycznego Związku. Współpracowała z Haliną Wasilewską, siostrą słynnej, ale z działań po przeciwnej stronie barykady, Wandy. Halina zasłużyła się pozytywnie dla polskiego ruchu niepodległościowego, biorąc w nim czynny udział od 1918 roku. Więźniarka Pawiaka i Ravensbrück, po oswobodzeniu kierowała jednym z batalionów Pomocniczej Wosjskowej Służby Kobiet (PWSK) w Meppen. Według opinii Władysławy sprzyjająca Sowietom Wanda nie była pozbawiona patriotycznych uczuć, co objawiało się w udzielaniu pomocy aresztowanym i uciekającym przed komunistycznymi mackami Polakom. Została posłanką do Wierchownawo Sowieta, co dawało jej rozległe możliwości. Zajęła się więc uchodźcami i bardzo często świadczyła na ich rzecz materialnie. O jej sentymentach propolskich świadczył też fakt ostrzegania działaczy podziemia przed „wtyczkami” NKWD. Takie informacje przekazywała najczęściej przez swoją siostrę.

W mieście żyło się coraz ciężej i niebezpieczniej. Władysława postanowiła więc wysłać swą córkę do Warszawy. „[…] ojciec zabrał mnie i ciocię z dziećmi do Warszawy. […] W sytuacji, jaka panowała w konspiracji, matka moja nie mogła wyjechać ze Lwowa. Miała przyjechać do Warszawy w terminie późniejszym” – wspomina Hanna Piechowska.

 

Z „Pamiętnika” Władysławy:

Trudno opisać powstały we Lwowie chaos – masy wychodźców, stale dojeżdżających oficerów z różnych jednostek starających się przedostać za granicę. Zagubione społeczeństwo, niepewność jutra, zaczynające się trudności gospodarcze. Nikt nie mógł zrozumieć, że należy wobec okupanta zmienić tryb życia. Pełne kawiarnie, każdy miał jakieś rewelacyjne wiadomości, w tłumie tym nurkujący wywiadowcy, prowokatorzy NKWD.

Między innymi z tych przyczyn funkcjonariusze wroga dosyć szybko rozpracowali lwowskie organizacje niepodległościowe, przeniknęli w ich struktury i od wewnątrz zaczęli je rozsadzać. Mimo że zdarzeń podobnych do tego, jakie ją spotkało przed mieszkaniem doktora Bruchnalskiego, szczęśliwie przeżyła wiele, czuła się z dnia na dzień coraz bardziej zagrożona, wręcz osaczona. Była też samotna, bardzo tęskniła za córką. Postanowiła wyjechać do Warszawy, na co uzyskała zgodę przełożonych. Znajomi wyrobili jej dowód osobisty na nazwisko Regina Majewska i jako taka zarejestrowała się w komisji niemieckiej, co miało ułatwić przedostanie się do stolicy. W chwili rejestracji nie wiedziała jednak, że pociąga ona za sobą konieczność złożenia oświadczenia o niemieckim pochodzeniu. Zawsze działała zgodnie ze swymi zasadami moralnymi i taki krok, nawet jeśli zaniechanie go kosztowałoby ją pozostanie na miejscu, był dla niej nie do zrobienia. Po jakimś czasie musiała wyrobić sobie paszport sowiecki, który był wymagany nie tylko przy wyjeździe, ale także niezbędny do zamieszkiwania we Lwowie. Zbiegło się to z przybyciem do miasta porucznika Edwarda Goli, znanego pod pseudonimem „Andrzej”, który objął stanowisko szefa wywiadu ZWZ. Zajął się on ochoczo organizowaniem wyjazdu Władysławy. Na kilka dni przed opuszczeniem Lwowa na ulicy spotkała doktora filozofii Augusta Paszkudzkiego, amatorsko zajmującego się astrologią.

– Proszę nie jechać, bo trafi pani do kryminału. W pani otoczeniu są niepewni ludzie. Proszę zerwać wszelkie kontakty – ostrzegał.

– Wierzę panu, ale muszę jechać, bo taki dostałam rozkaz – odpowiedziała Władysława, co po części było prawdą, gdyż w Warszawie też miała działać w organizacji.

– Jeśli pani dojedzie szczęśliwie, to proszę dać znać. Nikomu już więcej nie ułożę horoskopu.

Paszport miała na nazwisko Walczakowa i jechała rzekomo na pogrzeb członka rodziny. „Andrzej” odprowadził ją na dworzec. Tam dostarczono jej film z zaszyfrowanym sprawozdaniem z działalności lwowskiego oddziału ZWZ, który miała przekazać w centrali. Gdy wsiadła do pociągu, przez moment wahała się, czy nie wyjść zaraz z drugiej strony. Rzadko bywała tak zdenerwowana. Czuła się niepewnie, była spięta, tym bardziej kiedy przypomniała sobie spotkanie z astrologiem. Pociąg ruszył. „Andrzej” czekający wciąż na peronie pomachał jej na pożegnanie. W Dublanach, pierwszej stacji za Lwowem, przez okno zobaczyła, że do pociągu wsiadają enkawudziści. Udała się do toalety i wrzuciła film do muszli klozetowej. Czekali na nią w przedziale. Została aresztowana, a i film udało im się wyłowić.

Dopiero po odzyskaniu wolności Władysława dowiedziała się, że „Andrzej” był na usługach NKWD i oprócz niej doprowadził do zatrzymania jeszcze wielu członków konspiracji. Na podstawie wyroku Sądu Kapturowego ZWZ został zlikwidowany w Warszawie w grudniu 1941 roku.

* * *

Do gabinetu, w którym Władysława poddawana była śledztwu – a łącznie trwało ono przez osiemdziesiąt seansów po około osiem godzin każdy – wszedł wysoki, postawny, elegancki mężczyzna w cywilnym ubraniu.

– Panie generale – odezwał się sędzia – to jest Włada Piechowska.

– Jak o niej usłyszałem, to pomyślałem sobie, że jest młoda i piękna, a okazuje się, że ona stara i nie taka ładna – stwierdził z kpiną w głosie generał.

– Wiecie, jak wyście weszli – odpaliła bez chwili zastanowienia oskarżona – to ja myślę sobie – dżentelmen, a jak wyście się odezwali, to wyszło, że cham.

– Wot dierzkaja baba! – skwitował z podziwem generał.

Po tej, niezwykłej jak na zaistniałe okoliczności, wymianie zdań przesłuchiwanej rozkazano usiąść na taborecie. Jeden ze śledczych wziął do ręki policyjną pałkę.

– Co to takiego? – zapytał z bezczelnym uśmiechem.

– Pałka policyjna – wycedziła Włada.

– Widzisz, taką pałką bito u was komunistów. Teraz wypróbujemy ją na tobie.

Władysława zerwała się na równe nogi, chwytając w ręce taboret.

– Dobrze! Możemy się co najwyżej pobić, ale ja bić się nie dam! – wykrzyknęła. – Zobaczę wreszcie, jak wygląda kultura mężczyzn sowieckich.

Generał załagodził sytuację.

– Spokojnie, spokojnie, nikt was nie ruszy, siadajcie!

Po chwili dodał, zwracając się do przesłuchujących:

– Najlepiej by było, gdyby zabrali ją do więzienia.

Przesłuchanie na tym się zakończyło.

Odsyłali ją z więzienia do więzienia, a kiedy kategorycznie nie zgodziła się na współpracę w charakterze konfidentki, przetransportowano ją ze Lwowa do Moskwy. Miała taki zwyczaj, budzący zdziwienie i nieufność, że gdy wchodziła po raz pierwszy do celi, przedstawiała się i witała z każdą więźniarką, podając rękę. Na Łubiance nie zdążyła tego zrobić. Kiedy stała jeszcze w progu, usłyszała:

– Ty zagraniczna. To będziemy znajome. Ja Szura – wesoło zagadnęła ją jedna z dziewczyn.

– Bardzo ładne imię – odparła Władysława.

– O czym w Polsce gazety pisały przed wojną? Pisali o procesie Błękitnego Beretu?

– Nie pamiętam – szczerze przyznała zdziwiona Włada.

– Jak to, nie pisali o nas? To o czym u was pisali? – indagowało dalej przystrzyżone niemal na łyso dziewczę.

– Teraz nie umiem ci na to odpowiedzieć. A cóż to był za proces?

– Szef Błękitnego Beretu to ja – powiedziała z dumą dziewczyna i potraktowała zainteresowanie Włady za zachętę do opowiedzenia swojej historii.

Szura była Ukrainką. W 1930 roku miała dwanaście lat i wtedy właśnie zaczął się w jej kraju wielki bunt wywołany panującym głodem. Całe wsie i miasta wymierały, co zaznaczano wywieszaniem czarnych chorągwi na domach. Ludzie, którym udało się przeżyć, przemieszczali się na południe, gdzie nieco łatwiej było się utrzymać. Szura z młodszym bratem dotarła do Odessy. Chcieli zamieszkać w domu dziecka. Przyjęli tam jednak tylko brata, a jej powiedzieli, że jest za duża i sama musi sobie dać radę. Była szkieletem wygłodzonym do granic możliwości. Zaczęła więc robić wszystko, by przetrwać. Do pełnoletniości sześciokrotnie siedziała w więzieniu za mniejsze i większe kradzieże. Tam lepiej poznawała swój „fach”, a intensywna nauka sprawiła, że coraz to śmielsze pomysły na akcje wpadały jej do głowy. Gdy miała dwadzieścia lat, wyszła za mąż za chłopaka z podobną jak ona przeszłością i postanowili założyć bandę. Została szefem gangu (Błękitny Beret), przewodząc jedenastu rzezimieszkom. Działała jako przynęta na mężczyzn. Doprowadzała upatrzonego nieszczęśnika do pułapki, uwodziła go i mordowała.

– Jak mogłaś? – Włada w tym miejscu krzyknęła z wyraźnym obrzydzeniem.

– A co to takiego? Kurczaka nigdy nie zarżnęłaś? Trochę podryga nogami i koniec – z rozbrajającą szczerością odparła Szura, zdziwiona reakcją współtowarzyszki, i ciągnęła opowieść dalej.

Pewnego razu popełniła błąd. Nie przypuszczała, że wybrana ofiara to wysoki funkcjonariusz partii. Po znalezieniu jego ciała zaczęło się intensywne śledztwo, w wyniku którego wpadł jeden z członków jej bandy. W czasie przesłuchań nie wytrzymał i wydał wszystkich pozostałych. Zapadł wyrok śmierci dla Szury i jej męża. Druga instancja podtrzymała wymiar kary. Szura zwróciła się o ułaskawienie do Rady Ministrów, ale i to nie pomogło. Wtedy, w ostatnim geście rozpaczy, napisała obszerny list do partii komunistycznej. Przyznała się, że zbłądziła, dokonała aktu skruchy, ale równocześnie nadmieniła, że chce wychować swe dziecko na porządnego komunistę, czym ma nadzieję odkupić dotychczasowe winy. Po ośmiu miesiącach, kiedy straciła już nadzieję na odmianę losu, otrzymała odpowiedź, w której zmieniano jej wyrok na dziesięć lat ciężkiego więzienia.

Na Władysławie ta opowieść wywarła silne wrażenia. Z jej bohaterką miała się długo jeszcze nie rozstawać, bo wysłano je do tego samego obozu. Oprócz rzeczywistych kryminalistów na Łubiance przebywali ludzie zupełnie niewinni, i to poruszało Władę najmocniej. Z obozu przywieziono do ich celi, ledwo poruszającą się po torturach i pracy ponad siły, aktorkę jednego z moskiewskich teatrów. Była więziona już od czterech lat za występ w kasynie oficerskim, zorganizowany specjalnie na prośbę „sowieckiego Bonapartego”, jak nazywano Michała Tuchaczewskiego, marszałka ZSRR, który podczas wielkiej czystki popadł w niełaskę, został skazany i stracony. Na jej nieszczęście generał zachwycił się występem i na dowód tego podarował jej swoją fotografię w srebrnej ramce, w dodatku z dedykacją: „Najpiękniejszej kobiecie Moskwy – Tuchaczewski”. Długo i intensywnie starano się wydobyć z niej szczegóły dotyczące życia ofiarodawcy, a ona nie mogła nic powiedzieć, gdyż naprawdę nic o nim nie wiedziała, poza konstatacją, że jej sztuka mu odpowiadała. On nie żył już od czterech lat, a ona była teraz cieniem człowieka.