Po drugiej stronie jeziora. Tom 1Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wciąż stałyśmy na zewnątrz, a blady księżyc oświetlał krajobraz, pozwalając dojrzeć najdrobniejsze szczegóły tego miejsca. Wokół drzwi malowały się srebrne napisy. Nie rozumiałam ich znaczenia, ale musiałam przyznać, że całość tworzy piękny widok. Ścieżka, którą przyszłyśmy, była wyłożona drobnymi kamyczkami, które dopiero teraz zdawały się mienić niczym małe diamenciki w świetle księżyca.

– Te napisy mówią o tym, że do sali mogą wejść tylko te osoby, które mają czyste intencje – dodała Kleo, po czym bezgłośnie nacisnęła klamkę. Ogromne drzwi bez trudu rozchyliły się, wypuszczając bladożółte światło na zewnątrz. – Wchodzimy – szepnęła i powolnym krokiem minęła próg. Naśladując mieszkankę Treehide, weszłam do sali. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że towarzyskie spotkanie przy ognisku w takim miejscu było totalnym absurdem. Gdybym jednak wcześniej się dowiedziała, że posiedzenie, na które właśnie dotarłyśmy, będzie oznaczało biznesowe zrzeszenie śmietanki towarzyskiej, nigdy bym się na to nie zgodziła. Zaklęłam w duchu, zawiedziona moją nikłą spostrzegawczością.

Po wejściu do środka moim oczom ukazała się pięknie rzeźbiona lodowa sala. Ściany zdobiły rozmaite kryształy rzucające ciepłe światło, które wypełniało brzegi komnaty. Na środku prezentował się pokaźnych rozmiarów stół, na pierwszy rzut oka mieszczący przynajmniej czterdzieści osób. Miał on kształt pierścienia i najprawdopodobniej zrobiony był z białego, błyszczącego kamienia, a wewnątrz palił się najprawdziwszy ogień. To on ogrzewał całą komnatę. Niebieskie płomienie wspinały się wysoko aż do samego sufitu. Ciepło ognia nie paliło, wręcz przeciwnie, było przyjemnie i pachniało palonym drewnem oraz lasem.

Wokół stołu zasiadało liczne grono osobistości, a każda z nich wydawała się mieć inne pochodzenie. Zauważyłam, że najliczniejszą grupę stanowiło plemię Regedon. Wiele osób przyodzianych było w stroje bardziej formalne: długie szaty, pasy i fantazyjnie ułożone fryzury.

Kolejną grupę stanowili kolorowi młodzi ludzie, przyodziani w poszarpane spodnie, rękawiczki bez palców i kamizelki w jaskrawych barwach.

Jeszcze inni – ciemniejsi, tajemniczy i wyraźnie zniesmaczeni całym zamieszaniem byli nieźle uzbrojeni. Spośród towarzyszy to właśnie ta grupa sprawiała, że bałam się choćby spojrzeć w ich stronę. Nie tylko wzrok mieli złowrogi, lecz także sposób poruszania się, rozmowy i zachowania sprawiały, że w ułamku sekundy na moim ciele pojawiła się gęsia skórka.

Poszczególne osoby trudno było przyporządkować do jakiejkolwiek grupy, niemniej z zaciekawieniem filtrowałam sylwetki pozostałych.

Kleo ruszyła pierwsza w stronę wolnych krzeseł, gdzie zasiadała reszta Regedon. Chwyciła mnie za dłoń i pociągnęła za sobą. Oczy zgromadzonych powędrowały w naszym kierunku, choć starałyśmy się, jak widać nieudolnie, nie zwracać na siebie uwagi. Miałam wrażenie, że ta chwila ciągnie się w nieskończoność. Wzrok wbiłam w podłogę, by oszczędzić sobie ciekawskich spojrzeń i komentarzy rzucanych przez wcześniej przybyłych gości.

Kiedy obie zajęłyśmy już miejsca – ja obok pozostałych Ragedon, a zaraz przy mnie Kleo – nastała głucha i krępująca cisza. Zauważyłam, że blondynka spogląda na siedzącego naprzeciw wuja Rango, który w tym momencie karci ją spojrzeniem.

– Ekstra! Wszyscy już są, to hop-siup ploteczki i do domku! – padł rozbawiony głos zza stołu.

Podążyłam za nim i napotkałam uśmiechniętą twarz chłopaka, który siedział obok Kleo. Był ubrany w czarno-żółtą kamizelkę, na której widniały pasy z różnego rodzaju nabojami i akcesoriami nieznanego pochodzenia. Dłonie oparte o stół były ozdobione rękawiczkami w podobnym kolorze. Jego blond włosy, niedbale zaczesane do boku, zdawały się żyć własnym życiem.

W głębi duszy dziękowałam za taki komentarz, który znacznie rozluźnił atmosferę panującą na sali. Kilka osób wydało krótki okrzyk rozbawienia. Inne siedziały wciąż z grobową miną. Ostatecznie uwaga skupiona została na chłopaku, a nie na nas – spóźnialskich gościach.

– Mówiłam, że ognisko… – Kleo nachyliła się, szczerząc do mnie dwa rzędy białych zębów, a ja natychmiast posłałam jej groźne spojrzenie, dając do zrozumienia, że ta sytuacja w ogóle mi się nie podoba.

Kleo dała za wygraną i zamilkła. Wyprostowana usiadła i puściła oko do młodzieńca, który wyratował nas z opresji.

– Ekhem… jeśli można, to… jako przewodniczący, chciałbym coś powiedzieć. Dla tych, którzy nie pamiętają, nazywam się Rango Donum i będę prowadził to spotkanie. – Podniósł się z krzesła i oparł dłonie o blat stołu. Stał wyprostowany, a jego ubranie w porównaniu do dnia wczorajszego wyglądało nienaturalnie elegancko. Poważna twarz znacząco odbiegała od tej łagodnej i pomocnej, którą poznałam wczoraj.

Przybyli goście pokiwali głowami na znak, by Rango kontynuował swoją wypowiedź.

– Zebraliśmy się dziś na ostatecznej Radzie Pięciu Miast. Jak wiemy, od wielu lat przygotowujemy się do wyprawy, której celem jest Memris. Nie zamierzam dziś rozdrabniać się nad celem wyprawy, który, jak mniemam, wszyscy znają, ale nad samym jej przebiegiem. Jak wiemy, każde z Potęgi Pięciu wytypowało swego reprezentanta, który wyruszy we wspólnym interesie nas wszystkich. Prosiłem, by kierować się w tym celu rozsądkiem, umiejętnościami, wiedzą i doświadczeniem kandydatów.

Chwila, coś mi tu nie pasowało. Spojrzałam na Kleo. Czy aby nie pomyliła spotkań? Zdawało mi się, że wyprawa, o której mówił Rango, miała być spontaniczną, krajoznawczą wędrówką, a nie polityczną tajną misją tutejszego FBI.

– Kleo? Gdzie my tak właściwie jesteśmy? – szepnęłam, nie mogąc dłużej tłumić w sobie irytacji.

– Przecież mówiłam, że idziemy na małe spotkanie przy ognisku – odpowiedziała wymijająco dziewczyna.

– Ale to nie wygląda jak małe spotkanko przy ognisku! – mój głos stawał się coraz bardziej piskliwy.

– Spokojnie, tylko początek jest zazwyczaj nudny. Zobaczysz, potem czeka nas niezła uczta – pocieszyła mnie. – Nic się nie bój. Jestem tu z tobą.

Nie byłam usatysfakcjonowana tą odpowiedzią, mimo to obecność Kleo i jej pokrzepiający uśmiech dodawały mi odwagi. Skupiłam się na mówcy, ignorując nerwowe nawroty lęku.

– Dobrze – kontynuował Rango – przedstawię kandydaturę wszystkich miast. Proszę o czynny udział w naradzie, zapewniam również, że wszystkie osoby są przeszkolone do tej misji. Jako że każde z miast miało możliwość zaprezentowania i zaproponowania nam tylko jednego członka wyprawy, powinno pójść sprawnie – odchrząknął i wskazał na siedzącego obok mężczyznę. – Przedstawiam wszystkim Torona!

Po tych słowach na sali rozbrzmiały oklaski. Gość przyodziany w długi czerwony płaszcz wstał i ukłonił się Radzie. Był on średniego wzrostu. Kasztanowe włosy zaczesane w luźny kucyk okalały jego dojrzałą twarz. Biła od niego rażąca pewność siebie, a w oczach wielu zgromadzonych osób widać było podziw i szacunek.

– Toron Eques jest przedstawicielem miasta Topos. Mieszkańcy tego miejsca słyną z niesamowitej siły i umiejętności wykuwania broni. Miecze, jakimi potrafią władać, nie raz były dla nas wielkim wsparciem i obroną. Toron jest najznakomitszym z wojowników, jest także doświadczony dzięki wieloletniej służbie królowi Gladiusowi. – Rango spojrzał na zgromadzonych. – Proszę Radę Pięciu Miast o wniesienie sprzeciwu, jeśli ktoś jest przeciw.

Toron dumnie zajął miejsce przy stole. Zgromadzeni popatrzyli po sobie. Nikt nie podniósł ręki, toteż Rango jednogłośnie zadecydował o zakwalifikowaniu pierwszego uczestnika do misji, co zakończyło się gromkimi brawami ze strony gości.

– Kolejnym z kandydatów jest młody, ale jakże zdolny mieszkaniec miasta Crump. Miasto to słynie z najnowszych technologii, bogatych w szybkolotne pojazdy, a także z wielu innych nowoczesnych wynalazków, których, niestety, nie potrafię wymienić… Oto Rex Celer! – zakrzyknął Rango, a twarze zgromadzonych powędrowały, ku młodemu żartownisiowi o blond grzywie.

Rex uśmiechnął się, po czym zmienił swą wygodną, na wpół leżącą pozycję i wstał. Młodzi mieszkańcy miasta Crump głośno wiwatowali.

Z uśmiechem przyglądałam się tej scenie, czując w powietrzu ich zaraźliwą energię. Atmosfera na sali nieco się rozluźniła. Sielanka nie trwała jednak długo, gdyż jedna z elegancko ubranych kobiet w podeszłym wieku podniosła dłoń, i nie czekając na reakcję przewodniczącego, zabrała głos:

– Przepraszam, ale czy nie jest on za młody na taką misję? – skierowała pytanie do Rango.

– Ma szesnaście lat i z pewnością…

– Od niedawna siedemnaście – powiedział znudzony Rex.

– Rex, mimo młodego wieku, ma ogromne doświadczenie w konstruowaniu samowybuchów, co, nie ukrywam, jest dla nas ogromnym atutem. Poza tym, jego spryt i pomysłowość zadziwią mieszkańców nowoczesnego terytorium – zakończył przewodniczący.

Po satysfakcjonującej wypowiedzi kandydatura młodzieńca została zatwierdzona, a młodzi mieszkańcy Crump ponownie krzyczeli i klaskali, dając upust swoim emocjom.

Kątem oka dostrzegłam młodego mężczyznę, który pomógł mi przy bramkowych Ragedon. Teraz udało mi się przypomnieć jego imię – Zayn. Siedział wśród ubranych na czarno, uzbrojonych wojowników. Wciąż miałam nieodparte wrażenie, że ta grupa jest tu najbardziej niebezpieczna, a przeczucie podpowiadało mi, by zbyt długo nie patrzeć w ich stronę. Zmusiłam się, by odwrócić wzrok, a trud, z jakim przyszło mi to zrobić, zadziwił mnie samą.

– Irma Flos jest kolejną osobą, która z chęcią weźmie udział w misji – kontynuował przemówienie Rango.

Kobieta siedząca naprzeciwko uzbrojonego towarzystwa wstała z krzesła. Jej kruczoczarne włosy upięte w wysoki luźny kok były ozdobione małymi kryształami. Ubrana w prostą, ale niezwykle elegancką oliwkową sukienkę prezentowała się nadzwyczaj dostojnie. Wszystko w tej kobiecie było perfekcyjne, od starannie wypielęgnowanych dłoni, które teraz zaplotła na piersiach, po bardzo szczupłą sylwetkę, czyniącą z niej atrakcyjną, filigranową kobietę.

 

– Pozwolisz, że sama dokończę, Rango – powiedziała z dozą wyższości w głosie, a ja zdałam sobie sprawę, że jej aura dostojeństwa znacznie mnie onieśmiela. – Czas jest na wagę złota – dodała, spoglądając na niego ostro.

Pytająco zerknęłam w stronę Kleo z nadzieją, że wyjaśni mi, co się tu dzieje, ale ona tylko rozłożyła dłonie w geście bezradności. Po tonie, jakim przemawiała kobieta wnioskowałam, że albo nie jest zwolenniczką takich spotkań, albo nie lubi Rango.

– Pochodzę z malowniczego miasta Fem, które znajduje się u podnóża gór Febris. Kraina ta słynie z ziołolecznictwa. Mamy wśród naszych mieszkańców wielu uzdolnionych zielarzy, znających się na roślinach bardziej niż wszystkie pozostałe plemiona i miasta. Wiele lat spędziłam na tworzeniu wywarów, mikstur i maści na każdą z możliwych przypadłości. Potrafię wyleczyć głębokie rany, choroby wewnętrzne, wysokie gorączki, odtruwać zatrute tkanki, a nawet przywracać zdrowie osobom umierającym i pozornie nieuleczalnie chorym. Dlatego rozsądne jest, aby w misji takiej jak nasza znalazła się najlepsza zielarka z Fem. – Kobieta delikatnie skłoniła się przed pozostałymi i z gracją zajęła swoje miejsce.

Członkowie Rady wysłuchali przemówienia z dużym zainteresowaniem, klaszcząc w dłonie i przytakując z aprobatą.

– Ta kobieta sama jest niezłym ziółkiem – zachichotał Rex, jednak na tyle cicho, by usłyszały go tylko osoby siedzące obok. Kleo zawtórowała młodzieńcowi, a wszystko to zdawało się dziać jakby za mgłą.

Wpatrywałam się teraz w grono uzbrojonych członków rady. Zachowywali się dość dziwnie. Byli znudzeni, rzadko okazywali zadowolenie czy jakiekolwiek inne emocje.

– Co jest z nimi nie tak? – szepnęłam, nie odrywając wzroku od tajemniczego towarzystwa.

– Sama nie wiem… – zawahała się Kleo. – To dość rzadki przypadek, aby mieszkańcy Hideout nas odwiedzili. Są wojownikami i niechętnie wychodzą ze swoich kryjówek. Ich osada znajduje się nieopodal samego Memris. Mieli niezły kawałek drogi, aby tu przybyć, pewnie nie są zadowoleni.

Kiwnęłam głową na znak zrozumienia, tym razem wpatrując się w Zayna, którego spotkałam przed zebraniem Rady. Patrzył przed siebie, jakby w próżnię. Nie interesowało go, co mówią i robią inni. Po chwili ja także poczułam na sobie czyjś wzrok. Po lewej stronie ciemnowłosego wojownika siedziała blondynka o zdumiewającej urodzie. Pełne usta zacisnęła w wąską linię, a jej wielkie mroźne oczy prześwietlały mnie na wylot.

Przeszedł mnie zimny dreszcz.

– Dlaczego przyjeżdża tu tak wiele osób, skoro do kandydatury zgłasza się tylko jedną? – zapytałam szybko, by przerwać pojedynek spojrzeń z blond pięknością.

– To oczywiste! – z entuzjazmem powiedziała Kleo. – Gdyby pozostali członkowie nie zgodzili się na tego kandydata, trzeba by ponownie zwołać Radę i przedstawić kolejnego, potem kolejnego i cała procedura przedłużałaby się w nieskończoność. To i tak najszybsza Rada, na jakiej do tej pory byłam.

– Były jeszcze jakieś Rady? – zdziwiłam się.

– No pewnie, całe mnóstwo! – odparła ożywiona.

– Ciężko dogodzić przewodniczącemu. O ile pozostali członkowie Rady nigdy nie utrudniali jej przebiegu, o tyle Rango miał zwykle zastrzeżenia do wcześniejszych osób aspirujących na to miejsce – włączył się Rex.

– Ale teraz wygląda, jakby chciał mieć to jak najszybciej z głowy – zastanowiłam się głosem tak cichym, że ledwie sama go usłyszałam.

– Mnie też to dziwi – wyznała blondynka.

– I mnie – przytaknął Rex.

Rozmowę przerwał nam głos prowadzącego, który wydał się teraz bardzo zadowolony z tak sprawnego przebiegu zebrania.

– No, no, moi kochani, szybko idzie – powiedział podekscytowany. – Nie przedłużając, przedstawiam wam kolejną bardzo ciekawą i zarazem niezwykle ważną kandydaturę. – Skierował dłoń w stronę ciemnowłosego wojownika, który zdążył już wstać.

Z zaciekawieniem popatrzyłam na chłopaka, zastanawiając się przy tym, co tak właściwie mnie w nim intryguje. Mimo że całą swoją osobowością prezentował cechy antyspołeczne, chciałam wiedzieć o nim coś więcej. Przysłuchiwałam się teraz w skupieniu słowom przewodniczącego:

– Zayn Latency ma dwadzieścia cztery lata. To jeden z najzdolniejszych wojowników w całym ukrytym mieście Hideout. Od najmłodszych lat trenuje pod okiem najznakomitszych mistrzów sztuk walk. Radzi sobie w walce wręcz w sposób zawstydzający niejednego doświadczonego wojownika Memris, potrafi też posługiwać się każdą znaną nam dotąd bronią. Ma doskonałe cechy przywódcze, a w dodatku jego znajomość terenu w pobliżu Memris jest dla nas bardzo cenna – to mówiąc, rozejrzał się po sali.

Członkowie rady słuchali z uwagą. Kiedy Rango zamierzał kontynuować, spostrzegł, iż Zayn zdążył już skłonić się gościom i z powrotem usiąść na swoje miejsce.

– Dobrze więc… – odpuścił dalszą wypowiedź. – Czy są jakieś zastrzeżenia co do kandydatury młodego mieszkańca Hideout?

Znów nikt nie podniósł ręki, a ja właśnie sobie uświadomiłam, że gapię się na Zayna jak zahipnotyzowana. Na wspomnienie o lodowatym spojrzeniu blond piękności otrząsnęłam się i skierowałam spojrzenie w drugą stronę.

Kilka osób zareagowało oklaskami, pozostali z zadowoleniem rozsiedli się na krzesłach. Kleo z entuzjazmem oznajmiła, że jest to najszybsza i najlepsza Rada, na jakiej była, a rozluźnioną atmosferę odczuwało wielu zgromadzonych. Także ja. Nie było tak strasznie, jak się spodziewałam. W sumie, gdyby nie mocne wejście, to można by powiedzieć, że całe wydarzenie było dosyć interesujące.

– Mia Lang! – Głos Rango wyrwał mnie z zamyślenia.

– Mia Lang? – Ktoś z tłumu czuł się wyraźnie zaskoczony.

– Nigdy o niej nie słyszałam. – Dało się słyszeć kobiecy zniesmaczony ton.

Zdezorientowana popatrzyłam na Kleo, ale ona także wyglądała na totalnie zaskoczoną.

– Mia, proszę, wstań, chciałbym przedstawić cię Radzie – mówił dalej przewodniczący, a moje serce dudniło niczym bęben wojenny.

Na sali zapanował chaos, a ja nie wiedziałam, jak powinnam się zachować. Marzyłam, aby schować się teraz pod kamienny stół, a najlepiej całkowicie zniknąć. Żałowałam, że dałam się namówić na tę głupią Radę. Teraz stanę się pośmiewiskiem dla ludzi, których nawet nie znam.

– Mia – powiedział ponownie Rango już nieco ostrzej. – Czy możesz wstać i pokazać się całej Radzie?

Poczułam, jak moje nogi miękną, a serce prawie wylatuje z piersi. Widziałam na sobie wyczekujący i oceniający wzrok pozostałych osób. Zerkałam na Rango, który cierpliwie czekał, aż się zaprezentuję. Jego stanowcze spojrzenie zmroziło mi krew w żyłach, a w uszach huczało echo rzucanych przez gości wyrazów niezadowolenia.

– Kolejną kandydatką, tym razem wyłonioną z mojej ręki, jest osiemnastoletnia Mia Lang. Mia wczoraj przybyła do Treehide po wielu latach przygotowań do misji. Zapewniam, że jest doskonale przeszkolona do odbycia tej podróży.

Postradał zmysły! To jakaś pomyłka! Kto wpadł na ten pomysł?! Co ja mam teraz zrobić? – zaprzeczałam wydarzeniom, ale mój krzyk uderzał tylko o ściany czaszki, nie mogąc wydostać się na zewnątrz.

W tym momencie podniosła się blond piękność z miasta Hideout:

– Przepraszam przewodniczącego, ale czy może pan wyjaśnić, na jakiej podstawie ta dziewczyneczka miałaby wziąć udział w misji? – zapytała z pogardą, zupełnie nie przejmując się moją obecnością. W gratisie, prócz zawału serca, dostałam jeszcze krwiożerczą piękność, która kroiła mnie swoim spojrzeniem na drobne kawałki.

Na sali zapanowała grobowa cisza, a zebrani wyczekująco wpatrywali się w Rango. Część oczu podejrzliwie zwróciła się także w moją stronę, jakby chcąc wyczytać z mojej twarzy odpowiedź, miałam jednak dość oleju w głowie, by wiedzieć, że moja bezsensowna paniczna paplanina na nic się zda.

– Ta dziewczyneczka, panno Envy, posiada zdolności przekraczające wasze najśmielsze oczekiwania. Z pewnością będzie naszym czarnym koniem – wypinając pierś, ciągnął Rango. – Poza tym, jej niewinna twarz i przyjazna osobowość nie wzbudzi podejrzeń podczas kluczowych momentów misji! Jest mądrą, dojrzałą i pełną zapału kobietą, która wniesie do naszego zespołu mnóstwo nowych pomysłów. Bez wątpienia jej obecność pozwoli na zakończenie misji sukcesem.

Większość gości wydawała się coraz bardziej przekonana co do mojej kandydatury. Pozostała część miała już serdecznie dosyć posiedzenia, więc też stawała się przychylna decyzji o moim udziale w misji. Wojowniczka z Hideout nie dawała jednak za wygraną.

– Jaka to zdolność przejdzie nasze oczekiwania? Czy aby nie zdolność kontroli czasu? – zadrwiła, a ja niemal poczułam żądło jej okrucieństwa. – Patrząc na spóźnienie, z jakim tu dotarła, wątpię, aby komukolwiek zaimponowała.

Spojrzała na przewodniczącego zimnymi jak lód oczami i nawet nie musiałam się zbytnio wysilać, aby dostrzec, jak jej nozdrza drżą ze złości.

Rango oparł się o stół, wlepił wzrok w swoje dłonie, zbierając myśli, po czym wyprostował się i z powagą ogłosił:

– Miała być to nasza ukryta karta – głośno i wyraźnie cedził słowa, a ja dostrzegłam, jak napinają mu się mięśnie żuchwy. Mimo to nie tracił nad sobą panowania. – Jeśli jednak nieprzychylność niektórych osób utrudnia nam jednomyślną decyzję, wyjawię wam, że Mia posiada zdolność zmiany czasoprzestrzennej, innymi słowy, potrafi się teleportować.

Nastała cisza, z każdą chwilą coraz bardziej niezręczna. Wszystkie oczy skierowane były teraz na mnie. Rozpoznawałam w ich twarzach przeróżne emocje: strach, szacunek, a nawet podziw. Nie wiedziałam jednak, co powiedzieć i jak zareagować. W końcu, nie było to aż takim kłamstwem, jakiego się spodziewałam. Ale jak wytłumaczyć, że to tylko przypadek, skoro sama nie miałam o tym pojęcia i nie umiałam tym sterować? Skinęłam jednak głową na wyczekiwany przez Radę znak potwierdzający ową rewelację.

Kątem oka zauważyłam, że Zayn uważnie mi się przygląda. W jego źrenicach nie widziałam jednak ani strachu, ani podziwu. Przez ułamek sekundy wydawało mi się, że dostrzegłam ciekawość, po chwili jednak odwrócił głowę, a ja resztkami sił zajęłam miejsce siedzące.

– Czy jeszcze ktoś ma jakieś zastrzeżenia? – dodał Rango, tym razem dobierając słowa z podwójną prędkością. – Jeśli nie, to dziękuję za uwagę. Jestem niesamowicie szczęśliwy, że po kilku miesiącach naszych obrad udało się wreszcie wybrać zespół godny reprezentowania wszystkich naszych miast. Dziękuję wam za przybycie i ogłaszam, że nastał czas na poczęstunek!

Kleo wciąż patrzyła na Rango z mieszanką zdziwienia i złości, on jednak zdawał się w ogóle tego nie zauważać. Uśmiechnął się z zadowoleniem i zasiadł na swoim miejscu.

Z zewnątrz zaczęła dobiegać spokojna muzyka, a koniec spotkania uwieńczyły gromkie oklaski.

Po obradach wszyscy goście udali się do drzwi wyjściowych na drugim końcu sali, gdzie, jak się okazało, znajdowało się przejście na zewnętrzny plac. Kiedy niemal wszyscy goście już wyszli, Kleo podbiegła do przewodniczącego, zupełnie ignorując moją obecność.

– Rango! – niemal krzyknęła rozzłoszczona, stając nad wujem i wymachując rękoma. – Jak mogłeś? Przecież to ja miałam reprezentować Treehide! Doskonale wiesz, jak długo na to czekałam! Mia miała nam tylko towarzyszyć – jej głos coraz bardziej przypominał płacz, a na niewinnej dziecięcej buzi pojawił się wyraźny grymas niezadowolenia i bezradności.

Szczerze mówiąc, wolałam być teraz faktycznie nieobecna.

– Kleo, dobrze wiesz, że nie mogłem wystawić dwóch osób – odparł, porządkując swoje starannie ułożone notatki. – Plany musiały ulec zmianie. Teraz nie mogę powiedzieć nic więcej.

Wstał, po czym zarzucił na plecy ciemnobrązową kurtkę, zupełnie nie zwracając uwagi na to, że świat Kleo runął właśnie z wielkim hukiem.

– Wuju! Spójrz na mnie! – krzyknęła, zaciskając dłonie w pięści.

Rango wyprostował się i spojrzał dziewczynie głęboko w oczy.

– To jest najlepsza decyzja, jaką mogłem dziś podjąć. Kiedyś to zrozumiesz. – Po tych słowach odwrócił się na pięcie, zostawiając zarówno Kleo, jak i mnie, same na sali.

Blondynka spojrzała w moim kierunku ze łzami w oczach. Była tak bezradna, że miałam ochotę ją przytulić. Zamiast tego siedziałam jak sparaliżowana, a dziewczyna opuściła głowę i wymamrotała pod nosem:

 

– Przepraszam, Mi – wydukała, a łzy popłynęły strumieniami po jej policzkach.

Nagle odwróciła się i wybiegła z sali.

Chyba już gorzej być nie mogło. Siedziałam w bezruchu przez kolejne minuty, zamroczona całą tą chorą sytuacją. Półprzytomnie rozejrzałam się dookoła. Płomień, który wcześniej płonął żywym magicznym ogniem, teraz przygasł, a w powietrzu słychać było tylko echo trzaskającego drewna. Sala wydawała się dużo skromniejsza i chłodniejsza, ale wciąż piękna. Z dworu dochodziły radosne głosy gości, którzy wyszli na poczęstunek. Jeszcze bardziej mnie to przytłoczyło.

Myśląc o dzisiejszych wydarzeniach, po policzku spłynęła mi słona łza. Otarłam ją grzbietem dłoni, karcąc się w duchu, że nie powinnam się mazać. Ukryłam twarz w dłoniach, by powstrzymać potok łez, który i tak nadszedł ze zdwojoną siłą. Płakałam, bo żałowałam, że się tu znalazłam. Płakałam, bo zostałam bezpodstawnie wmieszana w niebezpieczną podróż, której celu nikt mi nawet nie zdradził. Płakałam, bo się bałam.

– Hej… Mia? Dobrze pamiętam? – usłyszałam za sobą radosny chłopięcy głos.

Odwróciłam się i zobaczyłam idącego szybkim krokiem znajomego. Rex, przypomniałam sobie w duchu, starając się jak najszybciej doprowadzić wilgotną twarz do porządku. Nie miałam siły odpowiedzieć, więc kiwnęłam tylko głową. Chłopak usiadł na wolnym miejscu zdecydowanie zbyt blisko mnie.

– Słuchaj, nie znam cię dobrze, ale widzę, że chyba masz kłopoty. Wydaje mi się, że skoro przyszłaś spóźniona, to nie miałaś też zapewne czasu, aby zjeść. Może pójdziemy coś przekąsić? – zaproponował i przyjaźnie spojrzał na moją twarz, która teraz na pewno wyglądała jak spuchnięty kartofel.

– Tak, to dobry pomysł – wydukałam i podniosłam się z krzesła. Była to zbyt pochopna decyzja, co poskutkowało nagłym zawrotem głowy. Ponownie zajęłam miejsce. Chłopak zerwał się do pomocy, jednak gestem ręki nakazałam, by usiadł.

Zdając sobie sprawę, że właśnie popsułam „dobre pierwsze wrażenie”, postanowiłam nieco się zrehabilitować.

– Przepraszam. Wiem, że to brzmi żałośnie, ale czy mogę jeszcze prosić o chwilę dla siebie? Chciałabym się pozbierać, zanim wejdę do klatki lwów – rzuciłam już nieco pewniejszym głosem.

Z nadzieją spojrzałam na Rexa, co wywołało u niego szeroki uśmiech.

– Jasne – odparł. – Poczekam z tobą. To super okazja, aby się lepiej poznać!

Nie miałam pojęcia, jak długo tak siedzieliśmy, ale podświadomie cieszyłam się z obecności Rexa. Próbując uspokoić myśli, patrzyłam przez przeszklone drzwi, których po wejściu do komnaty nawet nie zauważyłam. Na zewnątrz była już noc. Gęsto rozmieszczone niebieskie kule, opierające się o gałęzie wysokich brzóz, dawały jednak na tyle jasne światło, że bez problemu rozpoznawałam w oddali sylwetki gości.

– Bardzo tu ładnie – powiedziałam, by zabić krępującą ciszę.

– To prawda, choć ja wolę cieplejsze klimaty – stwierdził, opierając się o siedzenie krzesła. – Zobaczysz, jak jest u nas w Crump, tam dopiero są widoki!

– Chyba nie do końca rozumiem – zmieszałam się. – Czy już obiecałam, że cię odwiedzę?

Rex wyprostował się i wyczekująco popatrzył na mnie. Jego uśmiech nieco zbladł, a na to miejsce wkradło się niedowierzanie.

– Nikt ci nie powiedział, jak ma wyglądać nasza podróż? – Teraz chłopak nachylał się nade mną tak, że musiałam się lekko cofnąć, gdyż niewielka przestrzeń między nami zdecydowanie mnie onieśmielała.

– Czy to źle? – zapytałam, czując, jak ogarnia mnie paraliżujący lęk.

– Coraz bardziej mnie zaskakujesz, młoda damo. – Rex przeczesał włosy palcami, a na jego młodziutkiej twarzy znów zagościł uśmiech.

– Wiesz… miałam w ostatnim czasie sporo innych spraw do… przetworzenia – ostrożnie dobierałam słowa, by na pierwszy raz nie przyprawić go o permanentny wytrzeszcz oczu, spowodowany ciągłym efektem zaskoczenia.

– Więc to mnie przypada zaszczyt poinformowania cię o wszystkim! – stwierdził z dumą, zacierając dłonie. – No więc, wyruszamy za dwa dni, ponieważ wspólnie z Rango należy ustalić plan misji. Wiadomo natomiast, że z Treehide musimy przejść przez cztery pozostałe królestwa, by dotrzeć do Memris, które to jest celem naszej podróży. Trzeba obmyślić plan detronizacji Elajzy. – Mówił z wielkim przejęciem, a jego twarz coraz bardziej przypominała buzię dziecka, które właśnie dowiedziało się o tym, że spędzi cały dzień w parku rozrywki. – W każdym królestwie zatrzymamy się na kilka dni, aby uzupełnić zapasy żywności, ewentualne braki w amunicji, a także po dalsze wskazówki dotyczące misji! Przy okazji, wiadomo, że będzie też czas na relaks! – rozmarzył się chłopak.

– Chyba bardzo chciałeś wybrać się w tę podróż, co? – zapytałam, widząc nieopisaną ekscytację mojego rozmówcy.

Starałam się ukryć strach, który kotłował się pod moją skórą na myśl o wyprawie.

– To prawda! Wiesz, idą tylko najlepsi! Jak sobie pomyślę o tym, ilu zdolnych wojowników kandydowało, a Rango zgodził się właśnie na mnie, na mnie, rozumiesz?, to jestem pod ogromnym wrażeniem! Nie mogę przestać planować każdej minuty podróży! Poza tym, ekstremalnie fajne jest to, że idziesz z nami! Zastanawiałem się właśnie, kogo wystawi Treehide, a tu, proszę, taka piękność! – Rex zakrył dłońmi usta na znak, że powiedział zbyt dużo. Jego szeroko otwarte oczy zatrzymały się na mojej twarzy.

Ciszę przerwał mój chichot, a napięcie uszło ze mnie wraz z rozbawieniem, które usilnie starałam się ukryć. Pomimo starań, wciąż odtwarzając w głowie zaistniałą sytuację, śmiałam się coraz głośniej i głośniej. Po chwili do mojego napadu głupawki dołączył Rex. Teraz oboje zwijaliśmy się na krzesłach, chwytając się za brzuchy i śmiejąc przy tym na cały głos.

Wyszłam z Rexem na zewnątrz. Po krótkiej rozmowie czułam się dużo lepiej i postanowiłam stawić czoła nowym wyzwaniom. W końcu nie miałam nic do stracenia. Teraz, kiedy nawet nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, wolałam skorzystać z okazji i zająć czymś myśli.

Staliśmy na dużym placu, usytuowanym pomiędzy gęsto rosnącymi brzozami. Miejsce to przypominało dziedziniec, o ile drzewa porównać do budynków, a nad zatłoczonym placem rozpościerało się czarne niebo wyścielone maleńkimi lśniącymi gwiazdami. Z oddali płynęła nastrojowa muzyka, momentami tak delikatna, że zdawało się, jakby to sama natura grała nam utwory pochodzące z lasu. Goście stojący przy obficie zastawionych szwedzkich stołach popijali drinki ze złotych kieliszków i aż korciło mnie, aby spróbować, co się w nich znajduje. Po ciężkiej i gęstej atmosferze panującej na spotkaniu nie było już ani śladu. W powietrzu rozpływał się zapach pieczonych dań i mocna woń nieznanych mi przypraw. Jedzenia i picia było pod dostatkiem, a talerze z przepięknie zdobionymi przekąskami na bieżąco uzupełniała liczna obsługa. Mimo późnej pory, plac był doskonale oświetlony, a delikatne kamienie, którymi wyłożono równinę, odbijały jasne światło księżyca. Miejsce to przypominało krainę jak z bajki. Podobną do tej, o której opowiadał mi tata, gdy byłam jeszcze małą dziewczynką.

– Rex? Czy mogę zadać ci pytanie? – rozpoczęłam rozmowę.

– Pytaj, o co chcesz – przytaknął ochoczo, patrząc na mnie.

– Jak to możliwe, że jesteśmy w drzewie, a widzimy niebo?

Rex nie krył rozbawienia, podając mi złoty kieliszek.

– Skąd ty jesteś, kosmitko? – zapytał żartobliwie. – Przecież moja masywna muskulatura nie zmieściłaby się w drzewie!

– Ej! Ja pytałam poważnie! – obruszyłam się i upiłam łyk słodkiego napoju.

Był łagodny, a zarazem wyrazisty. Pachniał karmelem, a posmak słodyczy, jaki pozostał w ustach, mocno mnie zaskoczył.