Po drugiej stronie jeziora. Tom 1Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Wróciłem! – zawołał.

– Cześć wuju, mamy gościa! – ochoczo przywitała się Kleo i podbiegła, by go uściskać.

– Gościa? – zapytał mężczyzna, przenosząc wzrok prosto na mnie. – Dobry wieczór pani, mam na imię Rango, a Kleo to moja bratanica. – Kiwnął, bacznie mi się przyglądając, a jego radosne oczy w ciągu kilku sekund prześwietliły moją osobę od góry do dołu. Był to jednak wzrok ciepły i nienachalny, taki, któremu mogłabym zaufać.

– Dobry wieczór, nazywam się Mia Lang – odparłam, siląc się, aby mój ton brzmiał swobodnie.

Gospodarz uśmiechnął się i zatrzymał wzrok na naszyjniku, który dostałam na urodziny. Po chwili kiwnął porozumiewawczo i zwrócił się do Kleo:

– W takim razie przygotujemy kolację i lepiej się poznamy.

Kleo szykowała posiłek składający się ze świeżych grzybów, kaszy i rozmaitych zielonych roślin, a ja starałam się być jej pomocą kuchenną. Kiedy kolacja znajdowała się już na przystrojonym świeżymi kwiatami stole, gospodarz zasiadł z nami do kolacji.

– Czy możesz opowiedzieć, jak się tu dostałaś? – zapytał ze spokojem.

Wzięłam głęboki oddech, a następnie powoli wypuściłam powietrze, dając sobie czas do namysłu.

– Trudno to wyjaśnić… wyszłam na spacer nad jezioro i chyba zasnęłam – zaczęłam bez przekonania, słysząc własne, absurdalne słowa. – Obudziła mnie nad ranem Kleo i już byłam tutaj.

Rango ostro popatrzył na wychowankę.

– Kleo Donum! Prosiłem cię, żebyś tam nie chodziła za dnia – wycedził.

– Wiem, przepraszam. – Dziewczyna spuściła wzrok.

Gospodarz ponownie spojrzał na mnie.

– Rozumiem – odparł, a pomiędzy jego zamyślonymi oczami pojawiła się wyraźna pionowa bruzda. – Ile masz lat?

Zaskoczyło mnie jego pytanie. Spojrzałam na Kleo, ale ona była niezwykle zajęta nakłuwaniem grzyba na widelec.

– Wczoraj skończyłam osiemnaście – odpowiedziałam niepewnie.

– Jesteśmy rówieśniczkami! Wszystkiego najlepszego! – rzuciła mieszkanka Treehide, nagle przypominając sobie o mojej obecności. – Szkoda, że nie wiedziałam wcześniej, przygotowałabym jakiś drobny podarunek – dodała z żalem, a jej duże błękitne oczy błądziły po salonie.

Uśmiechnęłam się i podświadomie dotknęłam naszyjnika, który dostałam od rodziców, co zwróciło uwagę Rango.

– Ten naszyjnik chyba dużo dla ciebie znaczy – zauważył w taki sposób, że nie wiedziałam, czy jest to pytanie, czy raczej stwierdzenie, bezpieczniej było więc przytaknąć.

– Dobrze – kontynuował Rango. – Teraz musimy się zastanowić, jak przetransportować cię do domu – dodał, a ja przez moment poczułam się jak paczka, którą trzeba natychmiast zapakować i wysłać. Rozbawiła mnie ta myśl, ale pozostawiłam tę uwagę dla siebie.

– Pamiętasz może, w jakiej części Locus mieszkasz? – zapytał nagle, jednak widząc moje zmieszanie, dorzucił: – Crump, Hideout, Fem, Topos?

Usilnie przeszukiwałam zakamarki mojej pamięci, próbując skojarzyć te miejscowości, ale bez skutku. Brzmiały one nie tylko obco, lecz także śmiesznie. Nie sądziłam jednak, by ta informacja wniosła coś do rozmowy.

– Przepraszam, ale nic mi to nie mówi – przyznałam cicho. – Mieszkam we Wrocławiu, w Polsce – dodałam, ale on najwidoczniej też nie wiedział, o czym mówię, gdyż na moje słowa zareagował jedynie chwilowym wytrzeszczem oczu.

– Chwila, chcesz powiedzieć, że nie pochodzisz z Locus? – zapytała Kleo poruszona, a ja czekałam, aż któreś z nich wybuchnie gromkim śmiechem i wróci do normalności. Ale tak się nie stało, a panująca wokół cisza przyprawiała mnie o niemą panikę. Rozbieganym spojrzeniem śledziłam twarze gospodarzy, ale i one nie były w stanie uspokoić moich rozpędzających się emocji.

– Mia – odezwał się w końcu mężczyzna. – Myślę, że jedynym wyjściem z sytuacji jest powrót do domu tą samą drogą.

– O cholercia! – pisnęła Kleo. – Umiesz pływać, Mi?

W pierwszej chwili wydawało mi się, że się przesłyszałam, jednak wzrok gospodarza był twardy i skoncentrowany. Jeśli wymyślili tę historyjkę po to, aby zrobić ze mnie idiotkę, to musiałam przyznać, że poszło im całkiem nieźle. Zignorowałam jednak pytanie Kleo, starając się przeanalizować sytuację, w jakiej się znalazłam.

– Jezioro, przez które przeszłaś, może być czymś na kształt łącznika z twoim światem – powiedział Rango i nie czekając na moją reakcję, kontynuował: – Znam dwa takie jeziora: jedno znajduje się tu, w Treehide, drugie w mieście Fem. Niestety, nie mam zdolności, by przenieść cię z powrotem do domu, ale znam osobę, która mogłaby pomóc. To jedyna nadzieja.

Próbowałam poukładać sobie w głowie wszystkie chaotyczne myśli, jednak świadomość podpowiadała mi, że jest to niemożliwe. Inny świat? Łącznik przez jezioro? O czym oni mówią? – nasuwały mi się liczne pytania, a zdziwienie z pewnością coraz mocniej uwidaczniało się na mojej bladej twarzy.

– Gdzie ja właściwie jestem? – pomimo frustracji i wewnętrznego rozdarcia z mojego gardła wydobył się jedynie ledwo słyszalny szept.

– Jesteś w wiosce ukrytej w drzewach, Treehide, a dokładniej, w krainie Locus – wytłumaczył Rango ze stoickim spokojem, bacznie obserwując moją reakcję. Zadziwiająco szybko zdołał zaakceptować tę absurdalną sytuację.

– Rozumiem, że nie jest to Europa? – jęknęłam.

Rango i Kleo wymienili spojrzenia. Gospodarz przerwał posiłek, odkładając sztućce na stół. Patrzył na mnie dłuższą chwilę, a jego twarz wydała się zamyślona, jakby wewnątrz jego głowy przelatywały myśli, a on starał się wybrać tę najrozsądniejszą. Po chwili powiedział:

– Mia. – Jego ton był teraz łagodny i pełen współczucia. – Domyślam się, jak to dla ciebie wygląda. Możesz być zdezorientowana, a nawet myśleć, że ktoś robi sobie z ciebie żarty. Zapewne masz w głowie setki pytań. Oboje z Kleo chcielibyśmy umieć odpowiedzieć na każde z nich. Niestety, nie potrafimy. Mimo wszystko chcemy ci pomóc, a jedynym wyjściem jest dołączenie do misji, która niebawem stąd wyruszy. Odwiedzisz tam miasto Fem, które będzie celem twojej podróży. Chciałbym jednak, abyś swoje pochodzenie i prawdziwy zamiar wzięcia udziału w wyprawie utrzymała w tajemnicy…

Głośny stukot do drzwi przerwał wypowiedź Rango. Zdezorientowany, szybkim ruchem odsunął krzesło i niepewnie podszedł do drzwi. Uchylił je i zerknął, przykładając jedno oko do szpary. Po chwili jego barki rozluźniły się, a przygarbiona sylwetka raptownie nabrała wysportowanego wyglądu.

– Ach! To wy, wejdźcie, proszę. – Odsunął się, by wpuścić do małej chatki trzech nieźle uzbrojonych i ubranych na czarno mężczyzn, którzy swoim wyglądem znacznie odbiegali od pozostałej części społeczeństwa, które dzisiaj zobaczyłam. Stanęli oni w najbardziej zacienionej części salonu, jakby chcąc zachować bezpieczny dystans. Mimo to Rango wydawał się aż nadto rozluźniony.

– Nie będziemy zajmować pańskiego czasu, przybyliśmy poinformować, że delegaci z miasta Hideout właśnie dotarli – powiedział wysoki chłopak, kłaniając się nisko. Jego pokerowa twarz nie zdradzała żadnych emocji, a ton, jakim mówił, sprawiał wrażenie dość chłodnego i zdystansowanego. Z pewnością nie zdobyłby wielu przyjaciół w mojej szkole.

– Rozumiem, w takim razie dziękuję za informację, Zayn. – Rango także pochylił się w przód, posyłając mu znaczący uśmiech.

Jego formalny ton i sposób wypowiedzi nie pasował do wygniecionej koszuli i niedbale zaczesanych krótkich włosów. Mimo to dostrzegłam, że mężczyźni darzą go czymś na kształt szacunku. Mogłabym spekulować, czy aby poza ramami sztywnych, formalnych gierek nie są oni przypadkiem dobrymi znajomymi.

– Wiecie, gdzie się zameldować? – Rango skierował pytanie do przybyłego gościa, który w tym momencie spojrzał na mnie.

– Tak. Nie trzeba nas oprowadzać, znamy drogę – powiedział szybko, wracając wzrokiem do gospodarza.

Ta krótka chwila wystarczyła, bym mogła lepiej przyjrzeć się jego interesującej twarzy. Chłopak wydawał się być nieco starszy ode mnie, co zdradzała jego młodzieńcza twarz, lekko zakryta opadającymi na czoło włosami. Miał ładne rysy o niespotykanej urodzie. Krucze włosy kontrastowały z jego jasną cerą, a ciemne, przenikające spojrzenie miało w sobie jakiś magnetyzm. Gdyby patrzył na mnie chwilę dłużej, mogłabym przysiąc, że zatonęłabym w tej głębi.

Dwaj stojący za nim mężczyźni stali nieruchomo niczym posągi. Przez moment zastanawiałam się nawet, czy oddychają. Po chwili doszłam jednak do wniosku, że niezręcznie jest wpatrywać się tak w przybyszów, toteż odwróciłam wzrok i wlepiłam go w swój prawie pełny talerz.

Z powodu nieoczekiwanych informacji, dotyczących mojego powrotu do domu, zupełnie straciłam apetyt.

– Bardzo się cieszę – z uśmiechem odpowiedział Rango, kontynuując służbową wymianę zdań. – W takim razie widzimy się jutro na spotkaniu. Wyśpijcie się i najedzcie do syta.

Mężczyźni ponownie skłonili się i wyszli. Rango zamknął za nimi drzwi, po czym usiadł do stołu, chwytając ponownie za sztućce.

– Czemu oni są tacy bezemocjonalni? – mruknął pod nosem, wkładając do ust ogromną porcję kaszy. – Sól! Potrzeba więcej soli. – Wstał i powędrował do kuchni w poszukiwaniu przypraw, a jego chaotyczne ruchy zdradzały chwilowe zakłopotanie.

Spojrzałam wyczekująco na Kleo, która jakby nigdy nic jadła z apetytem posiłek.

– Kim byli ci młodzi mężczyźni? – zapytałam po cichu, nachylając się do blondynki, tak że końcówki moich rozpuszczonych włosów mogły cieszyć się grzybowym spa.

– Uczestnicy jutrzejszego spotkania, przybyli z daleka. Może i nie są zbyt rozmowni, ale to niezłe ciacha, zwłaszcza Zayn – zachichotała Kleo. – To ten, który na ciebie zerkał – dodała, znacząco unosząc powieki.

 

– Nikt na mnie nie zerkał – ucięłam rozmowę i zajęłam się jedzeniem.

Kolacja upłynęła nam na rozmowach o pogodzie, drzewach i otaczającej naturze, a gospodarz nie wrócił już do tematu mojej podróży. Starałam się zachowywać swobodnie, choć czułam się nieswojo, jednocześnie będąc wdzięczna za to, że dano mi trochę czasu do namysłu. Nie odczuwałam presji, a chwilowy stan niewiedzy chronił mnie przed świadomością okrutnej rzeczywistości.

Dzięki gościnności Rango mogłam przez jakiś czas mieszkać pod ich skromnym dachem, dzieląc pokój z Kleo, która była tym faktem niezwykle rozradowana. Przez pół wieczoru opowiadała mi o swoich fantastycznych umiejętnościach walki wręcz oraz o katorżniczych treningach, które miały ją przygotować do wyprawy. Wielokrotnie starała się zachęcić mnie do nauki kilku „prostych” trików, jednak ja wolałam spędzić czas na błogim relaksowaniu się i przeglądaniu zapasów literatury, które mieszkanka Treehide zdążyła zgromadzić przez osiemnaście lat swojego barwnego życia.

Przed snem napisałam list do rodziców. Wiedziałam, że jest to mało prawdopodobne, by kiedykolwiek go przeczytali, jednak świadomość, że staram się działać w sytuacji bez wyjścia dawała mi poczucie sensu.

Mamo, tato! Piszę do Was, będąc w dziwnym miejscu, które nosi nazwę Treehide. Jest gdzieś w Locus. Jak mówi moja nowa znajoma Kleo, jest to mała wioseczka ukryta między drzewami. Faktycznie jest ukryta, bo nigdy wcześniej tu nie byłam. Nie powinnam narzekać, ale wyznam w sekrecie, że to miejsce trochę mnie przeraża. Nie mają tu nawet zwykłego telefonu, choćby stacjonarnego, żebym mogła do Was zadzwonić, nie wspominając o Internecie czy choćby komputerze. Odludzie. Obiecuję, że postaram się wrócić jak najszybciej. Rango pozwolił mi dołączyć do wyprawy, w której mam odwiedzić niejakie Fem, a stamtąd będę już mogła wrócić do domu. Nie martwcie się o mnie, pamiętam o Was cały czas i sercem jestem w domu. Całuję, Mia.

Złożyłam kartkę w pół i schowałam do małej koperty, którą znalazłam pod łóżkiem, a następnie nakryłam się lekkim kocem w nadziei, że sen przyjdzie szybko i łagodnie. Jakże się myliłam! Noc okazała się koszmarem na jawie. Nawet pomimo obecności Kleo czułam się opuszczona i samotna. Strach wżerał się do mojej świadomości, a obawy związane z nieznaną podróżą powodowały chwilowe bezdechy. W małe okienko mieszczące się w pokoju wciąż dmuchał namolny wiatr, jakby na złość nie chciał dać mi chwili spokoju.

Przewracałam się w łóżku tak często, że niemal zaczynało mi się kręcić w głowie, a myśli o powrocie do domu nie dawały mi spokoju. Zasnęłam dopiero nad ranem, gdy jasne promienie wschodzącego słońca drażniły moje przymknięte powieki.

– Wstawaj, śpiochu! – zawołała Kleo, zrzucając ze mnie ledwie nagrzaną kołdrę.

Musiała wstać dużo wcześniej, o czym świadczyła starannie ułożona fryzura i lekko zabrudzone od ziemi buty. Widać, nie dla wszystkich noc była męcząca, a przynajmniej nie dla mieszkanki Treehide, która wyglądała jak nowo narodzona.

Leniwie zwlekłam się z łóżka i nałożyłam przygotowane przez nią ubranie.

– Znowu te szmatki? Nie mogą nosić czegoś bardziej gustownego? – ubolewałam, nakładając kolejne warstwy beżowych materiałów. Tym razem dostałam wąskie leginsy, oczywiście brązowe, oraz luźniejszą bluzeczkę z poszarpanym dołem.

Po śniadaniu zjedzonym w obecności Rango udałyśmy się do wioski na poranny zwiad. Jak tłumaczyła Kleo, raz w miesiącu każdy miał swój dyżur, a dziś właśnie przypadała jej kolej. Nie kryłam zdziwienia, kiedy dowiedziałam się, że wykonują to nieodpłatnie. Chociaż i tak nie wiedziałabym, co kupić za zarobioną walutę, skoro nie widziałam do tej pory ani jednego sklepu, nie wspominając o policji czy choćby służbie zdrowia.

Po drodze Kleo zaprowadziła mnie do małego drewnianego domku na uboczu lasu, skąd kobieta w podeszłym wieku rzekomo adresowała i wysyłała listy za pomocą swoich sów. Mittere, bo tak miała na imię staruszka, nosiła poszarpane wymięte odzienie, bardziej przypominające szaty żebraka aniżeli pracownika społecznego. Jej poplątane złote włosy, niczym stogi siana, przyozdobione były w piórka różnych rozmiarów i kształtów. Nie wiedzieć czemu byłam skłonna twierdzić, że nie wpięła ich tam celowo.

Gospodyni powitała nas krótkim skinieniem głowy i nie szczędząc uprzejmości, wpuściła do środka. Subtelnie przyglądałam się każdemu detalowi, kiedy weszłyśmy do zagraconej chatki przesiąkniętej zapachem ptasiej karmy i wypełnionej stosem klatek. Ptaki nie tylko różniły się kolorami, lecz także rozmiarami i sposobem bycia.

– Te sowy zwą się płomykówkami, przeznaczone są do listów nieformalnych – tłumaczyła, trzymając na ręce niewielkiego ptaka. Przez moment myślałam nawet, że jest wypchany, gdyż jedyny ruch, jaki udało mi się dostrzec, to przymykająca się ptasia powieka. – Są to najmądrzejsze sowy, jakie posiadam. Moje ulubione! – dodała, głaszcząc pupila po piórach.

Staruszka pokazała nam także puchacze, dużo większe sowy przeznaczone do wysyłki cięższych przedmiotów, takich jak broń, naczynia czy prowiant. Te z kolei wydawały się mało przyjaznymi stworzeniami, dumnie siedzącymi w swoich drewnianych klatkach. Patrzyły z wyższością na przybyłych gości, a ja przyrzekłam sobie, że nigdy w życiu nie kupię sobie sowy.

Najmniejsze sówki, ukryte na samym dole stosu poukładanych jedna na drugiej klatek, przeznaczone były do tajnych korespondencji.

– Są ze mną dopiero od kilku lat – ciągnęła starsza pani, podchodząc do kilku małych klatek. – Kaktusówki są na tyle małe i szybkie, że złapanie ich graniczyło z cudem. Mogą z nich korzystać tylko wybrani mieszkańcy wioski, i to za zgodą Rady. Zdarzały się bowiem przypadki przejęcia listu, więc trzeba było zmienić sposób dostarczania formalnych treści. Jak się okazuje, od wielu lat moje kaktusówki wykonują swoją pracę z należytą godnością i zaangażowaniem.

Kleo z zaciekawieniem słuchała opowiadań staruszki, przytakując ochoczo na niemal każde jej słowo, czego nie mogłam powiedzieć o sobie. Nie byłam przekonana, czy jest to dobry pomysł, aby swój list powierzyć jakiemuś zwierzęciu, którego poziom intelektu nie wzbudzał mojego zaufania.

– Mi, chyba się nie rozmyśliłaś? – zapytała Kleo, widząc moje zakłopotanie.

Zawahałam się nad odpowiedzią. Z jednej strony, nie chciałam zdawać się na sowę, która i tak nie darzyła mnie sympatią, z drugiej jednak, nie miałam nic do stracenia. Nawet jeśli nie miałam pewności, czy list dotrze, to myśl, że dałam z siebie wszystko, aby skontaktować się z rodzicami, była pokrzepiająca.

– Dobrze, zróbmy to – powiedziałam, podając staruszce starannie zaklejoną białą kopertę.

Kobieta obejrzała ją, a na jej twarzy malowało się zdziwienie.

– Nie ma adresu? – zapytała.

Zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, wtrąciła się Kleo:

– Wydawało mi się, że wystarczy podczas wysyłania listu pomyśleć o miejscu, do którego ma lecieć sowa, a ona sama znajdzie drogę – powiedziała z uśmiechem.

– To… to prawda – odparła nieco zmieszana kobiecina. – No cóż, nie wszyscy adresują, a już szczególnie nie twój wuj – dodała z dozą niesmaku w głosie, na co Kleo uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

Kobieta zwróciła się teraz do płomykówki, która przez cały czas siedziała na jej ramieniu:

– Masz zlecenie, kochaniutka – szepnęła, przyczepiając list do małej nóżki ptaka, po czym gestem ręki ponagliła mnie, abym podeszła. – Teraz ty ją przytrzymaj i powiedz, dokąd ma lecieć. Posłucha! To mądre stworzenie.

Puszczając ostatnią uwagę mimo uszu, nieumiejętnie chwyciłam ptaka w obie dłonie. Nie miałam pojęcia, co powinnam teraz zrobić: Wypuścić sowę ot tak, krzyknąć zaklęcie czy zaśpiewać piosenkę? Niezręczna sytuacja. Nachyliłam się niepewnie i szepnęłam „Wrocław, państwo Lang”. Kątem oka spojrzałam na Kleo, na której twarzy malował się obraz zadowolenia. Chyba zrobiłam to tak, jak należy.

Staruszka otworzyła duże okno i ponagliła mnie, bym wypuściła sowę. Nim zdążyłam zastanowić się, jak to zrobić, stworzenie zatrzepotało i wydostało się z uścisku, po czym jak wystrzelone z procy, pognało wysoko w niebo, niosąc z sobą list. List, który był ziarenkiem nadziei na kolejne dni.

3.

Kleo prowadziła mnie wąską ścieżką, którą przecinały rzędy ostrych gałęzi. Wokół rozpościerały się drzewa, gęsto posadzone, niemal przysłaniające całe rozgwieżdżone niebo. Choć nie miałam zegarka, w powietrzu zdawało się już czuć chłód nadchodzącej nocy. Gdyby nie przewodniczka, z pewnością zgubiłabym się w tym gąszczu zieleni. Musiałam nieco przyśpieszyć kroku, gdyż tempo, w jakim szła, było nienaturalnie szybkie.

– Mi, prędzej! Ruszasz się jak mucha w smole – zawołała żartobliwie dziewczyna, przywołując mnie gestem dłoni, która była ledwo dostrzegalna w tych ciemnościach.

Gdyby to było takie proste… Zdecydowałam jednak, że nie będę narzekać i po prostu przyśpieszyłam. Nie odzywałam się, bo jak tu mówić, kiedy oddech grzęźnie w płucach, a nogi nie współpracują z chęciami? Świeże i mroźne powietrze okazało się teraz największym wrogiem – paliło w gardło przy najmniejszym nawet kroku. Mimo to ruszyłam w dalszą drogę ze zdwojoną prędkością. Nie chciałam nawet myśleć o bólu nóg następnego dnia.

W ciemnościach, które nas otaczały, dało się słyszeć czyjeś głosy. Wsłuchując się w dźwięki, mogłabym przysiąc, że cel jest bardzo blisko.

– Kleo? – wysapałam, doganiając sprinterkę.

– Hm? – Dziewczyna nie zwalniała tempa.

– Czy ty też słyszysz te rozmowy?

– O tak, jesteśmy prawie na miejscu – odpowiedziała z uśmiechem. – To tuż za rogiem.

Na próżno rozglądałam się dookoła, próbując zlokalizować źródło dźwięku.

– Czy oni wszyscy siedzą po ciemku? – zapytałam.

– Ha, ha, potrafisz mnie rozbawić, Mi!

Nie ukrywałam, że te słowa nieco zbiły mnie z tropu, ale mimo to nie dawałam za wygraną. Wciąż przeczesując wzrokiem las, próbowałam wyśledzić choćby drobną iskierkę światła. Jak to możliwe, że nic nie widać?

– O! Jesteśmy – powiedziała Kleo. Stała przed wysokim drzewem, który na pierwszy rzut oka przypomniał masywny dąb.

– Chociaż drzewa macie podobne – mruknęłam ostatkiem sił.

– Ach, drzewa… w końcu rosną tu od lat. To one tworzą dla nas domy, schronienia, tworzą naszą historię – rozmarzyła się Kleo, a ja przewróciłam oczami.

– Przepraszam, ale gdzie ma się odbyć to „posiedzenie”? Na drzewie? – zapytałam z lekką drwiną w głosie, której w tym momencie wcale nie żałowałam. Byłam już poirytowana półgodzinnym marszem, a raczej biegiem, a w dodatku zamiast udać się na spotkanie, na które zresztą nie miałam ochoty iść, stałam teraz przed drzewem i podziwiałam urodę kory dębowej.

– Na drzewie? Nie! – zaśmiała się Kleo i ciepło spojrzała na mnie. – Musimy wejść do środka, pośpiesz się.

Kleo wdrapała się na najbliżej opuszczoną gałąź, po czym szybkim ruchem podciągnęła się do góry, tak że po chwili była już w pełnej równowadze.

Stałam jak wryta. Było to nie do pojęcia, aby tak drobniutka osoba wdrapała się na drzewo niczym lampart, ani odrobinę się przy tym nie męcząc.

– Gdzie się tego nauczyłaś? – zapytałam.

Kleo nie usłyszała mojego pytania, ponieważ wspinała się już coraz wyżej i wyżej. Mieszkanka Treehide poruszała się tak, jakby chodzenie po drzewach niczym nie różniło się od chodzenia po ziemi, w dodatku miałam wrażenie, że czynność ta sprawia jej niesamowitą frajdę.

Otrząsnęłam się z paraliżu, który zawładnął moim ciałem i chwyciłam za gałąź. Niestety! Nie była to ani łagodniejsza, ani bardziej przyjazna gałąź od tych, które znałam, w dodatku tak samo wysoka i tak samo niebezpieczna jak pozostałe. Zresztą od dziecka mama prosiła, bym nie chodziła po drzewach. Teraz jednak przeklinałam pod nosem, żałując, że jej posłuchałam. Nie umiałam nawet podciągnąć się i wdrapać na najmniejsze drzewo.

– Do diaska! Jak mam niby wejść? Jak mam w dodatku zrobić to z gracją, by moja twarz nie wyglądała jak po starciu z dębową korą? – dyszałam, zawieszając się obiema rękoma na gałęzi. Chłodne powietrze kłuło mnie w rozpalone od biegu policzki, a stopy paliły żywym ogniem.

Nagle poczułam, jak czyjaś ręka wciąga mnie na górę. Szybkim ruchem podparłam się kolanem, by utrzymać równowagę. Po chwili stałam już pewnie, a obok znajdowała się Kleo, szczerząc swoje białe zęby w szczerym uśmiechu.

– Przepraszam Mi, zapomniałam, że nie jesteś stąd. U nas wędrówki drzewne są na porządku dziennym. Rozumiem, że wy macie inne atrakcje? – zapytała z ciekawością, nachylając się nad moją zesztywniałą sylwetką.

 

– Atrakcje? – wydukałam, próbując złapać balans.

– Skoki z urwiska, spływ delfinem?

– Yyy… nasze atrakcje są nieco bardziej… bezpieczne – odparłam i momentalnie straciłam równowagę. Kleo w ostatniej chwili złapała mnie za rękę i bezceremonialnie poprowadziła dalej.

Z pomocą wysportowanej kompanki wchodzenie na górę nie było aż tak straszne. W zaledwie kilka minut znalazłyśmy się na właściwej gałęzi oznaczonej drewnianą strzałką skierowaną ku trzonowi. Kleo ponownie chwyciła mnie za rękę i pociągnęła za sobą.

Przed nami pojawił się otwór w korze. Białoniebieskie kryształy wyznaczały jego brzegi, a czarna otchłań zapewne stanowiła wejście. Powietrze wydawało się przerzedzać, a zapach wilgotnych liści, unoszący się w powietrzu, przypomniał mi piesze wycieczki, na jakie zabierał mnie ojciec do lasu, gdy byłam jeszcze mała. Tutaj gałęzie były już znacznie szersze od tych na dole. Podobne były do ścieżek spacerowych, jakie widywałam w parkach krajobrazowych.

– Brakuje jeszcze ławeczki i placu zabaw – rzuciłam, zanim zdążyłam przemyśleć swoje słowa.

– Słucham? – Kleo odwróciła głowę w moją stronę.

– Nic, nic. Podziwiam widoki.

W tym momencie poczułam, jak drobna dłoń popycha mnie w stronę czarnej dziury. Nie zdołałam się niczego chwycić, a prędkość, z jaką wleciałam w głąb tunelu, niemal przyprawiła mnie o zawrót głowy.

– Jeśli się boisz, zamknij oczy i najlepiej nie wstawaj zbyt szybko, bo droga może chwilę potrwać. Powodzenia! – poinstruowała mnie blondynka i po chwili słyszałam już tylko szum wydobywający się z wnętrza tunelu.

Przypominało to zjeżdżalnie, jakie widywałam w parku rozrywki. Ściany przypominały pancerne szyby, dzięki czemu mogłam podziwiać niespotykane dotąd widoki. Kiedy wreszcie wyłoniłam się z ciemności, dookoła otaczały mnie drzewa o liściach jakby zanurzonych w srebrze i błękicie oraz kolorowe kwiaty, które, jak z zaskoczeniem zauważyłam, zmieniały barwę w zależności od kąta widzenia. Sceneria wydawała się dość chłodna, ale jednocześnie jasna i zachwycająca. Podążając w dół, mijałam podobne tunele, przecinające się niczym pajęcza sieć, spleciona wśród licznych konarów. Oczarowana popatrzyłam w górę – widziałam granatowe niebo i gęsto zawieszone na nim gwiazdy. Nurtowało mnie pytanie: Jak to możliwe? Gdzieniegdzie dostrzegałam motyle niebywałych rozmiarów, przysiadające na gałązkach drzew. Ich skrzydła tworzyły piękne mozaiki w kolorach tak żywych, że aż samo patrzenie uzależniało i napawało moje zmysły zachwytem.

Po chwili wyczułam twardy grunt pod nogami, a moja opóźniona reakcja spowodowała nagły upadek.

– Identyfikator proszę – usłyszałam męski, stanowczy głos nad sobą.

Zdezorientowana, niemal mechanicznie uniosłam oczy do góry. Nade mną pochylało się dwóch mężczyzn. Ubrani zaledwie w przepaski na biodrach i chusty okrywające uda, przypominali dzikusów wyrwanych z dżungli. Ich stopy przyodziane były w sandały wiązane do samych kolan. Umięśnione ciała zdobiły czarne malunki, bliżej nieokreślone linie i okręgi. Włosy, w nieładzie przeplecione opaską, sięgały ramion. Witamy w epoce kamienia łupanego! Eh…

– Słucham? – odparłam, wracając do teraźniejszości.

– Aby skorzystać z tego przejścia, musi pani posiadać identyfikator, w przeciwnym wypadku ewakuujemy panią z głównej siedziby obrad.

– To jakaś pomyłka. Nie wybieram się na żadne obrady. Przyszłam z przyjaciółką na małe spotkanie z Rango. – Wskazałam na pustą przestrzeń za swoimi plecami z nadzieją, że Kleo wkrótce się pojawi.

Mężczyźni wymienili zdezorientowane spojrzenia, po czym, nie kryjąc rozbawienia, pokręcili głowami.

– Pani wybaczy, ale musimy postąpić według procedur. – Nieznajomi podeszli krok bliżej i znienacka chwycili mnie za ręce niczym złodzieja, który ukradł pączka w markecie.

– Proszę mnie puścić, to jakaś pomyłka! – Zaczęłam szamotać się nerwowo, bezskutecznie usiłując wyrwać ramiona z ich uścisku. Niestety, moje skromne umięśnienie nie pozwalało na to, by z powodzeniem przeciwstawić się mężczyznom.

– Regedon! Zostawcie dziewczynę. Jest ze mną. – Dobiegł nas kolejny męski głos, a ja odruchowo zwróciłam ku niemu wzrok. Gdzieś już go widziałam… Ach, tak! Był to ten sam młody mężczyzna, który odwiedził nas podczas kolacji u Rango.

Jego ciemne oczy przez moment wpatrywały się we mnie, jakby prowadził wewnętrzny osąd, a mnie przeszedł dziwny dreszcz. Zrobiło mi się zimno, choć temperatura utrzymywała się wciąż na tym samym poziomie. Po chwili chłopak oderwał ode mnie spojrzenie i przeniósł je na tubylczych osobników. Kamień spadł mi z serca, kiedy mężczyźni rozluźnili uchwyt.

Próbując uspokoić oddech, rozmasowywałam obolałe nadgarstki.

– Och, nie wiedzieliśmy. Przepraszamy. – Mężczyźni skłonili się przede mną i ze skruchą spuścili głowy. W tym momencie usłyszałam sygnał dźwiękowy, który wydał mi się nie tylko dziwny, lecz także śmieszny.

– Nic się nie stało, rozumiem procedury i te sprawy… – odparłam nerwowo, tłumiąc w sobie wzbierającą ciekawość.

Odwróciłam się, by podziękować za pomoc, ale, niestety, miejsce, w którym stał ciemnowłosy chłopak, było już puste. Zdezorientowana rozejrzałam się dookoła, ale jedyne, co rzuciło mi się w oczy, to nadjeżdżająca Kleo, która przez resztę drogi machała energicznie dłonią. Jej szczery uśmiech od razu wymazał z mojej pamięci przykry incydent z tubylcami.

– Mi! Jak minęła podróż? Fajnie było? O, widzę, że poznałaś już naszych bramkowych z plemienia Regedon! – wartkim potokiem słów zasypała mnie kompanka, kiedy tylko wylądowała na stabilnym podłożu.

– Podróż? Całkiem dobrze. I owszem, poznałam już obu panów. – Wskazałam na wciąż stojących w pobliżu osobników, a oni, nadal zmieszani, spuścili głowy.

– To dobrze! Mam nadzieję, że byli mili? – zaśmiała się. – To jest Afis, a to Mefis. – Wskazała wyciągniętą dłonią na jednego i drugiego. – Są z plemienia Regedon, które jest odpowiedzialne za bezpieczeństwo kwatery głównej, a także całej naszej wioski. – Kleo ściszyła głos i nachyliła się. – Regedon wykonuje brudną robotę, ale to szanowany zawód – zachichotała, na co uśmiechnęłam się niepewnie, przytakując głową w przekonaniu, że właśnie tak powinnam zareagować.

– Kleo, spotkanie właśnie się rozpoczęło – powiedział Afis.

– Już?! – Podskoczyła Kleo i momentalnie wpadła w panikę.

– Ostatnia osoba chwilę temu dołączyła, dzwon już zabił – dodał Mefis.

– Nie jest dobrze! – mruknęła wciąż roztrzęsiona kompanka. – Mi! Niczym się nie przejmuj, spokojnie! – Chwyciła moje ramiona. – To nic takiego, mnie zdarza się to notorycznie.

Kompletnie nie rozumiałam, co tu się dzieje, jednak nie chcąc pogarszać sytuacji, kiwnęłam porozumiewawczo głową. Przecież miało to być tylko spotkanie przy ognisku… a przynajmniej taką wersję usłyszałam, kiedy wybierałyśmy się w to miejsce.

– Po pierwsze – zaczęła Kleo, chwytając moją dłoń i prowadząc przed siebie – na początku lepiej dużo nie mówić, może nie zauważą, że się spóźniłyśmy. Po drugie – przystanęła i spojrzała na mnie niepewnie – lepiej, jak nie będziesz w ogóle mówiła. – Uśmiechnęła się przepraszająco i pobiegła w stronę gęsto posadzonych drzew.

Znów szybkie tempo kompanki dało o sobie znać. Zadyszka i tępy ból w klatce piersiowej i tak nie pozwoliłyby mi wydusić słowa.

Po chwili obie stanęłyśmy przed dużymi błękitnymi drzwiami, błyszczącymi jak tafla lodu. Były one tak wysokie, że sama klamka znajdowała się na wysokości mojej głowy. Wokół nich zgrabnie wiły się ku górze pnie drzew w kolorach bieli i szarości.

– Wyglądają, jakby były częścią drzewa… – zgadywałam – albo macie tu naprawdę dobrych projektantów.