SzczęściaryTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa


Szczęście to jedyna rzecz,

która się mnoży, jeśli się ją dzieli.

Albert Schweitzer

Zanim zapytacie:

wszystkie postaci występujące w książce

– nawet pierwszoplanowe – są zmyślone.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Szczęściary

*

W dzieciństwie Magda praktykowała taką zabawę: zamyka oczy, nieruchomieje, otwiera – i wie o swoim życiu tylko tyle, ile zobaczy, nie ruszając głową – wycinek rzeczywistości bez żadnego rozglądania się i dociekania. W tej zabawie lubiła sobie wyobrażać, że jest młodsza niż w rzeczywistości i ma wgląd w przyszłość.

Gdyby rok przed ósmymi urodzinami zobaczyła własne kolana, a na nich szarego, puszystego kotka, czy uwierzyłaby, że to się stanie? Że w przededniu urodzin znajdzie na klatce schodowej małego uciekiniera z piwnic, że mama i tata zgodzą się go zatrzymać, że będzie z nią spał w łóżku, zwinięty w rozkoszne mruczące kółeczko, ku zazdrości Joanny? Ona sama zaś będzie biegała do pobliskich piaskownic, a zimą do pryzm piachu do posypywania chodników, by podbierać z nich piasek do kuwety, bo w tamtych czasach o lawendowym żwirku silikonowym nikt jeszcze nie słyszał?…

Co da się wywnioskować, widząc swoje palce u stóp, obmywane falą z cieniutkim brzeżkiem piany, na granicy między piaskiem suchym i mokrym, z kawałkami morszczynu, dwiema muszelkami i kamykiem na skraju pola widzenia? Że tacie udało się załatwić kwatery, o które było w maju z mamą tyle krzyku, bo znowu się zrobiło za późno na szukanie – i jednak pojechali nad morze!

Czy w maju mogła być pewna, że to się ziści? Nie mogła. Ale gdyby wtedy wolno jej było wejrzeć w tę odrobinę przyszłości, ten skraweczek, który widzi teraz bez poruszania się, i wiedzieć, że to się zdarzy za dwa miesiące – już wtedy byłaby szczęśliwa i czekałaby radośnie, a nie niespokojnie.

Czy to duża różnica – czekać radośnie albo niespokojnie?

Dla Magdy tak. Radosne czekanie, czekanie na pewnik jest jak delektowanie się ciastkiem, które już przed tobą leży na babcinym talerzyku ze złoconym brzeżkiem. Oto jest: kształtna, złocista magdalenka; jedna z tych, które babcia piecze tylko dla niej – ale ona może ją dostać dopiero po zjedzeniu obiadu.

Jedz, Magdusiu, jedz.

Oto cały paradoks dzieciństwa: kiedy ma się wielką, przemożną, straszliwą ochotę na słodycz, a rodzice (albo babcia) mówią: „Dostaniesz, gdy zjesz ładnie cały obiad”. Tylko jak zmieścić upragnione ciastko, gdy brzuch ma się pełen zupy, kartofli, surówki, kotleta i kompotu?… I jeszcze – jak przebrnąć przez to wszystko, skoro na języku chce się poczuć nie kosteczki marchwi z jarzynowej, nie mielonego z jakimiś niepokojącymi grudkami, nie wymiękłe truskawki z kompotu, tylko cholerne ciastko?!

Dorosłość jawiła się przeto Magdzie jednoznacznie: będzie to czas, kiedy sama zdecyduje, kiedy jeść słodycze. Nie po obiedzie. Nie na podwieczorek. Niezależnie od posiłku! Przed! Albo i zamiast!

Trzeba przyznać, że w dorosłości Magda pozostała wierna upodobaniom z dzieciństwa. Nie lubi czekać. Lubi słodycze – jadać, piec, wąchać, nie czekać z nimi do deseru.

Bawi się też w swoją zabawę.

Choć przestrzega narzuconych samej sobie reguł – tylko jedno spojrzenie, bez kręcenia głową – tym razem widzi całkiem sporo. Słońce wpada w jej kadr gdzieś z boku i kładzie się ukośnymi pasmami przez miłe oku wnętrze. Przebiega przez sosnową szafkę nocną, rozświetlając słoje drewna do wesołych żółcieni, dalej kładzie się na kołdrze – rustykalnej, w uroczą krateczkę. Spod przymrużonych powiek Magda widzi jeszcze ramię – jednoznacznie męskie, w sam raz owłosione, opalone i nawet nieco muskularne, obejmujące jej własne, apetycznie pulchne, z niepodrabialną konstelacją pieprzyków. Promyk wędruje dalej – i na drugim planie, za splecionymi ramionami, napotyka wystające spod kołdry dwa długie szaro-różowe zajęcze uszy. U nasady pluszowej głowy ściska je dziecięca łapka. Dalej zaś, w ciemnawym jeszcze tle, czeka na słońce ciemnożółta staromodna kanapa.

*

Dzieciństwo Jagody… Nie, wróć. Dzieciństwo? Jagoda po chwili zastanowienia dochodzi do wniosku, że ten etap jej życia musiał być niezwykle krótki i z tego powodu go nie pamięta bądź nie było go wcale – Jagoda od razu weszła w fazę dorosłości. Jeśli przyjąć, że dorosłość to rozsądne zarządzanie pragnieniami, ustawianie sobie celów i granic, branie odpowiedzialności za siebie i cały świat, to Jagoda od narodzin była mentalnie pełnoletnia.

Wraca do niej wspomnienie z bardzo odległej przeszłości: stoi w drewnianym łóżeczku, przytrzymując się szczebelków. Kurczowo zaciska na nich piąstki i wspina się na palce, by podnieść brodę ponad górną barierkę. Dzięki temu lepiej widzi wielkie pudło oparte o regał z książkami. Dnieje; pierwsze niemrawe promienie słoneczne przebijają się przez niedokładnie zasuniętą aksamitną kotarę. Delikatnie rozjaśniają mrok salonu, w którym oprócz wspomnianego łóżeczka Jagody i rzędów półek stoi tapczan rodziców. Teraz rozłożony i zajęty przez mamę i tatę, przykrytych puchową kołdrą obleczoną w jasnobrązową poszwę. Taty nie było przez jakiś czas; wrócił w nocy, gdy Jagoda już spała. Wraz z nim w mieszkaniu pojawiło się TO. Zielone solidne pudło, z jedną ze ścianek pokrytą przezroczystą folią, która zdradza jego zawartość: lalka. Wziąwszy pod uwagę wielkość, to lala właściwie. Jest prawie tak duża jak Jagoda. Ma gęste jasne loki, które swobodnie opadają na ramiona. Ubrana jest w obłędnie piękną (gust Jagody wyszlachetniał później) błękitną suknię, sowicie ozdobioną koronkami w kolorze złota. Na szyi ma sznur różnokolorowych koralików. Ziszczenie marzenia (jednego z nielicznych) Jagody jest prawie na wyciągnięcie ręki. Żeby się dopełniło, Jagoda powinna zostać wyjęta z łóżeczka przez mamę lub tatę. Ta czynność jednak musi być poprzedzona obudzeniem ich, na co Jagodzie nie starcza odwagi. Ot tak, dla kaprysu, zerwać rodziców ze snu? Nie, to być nie może. Jagoda stoi więc uczepiona prętów oddzielających ją od wymarzonego życia, z czasem zaczyna cichutko pochlipywać ze smutku i frustracji, aż zasypia. Na stojąco.

Teraz Jagoda też śpi. W pozycji bardziej komfortowej, choć jeszcze dalekiej od standardu – na siedząco. Przycupnęła na brzegu łóżka Jeremka, którego obudziły „straszne głosy”. W nowym domu – jej i Jerzego – przedmioty żyją własnym życiem. Delikatnie trzeszczą drewniane klepki na podłodze, stukają więźby dachowe, szumi w kominie, syczy w piecu, gałęzie wybujałych drzew pukają do okien. Jeremi powoli przywyka do towarzystwa odgłosów, więc Jagoda często się wspina po wąskich schodach na pięterko, by potrzymać syna za rękę i odgonić strach. Potem, zdrętwiała i zmarznięta, ostrożnie schodzi i wraca do sypialni. Nie zaprasza Jeremiego do przedmałżeńskiego łóżka, bo byłoby im niewygodnie: Jeremi, Jerzy, Jagoda i jej wielki brzuch z małą Hanią w środku to zbyt liczne towarzystwo na jeden materac.

Od: malina_m@malibox.pl

Do: jaga.jablon@gmail.com

Data: 9.01.2016

Temat: Szczęście

Kochana Jagodo!

Dziś rano obudziłam się z przemożnym uczuciem szczęścia.

Byłam wyspana – minęły już czasy nocnych karmień małej Irenki, minęły koszmary moich bezsennych nocy. Byłam przyjemnie syta – niestety najlepiej śpi mi się po sutej kolacji. Byłam przytulona i ogrzana. Niewiele nocy spędziłam do tej pory ze Stasiem, acz wydaje się, że śpi on bardzo statycznie i jak już raz zaśnie, trzymając mnie w objęciach, to nie wyswobodzę się i do rana. Do kompletu pozwoliliśmy Irence spać z nami – miałam więc na oku dwie najbliższe mi osoby (jedną wraz z pluszowym Kickiem, niech stracę). Przez uchylone okno wpadało mocne zimowe słońce. Do tego widok jak z lukrowanej laurki: białe czapy na drzewach, biała uliczka, biały płot (w rzeczywistości jest czarny – już myślę w skrytości, by wiosną go pomalować na jakiś wesoły kolor. Czemu ukrywać, że mieszkają za nim szczęśliwi ludzie?).

Skąd taka scenka? Otóż stąd, że wczoraj wieczorem zorganizowaliśmy sobie u Stasia… powtórkę z sylwestra, którego nie było. Jak to rozumieć? Ano tak, że grafik dyżurów w domu dziecka jest układany ze sporym wyprzedzeniem i Staś, jako stary kawaler, zwyczajowo spędzał noc sylwestrową w pracy. Nie inaczej było i w tym roku. Niezmącona pogoda ducha podszepnęła mu wszak wcale niezły pomysł, by urządzić nam prywatne obchody sylwestra tydzień po fakcie; nawet tydzień z górką. Sama rozumiesz, że dla mnie, chodzącej grzecznie do nowej pracy, znacznie lepsza do takich celów była noc z piątku na sobotę aniżeli z czwartku na piątek.

Sylwester był kapitalny. Ugotowaliśmy razem dużo dobrego jedzenia, puszczaliśmy muzykę z niezmordowanych 80’ties, wyśpiewując refreny i co rusz tłumacząc Irence, dlaczego „ten kawałek też jest świetny!”. Tańczyliśmy razem luzem, w parach, w kółku, wężu, obłapianego (gdy Irysek szedł siku) – i tak w swojskiej atmosferze wytrwaliśmy do samej północy.

Z petardami się nie wygłupialiśmy w trosce o to, by sąsiedzi nie posądzili Staszka o powariowanie, ale zapaliliśmy zimne ognie i wypiliśmy dziecięcego szampana. (Ukłon w stronę Irenki. Niewymuszony, bo ja za tym dla dorosłych nie przepadam, a Stach zadeklarował, że jest mu doskonale obojętne, czy powitamy nowy rok z ośmiodniowym opóźnieniem alkoholem z bąbelkami czy musującym sokiem truskawkowym).

 

Spałam tak więc do rana w charakterze kremu w markizie między narzeczonym a córką, nieco, trzeba przyznać, przez nich zgnieciona – i czułam się niemożebnie szczęśliwa. Do tego mam poczucie, że jest to szczęście na dobre, sycące i stałe szczęście jak rzetelnie spleciona, wyrosła i wypieczona chałka drożdżowa z uczciwą, szczodrą kruszonką. Żadna tam efemeryda, zwiewność, ulotność, nie przymierzając, dietetycznego chleba chrupkiego o strukturze tapety.

W końcu łazienkowa potrzeba nakazała mi się wyplątać ze słodyczy mej miłosnej markizy. W czasie tej krótkiej nieobecności moje miejsce w łóżku jakby zarosło i uprzytomniłam sobie, że bez budzenia ich nie zdołam się wśliznąć z powrotem. Bogiem a prawdą byłam zresztą tak odrętwiała od przespania całej nocy w jednej pozycji, że z ulgą zeszłam na dół na kawę.

Wiesz? Takie „na dół”, sugerujące, że jest i jakieś pięterko, a więc cały dom, strasznie mnie, oficjalnie jeszcze blokersa, rajcuje. Dom! Z dołem, poddaszem i ogródkiem! Z córką, mężem i psem! Z przyjaciółką w sąsiedniej dzielnicy! Czy to będzie rok ziszczonych marzeń?…

Przyjaciółka, właśnie. Zaparzyłam sobie zatem tę kawę i przyszłam do saloniku, by do Ciebie napisać.

Wciąż mnie bawi, że jeszcze tak niedawno, jesienią, miałam wrażenie, że nasz kontakt mejlowy ustanie. Przecież dzięki Twoim pomysłowym intrygom miałyśmy pracować w jednej firmie, widywać się co dzień, mijać na korytarzach, pijać kawę na stojąco przy najlepszym ekspresie w kuchni grafików!

Ale niech będzie: dobro Twojej ciąży ma wszelkie pierwszeństwo. A tym zeszłotygodniowym plamieniem napędziłaś wszystkim nam niezłego strachu! Dlatego nie wyrzucaj sobie, że posłuchałaś lekarza. W tym przypadku zwolnienie to nie pobłażliwość, korzystanie z okazji do łatwego L4. Odpoczywaj – i przestań bezustannie tak wszystko ogarniać! Odpuść sobie, co tylko można, zajmij czasem po prostu wygodną pozycję, półleżąc – i pisz do mnie, pisz!

Wracając jeszcze do tego niespodziewania się, że znów będziemy do siebie pisać, wiesz, lubię wyprawiać się myślami do charakterystycznych punktów w przeszłości i rozważać: czy uwierzyłabym wówczas, że to się potoczy tak a tak? Co bym przeżyła inaczej, gdyby wtedy dane mi było wejrzeć w przyszłość – jak sprawy się potasują, by w końcu ułożyć zupełnie nowy ład? Czy przypuściłabym, że już wkrótce będę się szykować do powtórnego ślubu i przeprowadzki do maleńkiego domku męża?

À propos ślubów: robimy zakłady, która wyjdzie za mąż jako pierwsza?

Dobra, dobra, już nie drażnię ciężarnej. Nie dąsaj się, wiem, że działacie pod znacznie większą presją niż my. Po prostu to, że niemal równocześnie szykujemy się do powtórnych naszych ślubów, jest tak niewiarygodne – TAK niewiarygodne – że tylko życie mogło się tak ułożyć. Żadna literatura by tego nie uniosła, bo czytelnicy żachnęliby się, że to za słodkie na prawdę.

Tymczasem natomiast kończy mi się kawa. Dopijam więc i idę gotować kakao – moi balowicze pewno lada moment wstaną.

Pozdrawiam Cię, Kochana, z wyżyn swej sielanki

Malina

Od: jaga.jablon@gmail.com

Do: malina_m@malibox.pl

Data: 10.01.2016

Temat: Harmonogram ślubów

Kochana Malino!

Nowy rok zawsze mnie przymusza do oglądania się wstecz, wpatrywania w przeszłość i planowania przyszłości. A co dopiero ten rok, który jest w zwielokrotniony sposób nowy?

Do tej pory wszystko toczyło się siłą rozpędu, nakręcanego adrenaliną, zakochaniem, emocjami rozsadzającymi serce i głowę – amok zupełny. Jak przez mgłę wspominam przeprowadzkę (raz jeszcze Ci dziękuję za pomoc – pakowanie dotychczasowego życia w kartonowe pudła, gdy co chwila biegasz do toalety wstrząsana wczesnociążowymi wymiotami, to nie jest łatwa sprawa), nieśmiałe, podszyte niedowierzaniem oswajanie się z nowym domem, szykowanie pokoików dla Matysi i Jeremka, pierwsze wspólne patchworkowe święta – rodzina model 2016!, żonglowanie dziećmi z jeszcze mężem. A do tego ukrywanie faktu, że z początkiem wiosny na świecie pojawi się Hania. Matysia wie o przyrodniej siostrze. Zdaje się, że wiedziona niezwykłym instynktem nie dzieli się z tatą tą nowiną. Na razie puchowy płaszcz skutecznie zakrywa niespodziankę, ale w sali sądowej wystąpię w subtelniejszym i lżejszym stroju. Dowód winy jak na dłoni! Podobno na skali stresu rozwód stoi tuż za śmiercią bliskiej osoby. Im bliżej do daty rozprawy, tym bardziej jestem skłonna dać mu pierwszą lokatę.

Jerzy bardzo by chciał obdarzyć mnie i Hanię swoim nazwiskiem, co oznacza alpejską wprost kombinację: rozwód na pierwszej rozprawie i znalezienie terminu na ślub (po uprawomocnieniu się wyroku oczywiście!) w ciągu trzech miesięcy. O takich drobiazgach jak sukienka niebędąca namiotem, buty na obcasach, gdy środek ciężkości nie wiadomo gdzie i nawet zwykłe trampki nie są już komfortowe, nie wspomnę. Dobrze, że przynajmniej sprawa świadkowej ustalona. Wybaczę Ci, że będziesz atrakcyjniejsza od panny młodej…

Siedzę nad kalendarzem, zastanawiając się, czy ten plan ma jakiekolwiek szanse na powodzenie. 22 stycznia mam sprawę rozwodową. Tylko szaleniec mógłby pomyśleć, że podczas jednego posiedzenia da radę zgodnie z opuszczanym małżonkiem podsumować kilkanaście lat wspólnego życia. Moja pani prawnik w przyszłym tygodniu spotka się z mecenas reprezentującą Piotra (wcześniej takie historie to tylko z amerykańskich filmów znałam), by porównać listy propozycji i żądań. Ciekawe, czy część wspólna będzie duża. Studzę bojowy zapał mojej prawniczki, podkreślając, że to, na czym mi najbardziej zależy, to opuszczenie sądu jako wolny człowiek. Patrzy na mnie jak na raroga, ale klientka nasza pani. Gdyby ten karkołomny plan się udał, to po trzech tygodniach, czyli w połowie lutego (trzydziesty szósty tydzień ciąży!) mogę brać ślub. Całe szczęście, że w USC nie ma nauk przedmałżeńskich i wymogu odpowiednio długiego okresu narzeczeństwa. Mimo to znalezienie terminu będzie trudne, bo już przy składaniu papierów należy wykazać, że nie jest się bigamistą. Pomyślałam sobie nieśmiało, że może Staszek by poratował Twoją przyjaciółkę? Pamiętasz, jak opowiadał o swoim dobrym znajomym, który od czasu do czasu wspiera obecnością i prezentami jego dom dziecka? I że ten znajomy pracuje w archiwum USC? Na pewno ma odpowiednie kontakty w którymś z warszawskich urzędów. Zapytałabyś?…

A Wy kiedy? Wiem, że jesteście ze sobą zaledwie kilka miesięcy, ale w moim stanie ciała i ducha dziwię się każdemu, kto mógłby się z kimś wymienić obrączką, a tego nie robi. A może podwójny ślub? Motywacja Staszka do szukania terminu i miejsca byłaby większa… Zrozumiem jednak, gdy powiesz, że są bardziej romantyczne daty na wychodzenie za mąż niż luty.

Tak, życie dba o to, by nasza korespondencja kwitła. Nie wrócę już do pracy. Zabrzmiało to jakoś ostatecznie, ale rzeczywistość jest właśnie taka – rok urlopu i jakieś zaległe dni na wypoczynek, co razem daje perspektywę zawodowego niebytu do połowy 2017 roku.

Zwolnienie obrotów najwyraźniej było mi potrzebne. Poleguję, odpoczywam, czytam. Trochę się martwię, że narobiłam Wam kłopotów tym przedterminowym zniknięciem. Szef, zdaje się, nie ma jeszcze pomysłu na zastępstwo?…

Słyszę ruch na podjeździe – Jerzy i moje szkodniki wracają z lasu. Jeremi tak długo wyczekiwał śniegu, że ta skromna biała kołderka, która od dwóch dni pokrywa ziemię, wprowadziła go w stan niemal euforyczny. Zażądał sanek, włożył kombinezon, rękawice i buty – wszystko bardzo nieprzemakalne – i poszli na długi spacer. Zwlekam się więc z fotela, by grzać pomidorówkę.

Mimo wszystko, Kochana Moja, mam mocne przekonanie, że to będzie dobry rok – początek nowego, wyczekiwanego życia. Od kiedy odważyłam się pozwolić sobie na marzenia i nawet zaczęłam je realizować, jestem spokojniejsza – może to zadziwienie własną śmiałością, a może poczucie sprawczości? Tak czy owak lubię to nowe uczucie.

Całuję niedzielnie

Twoja J.

Od: malina_m@malibox.pl

Do: jaga.jablon@gmail.com

Data: 13.01.2016

Temat: Nie suknia zdobi człowieka.

Znajdź mi kobietę, która naprawdę tak myśli!

Jagodo!

Umysł kobiety, co przyznaję z samokrytycyzmem, wbrew temu, co lubimy o sobie sądzić (frapujące skomplikowanie, podzielność uwagi i wielofunkcyjność itd.) – jest jednak prymitywny. Oto przeczytałam Twój mejl, pełen przecież rewelacji – o patchworkowych świętach, dacie rozwodu, dacie urodzin Hani – tymczasem mój durny mózg przyjął je wszystkie spokojnie, by wobec jednej tylko sensacji zapulsować alarmująco czerwonym światłem: będę świadkiem! Muszę kupić sukienkę!!!

No czyż nie prymityw? Sama powiedz. Powinnam się wzruszać, zadziwiać, frasować, przeżywać wszystko siostrzanie wraz z Tobą – tymczasem moja uwaga zawisa (wstyd!) na głupim ciuchu.

Na swą obronę powiem, że może to efekt kumulacji, jaka mi się przydarza bodaj pierwszy raz w życiu: oto w bardzo nieodległym czasie – może w ciągu paru tygodni – wystąpię jako świadek ślubu i… główna bohaterka tegoż. Muszę więc wybrać nie jeden, a dwa stroje. Już jedno takie wyzwanie wydawało się bycze, a co dopiero dwa…

Prawdziwa szkoda, że z racji ciążowego polegiwania nie możesz mi towarzyszyć w zakupowych wypadach jak przy pamiętnym kompletowaniu ubrań na wyjazd do Paryża. Tak świetnie się wtedy spisałaś…

Swoją drogą, ze zdumieniem stwierdzam, że ów czas, obiektywnie przecież nie tak odległy (nie minął nawet rok!), wydaje mi się zamierzchły i tak przydymiony… Zaiste, jak u Sojki: „niepamięci cud”. Wieko mojej relacji z Wiktorem zatrzasnęło się definitywnie (tworząc istną puszkę Pandory!). Tylko ubrania zostały. Tak trafnie je doradziłaś, że z przyjemnością je noszę do dziś. Fachura z Ciebie! Może, dla odmiany, po powrocie z macierzyńskiego zajmiesz się rubryką mody?

Nasza data ślubu już zaklepana: dwudziesty siódmy marca, Wielkanoc. Nie może to być luty, bo w lutym Wielki Post. Takie rzeczy to tylko w świeckim USC.

Kiedy możemy przyjechać wręczyć Wam oficjalne zaproszenia?

Jedna tylko rzecz mnie zasmuca. Rola świadkowej należy Ci się jak nikomu innemu, ale w moim życiu tyle się ostatnio wydarzyło niespodziewanych zwrotów akcji, że mam prawo się bać, że i mojego ślubu licho może nie ominąć. Co by było, gdyby świadkowa zaczęła rodzić dwie godziny przed ceremonią? Jak wtedy odkręca się takie formalności? Ma się świadka rezerwowego? Ślub zostaje odwołany? Prosi się siostrę, żeby była w odwodzie? Nie, nie, nie kuśmy losu. Nie gniewaj się, ale o świadkowanie poproszę Joannę. Nie czujesz entuzjazmu – i słusznie nie czujesz. Ale innej przyjaciółki tak bliskiej jak Ty nie mam.

Może to zresztą trochę ociepli moje stosunki z Joanną, kto wie?…

Znajomy archiwista z USC to Alfred. Stach porozumiał się z nim, ale nie jestem pewna, czy Alfred pomoże… Jest życzliwy, i owszem, powiada też, że jak by co – najlepszy kontakt ma z kierowniczką urzędu ursynowskiego, działa jednak (imć Alfred, nie kierowniczka, o której nic nie wiem) w tempie archiwisty właśnie. Nawet wysławia się z namysłem – nie wiem więc, czy sprosta Waszemu pośpiechowi.

A! Odnośnie do urzędowego narzeczeństwa – tu niespodzianka. On mówi, że wobec urzędu jest jednak formalny wymóg czasu trwania narzeczeństwa, czyli okresu od złożenia papierów do zawarcia związku. I jest to jeden miesiąc i jeden dzień. Nie, nie żartuję. Sprawdź sobie.

Poza tym wypoczywaj. Oszczędzaj się. Nie forsuj i niczym nie martw. A jeśli opracujesz wygodną pozycję do pisania mejli na leżąco, to pisz do mnie dużo.

Całuję!

Malina

Od: jaga.jablon@gmail.com

Do: malina_m@malibox.pl

Data: 14.01.2016

Temat: Natłok

Malinko,

widzę, że praca w redakcji kobiecego pisma wydobywa z Ciebie cechy, które wcześniej głęboko skrywałaś. Może nie pod habitem, jak Twoje koleżanki z poprzedniej pracy, ale także dość skutecznie. Ja zaś w modowym odwrocie; raz, że rzadko ostatnio bywam, dwa – mnogość spraw do ułożenia skutecznie zapycha mi głowę. Sukienka, nawet ślubna, jakoś mi nie spędza snu z powiek. Może dlatego, że we wszystkim będę wyglądać podobnie: macierzyństwo, nie kobiecość, wysunie się na pierwszy plan. Poza tym ślub cywilny chyba nie budzi aż takich emocji jak kościelny?… Nie jestem reprezentatywna – mój sakramentalny też nie sprawił, że wzorem wielu par dostałam rocznego (lub dłuższego!) szmyrgla, zadręczając siebie i otoczenie dobieraniem koloru serwetek do kwiatu w butonierce pana młodego. Ty też odstajesz od średniej – drugi kościelny ożenek to początek rutyny, prawda?… Żarcik. Choć przyznam Ci się, że to unieważnianie sakramentu ślubu to dla mnie trochę jak historia: „paliłem, ale się nie zaciągałem”. Grunt, że jesteście zadowoleni. Ty i Pan Bóg. I Staszek też.

 

Zmartwiłaś mnie tym narzeczeństwem cywilnym. Wymagania nie są rozbuchane, a i tak nie możemy im sprostać. Liczę na jakiś bonus z racji gigantycznego brzucha. Jeśli panna młoda ma za chwilę wylądować na porodówce, to można założyć, że od kilku dobrych miesięcy coś ją z panem młodym łączy.

Denerwuję się – to moja aktywność z ostatnich dni. Nic z klimatów tradycyjnej przyszłej panny młodej. Odliczam czas do trzydziestego szóstego tygodnia ciąży (bo wtedy już przedwczesny poród niestraszny), do sprawy w sądzie, do ślubu. Gonitwa myśli intensywna jak kopnięcia Hani w żebro.

Pisanie nie idzie mi teraz składnie, dlatego przepraszam za brak odpowiedzi na listy czytelniczek. Nadrobię, naprawdę. Za chwilkę.

Ścisk

J.

Od: malina_m@malibox.pl

Do: jaga.jablon@gmail.com

Data: 18.01.2016

Temat: Re: Natłok

Moja J.!

Już dawno nie czułam się tak zajęta. Zajęte mam przede wszystkim myśli. Robię jedno, a myślę o tuzinie innych spraw – co sprawia, że zastygam w głębokim namyśle – a wokół mnie a to kipi mleko, a to nie solę kartofli, a to wracam do domu z połową zakupów z listy lub też, jak ostatnio, w ogóle zapominam wziąć listę z domu. Gdy się opamiętuję, że znów coś przeoczyłam – poganiam samą siebie i staram się wszystko nadrobić. Jak to więc wygląda? Proszę bardzo – na przykład sprzątanie mieszkania: zauważam kurz. (Cud, że w ogóle coś zauważam!). Idę do kuchni po ściereczkę. Po drodze zbieram naczynia pozostawione tu i tam. Doszedłszy do celu, spostrzegam, że kwiatek ma sucho, aż przywiądł. Rzucam wszystko, by go napoić. W ten sposób tłukę kubek, a o ściereczce w ogóle zapominam, nie mówiąc już o tym, co miałam nią ścierać.

Albo: pracuję tak machinalnie, że wciąż czegoś szukam. W komputerze szukam, gdzie zapisałam porcję przepisów na domowe lody i koktajle (numery: czerwcowy i lipcowy), w domu tropię, gdzie zachomikowałam dopiero co kupiony diadem i blond perukę (akcesoria Elzy na przedszkolny bal, sukienkę szyje babcia).

Czym mam tak zajętą moją biedną głowę? Otóż układaniem w myślach najbliższych tygodni. Twój ślub, mój ślub. Obrączki! Kreacje – już wiesz, że mi spędzają sen z powiek. Staszek się niecierpliwi, że już pora kupować garnitur. Ja nie wiem, jaka będzie sukienka, więc jeszcze go trochę stopuję – a czas leci, topnieje bez ustanku. A jeszcze zaproszenia (wydatnie pomógł mi ten miły grafik Krzyś), zdjęcia, potrawy, muzyka. Wesele – to zresztą za duże słowo na nasz planowany skromny poczęstunek – żadna pompa. Ale czymś trzeba jednak Was wszystkich podjąć. Usadzić. W tle włączyć miłą dla ucha, konsumpcji i konwersacji muzykę (mam specjalny folder różnych kompilacji pogodnych standardów jazzowych – powinny Ci się spodobać).

Pisałaś, że rozwód jest tak stresogenny. A zamążpójście to niby nie?! Choćby i drugie. Uch…

Jedynym, ale jakże ważnym wyjątkiem, pozostającym poza tą moją nerwówką, jest pan młody. Nie wiem, czemu kiedyś myślałam, że aby dobrze wyjść za mąż, trzeba się solidnie poznać. A to, w moim ówczesnym mniemaniu, dawał jedynie czas – liczony w latach „chodzenia”. Może z wiekiem ów czas bardziej się ceni, zaczyna do nas docierać, że jest go ograniczona liczba lat – i długotrwałe prowadzanie się z kandydatem celem utwierdzenia nie ma sensu? Tak jest w moim przypadku teraz. Znam Staśka mniej niż rok. I czuję do niego… hmm, pomyślmy. Kolejno: najpierw irytację. Potem zaintrygowanie. A gdy się do niego przekonałam, ominęłam chyba etap zauroczenia, przechodząc od razu do stabilnego, przekonanego kochania. Nie było całego tego zakochaniowego obłędu, tracenia głowy, targania emocjami. Może dlatego, że on nigdy nie był tajemniczy? Szedł do mnie z sercem na dłoni, nie kryjąc intencji. Co ciekawe, po przygodach z Wiktorem w przypadku Staszka wcale nie brakowało mi tych miłosnych podchodów. Przeciwnie, jest mi on konkretem i wytchnieniem, jak pozytywizm po romantyzmie.

Jestem też spokojna jedynie o część kościelną, czyli sam ślub. Zgodnie z tradycją odbędzie się w parafii panny młodej, czyli u naszych pasjonistów. Ojciec Przemek serdecznie mi pogratulował, że „ruszyłam z posad starego dziada Stacha”, a Daniel, kompletnie niezaskoczony, twierdził, że od początku wiedział, na co się zanosi.

Kończę, Moja Droga, bo piszę do Ciebie, a myślami już jestem w czterech butikach ślubnych, do których jadę dzisiaj prosto po pracy. Strasznie mi łyso – ani przyjaciółki, ani świadkowej…

No nic. Poprzymierzam je, nastrzelam sobie słitfoci i Ci wyślę, będziesz doradzać zdalnie.

Ścisk!

Malina Myślicielka

PS

A wieczorek panieński Ci urządzić?

Kogo ewentualnie byś chciała zaprosić?

Od: jaga.jablon@gmail.com

Do: malina_m@malibox.pl

Data: 18.01.2016

Temat: Niemłode panny

Malinko,

ja już jakiś czas temu zaobserwowałam u siebie to, o czym piszesz – rozkojarzenie, zapominanie, gapiostwo. Po części wynika to z emocji, po części ze stresu, ale także – z wieku. Nie obruszaj się: zużywamy się; smutno pomyśleć, że na pierwszy front idzie głowa, z drugiej jednak strony ten aspekt ukryć łatwiej niż urodę naznaczoną czasem. Ja nawet nie tyle zapominam (choć to też), ile w przedziwny sposób przeinaczam, szczególnie to, co czytam. Choćby tak: zamiast napisu na bramie „zakaz parkowania” widzę: „zaraz wracam”. Na budynku szyld: „skup butelek”, a ja odczytuję: „spytaj papę”. I tak dalej… czy ja dobrze pamiętam, że Twoja mama i jej psiapsiółki leczą się jakimiś cud-ziołami mielonymi samodzielnie, które przepychają żyły, stymulują głowę, a przy okazji dbają o cerę?…

Pewnie mi się trochę poprawi, gdy już jasne będzie, jakie stanowisko rozwodowe zajmie Piotr, co ma się okazać jutro, ale ziołolecznictwo zawsze dobre.

Kochana jesteś, że pytasz o wieczorek, odważnie zakładając, że ślub się odbędzie. Ale chyba nie planuj. Nie wszystkie moje znajome już wiedzą, że nie jestem z Piotrem. Z częścią przyjaźniliśmy się krzyżowo: ja z nią, Piotr – z nim. Niezręcznie teraz, prawda? Jeszcze większy dylemat miałaby moja (nieliczna) rodzina. To prawomyślni katolicy. Nie, nie obrażam ich, po prostu nie każdy jest katolikiem wyzwolonym, jak Ty. Dla niektórych po wsze czasy pozostanę żoną Piotra. No, są jeszcze koleżanki z pracy, lecz tu też mam wątpliwość. Bo tak szczerze: żyjecie sobie tam troszkę tym skandalikiem, o którym nie opowiadałam nikomu?… Nic tak ludzi nie nakręca jak tajemnica. Chyba nawet romans Troglodyty poszedł w odstawkę.

Więc wieczorek z Tobą. Może jakiś miły hotel ze spa (teraz mają dla ciężarnych pakiety, tak się porobiło!)? W pobliżu Warszawy. I szpitala położniczego.

Na wybieranie sukienki tobym kogoś wzięła na Twoim miejscu. Oni tam na pewno mają takie lustra, wnętrza i oświetlenie, że każda panna młoda wydaje się sobie ósmym cudem świata. A jaka jest prawda – wystarczy zrobić sobotnią rundkę po kościołach w miesiącach letnich z „r”.

Całus serdeczny

J.

Od: malina_m@malibox.pl

Do: jaga.jablon@gmail.com

Data: 19.01.2016

Temat: Audrey

Yago!!!

Mam, mam, mam!

Wiem, miałam Ci wysłać selfie, ale na miejscu tak się zakręciłam, tak mnie te ekspedientki obsiadły, ubierały, podpinały, obracały, że zupełnie wypadło mi to z głowy (jak wiele rzeczy ostatnio. Prócz włosów).

Opiszę Ci ją.

Po pierwsze jest czysto biała. Za Macieja wychodziłam w leciutkiej kości słoniowej, écru, tym razem zamarzyła mi się śnieżna biel. Jeśli, wzorem poprzednich lat, tegoroczna Wielkanoc także będzie śnieżna, to będę się spójnie prezentować.

Po drugie na jej widok doznałam przeszywającego olśnienia. A przeszywające olśnienie to najlepszy doradca!

Po trzecie wygląda jak żywcem wyjęta z lat pięćdziesiątych. Powiem więcej – jest niemal doskonałą repliką sukienki, w której Audrey Hepburn odbierała Oscara za Rzymskie wakacje.

Nie pamiętasz? No więc włącz wyobraźnię i słuchaj, jadę od góry: dekolt w kształcie łezki. Dalej może dwucentymetrowe ramiączka, ręce gołe. Kibić ciasno opięta aż do talii. W talii wąziutki paseczek – i wnet pod nim zaczyna się fantastyczne rozkloszowanie. Nie za szerokie, żadna tam beza – tylko takie w kształcie litery A, klasyka lat pięćdziesiątych. Wierzch z dość dużej kwiecistej koronki, pod tym atłas i pod spódnicą sztywna halka.