Taniec pszczółTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dziewczyna z trudem skinęła głową.

– Powie mu pani, że byłam?

– Powiem. On też o ciebie pytał, ale jeszcze nie jest gotowy. Daj mu trochę czasu. Zawiadomimy cię.

Matka Erniego wcisnęła do kieszeni osłupiałej dziewczyny trzymane w dłoni banknoty i szybko zamknęła drzwi.

Od tamtej chwili Basia nie potrafiła znaleźć sobie miejsca. Dwa dni później z sercem kołaczącym tak, że chyba było je słychać w całym domu, ponownie odważyła się zapukać do Bindecków. Ale odgłosy, które słyszała za drzwiami, nagle ucichły. Nikt jej nie otworzył. Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Napisała więc list i wrzuciła go przez uchylną mosiężną klapkę pocztową w drzwiach. Bez odpowiedzi.

Kiedy zaczęła się zastanawiać, czy nie poprosić o radę Pawła, i właśnie z tym zamiarem szła do jego mieszkania, na dziedzińcu zaskoczyła ją matka Erniego. Wyglądało, jakby celowo czekała na Basię. Dziewczyna struchlała. Przez moment pomyślała, że może narzeczony nie chce jej widzieć, bo złe języki doniosły mu, że spotyka się z Pawłem. Była niemal pewna, że zaraz usłyszy to od Bindeckowej i nawet nie zdoła się wytłumaczyć. Matka Erniego była zarumieniona i zdenerwowana.

– Chce, żebyś przyszła – powiedziała bez wstępów. – Dziś wieczorem.

Odwróciła się, zanim Basia zdążyła zareagować.

– Nie zapalaj światła – szepnął Erni, gdy Basia parę godzin później weszła do jego pokoju. Włożyła sukienkę, którą najbardziej lubił, nawet pokropiła się perfumami mamy i przyniosła kilka owoców głogu zasuszonych dla niego na szczęście.

Stał odwrócony do okna.

– Matka mówi, że koniecznie chcesz się ze mną widzieć – powiedział nieswoim głosem, nie odpowiadając na jej powitanie. – Więc dobrze. Nie przedłużajmy tego. Muszę zerwać nasze zaręczyny.

– Ale... – Głos Basi wyraźnie się załamał. – Dlaczego?

– Dlatego. – Erni gwałtownie się odwrócił. W poświacie ulicznej latarni wyglądał jak upiór. Jego twarz straciła dawny owal, zamiast fragmentu prawego policzka i nosa miał metalową płytkę pokrytą czymś, co próbowało imitować skórę.

Basia mimowolnie zatkała dłonią usta, aby nie krzyknąć. Zasuszone owoce głogu wypadły jej z rąk i potoczyły się po podłodze.

– Teraz rozumiesz? – spytał. – Nie mam prawa żądać, byś resztę życia spędzała z potworem. Znajdź sobie normalnego chłopaka. Choćby Pawła. Zresztą – zamilkł, rozdeptując kulkę głogu, która zatrzymała się u jego stóp – moje życie już się skończyło.

– Co ty mówisz? – szepnęła. – Co się stało?

Nie odpowiedział.

– Erni – odezwała się ciepło i zrobiła krok w jego stronę, ale powstrzymał ją ruchem ręki. – Zawsze byliśmy przyjaciółmi. Od dziecka. Chyba mnie możesz powiedzieć.

Usiadł na tapczanie. Przez długą chwilę milczał.

– Byłem... Jestem radiooperatorem i strzelcem pokładowym na Messerschmitcie Bf 110. Parę tygodni temu wracaliśmy z akcji nad Rosją i mój pilot rozkazał otworzyć ogień do ludzi pracujących na polu obok jakiejś wsi. Próbowałem tłumaczyć, że to cywile, powiedziałem nawet, żebyśmy nie marnowali amunicji, bo sądziłem, że to go przekona, ale nie chciał o tym słyszeć. Fanatyczny hitlerowiec. – Erni z rezygnacją pokręcił głową. – Wrzeszczał, że to na pewno partyzanci i że mam ich wszystkich rozwalić, a potem specjalnymi pociskami podpalić ich domy. Odmówiłem. Zaczął krzyczeć, że odda mnie pod sąd wojenny. Chciał nawet odpiąć pasy i szarpać się ze mną, ale siedziałem w tylnej części kabiny i nie dałby rady dosięgnąć. Wtedy, nie wiadomo skąd, pojawił się radziecki myśliwiec. Nie zauważyliśmy go w tym całym zamieszaniu. Pierwsza seria rozwaliła pilota na kawałki. Drugą doświadczony rusek posłał w silniki. To był koniec. Nie musiał nas nawet dobijać.

Basia słuchała z rozszerzonymi źrenicami.

– W ostatniej chwili rzuciłem się do przodu i przedzierając się przez kawały mięsa, które zostały z pilota, chwyciłem ster. Udało mi się wyrównać lot, czego sowiecki pilot na szczęście nie zauważył, bo motory messerschmitta zadymiły pół nieba. Miałem szczęście. Podwójne, bo do linii frontu też było niedaleko, dzięki czemu bez silników doleciałem na najbliższe lotnisko polowe. Przydało się doświadczenie szybowcowe. – W jego głosie przez ułamek sekundy zabrzmiało coś w rodzaju dumy, ale zaraz zgasło. – Niestety, nie umiałem wylądować tak ciężką maszyną. Zaryłem dziobem, a odłamki owiewki zmiażdżyły mi twarz. – Erni mimowolnie uniósł dłoń i zbliżył ją do metalowej płytki.

Zapadło milczenie.

– Dla mnie to niczego nie zmienia – powiedziała stanowczo Basia. – Dla mnie byłeś i jesteś bohaterem. Uratowałeś mojego stryja, a teraz tych niewinnych wieśniaków. Jakie znaczenie ma ten kawałek metalu? Nie dla urody ci przyrzekałam. Myślałam, że to wiesz.

Chłopak ukrył twarz w dłoniach.

– To nie wszystko – powiedział po kilku sekundach. – Mam jeszcze dwa tygodnie urlopu na rekonwalescencję, a potem wracam do eskadry. Nikt nie wie, co się wydarzyło, pod sąd mnie nie oddadzą, ale ja nie będę już dłużej zabijał. Rozumiesz? Dość tego.

– Co chcesz zrobić? – spytała drżącym głosem.

– Uciec.

– Jak? Gdzie? Czym? Szybowcem? – Ożywiła się nagle. – Szybowcem z góry Chełm! Do Szwajcarii!

– Nie doleci. – Erni prawie się uśmiechnął. – Zresztą nawet gdybym spróbował, zestrzelą mnie sto razy łatwiej niż bażanta. Nie mam planu. – Rozłożył ręce. – Ale myślę nad nim. Jeśli nie wymyślę, to po prostu strzelę sobie w łeb – oświadczył ze spokojem człowieka w pełni przygotowanego na taką ewentualność.

Basia zaczęła nerwowo chodzić po pokoju.

– Wiem, gdzie uciekniesz. – Przystanęła przed nim.

– Gdzie? – Podniósł głowę.

– Do Polski.

– Nie ma Polski.

– Jest – zaprzeczyła. – W lasach. W okolicach Kielc są rejony, w których Niemcy boją się pokazywać. Oddziały partyzanckie dają im tam niezłego łupnia. Wystarczy mieć kontakty... – Urwała w obawie, czy nie mówi za dużo.

– A ty masz? – spytał Erni.

Skinęła twierdząco głową.

– Takie, że mogłabyś...

Skinęła powtórnie.

– Ale... – Do Erniego powróciły wątpliwości. – Ja jestem z Luftwaffe. Polscy partyzanci mogą mnie co najwyżej rozstrzelać. A nawet jeśli ktoś za mnie poręczy, to jak się przedostanę do Generalnej Guberni?

Basia zbliżyła się do niego i przytuliła jego głowę.

– Pamiętasz mojego stryja Heńka? Nawet nie wiesz, kogo uratowałeś.

Paweł Musioł zdusił niedopałek czubkiem buta i pchnął furtkę prowadzącą na dziedziniec kamienicy przy Strasse der SA, gdy nagle wyrósł przed nim zwalisty żandarm z blachą na piersi i schmeisserem wycelowanym wprost w niego.

– Halt! – krzyknął. – Hände hoch!

Paweł przyjrzał mu się uważnie.

– Zeflik? – zapytał. – Pierunie, co ty ludzi straszysz?

– Zawrzyj gemba – syknął żandarm i rozejrzał się zaniepokojony. – Nie godom po polsku.

– Jawohl. – Paweł opuścił ręce uniesione zaledwie do połowy i przeszedł na niemiecki. – Co się dzieje? – spytał.

Zeflik, kolega z podstawówki, z którym nieustannie rywalizowali wzrostem, masą i osiągnięciami w sportach siłowych, opuścił pistolet maszynowy.

– Przyszliśmy po Ernesta Bindecka – powiedział. – Nie wrócił po urlopie do eskadry. Wiesz coś o tym? To twój kolega, nie?

– Widziałem go raz, dwa tygodnie temu. Przez okno. Szedł z kubłem wynieść śmieci. Wyglądał strasznie. Chciałem go odwiedzić, ale Bindeckowa powiedziała, że źle się czuje. Dostał postrzał w twarz czy coś. Nie wrócił z urlopu, mówisz? I myślicie, że leży na otomanie, paląc cygaro, i czeka, aż go aresztujecie?

– Nie moja rzecz – prychnął Zeflik. – Oficer poszedł przesłuchać jego matkę. Na razie to tylko sprawdzamy – wyjaśnił. – Młody Bindeck to bohater. Uratował samolot myśliwski ostrzelany przez ruskich. Mimo że stracił pilota i silniki, doleciał ciężkim messerschmittem jak szybowcem, dasz wiarę? Dostał za to Krzyż Żelazny. Tacy nie dezerterują...

Paweł pokiwał głową, odchylił mankiet i spojrzał na cyferblat eleganckiej recty kupionej okazyjnie od niemieckiego oficera, który zgrał się w karty.

– Muszę już iść – powiedział, ale Zeflik przytrzymał go za rękaw płaszcza.

– Pracujesz gdzieś? – spytał.

– Pytasz prywatnie? – odparł Paweł. – Czy mnie też sprawdzasz? – Sięgnął do kieszeni i mignął koledze przed oczami swoim bezcennym auswajsem. – Przemysł zbrojeniowy – dodał z dumą.

– Prywatnie – wyjaśnił Zeflik. – Bo widzisz... – Ściszył głos. – Komu innemu bym tego nie powiedział, ale tobie powiem. Jesteśmy przecież kamratami. – Spojrzał pytająco, na co Paweł zareagował zdecydowanym twierdzącym ruchem głowy. – Ze Wschodu przychodzą złe wieści. – Zeflik wsunął pistolet maszynowy pod prawą pachę. – Mówi się o poborach do Wehrmachtu. Już nie będą patrzeć, czy kto Niemiec, czy Polak. Wszyscy zdatni do noszenia broni z Provinz Oberschlesien pójdą w kamasze. To cię nie obroni. – Wskazał ruchem podbródka dokument tożsamości, który Paweł nadal trzymał w ręku.

– Czemu mi to mówisz? – spytał.

Zeflik wzruszył ramionami.

– Kawał chłopa z ciebie. Zgłoś się do nas do żandarmerii na ochotnika. Mogę ci pomóc. – Mrugnął. – Mam znajomych oficerów. Dasz parę dolarów...

– Mam się zgłosić i jeszcze za to płacić? – Paweł wydawał się rozbawiony. – Przecież mówisz, że sami mnie wezmą. Za darmo.

– Do armii frontowej. – Zeflik na niego spojrzał. – A my jesteśmy żandarmeria, nie rozumiesz? Regulujemy ruch na drogach, łapiemy dezerterów i robimy porządek na terenach okupowanych, jak ktoś próbuje tam szumieć. Jesteśmy jak policja, tyle że wojskowa. Widzisz różnicę? Ja służę drugi rok i jeszcze z tego nie strzelałem. – Wyciągnął schmeissera spod pachy. – A na froncie ubiją cię raz-dwa. To jak, dasz parę dolarów?

 

Najbliższą godzinę Paweł spędził, czekając, aż Basia skończy pranie u sąsiadów ze środkowej klatki.

– Sto lat cię nie widziałem – ucieszył się, gdy wreszcie wyszła. – Jakoś nie mogłem cię spotkać, ale potem domyśliłem się, że byłaś zajęta. Przecież Erni wrócił...

Pokiwała głową.

– Jego mama wspominała, że chciałeś go odwiedzić. To miłe. Ale on... Odniósł obrażenia... Jego twarz...

– Wiem – przerwał Paweł, oszczędzając jej zakłopotania. – Bindeckowa wspomniała mi, że chciał z tego powodu zerwać zaręczyny.

Basia popatrzyła na niego badawczo.

– To prawda, ale wybiłam mu to z głowy. A co? – zaatakowała niespodziewanie. – Liczyłeś na to? Liczyłeś, że odejdę, bo kiedyś będę się wstydziła pokazać z nim na ulicy? Otóż nie! Nie będę się go wstydzić! Nigdy. Jak tylko wróci z wojny...

– Póki co to nie dotarł do swojej jednostki. – Paweł odparł jej nagły atak.

Basię zamurowało.

„Skąd wiesz?” – chciała krzyknąć, ale zasady konspiracji, które poznawała od ponad roku, uchroniły ją przed błędem.

– Co ty mówisz? – spytała wyraźnie przerażona.

– Prawdę – odparł Paweł. – Dziś u Bidecków była żandarmeria. Drzwi pilnował ten rudy Zeflik, taki olbrzym z naszej podstawówki, pamiętasz go? – I nie czekając na odpowiedź, dodał: – On teraz nosi blachę i schmeissera. Powiedział mi, że Erni mógł zdezerterować.

Basia milczała, wpatrując się w niego dziwnym wzrokiem.

– No nic. – Paweł klasnął w dłonie z wyraźnym zakłopotaniem. – Mam nadzieję, że Erniemu nie przytrafi się nic złego i wróci do ciebie cały i zdrowy. Życzę wam szczęścia – dodał, aż zrobiło jej się głupio, że na niego naskoczyła.

– Paweł... – zaczęła pojednawczo.

– Nic nie mów. – Położył palec na ustach. – Nie trzeba. Czekałem tu na ciebie, bo chciałem się pożegnać. Ja też idę na wojnę.

– Jak to? – zaniepokoiła się. – Przecież pracujesz w zbrojeniówce.

– Co komu po armatach, gdy nie będzie miał kto z nich strzelać? – zapytał ze sztuczną wesołością. – Żołnierze są potrzebni. – Rozłożył ręce w geście bezradności. – Dostałem powołanie – skłamał. – Do żandarmerii. Jak Zeflik. Serwus, Basia. Niech ci się wiedzie.

Wiosna 1945 roku

Orzeł w gabinecie podpułkownika Jerzego Ziętka nie miał korony, ale dla Henryka Tkocza było to teraz mniej istotne. Znali się jeszcze z trzeciego powstania, a takie znajomości są ważniejsze niż idee i ich wyobrażenia godła państwa. W czasie wojny ich drogi się rozeszły. Jorg Ziętek – przedwojenny urzędnik – został we wrześniu ewakuowany na Wschód, trafił do sowieckiego łagru aż na Kaukazie, skąd poszedł do polskiej armii. Poszedł lewą stroną. Dlatego teraz był wicewojewodą śląskim i jedynym człowiekiem, który mógł spełnić prośbę Henryka Tkocza.

Nawet jeśli Henryk Tkocz poszedł prawą stroną. Był w AK, kontrolował szlaki przerzutowe między Prowincją Górnośląską III Rzeszy a Generalnym Gubernatorstwem, współpracował z oddziałami partyzanckimi od Sędziszowa po Radom, ale przede wszystkim zbierał informacje. Chodziły słuchy, że był jednym z lepszych agentów wywiadu rządu londyńskiego, szefującym siatce, której Niemcom nigdy nie udało się namierzyć. Należała do niej jego własna bratanica, którą kochał jak córkę.

W jej sprawie przyszedł do wojewody.

Uściskali się serdecznie i usiedli w skórzanych poniemieckich fotelach. Henryk, człowiek konkretny, w parę minut streścił sprawę. Otóż przyjaciel jego bratanicy nazwiskiem Paweł Musioł wrócił parę dni temu z wojny i został przez funkcjonariuszy bezpieczeństwa zabrany do obozu Zgoda w Świętochłowicach. Powód? Musioł był w niemieckiej żandarmerii.

– Ale – podkreślił Tkocz – został wcielony pod przymusem i jak sam zeznał na piśmie – służył na południu Francji, gdzie nikogo nie skrzywdził. Nie miał jak, bo tam wszyscy wchodzili Niemcom w dupę, istniało prohitlerowskie państwo ze stolicą w Vichy i panowała jedna wielka szczęśliwa kolaboracja.

Musioł zeznał też, że uciekł z żandarmerii z fałszywym rozkazem wyjazdu i przedostał się przez front oraz że w czasie okupacji należał do ruchu oporu organizującego sabotaże w śląskich fabrykach zbrojeniowych. Słowem: trzeba człowieka uratować. Tym bardziej że ręczy za niego Basia Tkocz – córka brata zamordowanego przez Niemców na początku wojny.

– Dzielno frelka – podsumował Henryk – kero mi ocaliła życie, kiedy szkopy chycili mie na fedrowaniu wungla i zawarli w magazynie na Murckach. A pomogli jej tacy chopcy jak tyn Pawlik. Niy ma inaczy, Jorguś, trza synkowi pomóc.

Podpułkownik Ziętek skinął głową i sięgnął po słuchawkę telefonu.

Człowiek, który parę dni później stanął w drzwiach dawnego mieszkania Basi przy ulicy, która znów nazywała się Powstańców, był o wiele starszą wersją Pawła Musioła. Jeśli przed wojną porównywała go do filmowego amanta, to teraz wyglądał, jakby pracowała nad nim zdolna charakteryzatorka z zadaniem dodania mu parunastu lat. Schudł, zgarbił się, sczerniał na twarzy i posiwiał. Pod oczami odznaczały się worki z niewyspania, a prawą brew szpeciło paskudne świeże rozcięcie – pamiątka po gościnności obozu Zgoda.

– Niech cię Bóg błogosławi – powiedział na powitanie i zaczął szlochać.

– Mamo! – zawołała Basia w głąb mieszkania, żeby nie ulec wzruszeniu. – Niech mama zobaczy, kto przyszedł.

– Paweł – rozczuliła się pani Tkoczowa. – Wejdź, synku, zaraz zrobię coś do zjedzenia.

– Nie trzeba, dziękuję – wzbraniał się, zostając za progiem. – Moi rodzice czekają. Ale najpierw przyszedłem do was. Podziękować.

– Dobrze, że cię puścili. – Basia uścisnęła serdecznie jego dłoń.

– Będę miał proces – poskarżył się. – Ale dzięki twojemu wstawiennictwu mogę odpowiadać z wolnej stopy. Jesteś teraz ważną figurą...

– Zwykłą urzędniczką. – Rozproszyła jego podziw ruchem dłoni. – I to nie wiadomo, jak długo, bo nowe władze krzywo patrzą na ludzi z AK. Ale dobrze zrobiłeś, że wysłałeś do mnie gryps ze Świętochłowic. Stryj się uwinął i... Jesteś.

– Jeszcze raz najpiękniej dziękuję – powiedział Paweł i ukłonił się głęboko. Chciał odejść, gdy nagle coś sobie przypomniał. – Co z Ernim? – spytał i Basia dostrzegła, że nawet po tym wszystkim, co przeszedł, to pytanie sprawiło mu trudność.

„Zazdrosny jak zawsze” – pomyślała i w jednej chwili zrobiła się smutna.

– Erni nie żyje – powiedziała cicho. – Zginął w sierpniu zeszłego roku.

Zaskoczyła ją reakcja Pawła. Pokiwał głową, bąknął jakieś wyrazy współczucia, szurnął butami i odszedł. Była pewna, że ktoś ze znajomych już go zawiadomił o śmierci przyjaciela. Zapytał tylko z grzeczności.

*

Proces trwał krótko. Paweł Musioł pod przysięgą potwierdził przymusowe wcielenie do żandarmerii, przypisując to swojemu słusznemu wzrostowi i posturze. Dzięki odpowiednim warunkom fizycznym uniknął Wehrmachtu i zabijania ludzi. Opowiedział też o służbie we Francji, podając nazwy jednostek i miejscowości, w których po prostu pilnował porządku. Najczęściej zakłócanego przez żołnierzy niemieckich i francuskich z rządu Vichy, którzy wszczynali burdy o względy miejscowych dziwek.

Ale najważniejsze w procesie okazały się zeznania kolegi z fabryki zbrojeniowej, który przed sądem potwierdził udział Pawła w sabotażach. Razem psuli hamulce dział tak, jak pokazał im jeden majster z konspiracji. Na pierwszy rzut oka nic nie było widać, ale po paru wystrzałach na froncie armata przestawała działać. Było śledztwo w tej sprawie, które doprowadziło do majstra. Został aresztowany i zabity. Nikogo nie wydał.

Kiedy po wyroku uniewinniającym wyszli na korytarz, Paweł musiał pilnie iść do toalety, w której za chwilę zniknął też jego świadek. Wyszedł za moment, chowając do kieszeni plik banknotów. Basia chciała zapytać Pawła, czy tamten zażądał pieniędzy za zeznania, ale nagle poczuła, że ma dość przeszłości, strachu, śmierci i tej cholernej wojny, która toczyła się nie tylko na frontach sunących w stronę Berlina, ale również w nich samych.

Poczekała na Pawła na korytarzu sądu. Gdy wyszedł, ujęła go pod rękę. Drżał.

– Wiesz – powiedziała – chciałabym, abyśmy zawsze się przyjaźnili.

A kiedy spojrzał na nią, usiłując rozszyfrować sens tego stwierdzenia, dodała:

– I żebyśmy nigdy już nie wracali do wojny.

Miała wrażenie, że on pragnął dokładnie tego samego.

Pobrali się dwa lata później.

Zamieszkali w kamienicy na Powstańców razem z jej mamą. Basię, dokładnie tak jak przewidziała, zwolnili z ważnej posady państwowej za działalność w AK. Została bibliotekarką w górniczym domu kultury. Paweł skończył wieczorowo technikum, dostał awans na kierownika narzędziowni w zakładach metalurgicznych. Urodziło im się dwóch synów. Teraz to oni bawili się w ogródku Tkoczów, w którym niegdyś toczyły się spory narodowościowe. I chyba nimi przesiąkli, bo jeden z braci w latach siedemdziesiątych wyjechał na stałe do Niemiec, drugi został na Śląsku. Młodzieńcy pozostawali w serdecznym kontakcie z wyjątkiem dni, w których odbywały się mecze drużyn piłkarskich Polski i RFN.

Basia z Pawłem dotrzymali przyrzeczenia złożonego na sądowym korytarzu w Katowicach wiosną czterdziestego piątego. Nigdy nie wracali do wojny.

Lato 1967 roku

Basia sprzeniewierzyła się tej zasadzie tylko raz. Bez wiedzy Pawła. Gdy wyjechał na kurs do Czechosłowacji, poprosiła stryja, aby się razem wybrali w okolice Kielc. Odwiedzić Erniego.

Henryk Tkocz odsiedział za AK trzy lata we Wronkach, ale w latach sześćdziesiątych zdawał się już o tym nie pamiętać. Pojechali. Po wizycie na cmentarzu pełnym identycznych partyzanckich kwater spotkali się przy ognisku w dawnym obozowisku zgrupowania. Nad nimi szumiały jodły, w nich grały wspomnienia. Stryj wychylił z metalowej zakrętki termosu sporą porcję wódki, resztki alkoholu strząsnął na ziemię. Dla tych, co w niej leżą.

– Przywiozłem wam dziewczynę Lotnika – powiedział nieoczekiwanie. Wcześniej przedstawiał Basię jedynie jako bratanicę.

Wokół ogniska zrobiło się cicho. Potem kilka ledwie widocznych w mroku postaci podniosło się z pni ściętych drzew zastępujących ławki. Po kolei podchodzili do Basi i bez słowa całowali jej dłoń.

Rozpłakała się.

– Czy któryś z panów opowie mi, jak to się stało? – spytała, zdziwiona własną odwagą. Jakby nagle nabrała jej od tych szarych mężczyzn, którzy przez lata byli postrachem Niemców.

– Konar widział – powiedział któryś.

Cisza zapanowała po raz drugi, lecz za moment przerwał ją głos dobiegający od strony pnia pogrążonego w najgłębszym mroku.

– Lotnik był bohaterem – powiedział człowiek o głosie silnym tak jak jego pseudonim. – Przyjechał do nas z Warszawy, gdzie oddał nieocenione usługi wywiadowi AK, relacjonując wszystko, co wiedział o Luftwaffe. Lotniska, eskadry, samoloty, uzbrojenie, charakterystyki dowódców. Tak było, Heniu? – Konar zwrócił się do stryja Basi, a ten natychmiast potwierdził:

– Tak było, panie poruczniku.

– A potem – kontynuował Konar – chłopak, który spadł nam z nieba, został partyzantem jak się patrzy.

Zebrani pomrukami wyrazili aprobatę dla słów porucznika.

– Mało się odzywał – mówił dalej Konar. – Najczęściej siedział na uboczu i obracał w palcach białe kulki głogu, jakby odmawiał różaniec. Szybko stał się legendą. Ludzie po wsiach sobie o nim opowiadali. Wśród szkopów budził paniczny lęk. Woleliby spotkać się oko w oko z samym diabłem niż z nim. Zawsze nosił panterkę z kapturem, ukrywając twarz, a kto z wrogów tę twarz zobaczył, ten ginął. Był szybki jak błyskawica i nigdy nie chybiał. A jednak – partyzant zawiesił głos – poległ w pojedynku jeden na jednego. Na moich oczach.

Mimo gęstniejącego mroku Basia wpatrywała się w niego z rosnącym napięciem.

– Niemcy nas zaskoczyli. – Głos Konara wyraźnie posmutniał. – Uciekaliśmy po akcji przez łąkę graniczącą z lasem, gdy nagle zaroiło się od szkopów. Ja zdążyłem wpaść między drzewa, ale rosły zbyt rzadko, aby dać schronienie. Byłbym łatwym celem. Na szczęście zauważyłem spory wykrot i przylgnąłem w nim brzuchem do ziemi, nakrywając się gałęziami. Po chwili powoli uniosłem jedną z nich i wyjrzałem na zewnątrz. Lotnik dobiegał do zagajnika jakieś dwieście metrów po mojej lewej. I nagle stanął jak wryty. Naprzeciwko niego wyrósł Niemiec, który wyszedł z krzaków i chyba też nie zauważył Lotnika, bo był tak samo zaskoczony. Przez parę sekund tkwili naprzeciwko siebie i nagle tamten uniósł empi i puścił krótką serię. Z tak bliska, że Lotnika aż odrzuciło. Upadł na plecy. Musiał zginąć od razu, bo Niemiec bez wahania przyklęknął i przeszukał mu kieszenie. Pewnie szukał map. Mierzyłem do niego ze zdobycznej parabelki, ale przy tej odległości nie miałem szans na celny strzał. – Konar posmutniał jeszcze bardziej. – Tym bardziej że zaraz dobiegło tam paru innych szkopów. Obserwowałem ich, ale jakoś stracili ochotę na pościg za partyzantami w lesie. Odeszli, zostawiając Lotnika tak, jak leżał. Odczekałem kilka minut i gdy Niemcy zniknęli w zabudowaniach wsi, wyczołgałem się i uskoczyłem w gęściejszy las. Do dziś słyszę tamtą serię – dodał cicho i sięgnął po butelkę z wódką.

 

Zima 1992 roku

Siedemdziesiąte urodziny babci Basi miały być wielkim wydarzeniem. Zaproszono przyjaciół z kamienicy przy Powstańców, rodzinę syna z byłego RFN i krewnych z całego Śląska. Najlepszy katowicki cukiernik głowił się nad smakiem tortu, a właściciel prywatnego zakładu wędliniarskiego, który miał sklep na Koszutce, peklował szynki. Najmniej przejmowała się urodzinami solenizantka, najbardziej jej piętnastoletnia wnuczka Bożenka, która szykowała coś ekstra. Prezent, jakiego jeszcze nie było. Pracowała nad nim od dawna, w ścisłej tajemnicy. Wypytywana robiła nieprzeniknioną minę i milczała jak grób.

Sekret znał tylko właściciel laboratorium fotograficznego firmy Kodak, sprowadzonego z Zachodu za astronomiczne pieniądze, który przewidział, że ludzie uwolnieni z aresztu PRL-u tłumnie ruszą na zagraniczne wycieczki i będą tam sobie masowo robić zdjęcia. Nie pomylił się.

Poza produkcją odbitek z plażami, palmami, wieżami Eiffla i ruinami starożytnych świątyń laboratorium potrafiło coś jeszcze. Ze starych zdjęć uzyskiwało świetnie podrasowane kopie. Drukowano je następnie w formie albumu, wyglądającego zupełnie tak samo jak te w księgarni. Bożenka pokochała pomysł od pierwszego wejrzenia. Jesienią, w sekrecie przed wszystkimi, zaczęła gromadzić fundusze i materiały.

Album wyszedł lepiej, niż mogła przypuszczać.

Na okładce umieszczono piękny portret babci Basi wpisany w kontur serca, imię solenizantki i datę jej szczęśliwej siedemdziesiątki. Zero obok siódemki zastępował okrągły tort ze świeczkami wykonany w graficznym programie komputerowym.

Basia ujęła album drżącymi rękami. Od paru lat po nieudanej operacji biodra chodziła wsparta na kuli i rzadko wypuszczała się dalej niż do sklepu przy placu Miarki. Nie miała pojęcia o nowinkach z Zachodu dopingujących katowicki wyścig przedsiębiorczości i wolnego rynku, dzięki któremu nareszcie miało być tu jak w Rajchu. Album ze swoimi zdjęciami uznała za normalną książkę wydaną i wydrukowaną i nie mogła się nadziwić, jakim cudem Bożenka dokonała tego cudu. Z niedowierzaniem kręciła głową, czemu wszyscy goście przyglądali się z uroczystą uwagą, obserwując rosnące wzruszenie babci.

Na pierwszych stronach znajdowały się zdjęcia z dzieciństwa. Basia w becie trzymanym przez rodziców chrzestnych, w wózku na dziedzińcu kamienicy, w białej komunijnej sukience i czarnym szkolnym mundurku. Potem nadchodziła młodość.

Po przewróceniu kolejnej kartki Basia sięgnęła po okulary, choć radziła sobie bez nich całkiem nieźle.

Nagle pobladła.

Poziom emocji – spotęgowany przez przygotowania do przyjęcia urodzinowego, przyjazd syna niewidzianego od lat i prezent od wnuczki – okazał się zbyt wyczerpujący.

– Zostawię was na chwilę – powiedziała, z trudem wstając z krzesła. – Muszę wziąć lekarstwo na tarczycę. Bożenko, pomożesz mi?

Podniosły się głosy zaniepokojenia, ale Basia uciszyła je gestem dłoni.

– Za parę minut wracam – zapewniła. – Jedzcie, częstujcie się. Paweł – zwróciła się do męża – zajmij się gośćmi.

Delikatnie asekurowana przez wnuczkę, umieściła prezent pod pachą i podreptała do swojego pokoju. Tu ciężko opadła na wersalkę.

– Zamknij drzwi – poprosiła Bożenkę. – I usiądź koło mnie.

Gdy wnuczka spełniła obydwa życzenia, Basia przerzuciła kilka kartek albumu i otworzyła go na stronie, na której widniał jej portret w wieku siedemnastu, może osiemnastu lat, w jasnej sukience i z włosami splecionymi w warkocze.

– Skąd wzięłaś to zdjęcie? – spytała wnuczkę. W jej głosie było coś niedobrego.

Bożenka zaczerwieniła się po czubki uszu.

– Babciu... – zaczęła drżącym głosem. – Ja bardzo przepraszam, to miała być niespodzianka. Nigdy więcej już tak nie zrobię.

– Skąd je wzięłaś?

Wnuczka nabrała powietrza.

– Jak dziadek przeszedł na emeryturę, przyniósł do domu taką kasetkę ze swoimi skarbami, którą wcześniej trzymał w kantorku w pracy. Byłam raz u niego w fabryce i widziałam. Postawił ją na górze regału, tak, że była niewidoczna, ale ja kiedyś podejrzałam, jak ją zdejmuje, a potem otwiera kluczykiem, który zawsze trzymał w szufladzie. Szukając twoich zdjęć do albumu w tajemnicy przed całą rodziną, postanowiłam tam zajrzeć, gdy dziadka nie było. Znalazłam i pożyczyłam na parę godzin to zdjęcie, odkładając je na miejsce, gdy tylko zakład fotograficzny zrobił odbitkę. Przepraszam, babciu, nie powinnam grzebać w nie swoich rzeczach, ale tak bardzo chciałam sprawić ci radość! – Bożenka objęła ją obydwoma ramionami, ale Basia nie odwzajemniła uścisku. Była jak skamieniała.

– Babciu – przestraszyła się dziewczyna. – Wszystko dobrze? Aż tak się na mnie pogniewałaś?

Basia przecząco pokręciła głową.

– Nie... Nie w tym rzecz. Widzisz, tę fotografię dałam w czasie wojny komuś bardzo dla mnie ważnemu, kto miał ją mieć zawsze przy sobie. Nie potrafię zrozumieć, jak to się stało, że trafiła do tej kasetki, o której mówisz.

– Musimy zapytać dziadka Pawła – uznała Bożenka. Wstała.

– Zaczekaj – poprosiła Basia. – Muszę uspokoić myśli.

– Babciu – szepnęła Bożenka. – Co się stało z tym ważnym dla ciebie człowiekiem?

– Został zabity.

Dziewczyna wyraźnie się zaniepokoiła. Tkwiła na środku pokoju, nie wiedząc, co robić.

To niemożliwe... Myśli Basi galopowały pomiędzy rozsądkiem a paniką. Paweł nie mógł dostać tego zdjęcia wtedy w czasie wojny. Chwilę po tym, gdy dała je Erniemu, pożegnali się i chłopak wyszedł z jej mieszkania na Koszutce razem ze stryjem Henrykiem. Tego samego dnia mieli przekroczyć granicę Generalnej Guberni. Czy widział się jeszcze z Pawłem? Niemożliwe. A nawet jeśli, czy oddałby mu zdjęcie ukochanej? Czyli... Paweł wszedł w posiadanie fotografii znacznie później, po śmierci Erniego. Niemiec, który strzelił pierwszy w tamtym zagajniku, musiał przeszukać kieszenie zabitego i zabrać zdjęcie. Ale jak trafiło do Pawła, który służył we Francji? Może dostał je od jakiegoś znajomego żandarma? Przecież to ci z blachami pacyfikowali polskie wsie i walczyli z partyzantką. Musi go natychmiast o to zapytać.

Otwierała usta z prośbą, aby Bożenka poprosiła dziadka do pokoju, ale w tym samym momencie dostrzegła, że dziewczyna jest bliska płaczu. Niespodzianka z albumem, która miała uszczęśliwić babcię, obróciła się w zło, którego nie rozumiała.

– Dlaczego ten ważny dla ciebie człowiek został zabity? – spytała niepewnie.

– Była wojna – odpowiedziała babcia uspokajająco. – On walczył w partyzantce. Zginął w sierpniu czterdziestego czwartego w Kieleckiem, pod Antoniowem. Poproś dziadka i zostaw nas na chwilę samych, dobrze?

Bożenka, która trzymała już dłoń na klamce, odwróciła się.

– Pod Antoniowem? – powtórzyła. – W kasetce dziadka jest dużo zdjęć z wojny. Chłopskie chaty kryte strzechą, młyn wodny, kapliczka, starsi ubogo ubrani i przerażeni ludzie... Każda z tych fotografii opisana jest na odwrocie dziadkowym charakterem pismem. Wszystkie są z Antoniowa z czterdziestego czwartego roku – dodała.

Zauważyła z przestrachem, że album wysuwa się z rąk babci i spada na podłogę.

OD AUTORA

Opowiadanie jest fikcją literacką. Jego inspiracją stała się nigdy nieopisana prawdziwa historia Kurta Johana Podleski (urodzonego w 1920 roku w Raciborzu), która była przedmiotem moich reporterskich poszukiwań pod koniec lat 90. Kurt, mieszkający wraz z rodzicami od 1930 roku w Katowicach, był pilotem szybowcowym. Rok po wybuchu wojny został powołany do wojska i skierowany do jednostki lotniczej w Opolu, a stamtąd – jako nawigator i strzelec pokładowy – na front wschodni.