Taniec pszczółTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Maciej Siembieda

ALBUM

.

Lato 1939 roku

– Puść! – wrzasnął ile sił w płucach wąsaty grubas, nie zważając na cyklistówkę, którą w tej samej chwili porwał mu podmuch wiatru.

Od siły jego okrzyku zależało praktycznie wszystko.

Sześciu ludzi w obcisłych swetrach i pumpach popędziło w dół zbocza Kopca Lipnickiego, a napięte liny dźwięczały w chłodnym powietrzu jak struny harfy. Musieli je puścić w tym samym ułamku sekundy, w którym jeszcze jeden człowiek z tyłu szarpnął linkę powodującą odczepienie stalowej „rewolwerki”. Do zgrania tych wszystkich ruchów krzyk wąsacza w cyklistówce niezbędny był jak mistrzowski ruch batuty dyrygenta.

Tym razem wyszło idealnie.

Siła lin, początkowo napiętych, a potem uwolnionych niczym cięciwy łuków, wyrzuciła w przestrzeń ażurowy szybowiec i reszta zależała już od pilota. Teraz powinien złapać wstępujący wiatr, ten sam, który zerwał cyklistówkę wąsacza, i już bez przeszkód mógł zamienić się w ptaka.

Ernest Bindeck uwielbiał tę chwilę. Nagłe wciśnięcie tyłka w siedzisko, oparcie stóp na drążkach, pewny chwyt steru, rozpęd podczas szurania i moment, w którym przestawał podlegać prawom ziemskim. Na parę sekund opuszczał powieki, porozumiewał się z prądami powietrza i kiedy otwierał oczy, wokół była już tylko cisza i Podbeskidzie. Aż po horyzont.

Kilka godzin później wracali pociągiem do Katowic. Ernest, oparty łokciem o obramowanie okna wagonu, wpatrywał się w pejzaż przysłaniany co jakiś czas białymi obłokami, którymi prychał parowóz. Przypominały mu watę cukrową z odpustu w Panewnikach. Mimowolnie uśmiechnął się do wspomnień.

– Odmarzłżeś już, karlusie? – spytał rozparty na drewnianej ławce naprzeciwko Paweł Musioł, wyższy od Ernesta o głowę, potężny brunet o lśniących czarnych włosach. Z okazji wycieczki na Kopiec Lipnicki wymył dziś rano czuprynę szarym mydłem i nasmarował obficie pomadą.

Powodem tych zabiegów była Basia Tkocz, która przycupnęła obok niego i dyskretnie zerkała w stronę Ernesta. Dziewczyna w myślach zadawała sobie pytanie, czy starczyłoby jej odwagi, aby unieść się pod niebo na podejrzanej konstrukcji z linek i sklejki, która nie miała nawet kabiny pilota chroniącej przed zimnem. Po wylądowaniu na podbeskidzkiej łące chłopak rzeczywiście był skostniały jak bohater powieści Jacka Londona, powożący na dalekiej północy saniami zaprzężonymi w psy.

– Odmarzłem. – Ernest się uśmiechnął, ale i tak chętnie przyjął metalową piersiówkę z wódką, podaną mu przez przyjaciela.

Paweł lubił przedmioty, które ułatwiały mu pozowanie na brytyjskiego lorda. Spinki do mankietów, papierośnice, krawaty z perłową szpilką i modne stroje w rodzaju puloweru bez rękawów, którego poprzeczne paski podkreślały jego szeroki tors, a kolory – przystojną twarz. Od kiedy zajęli miejsca w wagonie, już dwa razy wyłapał spojrzenia Basi posłane Ernestowi. Uznał, że było ich o dwa za dużo.

– Dziękuję, Erni, że nas zabrałeś – powiedziała dziewczyna, gdy piersiówka z alkoholem wróciła do Pawła. – To było fenomenalne.

– Dawno wam to obiecywałem. – Chłopak przeczesał palcami blond włosy. Ciągle nie chciały wrócić do normy po zabiegach fryzjerskich wiatru, który niósł szybowiec.

Popatrzył na Basię z wyraźnym zadowoleniem. W jego spojrzeniu była duma z wrażenia, jakie na niej wywarł, unosząc się nad Podbeskidziem, a także coś jeszcze...

Paweł ostentacyjnie odwrócił twarz do okna.

– Ja tam wolę fusbal – rzucił zniesmaczony. – Co ty widzisz w fruwaniu na tej ogródkowej pergoli? Ani toto solidne, ani wygodne. Jak się ten cały statek powietrzny nazywa?

– Wrona – odparł Ernest z godnością.

– No – ucieszył się Paweł. – To jak ci się ta wrona kiedyś rozkraczy, spadniesz na łeb i skręcisz kark.

Chłopak mimowolnie dotknął dłonią białego owocu głogu – talizmanu szybowników, który nosił przypięty szpilką w klapie marynarki. Nie odpowiedział.

– Mogłeś nie jechać – syknęła Basia w stronę Pawła.

– Nie mógł. – Ernest odzyskał mowę i sięgnął po papierosa. – Nie mógł – powtórzył, wpatrując się w przyjaciela prowokacyjnie. – Bo musiał mieć cię na oku. Żebyś przypadkiem za bardzo mnie nie polubiła. Mom recht, Pawliku?

Zaczepiony poczerwieniał i już otwierał usta, ale Basia nie pozwoliła mu dojść do słowa.

– Nie jestem jego dziewczyną – oświadczyła stanowczo. – Ani jego, ani twoją, Erni. – Wycelowała w niego wskazujący palec. – I obu was jednakowo nie lubię.

Kłamała. Przepadała za nimi obydwoma. Chodzili razem do szkoły powszechnej, potem do gimnazjum. Mieszkali w tej samej kamienicy w Katowicach i od lat byli nierozłączni. „Trio Koziorożca” – mówiła o nich Basia. Paweł urodził się pod koniec grudnia tysiąc dziewięćset dwudziestego pierwszego roku, ona i Ernest na początku stycznia roku następnego. W tym samym znaku zodiaku. Ale czy z tym samym horoskopem?

Co roku razem wyprawiali Geburstag, który od trzech lat tradycyjnie zamieniał się w towarzyską loterię:

– Którego z nich wolisz, Basiu? – dopytywały koleżanki. – Przecież obaj się w tobie kochają. Którego wybierzesz? – Naciskały, a Erni z Pawłem udawali, że nie słyszą, choć dałaby głowę, że odpowiedź interesuje ich bardziej niż kogokolwiek z gości.

– Ogłoszę decyzję za rok, podczas osiemnastych urodzin – oświadczyła ostatnio i nagle w pokoju zrobiło się tak cicho, że nawet płyta gramofonowa taktownie przestała się obracać. – Daję słowo – dodała uroczyście, choć nagle przestraszyła ją powaga tej deklaracji.

A co, jeśli nie będzie umiała dokonać wyboru? Miała wrażenie, że kocha ich obydwu. Za co? Pawła za urodę kinowego amanta i męską stanowczość, spryt oraz uśmiech, od którego miękły jej kolana. Koleżanki w gimnazjum marzyły, aby Paweł choć raz je nim obdarzył. Erniego za najbardziej niebieskie oczy na świecie, dobroć, szlachetność i odwagę. Jak to zbilansować? Jak zrobić rachunek? I czy to w ogóle kwestia rachunku?

W desperacji, podczas siedemnastych urodzin w styczniu trzydziestego dziewiątego, pomyślała, że albo nie wybierze żadnego z nich, albo rzuci monetą. Postanowiła, że Paweł będzie reszką. Erni, z racji swojej podniebnej pasji, orłem. Uspokoiła się, że to już coś, i nakręciła gramofon z płytą Mariana Hemara, który na cały następny rok wybawił ją z opresji.

Z dworca przeszli spacerem na ulicę Powstańców. Ona w środku, oni jak zwykle po obu stronach, trzymając ją pod ręce, jakby eskortowali swoje szczęście, które za kilka miesięcy przypadnie w udziale tylko jednemu z nich. Sprzeczka została w wagonie, zresztą zgasła nagle, jak dziesiątki innych, które bezskutecznie próbowały ich poróżnić przez ostatnie lata.

Miasto kończyło popołudniową sjestę. Dogasające słońce przeglądało się w oknach eleganckich kamienic o modernistycznej prostocie linii i płaszczyzn, którym nie przeszkadzało sąsiedztwo secesyjnego i neobarokowego zbytku form. Katowice kwitły. Za dotknięciem gospodarczej różdżki zamieniały się w miasto dostatku. Na łąkach, na których niedawno pasły się kozy, jedna po drugiej wyrastały wille sąsiadujące z siedzibami zagranicznych spółek i koncernów. Po plebiscycie miasto przypadło Polsce, ale było stolicą autonomicznego województwa śląskiego. Miało własny sejm i skarb. Czternastopiętrowy drapacz chmur i czternaście placówek dyplomatycznych, nad którymi powiewało czternaście flag wielkich państw. A w środku tego wszystkiego wznosiła się kamienica Basi, Pawła i Erniego, z prawdziwą windą, kinkietami, marmurową posadzką i miedzianymi poręczami schodów, które po wypolerowaniu błyszczały jak szczerozłote.

Przez metalową furtkę weszli na dziedziniec domu, zastając scenę, która rozgrywała się tu każdej letniej niedzieli na pograniczu popołudnia i wieczoru. W ogródku przynależnym do mieszkania Tkoczów mieszczącego się na parterze siedziało na ławce kilku mężczyzn, w tym ojcowie Pawła i Ernesta. Pili piwo lane z metalowej kanki do ozdobnych kufli z fikuśnymi pokrywkami i spierali się o politykę.

Zawsze tak samo. Zaczynało się od tego, który klub ma lepszych piłkarzy albo które piwo trwalszą pianę, co nieuchronnie prowadziło do udowadniania przewagi niemieckiego porządku nad polskim bałaganem. Albo odwrotnie: dyskutowano o wyższości demokracji państwa Mościckiego nad zamordyzmem Hitlera. Potem następowały wycieczki osobiste. Ojciec Basi zarzucał ojcu Ernesta, że pisze się Bindeck, choć powinien Bindek, na co ten odpowiadał, że ich ulica Powstańców też kiedyś nazywała się Bernhardstrasse i świat się od tego nie zawalił. Potrafili zagalopować się daleko, niemal do granic bójki, dochodziło nawet do łapania się za klapy marynarek, ale zawsze mieli pod ręką niezawodny balsam: śląskość. W krytycznym momencie wkraczał ojciec Pawła, który przypominał, że przecież nie są ani Polakami, ani Niemcami, tylko Ślązakami. To zdanie działało zawsze jak zaklęcie, ucinając wszelkie spory. I Ziemia znowu mogła się normalnie obracać wokół Słońca. Chcieli w to wierzyć, bo dzięki temu w poniedziałek rano ponownie mogli się przywitać jak najlepsi kamraci, którzy nie muszą składać deklaracji przynależności do żadnej ze stron wydających wojenne pomruki. Oddychali z ulgą i zanurzali usta w piwie, gasząc ogień sporu i naturalne ludzkie pragnienie.

Basia i chłopcy trafili akurat na ten moment i roześmiali się jak na komedii, na którą idzie się do kina piąty raz, nieustannie czerpiąc radość z gagów znanych w każdym detalu.

Niedziela dwudziestego siódmego sierpnia trzydziestego dziewiątego roku powoli tonęła w mroku.

Wiosna 1940 roku

 

Basia spojrzała na kufel ojca stojący na kuchennej półce u rodziców Ernesta, tuż obok makatki z napisem Grüß Gott, wyszytej z całą starannością niemieckiej ortografii. Coś chwyciło ją za gardło.

Kilka miesięcy wcześniej, kiedy wraz z matką musiała opuścić mieszkanie przy Powstańców – obecnie Strasse der SA – sama zaproponowała, aby Erni przechował dla niej ten kufel. Im wolno było zabrać z domu tylko najpotrzebniejsze rzeczy osobiste i trochę pościeli. Znalazły dach nad głową u kuzynów na Koszutce, za co mogły chwalić Boga tymi samymi słowami co na makatce. Ominął je obóz pracy, z którego jeszcze nikt nie wrócił.

Dawne mieszkanie Tkoczów zajął urzędnik Arbeitsamtu, folksdojcz z Bytomia.

Taty już wtedy nie było.

Wkrótce po tamtej niedzieli w ogródku dostał powołanie do wojska. Był podoficerem rezerwy, kombatantem z trzeciego powstania. Z frontu wrócił po parunastu dniach, ale w mieszkaniu przy Powstańców przespał tylko jedną noc. Nazajutrz aresztowały go wściekłe psy z Freikorpsu, szarpiąc i bijąc pięściami. Powoływał się na jakieś konwencje, pokazując legitymację wojskową, ale jeden z napastników napluł na nią, a potem podarł dokument i rzucił na podłogę. Dla byłych powstańców istniała tylko jedna kara. Nigdy nie dowiedziały się z matką, kiedy i gdzie go zamordowano. Nie mogły nawet urządzić mu symbolicznego grobu.

Znalazły się na skraju nędzy. Próbowały handlować żywnością kupowaną w wioskach na terenie Zagłębia, ale kiedy skonfiskowano rower, ich jedyny środek lokomocji, nie mogły już docierać za miasto. Pomogli dawni sąsiedzi z Powstańców, dając zajęcie i zarobek. Przychodziły więc do nich prać, sprzątać, czasem pilnować dzieci.

Erni przechwycił wzrok Basi skupiony na kuflu i położył jej dłoń na ramieniu.

– Nikt z niego nie pije – powiedział cicho. – Nie pozwalam. Będzie tu czekał na lepsze czasy, aż będziesz mogła go wstawić do kredensu w swoim własnym mieszkaniu.

Popatrzyła na niego z wdzięcznością, choć na myśl o lepszych czasach zalała ją fala goryczy.

– Tęsknisz za szybowcami? – spytała, żeby zmienić temat, przysiadając na kuchennym taborecie.

Erni zapalił papierosa.

– Dostałem propozycję bycia instruktorem w Golleschau Segelflieger Schule na górze Chełm – odparł. – Poszedłem tam raz. Latają na swoich SG-38, choć polskie Salamandry i Komary lepsze. Wyobraź sobie, że przetrwały niezniszczone. – Oczy mu się zaświeciły.

– Przyjmiesz tę pracę? – spytała.

– Mnie nie przyjmą. – Wzruszył ramionami. – Szkołę prowadzi hitlerowska organizacja wojskowa, a ja nie jestem członkiem partii. No i Niemiec ze mnie jak z koziej dupy trąba.

Uśmiechnęła się. Erni zawsze potrafił poprawić jej humor. I nigdy nie robił tego na zamówienie. Po prostu jakoś tak samo wychodziło.

Odwrotnie niż Pawłowi. Ten, mimo wojny, domagał się, by Basia wreszcie zdecydowała o wyborze narzeczonego, wyraźnie się przy tym reklamując. Zawsze zaradny i potrafiący czarować ludzi, dostał pracę w zakładach zbrojeniowych produkujących hamulce odrzutu do armat. Wyraźnie był z tego dumny. Dobra płaca, dobry auswajs z pieczątką „niezbędny dla gospodarki III Rzeszy”, polisą ubezpieczeniową chroniącą przed powołaniem na front. Żyć nie umierać. Kiedy parę tygodni temu opowiadał jej o tym wszystkim, kiwała głową, pełna podziwu dla sprytu chłopaka. Kto wie, może nawet przyjęłaby to zaproszenie na ciastko, gdyby nie zwrócił jej uwagi, że teraz powinna zwracać się do niego Paul. Oczywiście tylko przy obcych.

Osiemnaste urodziny Basi, które nigdy się nie odbyły, nie przyniosły też rozstrzygnięcia w kwestii wyboru narzeczonego.

Nie myślała o tym.

Poprawiła chustkę na głowie, przeglądając się w szybie zakładu fryzjerskiego, i szybkim krokiem ruszyła w stronę Brynowa. Zagadała się z Ernim, przez co sprzątanie nieco się przedłużyło, a sprawa, którą miała do załatwienia, nie mogła czekać. Zdyszana dotarła na Höferstrasse i skręciła do dawnego Parku Kościuszki.

Wyjęła z torebki niewielką puderniczkę, udając, że jest całkowicie pochłonięta upiększaniem policzków, tymczasem bacznie obserwowała okolice drewnianego kościółka Michała Archanioła. Nie zauważyła niczego podejrzanego. Podeszła blisko świątyni i zatrzymała się, odgrywając monodram dziewczyny wypatrującej spóźnionego narzeczonego. Wreszcie dała za wygraną i ruszyła w stronę parkowej alei, ale nagle poczuła kamyk, który przedostał się do jej prawego pantofla. Cofnęła się kilka kroków i oparta dłonią o drewnianą ścianę świątyni, zgięła nogę, ściągnęła but i wytrzepała jego zawartość, sprawdzając, czy kamyk wypadł. To wystarczyło, aby niepostrzeżenie umieścić pod umówionym gontem kościoła mikroskopijny kawałek pergaminu z informacjami, które od kilku tygodni zbierała dla Polskiej Organizacji Wojskowej.

Zadowolona ze sprawnie przeprowadzonej operacji nagle dostrzegła zbliżającego się w jej kierunku Pawła.

Struchlała. „Widział? Nie widział?” – zadawała sobie gorączkowe pytania w myślach. Może pracuje dla Niemców? A może... to on odbiera wiadomości z konspiracyjnej skrzynki? Serce waliło jej jak oszalałe.

Paweł wytwornie uchylił kapelusza.

– Nie przyszedł? – spytał uszczypliwie.

„A więc to tak” – domyśliła się Basia. „Śledził mnie od chwili, gdy wyszłam z Powstańców. Zazdrosny bałwan” – uznała i nagle zrobiło się jej lżej na sercu. Nie chodziło o konspirację, to raz, a dwa – Pawłowi rzeczywiście musiało na niej zależeć.

– Nie przyszła – skwitowała Basia. – Umówiłam się z koleżanką.

– Nie bujaj. – Wpatrywał się w nią badawczo. – Bo marnie ci to wychodzi.

– Nie pytaj, to nie będę bujać.

Paweł na chwilę się zamyślił, ale dziewczyna ujęła go pod rękę.

– Chodźmy stąd – zarządziła.

Był zdezorientowany. Basia nie mogła czekać na mężczyznę, bo inaczej nie szłaby z nim teraz pod rękę. Jednak z tą koleżanką kłamała jak z nut. Widział wyraźnie. „A może ona należy do jakiegoś podziemia?” – pomyślał i przez chwilę gotów był nawet zapytać, ale przecież wiadome było, że nie powie. Postanowił zagrać inaczej.

– Masz rację. – Pokiwał głową z zamyślonym wyrazem twarzy. – Dziś lepiej nie pytać.

Ręka Basi obejmująca jego ramię delikatnie drgnęła. „Czyli jednak coś jest na rzeczy” – uznał w myślach i nagle zmienił temat. Opowiadał jakieś bzdury, śmiał się i żartował, aż zatrzymali się przy przystanku tramwajowym.

Nabrał powietrza i powiedział:

– Do rozmowy z parku wrócimy po wojnie. Pewnie obydwoje będziemy mieli sobie sporo do powiedzenia.

Popatrzyła na niego zaskoczona.

– O czym?

– Na przykład o tym, dlaczego samotne panienki przechadzają się po parku jak Mata Hari. – Uśmiechnął się czarująco. – Albo dlaczego niemiecka amunicja produkowana na Śląsku nie działa na froncie. – Pstryknął w rondo kapelusza i w ostatniej sekundzie wskoczył na stopień tramwaju, dostrzegając w oczach Basi błysk zrozumienia i podziwu.

Wszystko zmieniło się tamtej jednej nocy.

Ernest prasował koszulę starym żelazkiem na węgle, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Zdziwiony spojrzał na zegar i poszedł otworzyć. W progu stała Basia. Płakała. Zerknął przez ramię do wnętrza mieszkania, ale pukanie nie zaalarmowało matki. Ojciec miał nockę w hucie.

Delikatnie odsunął dziewczynę i zamknął za sobą drzwi.

– Przejdziemy się? – zaproponował, a gdy tylko wyszli za furtkę, spytał, co się stało.

– Brat mojego taty – szlochała Basia. – Przyjechał jakiś czas temu z Zagłębia, bo orientował się, gdzie są płytkie złoża węgla. Zebrał kilku górników i postanowili po kryjomu ukopać trochę na zimę. No i – głos jej się załamał – dziś ich nakryli.

– Kto? – spytał rzeczowo Erni.

– Policja.

– Skąd wiesz?

– Jeden uciekł i przyszedł na Koszutkę nas ostrzec. – Wytarła łzy w chusteczkę.

– Gdzie ich zamknęli?

– Na razie w starym magazynie kopalni na Murckach. Za dużo ich było, zatkaliby areszt. Policjanci gadali, że rano przekażą ich gestapo.

– To tylko kradzież – powiedział Erni, bardziej do swoich myśli niż do niej.

– No tak – podchwyciła. – Ale gestapo sprawdzi ich papiery. Stryjek się ukrywa. Był z moim tatą w powstaniu. Będzie musiał podać adres w Zagłębiu, a tam mieszka pod zupełnie innym nazwiskiem. – Jej oczy znów zwilgotniały. – Radź, co robić, Erni. Proszę cię ponad wszystko. Byłam u Pawła – dodała po chwili wahania. – On chyba ma jakieś możliwości... Wiesz...

– Na gestapo? – spytał Erni.

– Nie. – Potrząsnęła głową. – Wręcz przeciwnie... Jeśli mnie dobrze rozumiesz. Obiecał, że nawiąże kontakt, ale dopiero za dwa dni. To już będzie za późno.

Ernest puścił wiadomość mimo uszu. Był skupiony, myślał intensywnie.

– Nie mogę ci niczego obiecać, ale... zobaczę.

– Ty też należysz...?

Chłopak drgnął jak oparzony. Zwłaszcza na to „też”.

– Nie – powiedział niemal gniewnie. – Nie należę. Ale znam ten magazyn na Murckach. Łazili my tam za bajtla kraść ołów z akumulatorów, żeby potem odlewać z niego żołnierzyki. Pojdę się rozejrzeć, jak się ściemni.

– Idę z tobą – oświadczyła.

– Idziesz do domu – odparł. – Albo nie biorę się za to.

Dwie godziny później Erni podkradł się pod metalową siatkę ogrodzenia należącego kiedyś do kopalni Książąt Pszczyńskich. Pamiętał dokładnie, gdzie znajdowała się zamaskowana dziura, którą sam wycinał obcążkami. Do ściany magazynu dotarł w dwie minuty skulony i niewidoczny w chaszczach porastających budynek od północy. Z przodu świeciła jedna blada żarówka konkurująca z poświatą papierosa palonego przez policyjnego wartownika. Poza nim nie było żywej duszy.

Ernest sięgnął po niewielki łom ukryty pod wiatrówką i najciszej, jak się dało, podważył po kolei dwie deski tylnej ściany magazynu. Wewnątrz panowały cisza i ciemność.

– Panie Heńku! – zawołał zduszonym głosem w czeluść. – Jest pan tam?

Odpowiedziała mu cisza.

– Heniek – powtórzył – unkel od Basi z Koszutki.

W baraku coś szurnęło.

– Jo jes – usłyszał Ernest tuż obok.

Oczy powoli przyzwyczajały mu się do ciemności i dostrzegł kilkanaście sylwetek siedzących w kucki przy ścianie. Jedna oderwała się i sunęła ku niemu pochylona do ziemi.

– Tędy. – Ernest odchylił deskę.

Wtedy stryj Basi zatrzymał się i szepnął w głąb magazynu:

– Chopy, jak kery chce pitnąć, to zapraszomy.

Zareagował jeszcze jeden mężczyzna, ale reszta została. Widać woleli więzienie niż oglądanie się za siebie ze strachem przez resztę wojny.

– Heniek, dociś nazod te deski – doradził ktoś przezornie. – Może sie te pierońskie szkopy nie kapną. Z Bogiem, chopy – dodał szeptem i w baraku znów zapadła czarna cisza.

Drogę do dziury w siatce pokonali na łokciach i kolanach.

Parędziesiąt metrów za ogrodzeniem stryj Basi uścisnął dłoń Ernesta, o mało nie gruchocząc mu kości.

– Mom u ciebie dług, synek – powiedział i rozpłynął się w nocy.

Zima 1940 – lato 1942 roku

Domowe wino z agrestu nie mogło konkurować z francuskim szampanem, ale na szczęście lekko sfermentowało i przy odrobinie wyobraźni mogło uchodzić za musujące. Do wzniesienia noworocznego toastu i tak nadawało się lepiej niż mętny bimber zaprawiony sokiem wiśniowym.

Dłuższa wskazówka zegara w mieszkaniu Bindecków wspinała się, aby stanąć na baczność razem ze swoją krótszą siostrą i oznajmić północ. Goście chórem odliczali sekundy: cztery, trzy, dwa, jeden...

– Już! – Basia chciała krzyknąć wraz z innymi, ale usta zakrył jej pocałunek Erniego, witający nowy, tysiąc dziewięćset czterdziesty pierwszy rok.

*

Przez twarz Pawła przebiegł cień, ale nie była to ostatnia z jego porażek tego wieczoru. Kiedy minął entuzjazm wzajemnych powinszowań, Basia podeszła do stołu ze skromnym poczęstunkiem i postukała widelcem w grube szkło kieliszka. Wszyscy spojrzeli w jej stronę. Głosy umilkły.

– Wprawdzie do moich urodzin zostało jeszcze parę dni – powiedziała zarumieniona od wina i emocji – ale już dziś chciałam uprzedzić, że ci, co czekają od roku na ogłoszenie komunikatu o wyborze narzeczonego... – zawiesiła głos – ...nie doczekają się.

Pokój wypełniło buczenie i machanie rąk, które dziewczyna ponownie uciszyła natarczywym dzwonieniem w kieliszek.

– Nie doczekają się – powtórzyła – bo parę dni temu pan Ernest Bindeck poprosił o moją rękę i został przyjęty!

Pawłowi podłoga usunęła się spod stóp. Po raz pierwszy zapomniał o swojej żelaznej zasadzie, że przede wszystkim trzeba trzymać fason, i ciężko klapnął na krzesło, aż jęknęły sprężyny. Nie zważał na rzucane mu współczujące spojrzenia i poklepywanie po plecach, nie słyszał wiwatów ani gromkiego „sto lat!”. Bez słowa przyjął szklankę do połowy wypełnioną wódką, podaną przez któregoś z kolegów, i wychylił ją do dna. Zanim upił się na tyle, że trzeba go było odprowadzać do mieszkania w sąsiedniej klatce, zapamiętał szczęśliwą twarz Basi. Dokładnie taką, jaką wyobrażał sobie ujrzeć, gdy to on poprosi, aby została jego żoną.

 

Podobne fantazje mógł snuć jedynie po wódce, bo w ostatnich tygodniach jego akcje leciały na łeb.

Od incydentu ze stryjkiem aresztowanym za kradzież węgla Basia nabrała wyraźnego dystansu. Spotkali się dwa dni później, gdy przyszła z matką na Powstańców, by umyć okna u dawnych sąsiadów. Wykorzystał moment i chwycił dziewczynę za rękę:

– Co z bratem twojego ojca? Działamy? – wydusił w obawie, że Basia potwierdzi, a wtedy będzie musiał znaleźć jakiś wykręt.

Na szczęście przecząco pokręciła głową.

– Nie trzeba – szepnęła. – Dziękuję. Wszystko dobrze się skończyło.

– Bogu dzięki – ucieszył się Paweł i tym razem to naprawdę było szczere.

Możliwe, że odgłos kamienia, który spadł mu w tamtym momencie z serca, mógł zarejestrować przyrząd do pomiaru kopalnianych drgań.

Basia uśmiechnęła się blado, ale od tamtej pory coś między nimi zaczęło się psuć. Przestali spotykać się w trójkę, tak jak dawniej. Zaproszenia na ciastka, które tak lubiła, zbywała brakiem czasu, choć... miała go dla Ernesta. Paweł parokrotnie podejrzał ich spacerujących lub rozmawiających na schodach pobliskiej katedry, której budowę wstrzymali Niemcy. Wściekał się, obserwując zza firanki jej rozanielony wzrok, taki sam jak wtedy w pociągu, gdy uznała Erniego za bohatera przestworzy.

W sylwestra zadano Pawłowi ostateczny cios.

Parę dni później Paul Musioł zniknął.

Poznał na tyle rozkład dnia Erniego, zatrudnionego jako podrzędny urzędnik w prezydium rejencji, że wiedział doskonale, jak unikać spotkania z przyjacielem. Przyjacielem? Czy raczej zdrajcą, który jakimś podstępem przekonał do siebie Basię?

Nie chciał też widzieć jej. Kiedy przychodziły z matką sprzątać, on ostentacyjnie wychodził. Jeśli oczywiście był w domu, bo coraz częściej spędzał czas na kartach i u przygodnych dziewczyn, które hipnotyzowała jego uroda i gorycz. Ta mieszanka, obficie podlana wódką, dodawała mu melancholii kinowego amanta.

Jednak w połowie marca zderzył się z Basią w furtce kamienicy. Była blada, miała podkrążone oczy. „Pokłócili się” – przeszło mu przez myśl i poczuł radość. Żeby to zamaskować, ukłonił się przesadnie i zapytał:

– Kiedy mam się szykować na drużbę? Bo żywię nadzieję, że chociaż w tym nie wystawicie mnie do wiatru.

– Nikt cię nie wystawił – powiedziała smutno.

Machnął ręką.

– Nieważne. Ale drużbą chciałbym zostać. W Katowicach dają teraz nowożeńcom Mein Kampf, może i mnie obejmie jakaś łaskawość Führera?

Ale Basia puściła sarkazm mimo uszu.

– Ślubu na razie nie będzie, Paweł – oświadczyła, podnosząc na niego szkliste oczy. – Erni dostał powołanie do Luftwaffe. Przez te pierońskie szybowce – dodała szybko i przecisnęła się obok niego w furtce, aby nie zobaczył jej łez.

Przez dłuższą chwilę Paweł stał jak skamieniały. W głowie kłębiły mu się myśli, a w myślach plany, jak rozegrać tę partię. Luftwaffe... Szykowne mundury. Elita niemieckiej armii. Cwaniacy w zawadiacko przekrzywionych czapkach, obwieszeni Żelaznymi Krzyżami za męstwo. Niedobrze. Ale z drugiej strony... Robotnicy przymusowi spod Warszawy zatrudnieni w fabryce, w której pracował, opowiadali, jak we wrześniu Luftwaffe szatkowało ludzi niczym kapustę. Kobiety, dzieci, wszystkich jak leciało. Dźwięk pikujących stukasów wywoływał panikę. „Piekło nadciągało z nieba” – powiedział jeden z zatrudnionych przed wojną, student. Ładnie. „Jak by to zrobić, żeby takie słowa dotarły do uszu Basi?” – pomyślał i ruszył w kierunku Emmastrasse, na której przedwojenny notariusz chciał za bezcen sprzedać kolekcję znaczków pocztowych.

Od tamtej chwili Paweł przestawił zwrotnicę. Teraz robił wszystko, aby „przypadkiem” spotykać Basię w kamienicy jak najczęściej. Miał już plan. Powoli, krok po kroczku, tu słówko, tam niewinna uwaga, ostrożnie, a przede wszystkim – bez śladu sugestii, że mu zależy. Żadnego zapraszania na ciastka, żadnego czarowania. Koniec z braniem jej pod rękę jak kiedyś. Przecież teraz to narzeczona przyjaciela walczącego na froncie. Człowieka, o którego obydwoje bardzo się martwią.

Rozmawiali coraz częściej. Czasem odprowadzał ją do rynku. Opowiadała o Ernim, a on słuchał z przejęciem i zainteresowaniem. Tygodnie mijały im na oczekiwaniu na list po ataku jego eskadry na Sowietów. Zamiast listu przyszła kartka z lazaretu. Samolot Erniego został uszkodzony przez ruską artylerię przeciwlotniczą, odłamki pocisku utknęły mu w plecach.

Potem znów na parę miesięcy zapanowało milczenie.

Basia mocno się tym niepokoiła, ale Paweł zawsze był pod ręką. Umiał zorganizować butelkę francuskiego bordo, puszkę sardynek, czekoladę. Na pocieszenie.

Nie poznawała go. Dojrzał, przestał strugać amanta, spoważniał. Kiedy któregoś popołudnia, nie wiedzieć czemu, zagadnęła go o tamtą sytuację z aresztowaniem stryjka i jego „kontaktami” – udał zdziwienie.

– Nie przypominam sobie. – Pokręcił głową, choć obydwoje doskonale wiedzieli, że udaje.

Zaimponowało jej to. Do tego stopnia, że znów serio myślała o jego związkach z podziemiem. Szanowała to, że nie wspomina o nich ani słowem i że jej też nie wypytuje, choć wiedział, że urządza samotne spacery wokół kościółka w dawnym Parku Kościuszki.

Letniego popołudnia w czterdziestym drugim roku odwiózł ją na Koszutkę. To był zły dzień. Dopadły ją jakieś przerażające przeczucia i lęk, że nigdy już nie zobaczy Erniego.

– Wróci – powiedział ciepło Paweł, jak gdyby czytał w jej myślach.

Na moment uniósł dłoń, jakby chciał pogładzić ją po twarzy, co kiedyś często mu się zdarzało. Ale tym razem cofnął rękę. Niewiele myśląc, ujęła ją i przytuliła do policzka.

– Dziękuję za wszystko, co dla mnie robisz – szepnęła.

Przez ułamek sekundy była pewna, że skończy się to pocałunkiem, ale on delikatnie odsunął rękę.

– Lepiej będzie, jak już pójdę – powiedział i uchylił kapelusza.

Pół godziny później dumny z siebie wpadł na klatkę schodową kamienicy i trzasnął pięścią w otwartą dłoń, uśmiechając się triumfująco. Wszystko szło tak, jak chciał.

Jesień 1942 roku

Miesiąc później Basia zapukała do drzwi Bindecków.

Otworzyła jej matka Erniego – z włosami spiętymi w kok, z chustką na niemiecką modłę związaną na górze. Sprawiała wrażenie zmieszanej.

– Mama prosiła zapytać, czy czegoś państwu nie potrzeba – powiedziała Basia. – Dawno nie pomagałyśmy prać i sprzątać.

Pani Bindeck speszyła się jeszcze bardziej.

– Nie, moje dziecko – odparła szybko. – Jakoś radzę sobie sama, ale... – sięgnęła do kieszeni podomki i wyjęła z niej kilka banknotów – ...weź to, proszę.

– Oj, nie. – Basia zrobiła krok w tył. – Nie tak. Mogę zrobić pranie albo...

– To może przyjdziecie przed świętami? – Bindeckowa znalazła wyjście z sytuacji. – Ale teraz weź, dobrze? Niech to będzie zadatek.

Basia się zawahała.

– Umyję chociaż podłogę, tyle błota na ulicach – uznała i zerknęła do wnętrza mieszkania, chcąc ocenić czystość parkietu. Nagle zauważyła zamknięte drzwi pokoju Erniego.

– Zawsze były otwarte – szepnęła.

– Co? Co było otwarte? – zdenerwowała się Bindeckowa. – Co ty opowiadasz? Idź już, dziewczyno.

Basia ani drgnęła. Wbiła wzrok w matkę Erniego.

– Czego pani nie chce mi powiedzieć? – spytała tonem, który tamtą rozbił na kawałki. – Czy on...?

– Nie! – powiedziała szybko Bindeckowa. – Nie zginął. Wrócił.

– Kiedy?! – Basi zakręciło się w głowie tak mocno, że musiała przytrzymać się dłonią framugi.

– Tydzień temu.

– Jak to? – jęknęła Basia.

– Dziecko... – Głos matki Erniego nagle zadrżał. – On nie chce nikogo widzieć. Był... Jest ranny. Doktor mówi, że to minie, tylko musi dużo odpoczywać i nie wolno mu nadwyrężać nerwów. Uszanuj to, proszę cię jako matka.