Taniec pszczółTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Zapraszamy na www.publicat.pl

Projekt okładki

ANNA SLOTORSZ / ARTNOVO.PL

Fotografie na okładce

© Gannie/Shutterstock

Domena publiczna (polona.pl)

Koordynacja projektu

ALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC

Redakcja

MONIKA KOWALSKA

Korekta

MAGDALENA SZAJUK

Skład

LOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN

Polish edition © Publicat S.A. MMXX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Wydmuszka © Maria Paszyńska, Album © Maciej Siembieda, Porajmos © Sabina Waszut, Tamtego dnia © Agnieszka Janiszewska, Buty małej Renate © Zofia Mąkosa, Nie żałuję © Magdalena Wala, Człowiek jest silny © Agnieszka Olejnik, „Alicja” © Mirosława Kareta, Tajemnica Ingrid Langer © Joanna Jax, Niepewność © Jolanta Maria Kaleta, Taniec pszczół © Magda Knedler

All rights reserved

ISBN 978-83-271-6070-6

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: ksiaznica@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Maria Paszyńska • WYDMUSZKA

Maciej Siembieda • ALBUM

Sabina Waszut • PORAJMOS

Agnieszka Janiszewska • TAMTEGO DNIA

Zofia Mąkosa • BUTY MAŁEJ RENATE

Magdalena Wala • NIE ŻAŁUJĘ

Agnieszka Olejnik • CZŁOWIEK JEST SILNY

Mirosława Kareta • „ALICJA”

Joanna Jax • TAJEMNICA INGRID LANGER

Jolanta Maria Kaleta • NIEPEWNOŚĆ

Magda Knedler • TANIEC PSZCZÓŁ

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Maria Paszyńska

WYDMUSZKA

.

Otwieram oczy. Rozpaczliwie chwytam powietrze, jak człowiek, który tonąc, ostatkiem sił wynurza się spod powierzchni wody. Po chwili oddycham już spokojniej, lecz nadal ciężko. Próbuję odegnać sen, ale on uparcie tkwi pod moimi powiekami.

– Nie śpię. Nie musisz już na mnie patrzeć. Odwróć wzrok – szepczę błagalnie, ale ona nie słucha, chyba nigdy nikogo nie słuchała. Uparcie spogląda w moją stronę z tą samą uwagą. Zupełnie jakby chciała mnie przeniknąć, dotrzeć w najdalsze zakamarki duszy, odsłonić to, czego sam już nie odkryję. Nie starczy mi czasu.

Mój umysł jest coraz przytomniejszy. Czuję woń świeżo wykrochmalonej pościeli. Gospodyni zmienia ją nadzwyczaj często. Lubię ten zapach, przywodzi na myśl wspomnienia domu, którego już nigdy nie zobaczę. Z mlecznej jasności wyłaniają się powoli zarysy przedmiotów. Kontury szafy, obrys lustra, kanty stołu, błękitny obrębek, którym moja matka wykończyła niegdyś brzeg obrusa. Znakomity niemiecki psychiatra, Alfred Hoche, prywatnie serdeczny przyjaciel mojego ojca, dostał go w prezencie na pierwsze wojenne Boże Narodzenie, a potem, najwidoczniej zapomniawszy, że jest to podarunek od mojej matki, przysłał go mnie, gdy przyszło nam się rozstać. W tym samym roku matka wyhaftowała też wspaniałą swastykę, którą ozdobiliśmy nasz salon.

Było to zaraz po Marszu Adolfa Hitlera. Przeszedłem piechotą całą drogę z Berlina do Norymbergi, prawie pół tysiąca kilometrów. Gdy dotarliśmy do celu, nogi miałem podrapane i opuchnięte. Stopy paliły mnie żywym ogniem od przyciasnych butów. Matka namawiała, bym wziął nowe, większe, jeszcze nieużywane, ale ja wolałem zachować je na rozpoczęcie kolejnego roku szkolnego. Poszedłem więc w tych za małych. Pękły mi dwa paznokcie, a podchodzące płynem bąble pokryły stopy. Ból wziął we władanie całe moje ciało. Każdy krok był naznaczony cierpieniem. Brunatna koszula munduru, taka sama, jaką nosili żołnierze SA – bojówki NSDAP – przesiąknęła potem. Chusta z suwakiem zawiązana pod kołnierzem przekrzywiła się niedbale. Koalicyjka i kordzik ciążyły mi niemiłosiernie, choć przecież prawie nic nie ważyły. Wpatrywałem się w powiewającą na sztandarze swastykę. Socjalistyczna czerwień, biel, symbol nacjonalizmu, i wreszcie Hakenkreuz, haczykowaty krzyż o złamanych pod kątem prostym ramionach, znak zwycięstwa Aryjczyków. Znak zwycięstwa. Nie mogłem się poddać, nie pod tym sztandarem.

Kiedy doszliśmy do Norymbergi, z trudem utrzymywałem się na nogach. Pokonałem samego siebie, zwyciężyłem własne słabości, a mimo to nie mogłem opanować drżenia kolan. Modliłem się, by nikt tego nie zauważył. Ukradkiem dotknąłem klamry pasa. Przesuwałem palcami po kolejnych literach grawerunku. Blut und Ehre, „Krew i honor”. Te słowa do dziś dodają mi sił. Nigdy nie czułem się tak zmęczony, a jednocześnie tak szczęśliwy, jak wówczas, gdy wraz z setkami chłopców uniosłem wyprostowaną prawą rękę w salucie używanym już w starożytnym Rzymie i wykrzyknąłem trzykrotnie „Heil Hitler!”. Mieliśmy jednego przywódcę, jeden cel, jeden głos. Byliśmy ucieleśnieniem niemieckiej idei jedności narodowej, przyszłością Tysiącletniej Rzeszy. My, młodzież z Hitlerjugend.

Miałem siedemnaście lat i wiedziałem, że jestem dokładnie taki, jakim On chciał mnie widzieć. Ja, Carl Friedrich Müller, byłem nadczłowiekiem.

Zaledwie kilka miesięcy później wojna zawisła w powietrzu. Dzięki Bogu moje urodziny przypadały w maju, zdążyłem więc osiągnąć pełnoletniość i gdy nadszedł czas, mogłem się zaciągnąć. Wstąpiłem do wojska wciąż z tym przepełnionym radością sercem, przekonany, że dla Führera jestem w stanie zrobić wszystko. Przy pożegnaniu matka milczała. W jej oczach lśniły łzy. Nie powściągała uczuć, nie kryła wzruszenia, nie musiała. Tym razem należało okazywać emocje. Jej jedyny syn ruszał do walki, prawdziwa niemiecka matka w takich chwilach powinna być nieznacznie roztkliwiona. Nie na tyle, by odebrać odwagę, osłabić hart ducha, lecz by dać wyraz wezbranej w sercu dumie. Tamten moment mógłby posłużyć za wzór pożegnania matki z synem. Ojciec uścisnął mi mocno rękę. Nie powiedział nic. Nie podobało mu się, że idę na front. Miałem inaczej służyć Rzeszy, jednak w tej chwili nie mógł nic zrobić. Wiedział, że nim naprawdę będę mógł stać się pożyteczny, muszę dać upust młodzieńczej zapalczywości. Widział, że rwałem się do walki. Musiał pozwolić, bym zakosztował, czym jest ona w rzeczywistości. Bym poznał, jak pachnie ziemia zmieszana z krwią, zobaczył konającego towarzysza broni, usłyszał jego jęki i błagania. Już wówczas przygotował jednak plan, który ja miałem poznać dopiero później. Czy mogę go obwiniać? Czy to on właśnie wtedy odebrał mi życie? Czy gdybym pozostał na linii ognia, zdołałbym ocaleć? Czy i tak skończyłbym jako zdrajca? Przy pożegnaniu jeszcze nic nie wiedziałem. Przepełniony entuzjazmem szedłem po ostateczne zwycięstwo.

Siostry, jedna po drugiej, pocałowały mnie serdecznie, ze spokojem, jak matka. Tamtego dnia jedynie moja narzeczona nie potrafiła zapanować nad sobą. Gdy szedłem naszą ulicą, stukając obcasami ciężkich podkutych butów, Gisela podbiegła do mnie. Rzuciła mi się w ramiona i zmoczyła kołnierz mojej koszuli łzami. Mówiła coś o miłości, tęsknocie, o tym, że nie będzie mogła beze mnie żyć, że poczeka, że będzie pisała. Mówiła tak dużo, a ja milczałem. W tamtej chwili odczuwałem jedynie irytację. Bałem się, że któryś z kolegów zobaczy to nazbyt tkliwe pożegnanie i uzna je za objaw słabości. Nie chciałem stać się przedmiotem kpin, popychadłem oddziału. Byłby to zły początek najpiękniejszej przygody mego życia. Moje ciało pragnęło pozostać w tym uścisku jak najdłużej, wdychać rumiankowy zapach jej włosów, rozkoszować się pocałunkami, którymi obsypywała moją twarz, zjechać dłońmi poniżej linii talii Giseli, musnąć krągłości jej pośladków, nim niecierpliwym gestem odepchnie moją dłoń. Gdybym w tamtej chwili poprosił, by mi się oddała, zrobiłaby to bez wahania. Mógłbym ugasić owo żarzące się we mnie pragnienie, zaznać rozkoszy, o których tak wiele słyszałem od bardziej doświadczonych kolegów. Teraz myślę, że powinienem był zakosztować miłości. Jednak w tamtej chwili zdyscyplinowany latami praktyki umysł szybko przywołał mnie do porządku. Popędami ciała kierują się zwierzęta i Żydzi, nie zaś prawdziwi Niemcy.

 

Nadal czułem pulsowanie w podbrzuszu, gdy pospiesznie wyplątywałem się z ramion Giseli. Bez słowa odszedłem, nie oglądając się za siebie, choć echo raz po raz powtarzało moje imię.

Po krótkim okresie przygotowania bojowego spędzonym w koszarach ruszyliśmy do walki. Znów szedłem dla Wodza, tym razem na front. Skierowali mnie na Wschód, do Polski. Mieliśmy, jak mawiał nasz dowódca, posprzątać polnische Wirtschaft, polski bałagan, przygotować przedpole dla rozszerzania przestrzeni życiowej Niemców. Najpierw jednak należało złamać butę Polaków. Codziennie urządzano nam pogadanki o antyslawizmie, choć dla żadnego z nas nie były to przecież nowe idee. Wszyscy chodziliśmy do szkoły i doskonale wiedzieliśmy, że Słowianie są ludźmi niższej kategorii, mniej rozumnymi od nas. Pozostawieni sami sobie sieją jedynie zamęt, kłócą się o władzę i walczą o nią zaciekle, lecz gdy któryś już ją uzyska, nie wie, co zrobić dalej. Słowianie nie potrafią zbudować nic trwałego. Nie mają pojęcia o organizacji, rządzeniu, rozwiązywaniu problemów. Trzeba im pokazać, co mają robić, wtedy jest lepiej. Polacy umieją dobrze pracować i słuchać rozkazów, niewiele ponad to. Gorsi od nich są chyba tylko Żydzi, choć ich w zasadzie nie można nazywać ludźmi. Arthur de Gobineau pisał, że rasa aryjska została wybrana przez Opatrzność do niesienia pochodni cywilizacji, do budowania nowego lepszego świata. Słowianie bardzo potrzebują światła, potrzebują panów, którzy wskażą im właściwą drogę rozwoju, powiedzą, co i jak mają robić. My, Niemcy, mieliśmy być ich panami.

Uśmiecham się do tych wspomnień. To były dobre dni. Przez większość czasu czułem się tak, jakbym znów był na obozie Hitlerjugend. Wędrowaliśmy w męskim gronie wśród feerii barw dogasającego lata. Wciąż było ciepło, a chłodniejsze, niosące zapowiedź jesieni podmuchy wiatru sprawiały nam wyłącznie radość. Śpiewaliśmy pieśni bojowe, a wieczorami graliśmy w karty lub urządzaliśmy różnorakie zawody. Byłem szczęśliwy. Po tygodniu marszu zostałem wezwany do sztabu. Zapytano, czy jestem studentem medycyny. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że oficjalnie owszem, natomiast nie zdążyłem jeszcze rozpocząć nauki. Mój dowódca skinął głową. Pochylił się nad biurkiem, na którym leżał niewielki kawałek papieru, złożył podpis, przycisnął pieczęć. Dostałem skierowanie do służb medycznych jednostek Wehrmachtu stacjonujących w Lublinie. W odpowiedzi na moje protesty dowódca szepnął, że opór nie ma sensu.

– Ktoś musiał chcieć, żebyś się tam znalazł, synu – dodał.

Realizację planu ojca przyspieszyły błagania matki, do której najwyraźniej dopiero po moim odejściu dotarło, że może mnie już nigdy nie zobaczyć. Zaczęła naciskać na męża, aż wreszcie musiał ulec. Gdyby nie usilne prośby matki, w styczniu nie znalazłbym się w Chełmie. Czy ją mogę oskarżyć o swoją śmierć?

Gdy wyszedłem z namiotu dowódcy, nie przypuszczałem nawet, że za tym wszystkim może stać mój własny ojciec. Kipiałem z wściekłości, dzięki czemu tego wieczora wygrałem dwie walki na pięści. Na nic się to jednak zdało. Następnego ranka przyjechał samochód, by zabrać mnie do Lublina.

Nigdy nie biłem się za Hitlera, nie biegłem z bagnetem na wroga, nie czułem na twarzy fali powietrza po eksplozji bomby. Widziałem tylko ziemię spływającą krwią.

Moje oczy przyzwyczajają się do blasku poranka. Wzrok mi się wyostrza. Dostrzegam coraz więcej szczegółów. Drobinki kurzu unoszące się w smudze światła, ususzone polne kwiaty w wazonie, które powinienem był wyrzucić kilka dni temu, przezroczystość firanki. Tkanina porusza się od delikatnych podmuchów letniego wiatru. Powiewa niczym welon. Ten widok wywołuje we mnie ukłucie smutku. Nigdy nie zobaczę welonu na głowie mojej ukochanej. Gisela. Najsłodsza Gisela. Znamy się od dziecka, banalna historia. Moja starsza siostra przyjaźniła się z jej starszą siostrą. Gdy rodzice kazali im opiekować się nami, one zajmowały się własnymi sprawami, pozostawiając nas samych sobie. Z braku innych zajęć bawiliśmy się razem i tak miało być już zawsze. Jej śmiech jak dzwonienie dzwoneczków nieodmiennie wprawiał mnie w dobry nastrój. Biegaliśmy po podwórku, wyjeżdżaliśmy na wakacje, wymienialiśmy się kanapkami w drodze do szkoły. Wspólnie czytaliśmy Mein Kampf i to dzieło napisane przez Hitlera w więzieniu w Landsbergu szybko stało się naszą biblią. Uczyliśmy się na pamięć całych jego fragmentów, ścigaliśmy, kto będzie znał dłuższy. Leżeliśmy na podłodze w salonie moich rodziców i patrzyliśmy w sufit, wsłuchując się w mocne tony utworów Ryszarda Wagnera. Po prawdzie nie mieliśmy zbyt dużego wyboru. Mój ojciec kolekcjonował tylko płyty z nagraniami ulubionego kompozytora Führera. Regularnie sprzeczaliśmy się z Giselą o to, czy tego dnia będziemy słuchać Walkirii czy Rienzi, der Letzte der Tribunen. Ja wolałem opowieść o żyjącym w czternastym wieku synu rzymskiego karczmarza i praczki, który chciał zmienić świat. Stanął więc na czele rewolucji i został obwołany trybunem ludowym. Gdy w jakiś czas potem dowiedziałem się, że jest to ukochana opera Führera, miałem argument, którego Gisela nie mogła odeprzeć. Zawsze zwyciężałem.

Gisela jest piękna. Ma blond włosy i jasnopiwne oczy. Jest wysoka, smukła, lecz jej ciało odznacza się siłą i sprężystością właściwymi kobietom, które od zawsze dbają o swoją kondycję fizyczną. Gisela to wzorcowy aryjski typ. Ma szerokie biodra idealne do rodzenia dzieci i wspaniałe piersi. Do niedawna, ilekroć myślałem o jej piersiach, których tamtego lata podczas Marszu pozwalała mi czasem dotykać, czułem przypływ życiodajnej, prawdziwie niemieckiej siły witalnej. Ale i ten obraz niosącej rozkosz miękkości zatarł się już nieodwracalnie w mojej pamięci. Widziałem przecież tak wiele innych piersi. Wyschniętych, niedających pokarmu, przeszytych kulą, rozszarpanych bagnetem, okaleczonych zębami psów. Posiniaczonych niechcianymi brutalnymi pieszczotami. Obwisłych z głodu jak pozbawione zawartości worki. Znieruchomiałych po ostatnim oddechu.

Ale tamte chwile bezgrzesznych pieszczot przeminęły bezpowrotnie. Nie ma już tamtego niewinnego chłopaka, który mógł kochać swoją dziewczynę i Führera. Teraz wszystko jest już jasne. Nie wezmę ślubu z Giselą. Nie będę miał domu z ogródkiem, w którym mógłby biegać wspaniały czarny wilczur. Niemiecka rasa musi pozostać czysta, nieskażona słabością. Im czystsza rasa, tym bardziej wartościowa cywilizacja, a ja nie chciałbym przyczynić się do skarlenia Wielkoniemieckiej Rzeszy. Jest wszystkim, co mam. Nie będę miał więc dzieci. Gisela to dobra Niemka, zna swoją powinność. Zapomni o mnie i czym prędzej urodzi dzieci komuś innemu. Trwa wojna urodzeń, a Gisela – jak operowa walkiria Brunhilda – nie jest niczym więcej, jak tylko uosobieniem woli swego ojca. Naszego ojca. Nie okaże mu nieposłuszeństwa jak Wagnerowska bohaterka. Znam ją. Gisela nigdy nie postąpiłaby tak jak ja. Ona jest wierna. Odda Hitlerowi wszystko: swoją urodę, młodość, łono, potomstwo. Zresztą to przecież wcale nie będą jej dzieci. To będą Niemcy. Małżeństwo czy jakiekolwiek trwałe związki nie mają znaczenia. Moje siostry, Hannah i Ilse, też mają dzieci z różnymi mężczyznami. Matce z początku trudno było to pojąć. Nie mieliśmy jej tego za złe, została przecież wychowana w innych czasach, mniej świadomie. Czasami nie rozumie, że tego wymaga Volksgemeinschaft, najwspanialsza z idei, głosząca jedność narodową Niemiec. Nieważne są więzy rodzinne, a romantyczna miłość to wymysł mający na celu ogłupienie, a co za tym idzie – osłabienie społeczeństwa. Najważniejsza jest krew. Niemieckich genów nie można mieszać, kalać, rozwadniać. Typy czysto aryjskie – jak moje siostry – powinny rodzić dzieci równie idealnym mężczyznom. To ich święty obowiązek.

Hannah i Ilse dobrze to rozumieją. Nad ich łóżkami w metalowej oprawie wiszą szkice krzyża teutońskiego. Wiszą tak, by mogły na nie spoglądać tuż przed zaśnięciem i zaraz po przebudzeniu. Hannah i Ilse śnią o Krzyżu Honorowym Niemieckiej Matki. By otrzymać brązowy, należy dać Führerowi czwórkę lub piątkę dzieci, srebrny – szóstkę lub siódemkę, złoty – ósemkę i więcej. Daj Boże jak najwięcej dzieci Hitlera.

Odkąd pamiętam, nasza sąsiadka rok po roku wydawała na świat potomstwo, tyle że wszystkie jej dzieci umierały w niemowlęctwie. Moja matka starała się ją pocieszać, mówiąc, że Klara Hitler, matka naszego Wodza, także straciła troje dzieci, nim urodziła Adolfa, ale tamta jej nie słuchała. Pewnego dnia wyskoczyła z okna. Zostawiła list, w którym przepraszała Führera, że zawiodła. W gorączkowych słowach błagała, by jej przebaczył. Mężowi nie miała nic do powiedzenia.

Kto wie, może Gisela dostanie złoty krzyż? Jest nieskazitelna, wprost stworzona na niemiecką matkę. Ma czyste rasowo ciało, umysł i duszę. Jej dzieci z pewnością będą równie doskonałe. Moje dziedzictwo powinno zniknąć razem ze mną. Mam dwadzieścia jeden lat i dziś umrę. Już nie jest mi żal. Tak trzeba.

Nadal leżę wśród lekko sztywnej pościeli. Nie chce mi się wstawać. Wiem, że lenistwo i wylegiwanie się w łóżku należą do drobnomieszczańskich zwyczajów, którymi gardziłem. My zawsze wiedliśmy aktywny tryb życia, taki, do jakiego pierwotnie został przeznaczony człowiek. Wyrosłem w kulcie siły, sprawności fizycznej. Odruchowo nasłuchuję, choć wolałbym jeszcze przez chwilę pozostać w ciszy. Moje uszy wyłapują głosy.

„Lebensunwertes Leben...” – Słowa z wnętrza mojej głowy mieszają się z dobiegającym zza okna ptasim trelem. – „Życie niewarte życia...”

Wkrótce będzie po wszystkim. Życie niewarte życia należy usuwać. Oczyszczać świat z błędów popełnionych przez naturę. Tak nakazują higiena rasowa i darwinizm społeczny. Nieprzystosowane jednostki muszą zostać wyeliminowane w drodze walki o byt. Takie jest prawo natury. Takie jest prawo tysiącletniej Rzeszy Niemieckiej, najdoskonalszego tworu ludzkości. Z prawami boskimi i ludzkimi nie można dyskutować. Należy się im poddać. Posłuszeństwo jest największą cnotą. Idealnym prezentem, który można złożyć w darze Führerowi.

A ja byłem nieposłuszny. Dostałem za to nawet nagrodę, wyższy stopień i związane z nim przywileje oraz kilka dni urlopu, który ma się jutro zacząć. Oni nie wiedzą, że należałoby mnie ukarać. Zdegradować. Postawić przed sądem jako zdrajcę. Spalić mój mundur, a mnie samego rozstrzelać albo powiesić podczas publicznej egzekucji, uprzednio na głos odczytując moje przewinienia. Reakcja byłaby natychmiastowa. Niedawni koledzy zaczęliby rzucać obelgi pod moim adresem, ktoś splunąłby mi pod nogi z obrzydzeniem, ktoś inny być może chwyciłby kamień i cisnął z nienawiścią w moją stronę. Gdyby w takiej chwili rzucono mnie w tłum, zostałbym rozszarpany na strzępy. Zdradziłem najwyższą sprawę. Ale oni nie znają moich sekretnych myśli, a ja nie mam dość odwagi, by się przyznać. Nie potrafiłbym zresztą im tego wszystkiego wytłumaczyć. Przecież to była łaskawa śmierć. Akt miłosierdzia. Ojciec tyle razy mi powtarzał, że na tym właśnie polega jego praca dla Rzeszy w akcji „T4”, na przynoszeniu ulgi tym, którzy i tak mieli umrzeć. Oszczędzaniu im cierpienia. Na wybieraniu szczęśliwców, którym zostanie zadana łaskawa śmierć.

Wierzyłem mu bezgranicznie. Był członkiem NSDAP niemal od pierwszych dni istnienia partii, wzorowym Niemcem, moim ojcem. Czasem wprawdzie żałowałem, że nie będę mógł wykazać się wiernością, tak jak Walter Hess. Jego ojciec podczas rozmowy z domownikami nazwał Hitlera szaleńcem. Walter doniósł o tym swoim przełożonym w strukturach HJ. Ściśle rzecz ujmując, dokonał samooskarżenia, wyznając, że jest synem zdrajcy. Ojciec Waltera został aresztowany, a potem wywieziony do obozu w Dachau. Młody Walter został bohaterem.

Ja nigdy nie miałem takiej szansy. Mój ojciec kocha Hitlera. Zazwyczaj rodzice twierdzą, że najszczęśliwszymi dniami w ich życiu były te, kiedy wzięli ślub lub gdy rodziły się ich dzieci. Mój ojciec zawsze powtarzał, że dla niego najpiękniejszym dniem był szósty listopada tysiąc dziewięćset trzydziestego drugiego roku, gdy NSDAP wygrało wybory, zyskując ponad trzydziestoprocentowe poparcie. Miałem jedenaście lat i po raz pierwszy i ostatni widziałem wtedy płaczącego ojca. Ściskał w dłoniach gazetę, łzy jedna po drugiej ściekały mu po policzkach, a on powtarzał to jedno słowo:

– Zwyciężyliśmy.

Nie mogę uwierzyć w to, jak szybko mija czas. Od tamtej chwili przeszło tyle dni, miesięcy, tak wiele się wydarzyło, a przecież ciągle wszystko dobrze pamiętam. Znów jest lato, trzecie wojenne lato. Na drzewach jabłka czerwienieją, nabrzmiewając sokami. Dni wypełnione są ciepłem i jasnością. Siadam na łóżku i wyjmuję spod poduszki zawiniątko. Jeden z promieni słonecznych odbija się w błyszczącej czerni lufy czyszczonego przeze mnie pistoletu.

 

Świat budzi się ze snu, oddycha rześkością poranka, który wkrótce zmieni się w upalne popołudnie. Ja się nie budzę, choć już dawno nie śpię.

Zasnąłem wcześnie, pewnie dlatego, że urodziłem się w pierwszą rocznicę spotkania inauguracyjnego Związku Młodzieży NSDAP. Moi wychowawcy powtarzali mi to tak wiele razy, że w pewnej chwili sam zacząłem wierzyć, że jest to powód, by czuć się wyjątkowym. Odkąd pamiętam, należałem do Młodzieży Hitlera i ta organizacja była całym moim życiem. Prawie całym. Była jeszcze medycyna. Mój ojciec jest lekarzem, a ja od zawsze chciałem być taki jak on. Idealny Aryjczyk. Szczupły i wysoki, z bujną blond czupryną zawsze schludnie zaczesaną i błękitnymi oczami, zimnymi jak lód.

Na trzy lata przed wojną przynależność do Hitlerjugend była już przymusowa dla wszystkich, którzy się nadawali – etnicznych Niemców wolnych od chorób dziedzicznych, a ja cieszyłem się, że zdążyłem urosnąć i wstąpić do organizacji przed wszystkimi maruderami. Zrobiłem to z własnej woli, oni z musu. Byłem lepszym dzieckiem Wodza. Gorliwszym.

„Krew i honor” to hasło mojego życia. Powtarzałem je częściej niż słowa „mama” czy „tata”, o wiele częściej niż „miłość”, „dobro”, „przyjaźń”, „mądrość”.

Nie musiałem jednak być mądry. Nam wszystkim wpojono głęboką pogardę dla ludzi wykształconych. Nikt nie wymagał więc ode mnie gorliwości w nauce. Wystarczyły posłuszeństwo, siła, szczere oddanie i miłość do Hitlera, równie nieskończone jak odraza wobec słabości, odmienności, niearyjskości. Ale ja chciałem się uczyć. Lubiłem to. Szczególnie matematykę i przedmioty przyrodnicze. W pewnej chwili pojąłem, że pragnę leczyć, więc tuż przed wybuchem wojny zdałem egzaminy na akademię medyczną. Miałem zostać psychiatrą jak mój ojciec.

W październiku tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku Philipp Bouhler zaprosił mojego ojca do współpracy. W odpowiedzi na apel samego Adolfa Hitlera w Berlinie przy Tiergartenstrasse pod numerem czwartym powstała Państwowa Wspólnota Pracy Rzeszy na Rzecz Zakładów Opiekuńczo-Leczniczych. Nie wiedziałem, czym dokładnie się tam zajmowali, jednak już to, że przełożonym ojca był profesor Werner Heyde, a potem profesor Paul Nitsche – największe sławy niemieckiej psychiatrii – wystarczało, bym miał powód do dumy.

O tym wszystkim dowiedziałem się z listów od matki, a potem z opowieści Alfreda Hochego, którego asystentem zostałem po przybyciu do Lublina. Nie wiedziałem, dokąd mnie to zaprowadzi, i wciąż czułem się urażony sposobem, w jaki ze mną postąpiono, więc na początku nasza współpraca nie układała się najlepiej. Robiłem, co mi kazano, ale nie wkładałem w to serca. Z czasem jednak wsiąknąłem w świat pacjentów, chorób, leków. Jestem ciekawy, czy gdyby wszystko potoczyło się inaczej, dokonałbym jakiegoś spektakularnego odkrycia, dołożył swoją cegiełkę do wielkiego dorobku ludzkości w dziedzinie medycyny?

Jej życie też mogłoby zapewne pobiec innym torem, gdyby wyglądała mniej zdradziecko. Być może nie trafiłaby do getta w Otwocku? Może nawet znalazłby się ktoś, kto wzruszony jej losem, naraziłby własne życie i spróbował ją uratować? Dla piękna jej ciała. I duszy.

Co noc przychodzi do mnie w snach. Widzę pociągłą twarz, o rysach wydłużonych dodatkowo przez głód i zmęczenie. Dojrzałą, choć z pewnością nie miała przecież więcej niż piętnaście lat. Mimo zielonkawej cery i popękanych od szkorbutu warg jest to piękna twarz. Klasyczna. Idealnie aryjska. Błędem zdają się tylko czarne jak węgiel oczy. Aż chciałoby się zapytać, dlaczego ktoś osadził je w tak nieskalanej twarzy.

Kto wie, może w innym, lepszym, pozbawionym okrucieństwa i zimnych wyliczeń świecie moglibyśmy zostać przyjaciółmi?

Tymczasem ja poszarzałem, a ona na zawsze pozostanie piękna, młoda i zbędna w oczach świata. Życie niewarte życia, tak nam mówili. Wciąż dobrze to pamiętam, choć tyle innych ważkich spraw już dawno zniknęło w odmętach niepamięci. Choć zdawało mi się, że chciałbym leczyć, szybko zaangażowałem się w działania mające na celu zdjęcie z barków Führera ciężaru ekonomicznego, jakim byli niepełnosprawni na ciele i umyśle. Powtarzano nam, że już w starożytnej Sparcie praktykowano te metody, zrzucając ułomne dzieci z góry Tajget. Z początku miałem ciarki, słuchając tych historii, potem przywykłem. Byłem wychowany w kulcie Germanów, nie znaliśmy litości. Oficjalnie niepełnosprawni i chorzy psychicznie umierali w Rzeszy na niedowład serca. Ja jednak wiedziałem, że pod tą uczenie brzmiącą przyczyną zgonu kryje się śmiertelna dawka barbituranów lub morfiny wstrzykiwana w ramach zbiorowych szczepień pacjentów.

Gdzieś w głębi mojej duszy czasem rodził się głos sprzeciwu, lecz cichł w tej samej chwili, gdy przedstawiano nam konkretne wyliczenia. Ile jajek, mleka czy mięsa można było dzięki temu przeznaczyć na karmienie zdrowych niemieckich dzieci, niedożywionych przez wojenne obostrzenia... Bez sensu marnować jedzenie na tych, którzy i tak nie mieli szans przeżyć ani tym bardziej walczyć. Natura skazała ich na śmierć, a my byliśmy tylko wykonawcami jej zamysłu. Hoche zwykł mawiać, że są oni jedynie „pustymi wydmuszkami istot ludzkich”, „osobami duchowo martwymi”. Wszak człowiek pozbawiony władz umysłowych nie jest człowiekiem. Byliśmy więc usprawiedliwieni. Zabijaliśmy ze wskazań społecznych. Odbieraliśmy życie, by dać szanse zdatniejszym dla Wielkoniemieckiej Rzeszy jednostkom.

Przeczyściłem pistolet z zewnątrz i na wszelki wypadek naoliwiłem mechanizm spustowy. Wszystko musiałem przeprowadzić jak należy. Gdyby mi się nie udało, zaczęto by zadawać pytania, na które mógłbym nie znać odpowiedzi. O ile mi wiadomo, podczas przesłuchań niemieckich żołnierzy nikt nie stosował meskaliny, ale nazbyt bałem się, co mógłbym powiedzieć, gdyby jednak ktoś wpadł na pomysł przesłuchania mnie przy jej pomocy. Już wiem, że gdzieś w środku noszę zdrajcę, demona, który mógłby zniszczyć nie tylko mnie – ja już i tak jestem stracony – ale i moją rodzinę. Zdradę dziedziczy się w genach. Nie mogłem narażać rodziców, sióstr i ich dzieci. Ojciec drugi raz nie wybaczyłby mi tchórzostwa. Prawdziwy Niemiec nie zna lęku, nade wszystko zaś walczy do końca.

Powinienem był zdobyć się na to już wcześniej, gdy zwątpiłem po raz pierwszy. Wówczas może nie dopuściłbym się zdrady.

Po likwidacji szpitala psychiatrycznego w Chełmie dostałem miesiąc urlopu. Przed opuszczeniem siedziby SS Hoche wsunął mi w dłoń brązowy słoik wypełniony pastylkami i kazał zażywać jedną rano, jedną wieczorem lub zawsze, gdy poczuję się gorzej. Domyślił się wszystkiego, a może i jego dręczyły koszmary? Może i on oglądał co noc te same sceny, które rozegrały się zaledwie przed dziesięcioma dniami? Był też pewien, że nie będę mógł poprosić o leki własnego ojca. Znał swego przyjaciela i wiedział, że nie akceptuje słabości w żadnej formie.

– Czym innym jest jednak planować, a czym innym doświadczać – dodał, jakby chciał mnie usprawiedliwić. A może w ten sposób usprawiedliwiał samego siebie?

Dwunastego stycznia dostaliśmy polecenie, by wziąć udział w wizytacji jednego z większych szpitali psychiatrycznych Generalnej Guberni w Chełmie. Niespełna tydzień wcześniej placówkę w Chełmie odwiedzili dwaj oficerowie SS i wydawało im się, że dostrzegli jakieś nieprawidłowości w funkcjonowaniu szpitala. Sytuacja była niecodzienna, ale z SS nie należało dyskutować. Hoche poprosił, bym mu towarzyszył.

Tamtego ranka też dał mi tabletkę znaną każdemu niemieckiemu żołnierzowi. Pervitin. Dwie pigułki likwidowały senność na parę godzin, większa dawka pozwalała nie spać całą dobę.

– Obawiam się, że czeka nas długi dzień – powiedział Hoche i sam zażył cztery pastylki.

Droga z Lublina do Chełma nie była daleka. Mimo trzaskającego mrozu cieszyłem się na tę przejażdżkę. Zawsze to jakieś urozmaicenie w codziennej rutynie szpitala wojskowego. Za nami zdążały dwa samochody z żołnierzami SS. Kiedy pośród bielejących połaci śniegu zobaczyłem ogromny budynek szpitala podziurawiony dziesiątkami okien, poczułem się nieswojo. Wokół nie było drzew. Ptaki milczały. Dreszcz przeszedł mi po plecach, ale nakazałem sobie spokój. Upiorną ciszę przerwał głos doktora Hochego, który poinformował mnie, że szpital założyli Rosjanie jeszcze w czasach, gdy Polska była pod zaborami, i od tamtej pory budynek zawsze pełnił tę funkcję, a przed wojną zwożono tu pacjentów z województwa lubelskiego i wołyńskiego.

Nasz kierowca nie zdążył jeszcze zgasić silnika, gdy z innych samochodów wysypali się żołnierze i otoczyli budynek. Ze zdziwieniem zauważyłem, że byli uzbrojeni w karabiny maszynowe. Serce podeszło mi do gardła, ale spróbowałem zachować spokój. Spojrzałem na Hochego, ale on nie wydawał się zaskoczony. Zrozumiałem, że wie, co ma się wydarzyć. Ja nie miałem pojęcia, w czym przyjdzie mi uczestniczyć. Gdybym wiedział, nie wysiadłbym z samochodu. Ta świadomość przez wiele tygodni wywoływała rumieniec wstydu na mojej twarzy. Wtedy po raz pierwszy poczułem, że jestem tchórzem.