Z pamiętnika masażysty I

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

I na tym kończą się podobieństwa pomiędzy naszymi gatunkami. Różnic jest znacznie więcej, na niekorzyść naszego gatunku, niestety. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że orki są na dużo wyższym poziomie społecznego rozwoju niż ludzie. Taka zdrowa orka, na przykład, nigdy nie zapoluje na inną orkę czy na człowieka, a zdrowy człowiek – wprost przeciwnie. Dlatego właśnie nazwałem swoją placówkę medyczną Orka-Med. Miło i swojsko, a jednocześnie klasycznie i międzynarodowo. Med w nazwie musiałem dodać, bo gdy w nazwie nie ma med czy lek, polski pacjent nie przyjdzie się leczyć...

Tydzień później

Moja przyjaciółka Klara uświadomiła mi właśnie, że według znanego i sprawdzonego sennika egipskiego, sen o orce zapowiada nagrodę za wytężoną pracę, postęp i wzlot w pracy zawodowej. Ta opcja bardzo mi pasuje!

PS Ciekawe, skąd Egipcjanie znali orki?

Wtorek, czyli pozory mylą

Umówiłem się z przyjacielem na piwo. Tak naprawdę, to nie na piwo tylko na kawę, bo byłem rowerem. Poza tym piwa nie lubię i nie piję. Po piwie chce mi się sikać, a kontrola nad własnym pęcherzem to klucz do sukcesu w moim zawodzie. Witek ma tak samo, ale przecież nie umówię się z kolegą na kawę... Z kolegą trzeba się od razu złoić, a kawę vel herbatkę można tylko z koleżanką. Taki lokalny polski gender.

Witek jest ordynatorem w dużym warszawskim szpitalu, a w czasie wolnym pielęgnuje swoje dwie pasje, a może nawet trzy. Skrajnie różne, zresztą.

Pierwsza z nich to ogrodnictwo. Nabył nawet ostatnio nieduży ogródek, zwany działką pracowniczą i uwielbia spędzać tam czas wolny. Ogródeczek jest naprawdę mini, ale położony dogodnie, bo w pobliżu domu pana doktora. Dzięki temu, gdy przychodzi sezon, doktor Witek sadzi, pieli, wyrywa chwasty i grabi do woli... Twierdzi, że najlepiej relaksuje się, pielęgnując swoje rośliny. One nigdy nie skarżą się na jego metody leczenia. Pan doktor zgadał się ze znajomą właścicielką apteki, że ta zamierza pozbyć się cisów rosnących przed wejściem. Cisy żółkną, marnieją i tylko zachęcają właścicieli psów do wysadzania pod nimi swoich podopiecznych. Witek długo się nie zastanawiał i zapytał, czy może sobie te cisy wziąć. Właścicielka apteki z radością przystała na propozycję, która wybawiła ją z kłopotu. Witek poszedł więc do swojego garażu po narzędzia, czyli szpadel i wózek do transportu. Wózek jest autentyczny – z epoki, stary i wiklinowy. Pamięta chyba wczesne dzieciństwo pana doktora, a teraz przeżywa swoją drugą młodość. Wygrzebany przez Witka zaczął być używany do przewożenia towarów innych niż dzieci, aczkolwiek ząb czasu delikatnie go (wózek) nadżarł. Witka zresztą też, widać to, zwłaszcza gdy jest w cywilu.

Wracając do naszej historii. Otóż uzbrojony w wózek i odziany w roboczy strój pan ordynator udał się po cisy. Wykopał je sprawnie szpadlem, załadował do wózka i zadowolony poprowadził swoją zdobycz w stronę działek. To zaledwie kilka przecznic dalej, ale zadanie wymagało siły i koncentracji, bo cisów było sporo, a wózek był stary i chybotliwy. W pewnym momencie obok Witka z wózkiem zatrzymał się radiowóz z policjantami. Jeden z funkcjonariuszy wysiadł i pańskim gestem przywołał do siebie pana ordynatora.

– A dokąd to idziemy z tymi krzaczkami? I skąd je mamy? – zapytał służbowo (i obowiązkowo w liczbie mnogiej) pan aspirant.

– Spod apteki na Mląckiej – odpowiedział zgodnie z prawdą pan ordynator.

– No ładnie, ładnie... To zawracamy do tej apteki – pan aspirant zdecydowanym ruchem zawrócił pana doktora i skierował go w drogę powrotną.

Witek jest praworządnym obywatelem i nie dyskutuje z władzą na środku ulicy. Zawrócił i udał się wraz z funkcjonariuszem policji we wskazanym przez niego kierunku, oczywiście nadal prowadząc swój wózek z cisami. Gdy dotarli do budynku apteki, funkcjonariusz, znowu bardzo uprzejmie, zachęcił pana doktora do pozostawienia wózka na zewnątrz i wejścia do środka.

– Dzień dobry – pan aspirant zwrócił się grzecznie do właścicielki apteki, która akurat stała za ladą. – Czy rozpoznaje pani te krzaki? – wskazał na dowód rzeczowy, czyli na zaparkowany wózek z cisami, widoczny przez duże okna apteki.

– Tak, oczywiście – odpowiedziała znajoma właścicielka. – Pan ordynator miał je sobie wykopać i zabrać na działkę.

Wyraz twarzy pana aspiranta był podobno bezcenny. A pan ordynator pożegnał się uprzejmie ze znajomą właścicielką oraz z panem policjantem, wziął swój wózek i po raz drugi udał się w drogę na działkę.

Na koniec naszego spotkania przy kawie okazało się, że Witek miał do mnie bardzo konkretny interes, który dotyczył jego drugiej pasji, czyli starych, ups, zabytkowych samochodów. Nie zdążył jednak się z nim szerzej ujawnić, bo musiał pędzić na dyżur... Poczekam.

Środa, czyli teoria w praktyce

Nie wiem, dlaczego właśnie dzisiaj, ale jestem w nastroju filozoficznym. Doszedłem bowiem do smutnego wniosku, że gatunek ludzki (a więc i mój) skazany jest na zagładę. Która zresztą już się zaczęła. Jeśli sam, osobiście niedługo nie przedłużę ponownie gatunku, też będę odpowiedzialny za ten upadek. To był tylko taki wtręt dla rozładowania napięcia seksualnego, bo nie o tym chciałem pisać.

Chodziło mi o to, że my, ludzie, znamy się na wszystkim. Oczywiście w teorii, bo w praktyce różnie nam to wychodzi... Pod tym względem świat zwierząt został znacznie lepiej wyposażony przez naturę, która podobno jest naszą wspólną matkę. Podobno, bo ja zaczynam mieć poważne wątpliwości czy aby na pewno wspólną! Zwierzęta albo działają, albo nie. Zebra nie dyskutuje z drugą zebrą o tym, co należy robić, gdy zaatakuje ją lew. W jaki sposób powinna uciekać, jakie techniki stosować, by go zgubić. Zaatakowana zebra nie zmarnuje ani sekundy bezcennego czasu na gadanie, po prostu zaczyna gnać przed siebie. Dzięki temu ma szansę na przeżycie.

A my, gatunek naczelny (znowu podobno), mamy w tym miejscu sporą lukę w wyposażeniu. Chociaż... Może to właśnie jest celowe działanie natury? Może już w trakcie ewolucji, natura uznała, że jesteśmy tak słabi i nieudani, że nie powinno nas być zbyt dużo? Gatunek ludzki uwielbia bowiem dyskutować i wymyślać teoretyczne scenariusze.

Podsłuchałem dzisiaj na korytarzu taką oto rozmowę dwóch pań w sile wieku i wagi.

– Proszę pani, te ćwiczenia i ta cała dieta to żadna filozofia! Ja sama znam ze sto sposobów! I to lepszych niż te, które ci masażyści tutaj pokazują! Ja to wiem, mówię pani – zaczęła filozoficznie pierwsza pani. – Ja, proszę pani, postanowiłam, że sama zacznę ćwiczyć w domu. Od przyszłego tygodnia, bo teraz jestem za bardzo zmęczona tą całą rehabilitacją...

– Ma pani rację, moja droga. Ja też próbowałam wszystkiego, ale nic nie działa. Zresztą tutaj też mi nie pomogli, ciągle boli. Ale wie pani, może te tabletki z reklamy pomogą. No wie pani, te, co je reklamuje ta znana aktorka, no ta... ta, jak jej tam... Jutro kupię! W aptece koło mnie mają promocję – odpowiedziała druga pani, zagryzając swoje postanowienie pączkiem.

– Pani mi później powie, czy działają. Bo lekarze to na niczym się nie znają. Taka jedna zrobiła mi ostatnio wykład o poziomie cukru i cholesterolu. A ja sobie myślę: Zobaczymy, kochana, twój poziom, gdy będziesz w moim wieku. Taka mądra, gówniara jedna!

– Taa, mnie też tak powiedziała, doktor gówniara jedna – przytaknęła druga pani. – Może pączkiem się pani poczęstuje? Pyszne, dzisiejsze! Kupiłam w tej cukierence na rogu.

– O, dziękuję bardzo – pierwsza pani zanurzyła rękę w papierowej torebce podetkanej jej pod nos przez drugą panią. – Rzeczywiście pyszne! Muszę kupić do domu!

Dobrze, że lwa nie było w pobliżu, bo zjadłby te panie na śniadanie. Pączusie na deser również. A raczej lwica by je zjadła, to samice polują! Zupełnie jak u ludzi.

Czwartek, czyli na sygnale

Byłem na zebraniu u Jerzyka w przedszkolu. Ustaliliśmy z moją eks, że będziemy chodzić na zmianę, żeby sprawiedliwie dawkować sobie przyjemności i dzielić się informacjami. Nie, nie narzekam, przedszkole jest w porządku! Wiem, co mówię, bo to już nasze trzecie...

Na zebraniu – normalka. Siedzimy w bardzo niezdrowych pozycjach na maciupeńkich krzesełkach, idealnych dla maciupeńkich dupek naszych dzieci, ale dla naszych, nieco większych dup. Panie wychowawczynie ze szczegółami opowiadają nam, co nasze dzieci zrobiły, co robią, co będą robić, trutututu, trutututu... Na koniec przyszedł czas na uwagi i wolne wnioski rodziców.

Zaczęła mama Feliksa. Postawna kobieta, która upodobała sobie bardzo wysokie obcasy, lecz najwyraźniej nie opanowała techniki chodzenia na nich, gdyż cały czas chodzi na ugiętych kolanach. Wygląda to strasznie, a do tego jest bardzo niezdrowe. Poza tym mama Feliksa jest wyjątkowo głośna, więc gdy zaczyna mówić, mam ochotę ściszyć jej poziom głosu, ale niestety nie mam pilota...

– Ja chciałam oficjalnie prosić, żebyście panie lepiej pilnowały naszych dzieci i nie pozwalały im chodzić do kuchni – zażądała tym razem.

– Słucham? Do jakiej kuchni?! – odezwała się, a właściwie wykrzyknęła, jedna z pań wychowawczyń. – Zupełnie nie rozumiem pani prośby. Nasze dzieci absolutnie, ale to absolutnie, nie chodzą do kuchni. Ani z nami, ani tym bardziej same, bez opieki!

– Ale mój Felek opowiadał, że jeden chłopiec oparzył się w kuchni! – mama nie dawała za wygraną i w związku z tym mówiła jeszcze głośniej. – Mój synek bardzo to przeżył! Podobno ten chłopiec mocno się poparzył. Płakał i przyjechało pogotowie i straż pożarna!

Na twarzach pań wychowawczyń oraz nas, rodziców, widać było konsternację, strach i zdumienie. Wstrząśnięte i zmieszane. Nagle jedna z mam (na którą zwróciłem uwagę już wcześniej ze względu na jej wspaniałą i jakże prawidłową postawę z profilu) zaczęła chichotać pod nosem.

 

– A czy ten poparzony chłopiec nie miał czasem na imię Dominik? – zapytała, uśmiechając się szeroko (i też wyjątkowo ładnie).

– Tak, właśnie tak! Biedny Dominik! – potwierdziła, już krzycząc mama Felka.

– Aha, no tak... Bo wie pani, mój syn ma taką przypadłość, że często zdarza mu się czymś poparzyć albo coś rozlać – mama Dominika pokiwała poważnie głową. – Mój syn uwielbia gotować! Tu, na tej kuchni. W domu mamy zresztą podobną – odwróciła się i teatralnym gestem pokazała na stojącą w rogu sali drewnianą replikę staroświeckiej kuchenki węglowej.

Rzeczywiście, kuchenka jak żywa, z palnikami i z piekarnikiem. Do tego w pełni wyposażona w garnki, łyżki, patelnie, czajnik. Wszystko w wersji mini.

– Pogotowie też często przyjeżdża do nas do domu – kontynuowała mama Dominika. – I straż pożarna na sygnale i wtedy robi: eo, eo, eo, eo, eo!

Mama Dominika zawyła tak uroczo i z takim przekonaniem, a do tego seksownie, że spodobała mi się od pierwszego eo... Ciekawe, czy potrafi wydawać z siebie równie interesujące odgłosy w innych okolicznościach? Chętnie bym posłuchał, oczywiście pod warunkiem, że ze mną będzie wydawała te odgłosy...

Sobota, czyli to moje!

I znowu nasz męski weekend, czyli czysta męska radość i inspiracja. Głównie dla mnie, oczywiście. Kupiłem ostatnio Jerzykowi nową szczoteczkę do zębów. Elektryczną, żeby było nowocześniej i skuteczniej. Może przetrwa trochę dłużej od swoich poległych bolesną i przedwczesną śmiercią manualnych sióstr. W komplecie ze szczotką było z tysiąc różnych naklejek. Szczotka jest biała, więc każde dziecko może ją udekorować według swojego uznania i pomysłu.

Wieczorem, po umyciu zębów, rozmawiamy sobie miło z synem:

Ja

– Coś mało naklejek nakleiłeś na swoją nową szczoteczkę, Jerzyku. Może okleisz ją całą, tak na kolorowo, jak zrobił to Kuba?

Syn

– Czy to ty dostałeś tę szczoteczkę, tato?

Ja (nie zrozumiałem pytania)

– No nie... Ja ją kupiłem dla ciebie, nie dostałem...

Syn (dobitniej i wyraźniej)

– Ale czy to TY ją dostałeś, taaatooo?

Ja (ciągle nie czając, o co chodzi mojemu synowi)

– Nie, nie dostałem. Kupiłem za pieniądze. W sklepie.

Syn (dobitniej, jeszcze cierpliwie, ale już bardziej stanowczo)

– Ale czy to TY ją dostałeś czy JA?

Ja (wreszcie załapałem)

– No, tak... Ja ją kupiłem, ale to ty ją dostałeś ode mnie, czyli jest twoja.

Syn (z wyraźną ulgą w głosie)

– No właśnie! Ona jest MOJA, nie TWOJA! To ja mogę sobie nakleić tyle naklejek, ile JA chcę!

Ja

– Masz rację, synku...

Szacunek dla asertywności mojego syna. Moja krew!

A swoją drogą, wieka szkoda, że dla dorosłych takich szczoteczek nie robią. Takie na przykład naklejki z gołymi babami albo wprost przeciwnie (jeśli chodzi o płeć, nie o strój) dołożone do każdej szczoteczki mogłyby znacząco podnieść poziom higieny jamy ustnej w społeczeństwie i w nagrodę za prawidłowe szczotkowanie – odsłaniałyby się trójwymiarowe szczegóły anatomiczne... Muszę podsunąć ten pomysł mojemu przyjacielowi dentyście, czyli Kotu (Kotowi?!).

Wtorek, czyli kostka Rubika

Od dnia narodzin Orka-Med nie narzekam na brak pracy. Pacjenci przychodzą do nas licznie, zwabieni moim tytułem doktora (wymiennie z: moją sławą, urokiem osobistym, profesjonalizmem itp. itd.) oraz rosnącą z roku na rok renomą naszej placówki medycznej. Nie zakładu, proszę! Co ważne, udało nam się to osiągnąć bez nachalnej reklamy, z czego jestem bardzo dumny. Koledzy i koleżanki również. Gdy ktoś już do nas trafi, zostaje z nami na dłużej, i to nie dlatego, że jest mu gorzej lub że chcemy go wydusić do końca! Po prostu potrafimy pomóc, a to nasi pacjenci bardzo sobie cenią.

Oczywiście, zdarzają się wyjątki od tej reguły. Też dobrze, bo nam zależy jedynie na uczuciach z wzajemnością! Niestety, od jakiegoś czasu zauważyłem, że pacjenci zaczęli przychodzić do mnie z najróżniejszymi problemami, niekoniecznie dotyczącymi usprawniania ruchowego czy innej fizjoterapii... Bywają takie dni, na przykład dzisiejszy, że czuję się nie jak Czwórca, ale co najmniej jak kostka Rubika i trzeba się nieźle natrudzić, aby wyszła nam całość!

Dzień dzisiejszy zacząłem od fizycznego otwarcia drzwi do Orka-Med i odrobienia zaległej pracy domowej, a więc od przejrzenia rachunków, faktur oraz innej porywającej pracy umysłowo–biurkowej, którą wprost uwielbiam. To były moje wcielenia nr 1 oraz nr 2: ojciec dyrektor oraz główny księgowy. W kolejnej godzinie reanimowałem i rehabilitowałem pacjentów jako specjalista fizjoterapii, czyli występowałem w roli nr 3.

Następnie popracowałem sobie jako doktor, czyli w ulubionej przeze mnie głównej roli, dzisiaj nr 4. A na koniec dnia, niejako na deser, przyszła matka z córką. Lat 39 oraz 17. Pacjentką miała być córka.

– Doktorze – rzekła matka wyglądająca na pierwszy rzut oka na siostrę córki. – Proszę przekonać moją córkę, żeby przestała się garbić!

Córka w tym czasie siedziała skulona na krześle, milczała i miotała spojrzeniem pioruny.

– Taak? – zagaiłem. – Czy pani ma problem z kręgosłupem? Jakieś dolegliwości? – zwróciłem się bezpośrednio do córki.

Odpowiedziała oczywiście matka.

– Żadnych! Widzi pan ją przecież! Taka piękna dziewczyna! Ma zostać modelką! Operację biustu jej zafundowałam, a ona w ogóle tego nie docenia! Pan spojrzy doktorze, jak ona siedzi!

Spojrzałem. Fakt, córka siedziała nieprawidłowo, ale moje wcielenie nr 5, czyli domorosły psycholog behawioralny, podpowiadało mi, że to nie matka ma problemy z córką, ale córka z matką...

– Aha – powiedziałem, żeby zyskać na czasie. – A czy pozwoli mi pani porozmawiać chwilę z córką? Sam na sam?

Kretyńskie mamy te przepisy. Matka może swojej siedemnastoletniej córce fundować implanty cycków, a ja nie mogę z rzeczoną córką nawet porozmawiać bez zgody matki.

Na nasze szczęście, pani matka wyraził zgodę i opuściła gabinet. Gdy tylko drzwi się za nią zamknęły, córka odzyskała nie tylko mowę, ale i prawidłową postawę ciała.

– Niech ona, kurwa, da mi wreszcie święty spokój!

– Tak ciężko? – zapytałem empatycznie, żeby wyciągnąć maksymalnie dużo informacji z dziewczyny.

– Ciężko? Kurwa! Mega ciężko! – otworzyła się córka. – Niech sama sobie modelką zostanie, ja mam to w dupie. Za trzy miechy kończę osiemnastkę i wynoszę się z domu.

– OK, rozumiem – naprawdę rozumiałem. – To co robimy? Bo wiesz, że matka nie da ci spokoju?

– Wiem – córka znowu się zgarbiła. – Ma pan jakiś pomysł, doktorze?

– Mogę mieć... – rzuciłem w przestrzeń. – Przeżyj jakoś te trzy miechy, które zostały ci do osiemnastki. Wyprostowana, oczywiście. A później i tak zrobisz, co chcesz...

Córka wysłuchała mnie i nie zgarbiła się, czyli jest szansa, że mój pomysł przypadł jej do gustu...

– OK... Ma pan rację doktorze. Dzięks!

Dzień zakończyłem posprzątaniem mojej palcówki Orka-Med. I to było moje ostatnie wcielenie tego dnia: rola nr 6: sprzątacz ze stopniem doktora. Ciekawe, ilu nas jest w Polsce?

PS Osobiście nie wierzę, że szóstka jest cyfrą diabelską. Dla mnie szóstka zawsze była i jest szczęśliwa! Urodziłem się szóstego, zakochałem się po raz pierwszy w wieku sześciu lat, mieszkałem w Stanach sześćdziesiąt sześć miesięcy, gdzie jest słynna Droga 66, miałem też w życiu ponad sześć kobiet, choć mniej niż sześćdziesiąt sześć, ale przecież jeszcze nie zakończyłem działalności... Rozmiar buta też mam z szóstką w liczbie i postanowiłem, że będę miał sześcioro dzieci, żeby godnie przedłużyć gatunek ludzki najlepszą dawką genów. Obym tylko nie musiał na to czekać sześćdziesiąt sześć lat...

Piątek, czyli w związku z brakiem związku

Stwierdzam skromnie, że bardzo lubię swoje życie. Jestem jeszcze młody, ale już nie głupi i nie brak mi niczego. No, może ostatnio zaczyna brakować mi nieco seksu... Nie seksu dla seksu, bo to akurat jest dostępne 24/7, ale związku z seksem. A konkretnie seksu w związku.

Po rozstaniu z moją eks obydwoje mieliśmy dość długi i burzliwy okres stresu pourazowego. Schodziliśmy się i rozchodziliśmy, nie mogąc się zdecydować razem czy osobno. I tak krążyliśmy wokół siebie, od domu do domu, od łóżka do łóżka...

Aż pewnego pięknego dnia rozeszliśmy na zawsze, za obopólną zgodą i chyba z ulgą. Potem moja eks poznała Huberta. Porządny chłop. Trochę zbyt nudny jak dla mnie, ale to nie ja z nim śpię, więc nie jestem zazdrosny. Niech im ziemia lekką będzie i życzę im jak najlepiej, ale szkoda, że ja w tym czasie nie poznałem nikogo ważnego. Zrobiłem więc sobie przerwę higieniczną na regenerację organizmu oraz rehabilitację połączoną z ćwiczeniami ruchowymi... Teraz jednak ogłaszam oficjalnie, że mój turnus się skończył i wracam do normalnego życia.

Z prawidłową postawą i ze zdrowymi nawykami. Sam tak truję swoim pacjentom po terapii, więc nie mogę być gorszy! Wniosek jest taki, że nadszedł czas na zmiany i nawet wiem, od czego zacząć! Eo, eo, eo w wykonaniu mamy Dominika wyraźnie mną poruszyło (fizycznie również), więc zacznę od ustalenia statusu mamy. A raczej od ustalenia statusu tatusia, czyli zamierzam się dowiedzieć, czy tatuś Dominika ciągle mieszka z mamusią Dominika i zrobię to osobiście. Przekonałem się już, że na informacjach uzyskanych od mojego syna polegać nie powinienem, gdyż w jego wieku świat realny mocno przeplata się z tym wymyślonym. Niektórym zresztą zostaje to na zawsze, a ja chcę wiedzieć jednoznacznie czy tatuś Dominika mieszka z mamusią Dominika. Nie wiem jeszcze jak się tego dowiem, ale wierzę w siebie i na pewno coś wymyślę. Albo zapytam wprost.

Sobota, czyli na Jerz(ż)a

Nie mogłem już patrzeć na długie, falujące włosy mojego syna i słuchać uwag typu:

– Jaką pan ma śliczną córeczkę!

Nie dość, że sama fryzura Jerzyka wyszła fryzjerce mojej eks zbyt podobnie do fryzury mojej eks, to jeszcze ja osobiście, musiałem się męczyć z rozczesywaniem tejże fryzury. Może jestem lamer, ale nie potrafię robić męskiego koka i nie zamierzam się tego nauczyć, bo taki mam światopogląd. I już. A poza tym, czy ktoś kiedyś próbował wcisnąć długie włosy swojego dziecka pod gumowy czepek?! Jeśli spróbował lub spróbowała, to wie, o czym mówię. Dodatkowe 10 minut walki w szatni przed basenem plus dodatkowe upierdliwie długie minuty „po” na wysuszenie po basenie! Uznałem więc, że nadszedł czas na męską wizytę ojca z synem u prawdziwego męskiego fryzjera, czyli u pana Leszka.

Pan Leszek jest fryzjerem męskim z dziada pradziada. Takim, co goli, strzyże, krawaty wiąże i usuwa ciąże. Strzyże się u niego cała śmietanka towarzyska starej Warszawki. Coraz chudsza, niestety, bo rdzennych warszawiaków ubywa nam z każdym rokiem...

Jerzyk był bardzo dumny z faktu, że idzie do prawdziwego męskiego pana fryzjera. Usiadł na dorosłym fotelu i nawet nie kręcił się na nim zbyt długo, bo tylko 8 minut. Gdy wreszcie był gotowy, pan Leszek podszedł do niego z nożyczkami w ręku i profesjonalnie zagaił.

– Jak strzyżemy szanownego pana?

Jerzyk przyjrzał się uważnie swojemu odbiciu w lustrze i odparł bez wahania:

– Na jeża!

W takich sytuacjach duma mnie rozsadza! Moje geny, tylko moje!

Poniedziałek

Moja eks najpierw mnie opieprzyła i obraziła się za nową fryzurę Jerzyka. Że za krótko, że z nią nie ustaliłem, że dziecku będzie zimno w głowę itp. itd. Ale ma kobieta klasę, przyznaję! Dzisiaj rano sama do mnie zadzwoniła – specjalnie, żeby mi podziękować. Okazało się, że dzięki nowej fryzurze Jerzyka zaoszczędza co najmniej 10 bezcennych minut podczas porannego szykowania się do pracy, bo zwykle tyle potrzebowała na rozczesywanie i rozplątywanie włosów naszego syna po nocy...

Wtorek, czyli jak to się robi

Wieczorem zadzwoniła moja siostra. Z prośbą.

– Brat, hellou tobie – usłyszałem w telefonie i już wiedziałem, że siostra ma do mnie prośbę.

Ona tak ma, że gdy chce prosić o coś niestandardowego, najpierw mnie rozmiękcza...

– Taak, siostra – odrzekłem w konwencji.

 

– Co u ciebie, brat? W porządku? – siostra kontynuowała rozmiękczanie. – Mam nadzieję, że się szanujesz i nie pracujesz zbyt ciężko. Bo ja... Mam prośbę do ciebie. Ogromną – usłyszałem wreszcie.

– Taak?

– Musisz mi pomóc, brat...

– Oczywiście, siostra, że pomogę, no problem! Ale w czym?

Po moim konkretnym pytaniu po drugiej stronie telefonu zapadła chwila ciszy. Pełnej napięcia.

– W bardzo ważnej sprawie, brat. Trzeba uświadomić Kubę...

Teraz po mojej stronie telefonu zapadła cisza.

– OK, no problem, siostra – wydusiłem po chwili. – Ale dlaczego teraz?

– Bo... Kuba zadał mi ostatnio pytanie, skąd się wziął. To znaczy, skąd się biorą dzieci.

– I co? Nie wiesz? – zażartowałem niezbyt mądrze.

– Wyobraź sobie brat, że wiem. Ale poległam...

Okazało się, że siostra dzielnie opisała Kubie cały skomplikowany proces tworzenia się nowego życia. Prosto i obrazkowo. Jak to nasionko taty łączy się z jajeczkiem mamy – u mamy w brzuchu. A potem – jak to jajeczko z nasionkiem w środku rośnie w tym brzuchu i zamienia się w dzidziusia. Dzidziuś też rośnie przez dziewięć miesięcy i odżywia się za pomocą specjalnej rurki przyczepionej od środka do mamusi. W końcu dzidziuś rodzi się, czyli wychodzi z brzucha mamy... Muszę przyznać, że poradziła sobie znakomicie. Bez ściemy opisała cały proces End–2–End. Poległa dopiero na troskliwym pytaniu Kubusia, czy bardzo ją bolało, gdy tatuś wkładał jej swoje nasionko do brzucha i czy musiał jej w tym celu rozciąć brzuszek? I czym...

– Świetne pytanie, synku – dyplomatycznie wybrnęła moja sis. – Zapytaj wujka Marcina, jak to się robi. On zna takie męskie sposoby. Całkiem bezbolesne, a nawet przyjemne.

Tydzień później

Wyjaśniłem wszystko Kubie i przy okazji – Jerzykowi. Łatwo nie było, ale już wiem, jak to się robi. Młodzi, mam nadzieję, też.

Środa, czyli przychodzi lekarz do doktora

„Lekarzu, lecz się sam!” – jutro wywieszam taki oto baner nad wejściem do Orka-Med oraz na naszej stronie w necie.

Albo taki:

„Pacjentów posiadających dyplom lekarski uprasza się o pozostawienie swoich dyplomów oraz ego w domu!”.

Wszystko przez panią doktor Weronikę, lat 32, która przyszła do Orka-Med na konsultację. Teoretycznie, bo gdy tylko weszła do mojego gabinetu, wiedziałem, że łatwo nie będzie. I nie było...

Jako nowy pacjent, pani została przeze mnie wypytana o dane osobowe. W odpowiedzi i już w pierwszych słowach pacjentka zaznaczyła z naciskiem, że ona jest lekarzem, wybitnym specjalistą medycyny estetycznej, dermatologii oraz wenerologii. W związku z tym nie da się zbyć byle czym oraz zobowiązuje mnie do traktowania jej profesjonalnie, poważnie i z szacunkiem.

– Pani doktor – oburzyłem się profesjonalnie i z szacunkiem. – Ja wszystkich pacjentów tak traktuję!

– Innym może pan wciskać kit, ale ja sobie nie dam – odpowiedziała mi na to dr Weronika.

– Ja sobie również nie daję, więc innym też tego nie robię – zamknąłem temat i przeszedłem do części merytorycznej naszego spotkania. – Proszę mi powiedzieć, co panią doktor do mnie sprowadza?

– No wie pan! Oczywiście, że choroba, a cóżby innego?! – dr Weronika miała dość specyficzne poczucie humoru.

– A tak bardziej konkretnie?

– Tak konkretnie to cierpię na zespół cieśni kanału nadgarstka – poinformowała mnie dr Weronika.

– Zdiagnozowane i leczone czy jeszcze nie? – zadałem pytanie pomocnicze.

Pani doktor spojrzała na mnie z politowaniem.

– Oczywiście, że tak! Sama postawiłam sobie diagnozę, a do pana przyszłam po zestaw ćwiczeń usprawniających, które będę mogła wykonywać w przerwach pomiędzy przyjmowaniem pacjentów – uświadomiła mnie surowo.

– Rozumiem, że pani problem jest chorobą zawodową, to znaczy... – nie dane mi było dokończyć, bo dr Weronika zrobiła to za mnie.

– Ależ pan jest bystry, doktorze – stwierdziła z przekąsem. – Oczywiście, że uraz spowodowany jest wykonywaniem przeze mnie zawodu, a w szczególności powtarzających się czynności. Gdyby pan jednego dnia wstrzyknął dziesięciu pacjentkom po kolei kwas hialuronowy i botoks, też wysiadłby panu nadgarstek.

– Bardzo możliwe – przyznałem empatycznie, nie dając się sprowokować. – Ale jako doświadczony specjalista, droga pani doktor, sam chciałbym obejrzeć pani nadgarstek. I badania, jeśli takowe pani posiada. I dopiero wtedy odpowiedzialnie rozpiszę pani terapię.

– Proszę, proszę – dr Weronika podsunęła mi pod nos swój prawy nadgarstek. – Nic nowego pan tu nie zobaczy, zespół cieśni i już.

Spokojnie obejrzałem łaskawie podany mi nadgarstek, pomacałem, powyginałem i już wiedziałem, że wiem.

– A nie upadła pani ostatnio na tę rękę? Lub raczej: czy nie spadło pani na rękę coś ciężkiego? – zapytałem podchwytliwie.

– Co? Moja diagnoza się panu doktorowi nie podoba? – rzuciła się dość agresywnie dr pacjentka.

– Szczerze powiem, pani doktor, nie bardzo... Mnie to wygląda raczej na zwichnięcie nadgarstka. Proszę sobie przypomnieć, czy coś naprawdę ciężkiego nie upadło pani na tę rękę? – zapytałem na jednym wdechu, żeby nie pozwolić sobie przerwać.

– Ja chyba lepiej wiem, co mi dole... – zaczęła nerwowo dr Weronika, ale raptem oraz gwałtownie przerwała. I zamilkła.

Na chwilę, by po tej chwili zaskoczyć mnie maksymalnie swoją odpowiedzią.

– Wie pan, doktorze, że to możliwe... Bo ja czasem używam azotu do zamrażania znamion i innych takich, i rzeczywiście, jakieś dwa tygodnie temu taka wielka butla, ze 40 litrów, spadła mi na rękę...

– Mnie RÓWNIEŻ się wydaje, że to jest uraz mechaniczny, pani doktor – skonkludowałem dyplomatycznie. – Więc zanim pani cokolwiek zalecę, wolałbym, aby pani wykonała USG u kolegi. To drzwi obok, a pani i ja będziemy mieli pewność.

I wtedy stał się kolejny cud w mojej karierze! Dr Weronika po raz pierwszy spojrzała na mnie jak równy na równego.

– Zgadzam się – powiedziała donośnie, a potem dodała już o wiele ciszej – i dziękuję...

USG potwierdziło moje przypuszczenia, więc na koniec tej długiej i obfitującej w skrajne emocje wizyty rozstaliśmy się z dr Weroniką w profesjonalnie przyjaznej atmosferze. Na do widzenia pani doktor wręczyła mi swoją wizytówkę z zapewnieniem, że zawsze i w każdej trudnej sprawie zdrowotnej związanej z medycyną estetyczną, dermatologią lub wenerologią mogę się do niej zwrócić. Profesjonalnie, dyskretnie i z rabatem.

Mam nadzieję, że nie będę musiał skorzystać...

Sobota, czyli bez – bez

Zawsze, gdy mam spędzić sobotę sam, czyli bez Jerzyka, bez towarzystwa oraz bez żadnej zewnętrznie narzuconej mi aktywności lub kobiety, dopada mnie dół. Jeszcze nie depresja, ale potężne przygnębienie. Nie chce mi się wstać z łóżka czy umyć zębów. Z ubieraniem i jedzeniem jest jeszcze gorzej. Jedynie kawę piję w ilościach wskazujących na spożycie. Na dobicie wyznaczyłem sobie na dzisiaj dość ambitne zadanie, czyli uzupełnienie dokumentacji medycznej pacjentów. W tym celu zwiozłem wczoraj do domu pół tony papieru – z mocnym postanowieniem, że do końca weekendu każdy pacjent zakładu zostanie opisany wzdłuż, wszerz i w poprzek. Oczywiście, tylko do wiadomości mojej i NFZ–tu. Pacjenta ewentualnie też, chociaż niekoniecznie. Wiem, wiem, ochrona danych osobowych i inne takie bla, bla... Nie powinienem wynosić z zakładu żadnych dokumentów, ale samo życie. Jeśli nie zrobię tego w domu, to w ogóle nie zrobię, a zrobione być musi. Podjąłem więc męską decyzję, że lepiej w domu niż wcale.

Uzbrojony w mega duży kubek termiczny z kawą zasiadłem do pracy w ulubionym stroju służbowym, czyli w gaciach z bałwankiem. Tę czynność wykonałem bardzo starannie. Zasiadłem i siedziałem. Około południa byłem już przy karcie pacjenta nr 1 oraz przy drugim kubku mocnej kawy. Do godziny trzynastej zdążyłem zrobić, wypić i wysikać trzeci kubek kawy i nadal dokumentować przebieg fizjoterapii pacjenta nr 1, czyli pana Damiana, lat 57.

Wstawałem właśnie po czwarty kubek kawy, gdy zadzwonił mój smartfosz, jak mówi Jerzyk, co mnie bardzo ucieszyło. Zawsze to jakiś płodozmian.

– Marcin, cześć – usłyszałem głos mojej eks. – Mamy awarię. Jakaś rura czy inny wężyk pękł pod wanną i zalało nas. Sąsiadów zresztą też.