Z pamiętnika masażysty ITekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Agnieszka Dydycz

Z pamiętnika masażysty

Tom I. Nic, co ludzkie, nie jest mi (już) obce

Warszawa 2021

Spis treści

Recepta, czyli dr Marcin radzi

Z pamiętnika masażysty, czyli nic, co ludzkie, nie jest mi (już) obce

Przypisy

O Autorze

Czas robi swoje. A ty, człowieku?

Stanisław Jerzy Lec

I did it my way.

Frank Sinatra

Recepta, czyli dr Marcin radzi

Przeczytać przed przeczytaniem

Przed przystąpieniem do przeczytania „Z pamiętnika masażysty” należy uważnie zapoznać się z treścią, ponieważ zawiera ona ważne informacje:

  Pamiętnik nie został przepisany określonej osobie, więc można i należy go polecać.

  W razie jakichkolwiek wątpliwości oraz pytań należy zwrócić się do fizjoterapeuty, farmaceuty, terapeuty, lekarza lub do autora.

  Jeśli wystąpią jakiekolwiek objawy pożądane, należy niezwłocznie powiadomić o tym autora, wszystkich bliskich i znajomych, jak również nieznajomych.

  Substancją czynną Pamiętnika jest maksymalna dawka pozytywnej energii, inspiracji oraz śmiechu.

  Przeciwskazań, powikłań ani reakcji alergicznych – nie stwierdzono.

  Podczas e–czytania, należy pamiętać o prawidłowej postawie fizycznej oraz psychicznej.

  Przepisem na wieczną młodość jest Twoja postawa. Ta w głowie i ta widziana z boku, czyli z profilu. Postawa to podstawa, a słaby profil nie pomaga ani w realu, ani na portalu.

  Dobrej zabawy i powodzenia!

dr Marcin

Z pamiętnika masażysty, czyli nic, co ludzkie, nie jest mi (już) obce

Sobota, czyli selfie

Nazywam się Marcin i mam lat 35. Jestem wysoki, prawidłowo zbudowany, właściwie wyposażony, inteligentny, dowcipny, wrażliwy, skromny itp. itd. W skrócie, mój profil i w ogóle całość zasługuje na bardzo dużo polubieni, zwanych lajkami. Moja ocena jest oczywiście subiektywna i inna być nie może. Diagnozuję przecież sam siebie, a poza tym jestem do tego upoważniony. Nie tylko jako główny bohater i podmiot niniejszej opowieści, lecz także jako doktor rehabilitacji medycznej oraz magister fizjoterapii, z podwójną specjalizacją oraz z potrójnym dyplomem. Dwa są polskie, a jeden amerykański. Brzmi dumnie, prawda?

Lecz cóż z tego... Realia są takie, że nawet gdybym był profesorem noblistą z własną katedrą fizjoterapii na najlepszym uniwersytecie świata, nadal byłbym nazywany przez pacjentów masażystą. Wymiennie z panem Marcinem, ewentualnie – Marcinkiem. To miłe, ale ego boli.

Takiemu mojemu koledze, lekarzowi dowolnej specjalizacji, pacjenci nie mówią po imieniu. Najczęściej kłaniają się nisko, po czym proszą z szacunkiem i pokorą:

– Panie doktorze, czy byłby pan uprzejmy zerknąć na moje gardło? Nie chciałbym sprawiać kłopotu, ale bardzo mnie boli i wydaje mi się, że mam anginę. Proszę, doktorze, bardzo proszę, niech pan mnie zbada...

A o magistrze fizjoterapeucie, doktorze lub nawet profesorze, pacjent powie co najwyżej z czułością oraz porozumiewawczym uśmiechem:

– Chciałabym się zapisać do pana Marcinka, bo on jest najlepszy na świecie. Jego ręce leczą, a ja się na masażystach znam. Rehabilituję się już od trzydziestu lat!

Postanowiłem zatem pisać dziennik. Pamiętnik dnia codziennego, żeby znajomi, nieznajomi oraz moi potomni wiedzieli jak ważna i odpowiedzialna jest praca fizjoterapeuty, czyli moja pasja i trud codzienny.

Tyle wersja oficjalna, bo tak naprawdę, mam dosyć uwag moich kumpli:

– Ty to masz epicką robotę, chłopie! Pomasujesz sobie parę pachnących lasek i jeszcze ci za to płacą! Też bym tak chciał!

Oj, nie chciałbyś, chłopie... Większość moich pacjentów lasek nie przypomina, bo i płeć nie ta i wiek nie ten, a zapach przemilczę. Kocham swoją pracę i lubię ludzi, a moich pacjentów w szczególności, jednak oni nieustannie testują granice mojej wytrzymałości. Swojej zresztą również, ale to już ich wybór. Ja muszę dbać o siebie i stąd właśnie pomysł na dziennik. Będzie to moja osobista terapia antystresowa, połączona z regularnymi ćwiczeniami mojego psyche, że tak to ujmę zawodowo.

To tyle na dzisiaj i idę spać, zanim napiszę coś, czego będę żałował.

Niedziela, czyli z uwerturą w tle

Uwielbiam to, co robię i pewnie dlatego pracuję w dwóch miejscach jednocześnie. No może nie naraz, ale w podobnym wymiarze. Obydwa miejsca pracy są prawie identyczne, jeśli chodzi o swoje misje i cele, ale już zupełnie różne w sposobach ich realizacji.

Pierwsze miejsce to moja praca najemna, czyli tak zwany publiczny zakład opieki zdrowotnej. Oficjalnie, zakład mój świadczy usługi medyczne związane z rehabilitacją i fizjoterapią, a przy okazji oraz nieoficjalnie, stanowi idealne miejsce do badań z zakresu psychologii, socjologii i innych nauk społecznych. Byłby również idealną pożywką dla twórczego scenarzysty, gdyż każdy dzień w naszym zakładzie jest jak kolejny odcinek tasiemcowej telenoweli paradokumentalnej. Miejsce akcji oraz trzon ekipy aktorskiej jest stała, aktorzy ról drugoplanowych się zmieniają, a do tego, jak w każdej przyzwoitej produkcji, mamy swoje gwiazdy, wokół których wszystko się kręci. Scenariusz jest w związku z tym w miarę przewidywalny, choć nie zawsze i nie do końca, gdyż i suspensu u nas nie brakuje...

Poza tym, moja firma, jak każda inna zresztą, ma swoją historię oraz hierarchię. Na szczycie naszej lokalnej drabiny społecznej stoi, a raczej siedzi, pan doktor kierownik. Za nim siedzą pozostali lekarze, a dopiero potem są pacjenci. Ci stoją, siedzą, leżą lub ćwiczą, w zależności od przypadku oraz schorzenia. Na kolejnych, niższych szczebelkach drabiny stoimy my, czyli fizjoterapeuci. Niektórzy wyżej, niektórzy niżej, w zależności od stażu, stopnia pokrewieństwa, zasług, urody, uroku, wieku oraz innych umiejętności, znanych tylko przełożonym i podwładnym. Ja plasuję się gdzieś pośrodku stawki. To stan na dziś, bo jutro ojciec kierownik może mieć zły humor i spadnę w rankingu. Albo dla odmiany, mój przełożony będzie miał dobry humor i wtedy moja pozycja przesunie się o parę oczek w górę, bo na przykład, zrobię panu kierownikowi laskę. Ta opcja jest akurat mało prawdopodobna, ale któż to wie... Tuż po nas, terapeutach, są recepcjonistki i recepcjoniści, którzy głównie siedzą i wiszą na telefonie lub biegają, załatwiając jakieś niecierpiące zwłoki (sic!) sprawy. Później jest przerwa, czyli długo, długo nikt, a potem do mety docierają pani szatniarka i pan szatniarz, a peleton zamykają ciągle pracujące panie sprzątające. Panów sprzątających nie ma i chyba żadna ustawa tego nie zmieni. Pana sprzątającego spotkałem tylko raz w życiu, i to daleko, bo aż za oceanem...

Byłem wtedy na stażu w Los Angeles, w słonecznym stanie Kalifornia, a tam dopiero jest gender! Bo w naszej nowoczesnej klinice był i pan sprzątający, i panowie pielęgniarze, a najważniejszym dyrektorem generalnym całego szpitala była Ph. D. M.A. Novaki. Piękna i groźna kobieta, którą miałem przyjemność poznać osobiście, a nawet... Ale po kolei.

Powód mojej pierwszej wizyty w gabinecie pani doktor dyrektor był dla mnie mało przyjemny, niestety. Byłem wtedy młodym i niedoświadczonym, choć już świetnie się zapowiadającym, terapeutą, ale przyleciałem z odmiennego kręgu kulturowego, jakże różnego od wzorców obowiązujących w Ameryce, a w Kalifornii szczególnie. Kilka lat studiów w USA zniwelowało nieco te różnice, lecz jak się okazało, niewystarczająco. Gdy po długim i wnikliwym procesie rekrutacyjnym zostałem oficjalnym rezydentem w najlepszej klinice Los Angeles, spełnił się mój American Dream. Starałem się więc bardzo, a nawet za bardzo. Efekt? Jedna z pacjentek poskarżyła się, że jej dotknąłem, zanim zapytałem, czy mogę. Nie moja wina, że nikt z moich ówczesnych przełożonych nie uświadomił mi, jak kluczową rolę w relacjach z amerykańskim pacjentem prywatnej służby zdrowia (bo innej praktycznie nie ma) odgrywa pytanie grzecznościowe: May I, Madam/Sir? Moja nadgorliwość i słowiańskie korzenie sprawiły, że już w trzecim dniu rezydentury wylądowałem na dywaniku u dyrektora generalnego, czyli w gabinecie Ph. D. M.A. Novaki. Okazało się bowiem, że pani, którą chciałem zacząć uzdrawiać bez wymaganego wstępu była żoną bardzo ważnego sponsora, który z kolei przyjaźnił się z prezesem rady kliniki. Żona poskarżyła się mężowi, mąż prezesowi, a prezes dyrektorowi generalnemu. Szacunek za tempo i skuteczność przekazu, ale mnie nie było wtedy do śmiechu. Dopiero zacząłem pracę, a już mogłem z niej wylecieć... Poza tym nigdy wcześniej nie byłem w gabinecie żadnego dyrektora, a co dopiero dyrektora generalnego najlepszej z najlepszych klinik USA!

 

A gabinet dyrektora naprawdę przerażał. Od wejścia skojarzył mi się ze scenografią do horroru historycznego. Ciemny, długi, ponury pokój z masywnym biurkiem, za którym siedziała nieruchomo dyrektor generalny Novaki, podczas gdy z niewidocznych głośników sączyła się cicho i godnie równie przerażająca uwertura z „Toski”, Pucciniego. Kompletnie nie wiedziałem, co powinienem zrobić. Zbliżyć się do biurka czy zostać przy drzwiach? Zacząć mówić czy wprost przeciwnie? Zapytać: May I czy może czekać, aż dyrektor doktor przemówi pierwsza? Po niezręcznie przedłużającej się chwili milczenia, patrzenia i myślenia, podjąłem męską decyzję. Zbliżyłem się, ale tak po amerykańsku, bo tylko do połowy odległości pomiędzy drzwiami a biurkiem, wziąłem głęboki wdech, po czym z amerykańskim uśmiechem i w tymże języku zacząłem tłumaczyć się z mojego polskiego pochodzenia, które to w sposób absolutnie niezamierzony spowodowało moje niefortunne zachowanie się w stosunku do pacjentki. Nakreśliłem plastycznie swój słowiański background, że tak wtrącę z angielska, a następnie zapewniłem, że teraz już wiem i rozumiem. Obiecałem także solennie, że nigdy więcej tego nie zrobię, po czym zamilkłem i czekałem na wyrok...

Trochę to trwało, aż wreszcie stał się cud! Dyrektor generalny, sławna i groźna Ph. D. M.A. Novaki, uśmiechnęła się lekko, co według legend i opowieści nie zdarzyło się jeszcze nigdy. Byłem tak zszokowany, że dopiero po chwili dotarło do mnie, że pani doktor dyrektor uśmiecha się właśnie do mnie, lecz to nie był jeszcze koniec mocnych wrażeń. Dyrektor wstała, wyszła zza biurka, podeszła do mnie i mocno uścisnęła mi dłoń. Po amerykańsku, ze spojrzeniem prosto w oczy.

– Witamy w Ameryce, panie Marcinie – powiedziała dla odmiany po polsku.

To właśnie wtedy po raz pierwszy w życiu (i do dziś ostatni) myślałem, że zemdleję z emocji. Kłębiły się jeszcze we mnie resztki niepewności, gdy nagle dołączyły do nich nowe wrażenia i doznania fizyczne, pod tytułem radość i podniecenie. Okazało się bowiem, że dr M.A. Nowaki ma na imię Maria Anna i jest wnuczką polskiego pułkownika, który walczył w Armii Andersa. Nie dość, że miała dzielnego dziadka, to w ogóle okazała się być fantastyczną kobietą! Wtedy też po raz pierwszy uznałem, że życie jest piękne i nieprzewidywalne, szczególnie, że pani doktor dyrektor została moim mentorem i wiele się od niej, i dzięki niej, nauczyłem. Roboty, dyplomacji i życia również... Bo gdy już wiedziałem, że wracam do Polski, a pani dyrektor generalny przestała być moim szefem, spędziliśmy razem pożegnalny tydzień. Na Hawajach. Wtedy nauczyłem się chyba najwięcej i była to zdecydowanie najprzyjemniejsza lekcja anatomii w moim życiu!

A po powrocie...

Po powrocie do Polski musiałem wykonać manewr odwrotny, czyli włożyć sporo pracy w oduczenie się moich amerykańskich nawyków i wczucie się z powrotem w nasze polskie, swojskie zaplecze kulturowe...

Zorientowałem się właśnie, że zamiast dziennika zacząłem pisać wspomnienia. Cóż, najwyraźniej było mi to potrzebne – sam przecież powtarzam pacjentom, że powinni wsłuchiwać się w swój organizm, bo on najlepiej wie, co dla nich dobre! A mój organizm podpowiada mi, że potrzebuje teraz snu. Musi dobrze wypocząć, gdyż od jutra w naszym zakładzie zaczynamy nowy turnus.

Będzie się działo!

Poniedziałek, czyli pierwsza randka

Nowy turnus można porównać do pierwszej randki. Nie znamy się jeszcze, ale obydwoje mamy nadzieję, że się polubimy. A jeśli nie, rozstaniemy się bez żalu albo nasza pierwsza randka zmieni się w małżeństwo z rozsądku, bo nie mamy wyboru. Dobrze przynajmniej, że my znosimy się nawzajem jedynie przez dwa tygodnie, a nie przez całe życie jak niektóre małżeństwa...

Dla nas, pracowników zakładu, takie pierwsze spotkanie oznacza bardzo dużo pracy oraz wiąże się z nieustannym doskonaleniem naszej cierpliwości. Każdego nowego pacjenta trzeba przecież powitać, oswoić, a do tego zrobić z nim lub z nią wywiad, czyli wypytać o wszystko, bo przecież ich zdrowie będzie przez czas jakiś w naszych rękach. Dosłownie i w przenośni. Jedni pacjenci to lubią, inni mniej.

– Ja już wszystko powiedziałem lekarzowi, niech pan jego zapyta – odpowiada taki malkontent i nie ma siły, żeby wyciągnąć z niego więcej informacji.

Wymyśliłem więc mini-kwestionariusz, z którego jestem bardzo dumny. Wystarczą odpowiedzi tak lub nie ewentualnie kiwnięcia głową czy wręcz mruknięcia, a wszystko układa mi się w logiczną całość. Moja ankieta jest tak sprytna (jak jej autor, zresztą), że działa również na tych, którzy nie lubią mówić oraz na tych, którzy lubią opowiadać zbyt dużo.

To doprawdy fascynujące, że pani Róża, lat 70, ma sześcioro wnucząt i dwie prawnuczki, a pani Władysława, lat 59, przeprowadzała się siedem razy w ciągu ostatnich pięciu lat. Interesujące jest również, że pan Józef w wieku lat 61 poślubił w ubiegłym miesiącu czwartą z kolei żonę, a pan Krzysztof – lat zaledwie 45, rozstał się właśnie z pierwszą. Gratuluję, ale nadal nie wiem w jaki sposób TA wiedza ma mi pomóc w pomaganiu im?! Przerywam więc te monologi i zwierzenia delikatnie, acz stanowczo i przechodzę do rzeczy.

– Pani Halino, cieszę się, że wakacje spędziła pani na wyspie Lesbos. Ale mnie interesuje, co i gdzie panią boli. Chętnie też zerknę na zdjęcia. Tak, pięknie pani wygląda w kostiumie kąpielowym na brzegu morza... Te foty z wnukami też są fantastyczne, ale ja poproszę o takie zwykłe, czarno–białe, RTG. Na kliszy albo na płycie. O, dziękuję! A teraz zadam pani kilka pytań. Nie będzie bolało, proszę tylko odpowiadać tak lub nie.

Pierwszego dnia pacjenci bywają nieco zagubieni, a także nieco skrępowani. Nawet im się nie dziwię, przecież już na pierwszej randce muszą się nam pokazać w bieliźnie i skarpetkach lub bez, gdyż wybór pozostawiam pacjentowi. My, fizjoterapeuci, oczywiście pozostajemy ubrani. Niektóre panie pacjentki uwielbiają udawać zaskoczenie, choćby to był ich szesnasty turnus rehabilitacyjny.

– Ach, panie Marcinie, gdybym tylko wiedziała... Dla pana założyłabym lepszą bieliznę!

Z kolei panowie, no problem! Rozbierają się do gaci, czasem czystych, a czasem mniej i elastycznych skarpet już na korytarzu. Oczywiście, są i takie panie, które wręcz proszą w rejestracji, aby im przydzielić młodego, silnego masażystę.

– Bo wie pani – tu pacjentka uśmiecha się porozumiewawczo do recepcjonistki. – Te wasze dziewczyny są zbyt delikatne jak dla mnie, za słabe, siły nie mają, a panowie – to dopiero!

Na pierwszym spotkaniu głównie gadamy i przyglądamy się sobie. Czyli typowa pierwsza randka. Za tym etapem terapii nie przepadam. Wolę ten późniejszy, gdy już nawiążę prawdziwy kontakt z prawdziwym człowiekiem, jego ciałem, a i duszą czasem też. I wtedy mogę pomóc.

A zawodowo, przyznam się, że ze wszystkich ludzkich organów i członków najbardziej kręcą mnie kręgosłupy. Nawet doktorat z tego zrobiłem. To jest dopiero wyzwanie, zawodowo oczywiście, bo prywatnie kręcą mnie zupełnie inne części ciała. Ale to już zupełnie inna historia...

Wtorek, czyli przyjeżdża baba na rowerze

Dzisiaj zaliczyłem swoje pierwsze czołowe zderzenie z pacjentką. W starciu owym pani odniosła obrażenia, co z tego, że bardziej moralne niż fizyczne. Przecież duma i dupa nie tylko brzmią, ale i bolą podobnie...

A mówi się, że rower to bardzo zdrowy środek transportu. Do przemieszczania się z punktu A do punktu B i owszem, ale już nie do parkowania, szczególnie że obydwoje, to znaczy i pacjentka, i ja, upatrzyliśmy sobie to samo miejsce w stojaku na rowery. Do tego dokładnie w tym samym momencie.

– Ja byłam pierwsza! – wykrzyknęła zażywna pani, wymijając mnie sprawnym manewrem i jeszcze bardziej sprawnym ruchem wyciągając łańcuch z koszyka swojego roweru.

Z wyraźnym triumfem na twarzy przypięła rower do stojaka i w nimbie zwycięstwa udała się do mojego zakładu pracy. Ja również przypiąłem swój rower, nieco dalej i do słupka, ale za to z wredną satysfakcją, że pewnie zaraz się zobaczymy, do tego w zgoła odmiennych rolach!

Nie minęła godzina, gdy pani od roweru stanęła przede mną w bieliźnie.

– O Boże! To pan?! – wykrzyknęła nabożnie na mój widok.

– To ja – potwierdziłem. – Ale bogiem jeszcze nie jestem. Jestem za to pani fizjoterapeutą i nazywam się Marcin.

– O Boże! – pani wyglądała na autentycznie przerażoną, aż żal mi się jej zrobiło. – Ja bardzo pana przepraszam. Bo ja się tak bardzo spieszyłam... Wczoraj nie mogłam przyjść, więc chociaż dzisiaj nie chciałam się spóźnić!

– Najważniejsze, że pani zdążyła – uspokoiłem profesjonalnie pacjentkę, ale w duchu czułem wredną satysfakcję.

Człowiekiem wszak jestem, nie bogiem.

PS Pytanie retoryczne: dlaczego mój doktor kierownik przydziela mi zwykle pacjentki w wieku lat 60+? Gdyby na takim rowerze podjechała do mnie kontuzjowana i aktualna mistrzyni Polski w gimnastyce artystycznej albo pływaniu synchronicznym, sam bym jej ten rower przypiął i jeszcze plecak zaniósł do szatni!

Środa, czyli Ave Cezar!

Pracując wśród ludzi i z ludźmi, uczestniczymy nie tylko czynnie, lecz także biernie, w ich życiu. Także tym intymnym, bo jak ktoś się na ciebie uprze, to nie uciekniesz...

Dzisiaj, na przykład, naszemu koledze Adamowi urodził się syn pierworodny. Nareszcie! Nareszcie, bo nie tylko on nie mógł się już doczekać. My – czyli jego współpracownicy, pozostali fizjoterapeuci – również, gdyż przyszły ojciec dosłownie katował nas opowieściami prenatalnymi. Bez litości i praktycznie przez cały okres świadomej ciąży małżonki, czyli przez ponad osiem miesięcy. Zupełnie jakby jego potomek miał być jedynym dzieckiem na świecie, do tego z wyjątkowymi umiejętnościami. Tak więc codziennie byliśmy zmuszani do słuchania o tym, jak potomek Adama czka, ssie palec u nogi, wierci się, wypina swoją małą dupkę, czy jak kopie...

– Przez brzuch widać, że ma taaki wykop! – emocjonował się dumny przyszły tata. – Mówię ci, człowieku, Ronaldo mi rośnie, a może nawet Lewy!

To jeszcze dało się wytrzymać, ale przejście z osiągnięć syna na problemy fizjologiczne mamy było już przegięciem... W trakcie opowieści o nietrzymaniu moczu, upławach, zgadze, wzdęciach i innych podobnych problemach (typu niemożność znalezienia odpowiedniej pozycji do uprawiania seksu małżeńskiego) wszyscy nagle przypomnieliśmy sobie, że mamy bardzo dużo bardzo ważnych zajęć w miejscach bardzo odległych od pokoju socjalnego.

Kolejnym tematem dyżurnym przez jakieś pięć miesięcy był wybór odpowiedniego imienia dla pierworodnego syna. Poważna sprawa, w końcu obciąża się człowieka na całe życie, szczególnie, że Adam wraz ze swoją żoną Beatą mają ambicje i mierzą wysoko. Wpadli więc na genialny w swej prostocie pomysł, aby imię ich syna zaczynało się na literę C. Nazwisko mają na D, więc byliby rodzinką ABCD, czyli absolutny hit! I zaczęło się poszukiwanie najgodniejszego męskiego imienia rozpoczynającego się na literę C.

Po bardzo długim namyśle i konsultacjach (z rodziną, ze specjalistami oraz z nami) przyszli rodzice zdecydowali wspólnie, że będzie to Czesław. Piękne polskie imię, a do tego sławne, bo był Czesław Miłosz, był i Czesław Niemen. Czyli imię ze wszech miar godne potomka państwa D. Pomysł został zaklepany i przyjęty jednogłośnie. Do czasu...

Do czasu, gdy któregoś pięknego dnia naszemu koledze Mikołajowi zadzwonił w kieszeni telefon.

Alleluja, alleluja, alleluja, allelujaaa – rozległ się głośny i słodki głosik Czesia z „Włatców Móch”.

Adamowi ziemia usunęła się spod nóg... Jego misterny plan nazwania syna staropolskim imieniem Czesław – został nagle ośmieszony i legł w gruzach! Na szczęście, honor rodziny uratowała żona Beata, która leżąc w domu na ciążowym zwolnieniu lekarskim, przeczytała właśnie Cezara i Kleopatrę.

Pępkowe było i wypiliśmy zdrowie Cezara, następcy tronu oraz całego alfabetu.

Ave, Cezar!

Czwartek, czyli do wyboru, do koloru

Od jakiegoś czasu mam nowe hobby. Otóż, zacząłem katalogować pacjentów według moich własnych autorskich i alternatywnych kryteriów. Oficjalne kategorie wynikające z cech zewnętrznych pacjenta, takich jak na przykład oficjalna jednostka chorobowa czy też indywidualne cechy osobnicze, jak płeć, wiek czy waga, są dla mnie za mało sexy. A do tego nie określają tak dobrze prawdziwego charakteru człowieka jak mój autorski podział, czyli typ okrzyków wydawanych przez pacjenta podczas wykonywanych na nim (lub na niej) zabiegów terapeutycznych. Ten mój autorski katalog krzyków jest bardzo pojemny, a rozkład w miarę proporcjonalny. Nie jest także zbiorem zamkniętym, gdyż ja pozostaję otwarty na nowe propozycje. Kreatywność pacjentów również nie zna granic.

 

Pierwszą kategorię, Na Ludowo, reprezentują głównie kobiety w wieku powyżej 65. roku życia. Typowe jęki: O jeju! Jeju! O jejuńciu! Do pioruna! Do kroćset! Kurczę pieczone! Kurczę blade! Olaboga! O raju! Jasny gwint! Kurza stopa! Kurza dupa! Na rany koguta! – wykonywane są często z odpowiednim akcentem, choć niekoniecznie. W tej kategorii zdarzają się również mężczyźni, ale wtedy ich ludowe okrzyki mają zwykle zabarwienie opisane poniżej w kategorii numer sześć.

Kategoria druga, Rodzinna, zarezerwowana jest dla grupy wiekowej 35–65 lat, bez względu na płeć. Przykładowe jęki: O matko! O mamuniu! Matulu! Mamusiu! Tatusiu! Mamo! Babciu, ratuj!

Kolejne dwie kategorie są pojemne oraz szeroko otwarte dla wszystkich, niezależnie od wieku, płci czy wyznania, gdyż charakteryzują je okrzyki o bliżej nieokreślonej etymologii.

I tak kategoria trzecia, którą określiłbym jako „nowomowa” jest niezwykle twórcza, choć nie wiem, co na to powiedziałby profesor Bralczyk. Zapytam przy okazji, szczególnie, że przykładów zebrałem całkiem sporo: Omaterdeju! Ja cię! Łotatafaka! Kurła!

Zdarzają się także kultowe okrzyki znane z polskiej kinematografii, jak: Kurdebalans! Kurdeblaszka czy Krucafuks!

Czwarta to tzw. kategoria Błagalna. Jej przedstawiciele próbują brać nas pod włos i na litość: Panie Marcinku kochany, już wystarczy! Pani Anusiu, ja już nie mogę! Pani Joasieńko, błagam! Panie Jacusiu, proszę, ja wszystko zrobię, tylko niech pan już przestanie...

Kategoria piąta, czyli Religijna, jest równie pojemna i nie dyskryminuje nikogo. Okrzyki wydają z siebie zarówno osoby wierzące, jak i niewierzące oraz wierzące inaczej: Matko Przenajświętsza! O Matko Boska! Jezusie Nazareński! Jezu Przenajświętszy! Jezu Chryste! Na litość Boską! O Boże, Boże! Wśród młodszych pacjentów występują bardziej kosmopolityczne wersje językowe: Oh, God! Jesus! Jesus Christ! Holly Mother!

Względnie: Holly Cow lub Holly Shit!

Kategoria szósta, którą określam Na Ostro jest równie licznie reprezentowana bez względu na wiek czy płeć, to mniej lub bardziej wulgarne wulgaryzmy: O kurwa! Kurwa mać! Jasna cholera! Ciężka cholera! Ja chromolę! Względnie: Ja pierdolę lub Ja pierdzielę, ale boli! W językach obcych będzie to analogicznie: Fuck! Shit! Madafucka! Scheisse! Merde!

Kategorii siódmej, tzw. Syczącej, osobiście nie lubię, gdyż nie jest przyjemna dla ucha. Syki pacjentów różnią się między sobą jedynie natężeniem i długością głoski ssssssssssss.

Kategoria ósma jest z kolei trochę nudna, monotematyczna i w ogóle mono, gdyż polega na jękach przy użyciu spółgłoski Ł oraz samogłoski A, razem lub osobno: Aaaaaałłaaaaaaaaa, łaaa, ała, ał!

Wyróżniam jeszcze jedną kategorię, a raczej dyscyplinę dodatkową. To moja kategoria specjalna, zarezerwowana dla prawdziwych mistrzów i twardzieli. Ci zaciskają zęby i zwieracze, tętno im przyspiesza, pot spływa po ciałach, ale cierpią z godnością i w milczeniu. Ogólnie szacunek, ale jednocześnie – uwaga! Z bohaterstwem również nie należy przesadzać. Terapeuta też człowiek, więc sygnał dźwiękowy w stylu: już wystarczy często się przydaje i może uratować zdrowie, a nawet życie...

Na tym nie koniec, gdyż mój osobisty katalog krzyków i jęków ma jeszcze jeden wymiar. Określam bowiem nie tylko typ oraz charakter okrzyku czy jęku, ale także sposób jego wykonania, czyli tak zwany wykon.

Wykony dzielę na cztery grupy podstawowe: jęk seksualny, jęk agresywny, jęk pieszczotliwy i wreszcie jęk żałosny. W związku z tym – ilu pacjentów, tyle indywidualnych reakcji, gdyż wszelkie kombinacje są możliwe i dopuszczone do użycia. Pacjenci jęczą więc seksualnie religijnie, agresywnie religijnie, żałośnie wulgarnie, pieszczotliwie wulgarnie, agresywnie rodzinnie, pieszczotliwie na ludowo lub na odwrót.

Niekwestionowaną królową i moją absolutną faworytką jest pani Regina, lat 75. Pani Renia, bo tak każe się wszystkim tytułować, jest pełną życia (i nie tylko życia) kobietą o wyjątkowym głosie. I potrafi jęczeć tak sugestywnie, że reżyserzy specjalizujący się w produkcjach typu „Różowa landrynka” lub „Stęsknione gospodynie domowe” powinni czym prędzej zaprosić panią Renię na casting do postsynchronów...

– Aaaaaaaaaaaaaaaa, aaaaaaaaaaaaaa, a! A! A! Aaaaaaaaaaaaaa!

W związku z tym nasz kolega Mikołaj często pracuje w słuchawkach na uszach. Od odgłosów wydawanych przez pacjentów, woli swój własny podkład muzyczny.

Piątek, czyli Trójca Świetna

Mam wreszcie czas, żeby skromnie i jednocześnie z dumą wspomnieć, że moja druga praca jest spełnieniem moich zawodowych marzeń. Orka-Med Centrum Fizjoterapii i Terapii – to moje zawodowe dziecko, MOJA własna placówka medyczna. Nie, zakład!!! Oczywiście, jak na posiadacza trzech dyplomów przystało, w swojej placówce również występuję w potrójnej roli. Bywam ojcem dyrektorem, fizjoterapeutą i doktorem w jednej osobie. Można więc śmiało powiedzieć, że jestem jak ta święta i świetna Trójca! Wraz ze mną w Centrum spełniają się zawodowo znajomi lekarze i fizjoterapeuci oraz inni terapeuci i specjaliści. Diagnozujemy, doradzamy, leczymy, uzdrawiamy, rehabilitujemy, a czasem, niestety, rozczarowujemy, konwencjonalnie i niekonwencjonalnie. Przychodzą do nas pacjenci – najpierw nieznajomi, po chwili już znajomi, potem znajomi zadowolonych pacjentów, nasi znajomi, znajomi naszych znajomych. My sami do siebie nawzajem też chadzamy.

Centrum założyłem kilka lat temu. Z trzech, a może nawet z czterech bardzo ważnych powodów: z poczucia misji, z ciekawości, z próżności, a o tym czwartym, ostatnim, napiszę przy innej okazji, bo to już zupełnie inna historia.

Pierwszy powód był taki, że od dziecka chciałem uzdrawiać świat i ludzi. Jak Terminator, Superman albo Miss World. Żeby na świecie panował pokój, nie było głodu i wszyscy byli zdrowi...

Drugim powodem była moja wrodzona ciekawość. Chciałem empirycznie sprawdzić i udowodnić, czy i czym różni się pomoc medyczna świadczona za żywą gotówkę od pomocy świadczonej za gotówkę martwą, czyli na tzw. NFZ. I różni się, niestety, co udowadniam do dzisiaj...Wstępne obserwacje poczyniłem już w pierwszym roku działania mojej niepublicznej placówki. Zauważyłem bowiem, że pacjenci płacący gotówką (ewentualnie kartą) zdecydowanie bardziej cenią sobie swój czas. Płacą za usługę na godziny, więc wymagają od nas maksymalnej efektywności. Nie ma pogaduszek ani pokazywania zdjęć z wakacji. Pacjent ma problem i przychodzi, aby go szybko i skutecznie rozwiązać. Tu, teraz i zaraz. Z kolei u pacjentów rehabilitujących się w zakładzie publicznym, czyli u tych niepłacących (a raczej płacących inaczej), nie występuje żaden bezpośredni związek przyczynowo skutkowy pomiędzy wykładaniem kasy a procesem leczenia. I właśnie ta drobna z pozoru różnica powoduje, że stosunek tego samego pacjenta do tej samej usługi bywa diametralnie różny. Cel niby ten sam, ale tacy pacjenci mają wtedy czas na wszystko. Na leczenie, na gadanie i na inne przyjemności...

Trzeci powód założenia przeze mnie Orka-Med to wspomniana wcześniej próżność.

Po prostu bardzo chciałem być czasem nazwany z szacunkiem, a nawet i pokorą, doktorem. Żarcik taki, chociaż nie do końca. Prawda jest taka, że gdy wróciłem z gościnnych występów w USA, byłem tak napakowany energią i pomysłami, że jedna praca, do tego najemna, mi nie wystarczała. Lubię pracować bezpośrednio z pacjentami, ale lubię też płodozmian i różne wyzwania. Poza tym właśnie przestało mi się układać życie prywatne, a to zawsze dobry moment na rozpoczęcie czegoś nowego. Chciałem działać, pomagać, ale według MOICH zasad i przy użyciu moich pomysłów.

A dlaczego Orka-Med?

To jest właśnie ten czwarty powód, ale o nim napiszę, gdy wreszcie się wyśpię, bo ostatnio kilka nocek zarwałem. Nie było warto, więc nie będę o tym pisać, ale już wiem, że z tą panią nigdy więcej.

Tydzień później

Właśnie sobie uświadomiłem, że w mojej Orka-Med czasami też sprzątam, więc chyba święta Czwórca jestem...

Piątek – sobota, czyli biedna moja dupa i dusza

Uwielbiam piątki, bo wtedy przyjeżdża do mnie Jerzyk. Oficjalnie, Jerzy Marcin Antoni, czyli mój syn, który swoje imiona odziedziczył po obydwu dziadkach i jednym tatusiu. Jerzy twierdzi, że ma lat cztery i pół, i tej wersji będę się trzymał...

Z mamą Jerzyka nam nie wyszło, ale wspólny syn udał nam się wyjątkowo. W związku z tym pozostajemy z moją eks w tak zwanych dobrych stosunkach, a nawet się przyjaźnimy. Młody kocha nas oboje i już przyzwyczaił się do tego, że ma wszystkiego po dwa. Dwa domy, dwa pokoje, dwa łóżka, dwa zestawy ubrań itp. itd. Dzięki temu i zabawek ma dwa razy więcej, a tym żadne dziecko nie wzgardzi. Tylko rower ma jeden, gdyż moja eks nienawidzi rowerów. To wersja oficjalna, bo tak naprawdę boi się jeździć. Przeżyła podobno jakąś traumę w dzieciństwie i od tej pory nigdy więcej nie wsiadła na rower. Na szczęście, jeśli chodzi o wychowanie naszego syna, jest mądrą kobietą. Uznała, że Jerzyk, jak na prawdziwego mężczyznę przystało, musi posiąść i tę umiejętność. Mamy więc umowę, że rower jest jeden i tylko u mnie i tylko ze mną syn może jeździć. Dodatkowo kupiłem młodemu taki specjalny half-wheeler, czyli po naszemu pół-rower, który jest doczepiany do mojego całego roweru. Jerzyk ma swój kierownik, pedały i przerzutki, ale to ja stanowię główną siłę napędową naszego oryginalnego pojazdu. Jeździmy więc szybko i daleko. Pełna moc i improwizacja, szczególnie, że nasz prawie podwójny rower, napędzany dwoma nieprzyzwoicie atrakcyjnymi mężczyznami, robi prawdziwą furorę.