SEanS ŻYCIA

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Agnieszka Dydycz

SEaNS ŻYCIA

Opowiadania z treścią

Warszawa 2020

Spis treści

Opowiadanie I. Seans życia

Opowiadanie II. Najpiękniejsze zdanie świata

Opowiadanie III. Smak zwycięstwa

Opowiadanie IV. Naga dusza

Opowiadanie V. Praca prawdziwie naukowa

Opowiadanie VI. I nie zawaham się...

Opowiadanie VII. Życie to bajka

O autorce

Ludzie są na tyle szczęśliwi, na ile sobie pozwolą.

Abraham Lincoln

Opowiadanie I

Seans życia

Ulicą idzie para.

Ona i on, i właściwie nie idą, tylko biegną chodnikiem. Wyraźnie dokądś się, bo raz po raz jedno z nich zeskakuje na jezdnię, żeby wyminąć zbyt powolnego pieszego lub dziecko na rowerze. Byle jak najszybciej do przodu, byle nie zwalniać...

– Łucja, pospiesz się – woła on, zawsze jeden krok przed nią.

– Biegnę, przecież widzisz, że biegnę, Piotrusiu – odpowiada zdyszana ona, jednocześnie patrząc czujnie pod nogi.

Dzisiaj po raz pierwszy założyła swoje nowe i drogie buty w kolorze indygo i za nic w świecie nie chciałaby wejść w psią kupę, szczególnie że sprint na obcasach to wymagająca dyscyplina sportowa. Łucja jest więc już nieco zmęczona i mocno zestresowana. Najbardziej chyba nieustannym poganianiem i zrzędzeniem męża.

– Ruchy, Łucja, ruchy! Gdybyś się nie grzebała, wyjechalibyśmy wcześniej! Ale nie, ty zawsze masz czas, a potem wszystko na ostatnią chwilę – Piotr wbija jej kolejną szpilę.

– Mogliśmy wziąć taksówkę. Albo przynajmniej zaparkować gdzieś bliżej, nie musielibyśmy teraz gnać taki kawał – nie pozostaje mu dłużna.

Już w momencie, w którym wypowiadała ostatni wyraz, Łucja uświadomiła sobie, że nie powinna była się odzywać. Jej słowo przeciwko jego słowu zawsze uruchamiało lawinę wzajemnych pretensji, które trudno było potem zatrzymać. Jednak coś ją podkusiło i... poszło! A może była to po prostu zwykła ludzka reakcja na zmęczenie i zdenerwowanie? Ciekawe, że przez chwilę nawet jej ulżyło, lecz tylko do kolejnej odpowiedzi Piotra.

– Nie gadaj, tylko biegnij, nikt nie będzie na nas czekał – rzucił, jakby

w ogóle nie dotarły do niego jej utyskiwania. – Muszę tam być. Muszę! To moja ostatnia szansa, przecież wiesz!

Oczywiście, że wiedziała.

Przez ostanie trzy lata przeżyła co najmniej pięć podobnych ostatnich szans Piotra, ale tym razem wyjątkowo się z nim zgadzała – ta naprawdę będzie ostatnia. Lata lecą, mody się zmieniają, a starych zastępują młodzi. Bardziej odważni i jeszcze bardziej bezczelni, którzy o wiele skuteczniej potrafią przekonywać potencjalnych sponsorów i dbać o swoje interesy. Na każdym kolejnym festiwalu filmowym pojawiał się nowy, obiecujący przedstawiciel młodego pokolenia, a Piotr... Cóż, on niestety nie był już ani młody, ani obiecujący od co najmniej dziesięciu lat. Trzeba mu przyznać, że nadziei jeszcze nie stracił i ciągle próbował walczyć, ale co z tego. Nawet, gdy zgłaszano jego filmy do konkursów, zawsze wygrywał ktoś inny. Jednak teraz miało być inaczej, bo dzisiaj to on miał zostać wyróżniony. Nareszcie! Co prawda, nie wiedział tego na pewno, ale wróble na dachu ćwierkały... Producent też miał swoje kontakty, więc Piotr już niemal widział tę scenę triumfu, ten idealny wymarzony kadr w swoim zawodowym życiorysie.

Oklaski, wiwaty, uśmiechy i przymilanie się, poklepywanie po plecach... Brawo, zasłużyłeś sobie, chłopie! Jesteś wielki, rewelacja, stary! Super sprawa, gratulacje! Świetna robota, mistrzu. Zawsze w ciebie wierzyłem, może teraz razem coś zrobimy?

O, taki komentarz byłby dla niego najlepszą nagrodą za te wszystkie lata żebrania o kasę na kolejne projekty. Wizja zwycięstwa i smak spodziewanego triumfu wyraźnie dodały Piotrowi mocy, więc znowu przyspieszył.

Łucja goniła za nim resztkami sił i to dosłownie, nie w przenośni.

Nagle na jej drodze pojawił się starszy mężczyzna. Wyrósł przed nią niespodziewanie, niczym spod ziemi. Postawny, ze starannie ułożoną grzywą białych włosów, w eleganckim garniturze i lekko niebieskiej koszuli z krawatem w kolorze ciepłego bordo. Zatrzymał ją subtelnym gestem ręki, a ona odruchowo stanęła. Jej mąż zauważył to kątem oka, więc natychmiast zrobił półobrót, gotów do interwencji.

– Łucja, nie zatrzymuj się, bo... – zaczął ponaglająco, ale nie skończył.

– Dobry wieczór, państwu – przerwał mu starszy pan, kłaniając się najpierw jej, a potem jemu. – Czy chcieliby państwo otrzymać ode mnie wzór na szczęście?

Zniecierpliwiony Piotr omiótł go niechętnym wzrokiem, po czym bez wahania odepchnął od siebie. Niezbyt mocno, jednak na tyle stanowczo, że mężczyzna stracił na moment równowagę. Zachwiał się i oparł o ścianę budynku.

Piotr w ogóle się tym nie przejął. Złapał Łucję mocno za rękę i zdecydowanym ruchem pociągnął za sobą, a odchodząc, rzucił jeszcze za siebie za siebie z wyraźnym przekąsem:

– Odczep się pan! I nie przeszkadzaj, bo ja właśnie gonię swoje szczęście!

Łucji zrobiło się i przykro, i głupio jednocześnie. Starszy pan mocno ją zaintrygował, a poza tym nie lubiła, gdy Piotr zachowywał się jak cham. Nawet jeśli myślał, że staje w jej obronie! Sama potrafiła o siebie zadbać, a poza tym nie stało się nic takiego, co mogłoby usprawiedliwić agresywne zachowanie jej męża.

Odwróciła się i posłała starszemu mężczyźnie przepraszający uśmiech.

– Bardzo pana przepraszam! – krzyknęła i pomachała do niego ręką. – Naprawdę nie mamy czasu, spieszymy się, ale kiedyś chętnie z panem porozmawiam!

Mężczyzna wyprostował się, poprawił krawat i wygładził poły garnituru. Odwzajemnił uśmiech i również pomachał jej ręką i tyle Łucja go widziała. Zresztą i tak cała jej uwaga znowu była skupiona na wysokich obcasach, które co chwilę utykały w szczelinach pomiędzy płytami chodnika. Dobrze, że dobiegali już do przejścia dla pieszych. Ostatniego przed placem Teatralnym i znajomym gmachem Opery – celem ich szalonej gonitwy.

Niestety, znowu mieli pecha... Zaświeciło się czerwone światło i musieli zatrzymać się na skraju chodnika. Samochody ruszyły z szumem, Piotr przebierał nerwowo nogami, ale Łucja była wdzięczna losowi za tę nieoczekiwaną przerwę w biegu. Nareszcie mogła złapać oddech.

Ostatni etap, pomyślała odruchowo, spoglądając na zegarek.

Zdążymy, pomyślał w tym samym momencie Piotr, byle tylko zapaliło się to cholerne zielone światło!

I wtedy...

– Słyszysz mnie? Piotr, słyszysz mnie? – Przez ciszę i ciemność przebijał się coraz wyraźniejszy kobiecy głos.

Piotr z trudem otworzył oczy i jak przez mgłę zobaczył pochylającą się nad sobą postać. Skojarzenie, kto to jest i kto do niego przemawia zajęło mu chwilę, ale Łucja nie dawała za wygraną.

– Piotrusiu, to ja. To ja, kochanie...

Jego żona pochylała się nad nim, a on w tym czasie próbował zrozumieć, co mu w jej obrazie nie pasuje. Fotograficzna pamięć i idealnie skomponowane kadry były jego dumą, a Łucja wyglądała teraz inaczej niż na dzisiejszej ceremonii... Pamiętał dobrze, że założyła jego ulubioną złotą suknię z głębokim dekoltem, a do tego nowe buty na bardzo wysokich obcasach. Butów co prawda nie był w stanie zobaczyć, ale na pewno jego żona powinna mieć na szyi kolię z pereł, bo przecież sam pomagał ją zapinać. I skąd ten szarobury dres? Przecież Łucja w życiu by czegoś takiego na siebie nie założyła! Piotr przyjrzał się żonie jeszcze uważniej. Wyglądała naprawdę okropnie! Włosy przykleiły się jej do czaszki, ale tylko z jednej strony, bo z drugiej były rozczochrane, a niemal białą twarz pokrywały sine i czerwone plamy. Do tego miała na szyi kołnierz ortopedyczny, a wokół lewego oka malował się olbrzymi siniak.

A właściwie... to, gdzie oni teraz byli?!

Piotr próbował usiąść, lecz to zadanie okazało się chwilowo niewykonalne. Omiótł jedynie wzrokiem przestrzeń dookoła siebie. Sterylnie ściany, monitory i kroplówka. Kroplówka?

– Kurwa mać, to moja kroplówka! – wyrwało mu się na głos.

Ponownie spróbował podnieść głowę, ale tylko zasyczał z bólu.

– Łucjo, co jest grane? Co my tutaj robimy? – zapytał, poruszając lekko, choć nerwowo, ręką. Tą z wenflonem.

Po raz kolejny spróbował się poruszyć bardziej kompleksowo, ale ciało w ogóle go nie słuchało. Piotr jęknął i zerknął niepewnie w stronę pochylonej nad nim żony.

– Leż spokojnie, kochanie. – Łucja pogłaskała Piotra po policzku. – Wszystko w porządku...

– W jakim porządku? – Piotr miał zamiar odsunąć się od jej czułych palców, ale pomimo usilnych starań jego korpus nie drgnął nawet o centymetr. – Co ty w ogóle masz na sobie? I gdzie my jesteśmy?!

Łucja przysiadła na brzegu krzesła i zaczęła głaskać jego dłoń. Tę bez wenflonu.

– Piotrusiu, spokojnie. Mieliśmy mały wypadek, ale już jest dobrze...

 

Piotr wcale się nie uspokoił. Nawet nie próbował wyglądać na spokojnego. Wprost przeciwnie, rozglądał się nerwowo po całym pomieszczeniu, podczas gdy jego ciało nadal leżało nieruchomo na łóżku. Tylko lewa ręka trochę go słuchała i cały czas próbowała wyszarpać tę wstrętną rurę wetkniętą do żyły.

– Jaki wypadek? Łucja, o czym ty mówisz? Co się stało?

Piotr poczuł, że narasta w nim panika, ale zmusił się, by spojrzeć na żonę w miarę przytomnie. A przynajmniej tak mu się wydawało.

Łucja nie odpowiedziała od razu. Najpierw nacisnęła guzik przy jego łóżku i poprawiła kołnierz ortopedyczny na swojej szyi.

– Zaraz przyjdzie lekarz i wszystko ci wyjaśni, Piotrusiu – powiedziała cicho, pocierając nos burym rękawem. – Spieszyliśmy się na galę i czekaliśmy właśnie na zielone światło i...

Łucja nie dokończyła, bo otworzyły się drzwi i do sali wkroczył lekarz w asyście pielęgniarki.

– Dzień dobry, jak się dzisiaj miewa nasz pacjent? – zapytał od progu mocnym głosem. – Czekaliśmy, aż pan się obudzi, żeby pogratulować!

Piotr spojrzał niepewnie najpierw na niego, a potem na żonę. Łucja pokiwała głową i bez słowa odsunęła się na bok, żeby zrobić miejsce lekarzowi. Ten zerknął uważnie na monitor, po czym pochylił się nad łóżkiem. Wprawnym ruchem złapał Piotra za przegub ręki i zamilkł skupiony.

– Czy wie pan, jaki dzisiaj jest dzień? – zapytał po chwili.

Piotr próbował zebrać myśli, ale nie po to, żeby prawidłowo odpowiedzieć na pytanie, bo przecież wiadomo, że dzisiaj jest piątek. Po prostu ten lekarz wydał mu się dziwnie znajomy, a on miał przecież znakomitą pamięć do twarzy. Do głosów także, więc był pewien, że już się kiedyś spotkali. Tylko gdzie? Bo raczej nie w szpitalu ani nie na planie. Może w teatrze?

– Głupie pytanie. Piątek – odpowiedział zaczepnie, patrząc lekarzowi prosto w oczy.

Ten jednak nic nie odpowiedział, za to Łucja pokręciła głową i uśmiechnęła się smutno.

– Piątek był trzy dni temu, Piotrusiu – wyjaśniła cicho.

– Ile?! – żachnął się.

Ponownie spróbował unieść się z pozycji leżącej. Bez skutku, niestety.

– Trzy, Piotrusiu – powtórzyła Łucja jeszcze ciszej.

Zrobiła krok, jakby chciała do niego podejść, jednak lekarz powstrzymał ją wyraźnym gestem.

– Panie Piotrze, już wszystko wyjaśniam. Jestem ordynatorem oddziału intensywnej opieki i pana lekarzem prowadzącym. Trzy dni temu miał pan poważny wypadek i od tego czasu był pan nieprzytomny. Pana obrażenia są poważne, wielonarządowe, ale na szczęście nie zagrażają życiu. Chociaż, nie ukrywam, że powrót do pełnej sprawności zajmie panu trochę czasu.

Facet musiał mieć spore doświadczenie w dawkowaniu trudnych wiadomości, bo mówił tonem rzeczowym, spokojnym, bez zbędnej artykulacji i gestykulacji. Gdyby Piotr zdecydował się kiedyś na nakręcenie filmu o lekarzach, ten byłby jego wzorem. Niski, przyjemny dla ucha głos, równe tempo wypowiedzi. I jeszcze ta prezencja! Pięknie wysklepiona czaszka, jasna, pogodna twarz, nienagannie ostrzyżone białe włosy i godna postawa. Do tego niewymuszona elegancja podkreślona klasyczną niebieską koszulą z mankietami wystającymi spod nienagannie wyprasowanego lekarskiego kitla i krawat w kolorze bordo. Współczesny profesor Wilczur!

Piotr odruchowo dał się ponieść wyobraźni i zaczął planować kadry, lecz rzeczowy głos ordynatora wyrwał go z zamyślenia.

– Panie Piotrze, czy ma pan do mnie jakieś pytania?

– Czy zdążyliśmy na rozdanie nagród? – zapytał Piotr niezbyt przytomnie.

– Nie, nie zdążyliśmy – odpowiedziała Łucja.

– Nie, nie zdążyliście – zawtórował jej w tym samym momencie lekarz, po czym szybko dodał: – Miałem na myśli pytania medyczne, panie Piotrze, szczególnie, że zostanie pan z nami na dłużej. Musimy się panem zająć dokładniej i poszerzyć diagnostykę. Przecież wszyscy chcemy, żeby jak najszybciej stanął pan na nogi, prawda?

To było pytanie retoryczne, lecz Piotr i tak miał zamiar zaprotestować, że to niemożliwe, bo czeka na niego zbyt wiele zajęć. Nie zdążył, gdyż dokładnie w tym momencie monitor, do którego był podpięty, zaczął wydawać dziwne i mocno alarmujące dźwięki. Czujna pielęgniarka od razu ruszyła w stronę jego łóżka, ale lekarz powstrzymał ją wzrokiem. To on był tutaj od decydowania, co należy zrobić i w jakiej kolejności.

– Siostra pobierze panu zaraz krew do badań, a potem zabierze pana na tomografię komputerową. A teraz proszę się uspokoić i cieszyć swoim sukcesem – zaordynował.

– Sukcesem? – zdziwił się Piotr.

Profesor Wilczur skinął w odpowiedzi grzywą białych włosów i bez słowa skierował się do wyjścia, a jego miejsce przy łóżku pacjenta zajęła sprawnie cicha pielęgniarka ze sprzętem do pobierania krwi.

Łucja wykorzystała to małe zamieszanie, żeby znaleźć się przy boku Piotra. Z jego drugiej strony.

– Wygrałeś, kochanie, twój film zdobył główną nagrodę – uśmiechnęła się ciepło, a jej oczy świeciły blaskiem na tle mizernej, szarej twarzy. – Nagrodę publiczności też zdobyłeś!

Łucja mówiła, a w tym czasie pielęgniarka pobierała mu krew. I chociaż Piotr szczerze tego nienawidził, tym razem prawie się nie zorientował, gdy igła przebiła skórę. W ogóle miał kłopot z czuciem swojego ciała i panowaniem nad nim.

– Naprawdę? – dopytywał z niedowierzaniem.

Z trudem próbował odwrócić głowę w stronę Łucji.

– Naprawdę! – potwierdziła Łucja z mocą i dumą w głosie. – I to nie koniec, Piotrusiu, bo mówi się, że masz szansę stać się polskim kandydatem do Oscara!

Piotr patrzył przed siebie i uważnie wsłuchiwał się w słowa żony. Docierały do niego z opóźnieniem, lecz gdy już dotarły...

A jednak mu się udało!

Jego sen, cel życia, największe pragnienie i marzenie, do którego tak uparcie dążył latami, nareszcie się spełniło! Młode wilki i inne obiecujące talenty niech się teraz chwalą swoimi nowatorskimi metodami, gdy tymczasem to on, Piotr, nestor i weteran polskiej kinematografii, znalazł się na szczycie. Nareszcie im pokazał i udowodnił, co naprawdę potrafi!

Oklaski, jedne szczere, inne zbyt głośne i entuzjastyczne, by w można je było uznać za szczere; wiwaty na jego cześć, wykrzykiwane przez przegranych konkurentów i przymilanie się przyjaciół oraz pseudo przyjaciół, czyli tych, którzy czekają, żeby zrobić sobie z nim selfie... I jeszcze poklepywanie po plecach w amerykańskim stylu, z obowiązkowym tekstem: zawsze w ciebie wierzyłem, brachu, więc teraz ty pamiętaj o mnie!

Wymarzony scenariusz, idealny w swojej formie i treści.

Tylko... Dlaczego go to nie cieszyło?

Opowiadanie II

Najpiękniejsze zdanie świata

– Kocham cię – wyznał mąż, podejmując jednocześnie próbę objęcia jej w talii.

To było miłe, niespodziewanie i zaskakująco przyjemne...

Alicja wytrzymała w tej pozycji kilkanaście sekund, po czym delikatnie wyswobodziła się z miłosnego uścisku.

– Uhmm, bardzo mnie to cieszy – odpowiedziała kurtuazyjnie.

Doceniała romantyczny gest męża i oczywiście zachowa go w czułej pamięci, lecz w tym konkretnym momencie cała jej uwaga była skupiona na wycieraniu blatu.

Alicja nie miała czasu na głupstwa. Od dziecka nie znosiła półśrodków i bylejakości. Działała metodycznie i dokładnie, nigdy na skróty. Według tej żelaznej zasady robiła wszystko, niezależnie od tego, czy dana czynność była wzniosła czy przyziemna. Bez wyjątków. Kochała, nienawidziła czy szorowała blaty – zawsze z pasją i oddaniem, a przede wszystkim, skutecznie. Była dumna ze swojego zamiłowania do porządku oraz z perfekcjonizmu, który doskonaliła latami. Już jako nastolatka Alicja zrozumiała, że świata zewnętrznego nie zmieni i nie powstrzyma jego denerwującego chaosu, ale siebie może kontrolować. Kontrolowała więc swoją przestrzeń osobistą najlepiej jak potrafiła. Ubrania układała kolorami, rachunki płaciła w terminie, zakupy robiła zawsze ze starannie przygotowaną listą, buty stawiała równo na półkach, a życia osobistego nigdy nie mieszała ze służbowym.

Co prawda, pojawienie się w jej życiu Krzysztofa, a potem dzieci, nieco zburzyło ten idealny stan rzeczy, lecz ona nadal wierzyła w moc ładu i dyscypliny wewnętrznej. Nigdy się nie poddała i nawet w najtrudniejszych momentach twardo broniła swojego porządku, świadoma jednocześnie ryzyka, że zostanie nazwana pedantką lub wręcz nawiedzoną wariatką. I co z tego? Przecież to jej życie! To jej miało być wygodnie, a opiniami innych za bardzo się nie przejmowała. Może czasem, ale szybko o tym zapominała. Nigdy też nie miała problemu z hierarchią swoich priorytetów. Umiała odróżnić rzeczy ważne i pilne od tych być może milszych i o wiele bardziej przyjemnych, lecz przez to mniej ważnych i mniej pilnych. Takich jak czułe słówka, które kuchni za nią nie posprzątają. Muszą poczekać na swoją kolej.

– Alicja, czy ty mnie słuchasz?

Głos męża ponownie wyrwał ją z rozważań o sensie życia.

Byli z Krzysztofem piętnaście lat po ślubie i oczywiście, że go słuchała, ale nie zawsze słyszała. Co nie znaczyło, że musiała się do tego przyznawać.

– Słucham – odpowiedziała zwięźle, choć tak naprawdę nie umiałaby powtórzyć ani jednego słowa z zapewne wielu, które mąż do niej wypowiedział.

Alicja miała nadzieję, że temat, który Krzysztof przed chwilą poruszył, został przez niego wyczerpany, a pytanie zostało zadane jedynie dla zachowania tak zwanych pozorów, że to dialog, a nie monolog. Kiwnęła nawet głową dla wzmocnienia swojego przekazu, po czym skrupulatnie zabrała się do wycierania kolejnej powierzchni. Zostały jej do umycia jeszcze tylko dwie szafki i jedna półka, potem dokładnie wszystko odkurzy i umyje podłogi, a na koniec wyszoruje ręce. Niestety, w kwestii sprzątania mogła liczyć wyłącznie na siebie, ale nie narzekała, bo wiedziała, że nikt nie zrobi tego lepiej niż ona sama. Sumiennie i metodycznie, w każdym kącie i zakamarku. Tylko do siebie miała stuprocentowe zaufanie. Ta myśl podniosła Alicję na duchu, szczególnie że do pełnego wykonania wyznaczonego sobie planu pozostało jej już tak niewiele.

Niestety, Krzysztof się uparł i nie dawał za wygraną. Ponownie podszedł do niej bardzo blisko, przekraczając tym samym zalecane obecnie normy społecznego dystansu. Alicja trochę się nawet przestraszyła, że będzie musiała przerwać wykonywaną przez siebie czynność, ale dzielnie powstrzymała się od westchnięć i wzdrygnięć.

Mąż szybko wykorzystał okazję, przechylił głowę i zajrzał jej prosto w oczy z tym swoim seksownym i krzywym uśmiechem na ustach.

– Czyli który wybierasz? – zapytał wreszcie po dłuższej chwili milczenia.

Mamy cię! Jesteś w ukrytej kamerze, skojarzyło się Alicji i niestety, dokładnie tak było. Teraz nie miała już wyjścia i musiała się przyznać, że wcale go nie słuchała.

– Okej, przepraszam, zamyśliłam się. Możesz powtórzyć?

– Pytanie czy całość? – droczył się z nią mąż, któremu ta sytuacja wyraźnie sprawiła uciechę.

– Całość – przyznała niechętnie, nie przerywając jednak sprzątania.

Jeszcze tylko jedna szafka, potem odkurzacz, mop i gotowe, pomyślała z ulgą.

Krzysztof odsunął się na nieco bezpieczniejszy dystans, przestąpił z nogi na nogę, a następnie potarł nos, znowu nie przestrzegając zasad higieny.

– Ale czy... Czy mogłabyś na chwilę przestać szorować? Na moment, bardzo cię proszę, Alicjo. Bo jak jesteś w tym swoim transie, to ja zupełnie nie wiem, czy rozmawiam z tobą czy twoim awatarem do zadań specjalnych – spróbował jeszcze raz.

– W jakim transie?! – oburzyła się. – Po prostu sprzątam, samo się nie zrobi!

Alicja żachnęła się odruchowo, ale widząc błagalne spojrzenie i wyczekującą postawę Krzysztofa, posłusznie odłożyła ścierkę i odstawiła na blat spray do odkażania powierzchni. Niech mąż widzi, jak aktywnie potrafi go słuchać! Gumowych rękawic jednak nie zdjęła, gdyż oznaczałoby to za dużo komplikacji. Stała więc teraz czujna i skupiona, z rękoma odsuniętymi na bok, niczym chirurg przed skomplikowaną operacją. Lub rewolwerowiec przed pojedynkiem w samo południe.

– Słucham – rzuciła krótko, acz uprzejmie, dorzucając zachęcający uśmiech.

Krzysztof podjął wyzwanie.

– Okej, krótko. Myślałem o naszej rocznicy ślubu i chciałem ci w tym roku podarować coś wyjątkowego. Sama wiesz, że gdy się pobieraliśmy nie mieliśmy zbyt dużo pieniędzy, a poza tym byłaś...

Krzysztof zawahał się lekko, więc żeby nie przedłużać, Alicja dokończyła za niego uprzejmie i wprost:

–... w ciąży.

 

Z nazywaniem rzeczy po imieniu także nie miała problemów. Obydwoje byli dorośli, więc po co te podchody i owijanie w bawełnę? A podłogi na nią czekały... Potem musi jeszcze nastawić pranie, odrobić ze Stasiem lekcje, a na deser usiąść do swojej pracy, która również wymagała od niej dokładności. I oczywiście, że pamiętała o piętnastej rocznicy ślubu, zwanej dźwięcznie kryształową, jednak to nie powód, by odpuścić sobie codzienną dyscyplinę. Miłość w czasach zarazy jest dobra dla młodych, a oni mieli przecież dzieci, za które byli odpowiedzialni. Cóż im przyjdzie z romantycznych wyznań i uniesień, gdy obydwoje trafią do szpitala?

Romantycznie to mogło im być piętnaście lat temu, chociaż też zaledwie przez chwilę, bo zaraz okazało się, że zostaną rodzicami. Wcale tego nie planowali, więc była to dla Alicji prawdziwa klęska i nie dlatego, że się nie zabezpieczali albo że nie chcieli mieć dzieci. Dzieci bardzo chcieli mieć, ale dużo później, gdy się już nieco dorobią. Tylko skąd mieli wiedzieć, że akurat ta jedna prezerwatywa okaże się dziurawa? Ale może to i lepiej... Bo gdyby planowali, pewnie do dzisiaj by czekali, a tak od razu mieli Maryśkę, a potem Staśka. Tak, to Alicja musiała przyznać: może nie mieli szczęścia do pieniędzy, ale dzieci naprawdę im się udały! Jednak w podróż poślubną nie pojechali. Nie było na to ani czasu, ani kasy, więc może z okazji rocznicy Krzysztof zaplanował dla nich wyjazd? I gdy się wreszcie skończy ta obrzydliwa epidemia, polecą razem do ciepłych krajów na swoje pierwsze romantyczne wakacje? Ona i on, tylko we dwoje, przeniosą się na skrzydłach miłości na Teneryfę albo Zanzibar, do luksusowego hotelu, gdzie będą pławić się w luksusie. All inclusive, jak to się teraz mówi, a ona nareszcie odpocznie od codziennych obowiązków, maseczek i nieustających dezynfekcji, zmywania i szorowania. Wyśpi się i wypocznie, opali na złoty kolor i w ogóle poczuje się jak królowa...

Alicja rozmarzyła się i na moment odpłynęła do krainy marzeń. Dawno tam nie była i zapomniała już jakie to przyjemne. Może dlatego nie zauważyła, że mąż nadal do niej przemawia i ocknęła się dopiero, gdy skończył.

– To jak, Alu? Podoba ci się moja propozycja?

Czyżby znowu go nie słuchała?

Boże, co się ze mną dzieje, Alicja zganiła się w myślach. A najgorsze, że będzie musiała się do tego przyznać! Tego nie lubiła najbardziej, więc może warto poudawać, że wie, o co chodzi? Spróbować na pewno nie zaszkodzi...

Zaczęła tradycyjnie, od czułego uśmiechu, który zawsze pomagał zyskać na czasie. Pogłaskać Krzysztofa niestety nie mogła, bo na rękach nadal miała gumowe rękawice – prawdziwą bombę biologiczną, której na mężu nie zamierzała testować.

– Cieszę się, że pamiętałeś o naszej rocznicy. Jestem naprawdę wzruszona – powiedziała wreszcie. – Czyli jaka jest twoja ostateczna propozycja, kochanie? – dokończyła z udawaną lekkością.

Krzysztof skrzywił się ledwo zauważalnie, lecz ona znała ten grymas. Obserwowała go przecież od ponad piętnastu lat. Codziennie. Wiedziała więc od razu, że jej sprytny fortel się nie udał, a mąż łatwo się nie podda. Między innymi, za to go kiedyś pokochała. Ona praktyczna i rozważna, a on cierpliwy i romantyczny...

Tym razem także się nie zniechęcił.

Ponownie spojrzał na nią czule, choć nieco bardziej wymownie niż poprzednio i głośno wciągnął powietrze. Po czym wypalił na jednym wydechu:

– Okej, zatem krótko, bardzo krótko. Wiem, że ciężko pracujesz, więc moja propozycja jest taka, że z okazji rocznicy ślubu kupię ci nowy odkurzacz. Przyjrzałem się różnym modelom i moim zdaniem najbardziej praktyczny będzie odkurzacz wodny. Chcesz zobaczyć zdjęcie, kochanie?

Alicja w milczeniu pokręciła głową.

Owszem, przydałby się jej nowy odkurzacz i jeszcze wczoraj bardzo by się z niego ucieszyła, ale dzisiaj nie chciała.

Bo dzisiaj, po raz pierwszy w swoim uporządkowanym i poukładanym równo życiu, Alicja zamarzyła o czymś zupełnie innym.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?