Miłość`44Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Miłość`44
Miłość`44
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,90  55,92 
Miłość`44
Audio
Miłość`44
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
37,90  27,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

„Basia Grom” (Barbara Rankowska) i „Tomaszewski” (Piotr Jaszczuk)

Ale jesteś piękna! – wyszeptał z szelmowskim uśmiechem ranny żołnierz, patrząc z zachwytem na sanitariuszkę, która zakładała mu opatrunek.

– Lepiej uważaj na siebie bardziej następnym razem – odpowiedziała dziewczyna, kokieteryjnie patrząc na niego spod długich rzęs. – Nie chcę cię tutaj widywać zbyt często. Mój narzeczony zacznie być w końcu zazdrosny! – dodała, śmiejąc się filuternie.

Ranny chłopak dołączył niedawno do oddziału. Nie wiedział więc jeszcze, że ta pełna uroku filigranowa blondynka jest już zaręczona. „Basia”, będąca sanitariuszką batalionu „Bończa”, po latach została uznana za jedną z najpiękniejszych kobiet uczestniczących w walkach powstańczych.

Kiedy nadeszła godzina W, jako ochotniczka przyłączyła się do oddziału. W walkach wzięła również udział czwórka jej rodzeństwa: Bogusia, Marylka, Andrzej i Wicek (dwaj bracia, tak jak i ona, należeli do 101 kompanii batalionu „Bończa”)82.


Barbara Rankowska „Basia Grom” uznawana była za jedną z najpiękniejszych kobiet powstańczej Warszawy.

Dwudziestojednoletnią „Basię” widywało się wszędzie tam, gdzie działo się coś ciekawego. A przy okazji oczywiście – gdzie było najniebezpieczniej. Nigdy nie zawahała się, kiedy trzeba było wybiec na otwarte pole, by udzielić pomocy rannemu. A gdy jej oddział po długotrwałej walce zdobył katedrę Świętego Jana, zdecydowała się założyć w jej kruchcie punkt opatrunkowy. „Pomoc na pierwszej linii zawsze się przyda!” – powiedziała z ujmującym uśmiechem do swojego dowódcy i sprawa była załatwiona.

Do pięknej i odważnej dziewczyny wzdychali prawie wszyscy żołnierze z oddziału. Odznaczała się tak nieprzeciętną urodą, że każdy, kto ją choć raz zobaczył, na długo pozostawał pod jej wrażeniem. Niestety… serce, do którego stukali chłopcy, dawno było już zajęte. Na wiele miesięcy przed rozpoczęciem walk skradł je sierżant podchorąży „Tomaszewski”83.

I jego trudno było nie zauważyć. Dwudziestodwuletni Piotr był wysoki i postawny. Chodził zawsze ubrany w tak popularną na Starym Mieście panterkę. Z hełmem mocno nasuniętym na oczy i nieodłącznym peemem w ręku budził powszechny respekt i szacunek. Wszyscy wiedzieli również o tym, że jako dowódca 3 plutonu 101 kompanii batalionu „Bończa” wielokrotnie wyróżnił się już na polu walki. Ukradkiem więc wzdychały do niego koleżanki z oddziału, ale on nie widział świata poza swoją narzeczoną.

Basia i Piotr byli młodzi, piękni i na dodatek szczęś­liwie zakochani. Wspólna walka zbliżyła ich do siebie jeszcze bardziej. Dlatego, tak jak wiele innych powstańczych par, postanowili się pobrać. Datę ślubu ustalono na 20 sierpnia.

Na cztery dni przed ceremonią podczas walk o kated­rę został ciężko ranny brat dziewczyny – Andrzej („Ryś I”). Basia, po udzieleniu mu pierwszej pomocy, zaniosła go wraz z koleżankami do szpitala. Wracając na swój punkt, wstąpiła do rodziców przebywających w schronie Archiwum Skarbowego przy ulicy Jezuickiej. Z płaczem rzuciła się matce na szyję.

– Andrzej jest ciężko ranny – wyszeptała łamiącym się głosem.

Po chwili zapanowała jednak nad łzami. Była żołnierzem, a to przecież zobowiązuje.

Bardzo ucieszyła się na widok jeszcze gorącego chleba, który pani Włodzimiera upiekła dla swojej gromadki.

– Mamo! Jesteś niesamowita! Chłopaki oszaleją z radości! – wykrzyknęła uradowana. – Zaraz do nich pójdę! Andrzej… – Tu głos Basi znów się załamał. Chcąc ukryć łzy, szybko odwróciła się i bez pożegnania ruszyła w stronę wyjścia.

Dobiegły ją jednak słowa ojca84:

– Basiu, zostań jeszcze chwilę – poprosił.

– Nie mogę, tatusiu, tam na mnie czekają – odpowiedziała. – Mogę być potrzebna… – dodała cicho.

– Dziecko kochane, gdzie ty będziesz spała? – pytała z niepokojem matka. – Znowu w katedrze?

– Położę się do pierwszej lepszej trumny! – zażartowała dziewczyna.

– Cóż ty mówisz, Basieńko? – przeraziła się pani Rankowska. – Bój się Pana Boga!

Dziewczyna uściskała rodziców i wyszła w końcu ze schronu. Do katedry nie było daleko, ale trzeba było uważać, przebiegając wąskimi uliczkami. Niemieccy gołębiarze siali coraz większe spustoszenie wśród mieszkańców Starówki. Przy samym wejściu do świątyni straszliwy pęd powietrza zwalił Basię z nóg.

– Ratunku! Ratunku! Ratunku! – rozdzierający kobiecy krzyk dał się słyszeć od strony ulicy Świętojańskiej.

Wśród osób, które pospieszyły z pomocą, znajdowała się „Basia Pająk”85: „Biegnę za głosem. Przez dziurę w murze dostaję się na podwóreczko przy katedrze. Niewiele widzę, jest zmierzch, a poza tym unoszący się wokół pył po wybuchu przesłania wszystko. Dostrzegam w końcu dwie postacie pochylone nad ranną. Dźwigają ją z ziemi, niosą. (…) Pierwsze oględziny potwierdzają dość głęboką ranę uda i dolnej części brzucha”86.

– Czy będę żyła? – pyta przerażona Basia.

– Ależ tak. Rana jest wprawdzie dość głęboka, ale niegroźna. Trzeba jednak się tym szybko zająć – odpowiedziała rzeczowo jej imienniczka.

Chłopcy zanieśli ranną do pobliskiego szpitala. A „Basia Pająk” pobiegła zawiadomić o wszystkim jej rodzinę i koleżanki z sanitariatu. Akurat tego wieczoru sala Centralnego Powstańczego Szpitala Chirurgicznego (ulica Długa 7) rozbrzmiewała, o dziwo!, radosnym śmiechem i gwarem młodych głosów. Kiedy jednak wniesiono tam Basię, w pomieszczeniu zapanowała przejmująca cisza. Nawet najweselszy „Czarny Franek”87, wpatrzony w sanitariuszkę, zdołał tylko wyszeptać:

– Ludzie, jaka ona piękna! – A po chwili dodał: – Musimy jej pomóc…

Tego dnia pacjenci szpitala jakoś mniej byli skoncentrowani na własnych dolegliwościach. Głowy wszystkich skierowane były w stronę łóżka Basi. Nawet ci, którzy nie mogąc uporać się z własnym bólem, wyrzucali zwyk­le z siebie stek przekleństw, zamilkli. Oni również, jak urzeczeni, wpatrywali się w dziewczynę88.


Barykada przegradzająca ul. Długą przy wylocie Kilińskiego. Na wprost widoczny Pałac Raczyńskich (szpital powstańczy) przy Długiej 7. Fot. Jerzy Chojnacki „Chojna”. Zbiory MPW

Następnego ranka na salę przyszli powstańcy z batalionu „Bończa”. Byli zmęczeni, niewyspani i brudni, ale na ich twarzach malowała się duma. Po raz kolejny odparli zmasowany atak nieprzyjaciela i utrzymali katedrę!

– Gdybyś tylko z nami była, Basieńko! – z każdej strony słychać było serdeczne westchnienia i krzepiące słowa.

Po chwili na salę wprowadzono „Wicka”, brata sanitariuszki. Właśnie wyszedł ze szpitala. Jeszcze ledwo trzymał się na nogach. Ale tuż przy łóżku rannej wyrwał się z rąk podtrzymujących go kolegów i – z niemałym trudem – stanął o własnych siłach. Po co dokładać dziewczynie zmartwień?

– Basiu, bądź spokojna! Wszystko skończy się dobrze! – powiedział na pożegnanie z krzepiącym uśmiechem. Z trudem skierował się do wyjścia. Gdy tylko zniknął za progiem, opadł bez siły na ramiona kolegów. – Biedna Basia! – westchnął. – Zapewne umrze niebawem. A ja nie mogę jej pomóc w żaden sposób… – wyszeptał z rozpaczą.

Tego dnia do rannej sanitariuszki przyszedł również jej narzeczony Piotr. Przyniósł jej bukiet czerwonych kwiatów i kompot89. Dziewczyna rozpromieniła się na jego widok. Ucieszyła się też ogromnie z otrzymanego prezentu. Od samego rana odczuwała ogromne pragnienie. Kilka razy prosiła już pielęgniarki o szklankę wody, ale one pozostawały jakoś głuche na jej błagania. Jedna z kobiet delikatnie zwilżyła tylko tamponem usta dziewczyny. Mając nadzieję, że w końcu uda jej się ugasić prag­nienie, wyszeptała:

– Tak bardzo chce mi się pić…

Piotr natychmiast podał jej kompot. Niestety, okazało się, że Basia cierpiała na poważne i rozległe obrażenia narządów wewnętrznych, dlatego lekarze nie pozwalali na podanie jej wody. Po wypiciu napoju jej stan znacznie się pogorszył. Od początku rokowania były bardzo złe i lekarze nie dawali jej zbyt dużych szans na przeżycie. Wypicie kompotu przyspieszyło jej agonię. Nie pomog­ła już przeprowadzona natychmiast transfuzja krwi. Dziewczyna co chwilę traciła przytomność, a jej wielkie niebieskie oczy zachodziły mgłą. Tuż przed śmiercią z jej piersi wyrwał się rozpaczliwy okrzyk:

– Ratujcie, ja nie chcę umierać! – A po chwili wyszeptała już tylko cichutko: – Boże, jak mi zimno… – I odeszła.

W piwnicy szpitala zaległa cisza. Przerwały ją kroki jakiegoś powstańca, który wszedł na salę, podtrzymywany przez kolegów. Był to drugi brat Basi, Andrzej. Niestety przyszedł o ułamek sekundy za późno. Nie zdążył się już pożegnać z siostrą.

Filigranowe ciało dziewczyny okryto białym płótnem, na którym położono kwiaty przyniesione przez Piotra. Pielęgniarki szybko zabrały je z sali. Pomimo całego majestatu śmierci tej młodej, pięknej dziewczyny trzeba było przygotować łóżko dla kolejnego rannego, który nadal walczył o życie.

Na wieść o tym wydarzeniu jej kolega z oddziału, Zbigniew Chałko „Cyganiewicz”, napisał wiersz Warszawie w kwiatach:

Stolico w kwiatach –

czas się zatroskać,

 

jaki to bukiet

za swą ranę

przytuli w śmierci

Basia Rankowska

pod Świętym Janem (…)90

Na Starówce już od dawna ciała zmarłych składano do płytkich grobów owinięte jedynie w papier lub płótno. Ale kolegom Basi udało się gdzieś zdobyć dla niej trumnę. Pogrzeb był skromny, lecz bardzo uroczysty. Ksiądz odmówił krótką modlitwę, a bliscy dziewczyny pochowali ją na podwórku domu przy ulicy Kilińskiego 1 pod starym rozłożystym kasztanem. Świadkiem tego wydarzenia był porucznik „Szczerba”91, dowódca 101 kompanii batalionu „Bończa”:

Zebrał się mój oddziałek, koleżanki, garść znajomych, pani Jadwiga z sanitariatem, rodzice Baśki i podchorąży „Tomaszewski”, narzeczony poległej.

Żal mi się szczerze zrobiło chłopca, patrząc na jego spokojną, kamienną rozpacz. Gdy już pod łopatami zakopujących ciało urosła mała mogiłka, ustawiono prowizoryczny krzyżyk i co poniektórzy zaczęli się rozchodzić, podszedłem do „Tomaszewskiego” i kładąc mu rękę na ramieniu, powiedziałem:

– Jutro rano robię wypad na zamek. Poproszę „Bończę”, by panu pozwolił iść ze mną.

Chłopak podniósł na mnie oczy suche, bez łez, ściśnięte bólem i tak wymownie smutne, że wzruszyły mnie do głębi. Po chwili, jakby teraz dopiero zrozumiał, o co chodzi, ścisnął mi mocno rękę i rzekł z błyskiem w oczach:

– Dziękuję92.

Los dopisał jeszcze jeden smutny akt do historii Basi i Piotra. Narzeczony dziewczyny nie mógł się pogodzić z myślą, że nieświadomie przyczynił się do jej śmierci. Nic nie mogło złagodzić jego bólu i rozpaczy. W pewnym stopniu ukojenie przynosiła mu tylko walka z wrogiem. Zawsze należał do grona bardzo odważnych żołnierzy, ale po odejściu Basi zaczął igrać ze śmiercią. Łatwo dało się zauważyć, że wręcz obsesyjnie jej szukał. Znalazł ją 26 sierpnia, podczas kolejnej walki o katedrę Świętego Jana.

Podchorąży „Tomaszewski” liczył się z tym, że w każdym kolejnym wypadzie może zginąć. „Mam do was prośbę – powiedział do kolegów z oddziału. – Pochowajcie mnie obok Basi…”. Niestety, pomimo starań nie udało się spełnić ostatniej woli zmarłego. Pod starym kasztanowcem zabrakło już miejsca na kolejny grób, dlatego powstańca pochowano na dziedzińcu klasztoru ojców jezuitów. Następnego dnia w jego świeżą mogiłę trafił pocisk, rozrzucając szczątki żołnierza po całym dziedzińcu. Po wojnie ciało Basi spoczęło na warszawskich Powązkach. Piotr do dziś nie ma swego grobu.


Widok na katedrę św. Jana i kościół jezuitów. Wrzesień 1944. Zbiory Stanisław Kopf

82 Batalion „Bończa”. Relacje z walk w Powstaniu Warszawskim na Starówce, Powiślu i w Śródmieściu, Oficyna Wydawnicza Finna, Gdańsk 2010.

83 Piotr Jaszczuk.

84 Stanisław Podlewski, Przemarsz przez piekło, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1957, s. 292.

85 Barbara Piotrowska-Gancarczyk z batalionu „Wigry”.

86 Robert Bielecki, Batalion harcerski „Wigry”, Wydawnictwo Harcerskie, Warszawa 1991, s. 156.

87 Franciszek Ławruszczak, żołnierz batalionu „Wigry”.

88 Stanisław Podlewski, Przemarsz przez piekło, dz. cyt., s. 292.

89 Sławomir Koper, Miłość w Powstaniu Warszawskim, Wydawnictwo Czerwone i Czarne, Warszawa 2013, s. 200.

90 Zbigniew Chałko „Cyganiewicz”, Warszawie w kwiatach, w: Warsaw Concerto…, dz. cyt., s. 121.

91 Zbigniew Blichewicz.

92 Zbigniew Blichewicz „Szczerba”, Powstańczy tryptyk, Oficyna Wydawnicza Finna, Gdańsk 2015, s. 68.

„Irka” (Irena Kowalska) i „Czarny Jaś” (Jan Wuttke)

Niekiedy miłość przypomina spacer podczas bardzo drobniutkiego deszczu. Człowiek idzie, idzie i dopiero po pewnym czasie orientuje się, że przemókł do głębi serca. O tym, że sentencja ta miewa swoje odbicie w rzeczywistości, świadczy historia Irki Kowalskiej i Jasia Wuttkego, bohaterów Kamieni na szaniec, harcerzy i żołnierzy batalionu „Zośka”93.

Tego popołudnia Jaś jak zwykle przyszedł do mieszkania Irki. Przywitał się serdecznie z panią Janiną. Chwilę pogawędzili o tym, co działo się dziś na mieście, i zabrali się do pracy. Dziewczyna usiadła przy biurku. Przed nią leżały czysta kartka papieru i pióro. Czekała, aż chłopak zacznie jej dyktować słowa kolejnego artykułu do prasy podziemnej. Ale on zwlekał. Podszedł do biurka i położył na nim rękę. „Irka” spojrzała na nią automatycznie. „Ma wyjątkowo piękne dłonie…” – pomyślała mimo woli.

Kiedy podniosła wzrok, dostrzegła również zniewalający wykrój ust, głęboko osadzone oczy, cienki nos i wysokie czoło. A nad nim granatową czerń włosów i srebrzyście niebieskawy odcień skóry94. Była zaskoczona… Znała go przecież od kilku lat. Spotykali się na gruncie towarzyskim, harcerskim, konspiracyjnym95. A teraz miała wrażenie, że widzi go po raz pierwszy. Patrzyła jak urzeczona i… nie mogła przestać. Oczywiście zawsze podziwiała Jasia za jego zdolności organizacyjne, walory intelektualne, pasję. Ale dziś dostrzegła w nim mężczyznę.

A jak to było z Jasiem? Co sprawiło, że zakochał się właśnie w tej dziewczynie?

Początkowo sądził, że jego uwagę zwróciła nadzwyczajna inteligencja „Irki”, ale później nie był już tego taki pewien. Może to jednak te jasne włosy, spadające z takim wdziękiem na barki? Albo zarys piersi nadających kształt barwnemu kretonowi bluzki? Czy też błysk pięknych zębów w uśmiechu?96.

„Irka” nigdy nie była uważana za wyjątkową piękność. Należała do dziewcząt postawnych, krzepkich, wysportowanych. Jednak tej wiosny jej młodość rozkwitła niesamowitym blaskiem. Po prostu nie można było oderwać od niej oczu. A już z całą pewnością nie był tego w stanie zrobić „Czarny Jaś”.

Młodych ludzi zbliżyła do siebie na pewno i odczuwana samotność. Jaś podczas okupacji przeżył śmierć lub zesłanie do obozu koncentracyjnego wszystkich swoich przyjaciół. W liście do ojca pisał: „Odchodzą jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec”97. „Irka” musiała pożegnać się ze swoim narzeczonym, który trafił do KL Auschwitz. Janusz, nie wierząc, że uda mu się przeżyć, zwolnił ją ze wszystkich złożonych obietnic.

Co ciekawe, Jaś i Irka stanowili swoje przeciwieństwo – zarówno pod względem fizycznym (ona była niebieskooką blondynką, on – czarnookim brunetem), jak i psychicznym. Dziewczyna uwielbiała sport, kochała kontakt z przyrodą i podróże, a zwłaszcza turystykę górską i jazdę na motorze. Jaś natomiast był domatorem. Pochłaniał go świat książek, filmu, myśli i idei. Nie ciągnęło go zupełnie w stronę aktywności fizycznej. Zwłaszcza że nie miał ku temu predyspozycji (słaby wzrok, wada serca i nadwrażliwość słuchowa). Ale podobno przeciwieństwa się przyciągają!


Irena Kowalska-Wuttke „Irka”

Wiosna 1944 roku zupełnie odmieniła życie Irki i Jasia. Stała się dla nich czasem miłości i nadziei. Widywali się praktycznie codziennie. Chodzili ulicami, trzymając się za ręce. Odkrywali, jak wielką przyjemność przynosi dotyk rąk. W tramwajach stawali na pomoście, by widzieć się z bliska i w milczeniu uśmiechać się do siebie. Czasami jednak ich spojrzenia uciekały gdzieś w bok. Niejako automatycznie, z przyzwyczajenia. Wtedy z udawanym roztargnieniem rejestrowali, co dzieje się na mijanym właśnie placu czy też w części tramwaju odgrodzonej znienawidzoną tabliczką Nur für Deutsche. Ze względu na realia czujność stała się ich codzienną towarzyszką. Podobnie jak konieczność pozostawienia pewnych spraw tylko dla siebie. Otwarta, szczera rozmowa była luksusem, na który konspiratorzy nie mogli sobie pozwolić. Nawet z najbliższą osobą.

Jaś, wielki idealista i społecznik, nieustannie spotykał się z niezrozumieniem ze strony kolegów skoncentrowanych głównie na działaniach militarnych. Jego gorące artykuły publikowane w pismach „Wigry” i „Brzask” nie wszystkim się podobały. Z goryczą opowiadał o tym dziewczynie. Irka, chcąc go pocieszyć, nieśmiało unosiła dłoń i dotykała jego policzka. Wtedy Jaś przestawał mówić. Uspokajał się i przytulał ją do siebie…


Jan Wuttke „Czarny Jaś”

Tej wiosny dziewczyna z osoby chłodnej, rzeczowej, czasami wręcz sarkastycznej przemieniła się w istotę łagodną i wrażliwą. To nowe oblicze stało się zresztą obiektem nieustannych kpin ze strony jej młodszej siostry, „Maryny”.

– Czy wiesz, Irko, że kiedy patrzysz na Jasia, na twojej twarzy pojawia się wyraz cielęcego zachwytu? – pytała, wybuchając śmiechem.

– Kochana z ciebie siostrunia, nie ma co! – złościła się Irka.

Takie komentarze irytowały dziewczynę i dotykały, ale… naprawdę trudno było pozostać obojętną, gdy Jaś, skończywszy dyktowanie artykułu, siadał obok i otaczał ją ramieniem.

Wiosna pełna miłości skończyła się jednak szybko. Nadeszło lato, a wraz z nim godzina W. Pierwszego sierpnia przed udaniem się do punktu koncentracji Jaś i Irka wpadli na chwilę do mieszkania państwa Kowalskich. Powstanie miało trwać kilka dni, maksymalnie tydzień, pakowali więc do plecaków tylko najpotrzebniejsze drobiazgi. Po krótkim pożegnaniu z panią Janiną wyruszyli na Wolę do fabryki Telefunken. Daleko było im jednak do entuzjazmu, który ogarnął tego dnia większość mieszkańców stolicy. Nie wierzyli w możliwość odniesienia zwycięstwa i to było ich tragedią. Nie widzieli jednak innego wyjścia niż zbrojne wystąpienie przeciw Niemcom.

Na Woli oboje uczestniczyli w walkach batalionu „Zośka”, ale po tygodniu naczelnik Szarych Szeregów, Stanisław Broniewski „Stefan Orsza”, zadecydował, że „Pasieka” przenosi się do Śródmieścia. Tam łatwiej było zorganizować pracę różnorodnych służb harcerskich98. W zespole, który miał się tym zająć, znaleźli się Jaś i Irka. Przeprawa do centrum nie należała jednak ani do łatwych, ani do przyjemnych. W pewnym momencie podeszła do nich rozczochrana kobieta, niosąca worek z całym swym dobytkiem.

– Wy, łajdaki, kary na was nie ma! – krzyczała głosem przepełnionym nienawiścią. – Cóżeście zrobili, przeklęte diabły? Po co zaczynaliście z Niemcami?99.

Stali bez ruchu pod pręgierzem jej oskarżeń, rejestrując w pamięci każde słowo. Tego wieczora Irka, przytuliwszy się do Jasia, głosem pełnym łez wyszeptała:

– Czy te wszystkie nieszczęścia ludności cywilnej są naszą winą? Chcieliśmy przecież jak najlepiej. Ale czy nie wynikło z tego coś odwrotnego, niż planowaliśmy?

Jaś długo nie odpowiadał.

– Myślę, Iruś, że podobne pytania od wieków zadawali sobie żołnierze wszystkich armii… – A po chwili dodał: – Nie umiem ci dać konkretnej odpowiedzi. To zbyt skomplikowane. Wiem tylko jedno: spełniamy swój obowiązek – rzekł stanowczo. – Pamiętaj jednak, że naród to nie tylko ci zgnębieni mieszkańcy Woli, których spotkaliśmy dzisiaj. To także i ci, którzy przyjdą po nas. Ciekawe, jak oni nas ocenią…

W Śródmieściu oboje zaangażowali się w pracę harcerskich patroli Wojskowej Służby Społecznej. Ale kiedy ze Starówki zaczęły dochodzić coraz gorsze wiadomości, ich entuzjazm minął bezpowrotnie. Chcieli przedostać się do walczących kolegów, lecz dowódca nie wyraził na to zgody.

Ze Śródmieścia niedaleko było na ulicę Dobrą. Dlatego oboje od czasu do czasu odwiedzali matkę „Irki”.

 

– Zjawili się niespodziewanie – wspominała. – Przeżyli już pierwsze walki, tryumfy, ale i stratę bliskich kolegów. Wiadomości o macierzystym oddziale „Zośki” były niepomyślne – dodała ze smutkiem. – Gnębiło ich to wszystko. Czuli się samotni. Odsunięci na bok100.

Dlatego kiedy zośkowcy przedostali się do Śródmieścia, zadecydowali, że wracają na pierwszą linię. Zanim to jednak nastąpiło, Irka i Jaś postanowili się pobrać! W dniu ślubu, 4 września, dziewczyna o szóstej rano przyszła do swojego mieszkania. Już na progu powiedziała:

– Mamo! Dziś mój ślub!

Jej twarz promieniała szczęściem. Pani Janina, przygotowując córce skromną wyprawę, wyjęła z kredensu wszystko, co miała najlepszego: soki owocowe, bieliznę, drobiazgi toaletowe. Na pożegnanie Irka, taka zawsze powściągliwa, rzuciła się jej na szyję.

– Uściskaj ode mnie Jasia – powiedziała matka, tuląc do siebie dziewczynę. Kiedy wymawiała to zdanie, przez głowę przemknęło jej paniczne pytanie: „Czy widzę ją ostatni raz?”.

Młodzi pobrali się w piwnicy domu przy ulicy Hożej 15 w skromnej, prowizorycznej kaplicy. Uroczystość odbyła się w obecności przyjaciół z harcerskiego grona, a sakramentu małżeństwa udzielił im zaprzyjaźniony ksiądz Józef Warszawski „Ojciec Paweł”.

– Czy pamiętam? – mówił po latach. – W morzu okrucieństwa, śmierci, bólu była to jasna, radosna chwila. Ona – złocistowłosa, a on taki ciemny, prawdziwie Czarny Jaś. Byli w panterkach, jakieś kwiaty… Tak, pomarańczowe! – Po chwili zadumy dodał: – I ta przysięga… i że cię nie opuszczę aż do śmierci…101.

Podczas tej samej ceremonii ślub wzięła i druga para zośkowa: zastępca Jasia Wiktor Krauze (później Szeliński) „Andrzej Pol” i Zofia Jarkowska „Zosia”102. W prezencie ślubnym państwo młodzi otrzymali kilka kolorowych, pachnących mydełek, paczkę naboi pistoletowych, tuzin chusteczek do nosa i skarpety! Po uroczystości dowódca batalionu kapitan Ryszard Białous „Jerzy” urządził im przyjęcie weselne w hali ambasady bułgarskiej103. Na menu składały się kanapki z konserwami, befsztyki z koniny i oczywiście wino. W ramach rarytasu każdy z gości otrzymał po naparstku czarnej prawdziwej kawy. Wieczór upłynął w niezwykle wesołej atmosferze. Tylko raz wspomniano o poległych.

– Wiesz, Jaś – pokpiwał Słoń104 – gdyby był z nami Alek105, ten to by ci urządził ślub! Klęczelibyście z Irką na flagach hitlerowskich, zamiast świec płonęłyby znicze spirytusowe, a Ojciec Paweł musiałby zamiast piuski mieć na głowie hełm. A my? Skapcanieliśmy w powstaniu. Ginie w narodzie fantazja!

– Ho, ho, ho – wpadł w ton Słonia Andrzej Morro106 – a gdyby żył Kołczan107, młoda para, wychodząc z kaplicy, musiałaby przejść pod skrzyżowanymi karabinami i pm-ami108.


Rysunek satyryczny Henryka Chmielewskiego „Yesa” zamieszczony w okupacyjnej prasie konspiracyjnej („Demokrata” z dnia 10 sierpnia 1943).

Zbliżał się wieczór, trzeba było kończyć ucztę weselną i przygotować się do wymarszu na Czerniaków. Szli przez plac Trzech Krzyży, ulicę Książęcą i Rozbrat. Jaś i Irka trzymali się z tyłu – na tyle blisko, na ile pozwalały na to dźwigane plecaki, broń, skrzynki z amunicją i częściami do radiostacji. Młoda para co jakiś czas zatrzymywała się i zatapiała w pocałunku. Kres wędrówki stanowił szereg nowoczesnych budynków przy ulicy Śniegockiej 7-9-11. W ramach dodatkowego prezentu małżonkowie otrzymali od dowództwa osobny pokój i cały dzień wolny od służby.

Następnego ranka śpiącego Jasia obudziło piękne wrześniowe słońce. Przeciągnął się w wygodnym łóżku i uśmiechnął się do swoich myśli. Rozejrzał się z ciekawością po pokoju. „Ciekawe, gdzie jest Irka” – pomyślał. W tym momencie skrzypnęły drzwi i ukazała się jego żona. Niosła talerz pełen pięknych czerwonych pomidorów.

– Fantastyczne! – zachwycił się Jaś. – To takie cuda można znaleźć na Czerniakowie?

– Oczywiście tylko z narażeniem życia, mój drogi mężu! Ale czego się nie robi dla swojego pana i władcy! – dodała ze śmiechem109.

Przechodząc obok tapczanu, pocałowała go przelotnie.

– A teraz wstawaj, bo za chwilę przyjdą do nas goście! – rzuciła ponaglającym tonem.

Tak więc Jaś, chcąc nie chcąc, musiał w końcu wstać. Ubierał się pospiesznie, a Irka zajęła się porządkowaniem pokoju. Na stół położyła najpiękniejszy obrus i porcelanowe filiżanki. Z pobliskiego ogrodu przyniosła nawet kwiaty. Zaskoczony jej krzątaniną mąż przystanął na chwilę, przyglądając się uważnie żonie.

– Irka, co z tobą? – zapytał.

– Jak to co? – odpowiedziała lakonicznie. – Przygotowuję śniadanie.

– No tak… Ale skąd to fantastyczne zaangażowanie uczuciowe w te śniadaniowe sprawy? – dodał zdumiony.

– Nie rozumiesz? – zdziwiła się. – Po raz pierwszy będziemy podejmować gości!

Młoda gospodyni podała przybyłym prawdziwy powstańczy rarytas – sałatkę z pomidorów i cebuli. A dla tych, którzy ze względu na czerwonkę lub odniesione rany nie mogli jej spróbować, znalazła się i odrobina kaszy.

Następnego dnia Irka i Jaś wrócili do służby na pierwszej linii. Obiecali sobie jednak, że zawsze, jeśli tylko będzie to możliwe, będą blisko siebie.

Niestety los nie napisał dla tej pary historii z happy endem. Dziewiętnastego września Jaś został śmiertelnie ranny podczas przebiegania przez jezdnię. Kula dosięg­nęła go na chodniku, już po drugiej stronie ulicy. Niezwykle sprawna fizycznie Irka w biegu pochwyciła go za panterkę i wciągnęła za mur. Tutaj razem z sanitariuszką założyła mu opatrunek. Chłopak stracił przytomność, dlatego trudno było stwierdzić, jak poważnie jest ranny. Nagle rozległ się ogłuszający huk i odłamki cegieł posypały się na głowy powstańców. Irka zasłoniła sobą leżącego, ale kiedy opadł kurz i spojrzała na niego, zdrętwiała z przerażenia. Panterka Jasia była czerwona od krwi. Nie odzyskał już przytomności. Zmarł na jej rękach.

Dziewczyna położyła ostrożnie głowę męża na ziemi. Sama przytuliła się do jego jeszcze ciepłego ciała. Nie płakała. Nie myślała. Tylko czuła…

– Irko – szepnęła sanitariuszka. – Czy został jeszcze ktoś na Wilanowskiej osiemnaście?

– Nie.

– Musimy się stąd wycofać – nalegała.

– Idź sama – padła odpowiedź.

Irkę przestało nagle obchodzić, co dzieje się dookoła. Kiedy usłyszały kroki nadchodzących Niemców, sanitariuszka pomazała swoją twarz i szyję krwią Jasia, a Irka przytuliła się do niego jeszcze mocniej. Żandarmi nie zwrócili uwagi na trzy nieruchome postacie. Po jakimś czasie sanitariuszka przekonała w końcu dziewczynę, że nie mogą tu dalej zostać. Jednak zanim odeszły, Irka zdjęła okulary z twarzy Jasia, zamknęła mu oczy, strzepała z jego munduru ziemię, poprawiła na głowie hełm. W końcu wstała i powoli ruszyła, nie zwracając zupełnie uwagi na to, co dzieje się dookoła. Przez wiele godzin była w stanie całkowitego odrętwienia. Pragnęła jedynie śmierci.

Zośkowcy, którzy pozostali jeszcze na Czerniakowie, podzielili się na trzy grupy. Jedni postanowili kontynuować obronę, drudzy – przepłynąć na drugą stronę Wis­ły. Irka przyłączyła się do tych, którzy wraz z „Ojcem Pawłem” postanowili pójść do niewoli. Dwudziestego trzeciego września wyruszyli w stronę gmachu ZUS-u przy ulicy Czerniakowskiej. Żandarmi, którzy ich pojmali, oddzielili cywilów od powstańców. Z tymi ostatnimi postanowili się jednak najpierw nieco „zabawić”. Dlatego dziewczętom pomalowano szminką twarze w koła i krzyże, mężczyzn natomiast pobito – niektórych do nieprzytomności. Jeden z Niemców strącił z głowy Irki furażerkę i zerwał jej opaskę powstańczą110, następnie wskazującym palcem zaczął stukać w nos dziewczyny. Dopiero to wyrwało ją z odrętwienia.

Żandarmi ustawili powstańców w trójki i pod eskortą poprowadzili ich najpierw do siedziby Gestapo przy alei Szucha, a stamtąd do kościoła wolskiego. Tam rozpoczęły się przesłuchania. Niestety dziewczyna zdążyła już podpaść jednemu z Polaków służących w oddziałach niemieckich, który przyszedł namawiać ich do tego, by „sypali tych, co winni”. Irenie przyniósł nawet bochen czarnego chleba, ale nie chciała nic przyjąć od takiego człowieka. „Ty, nie bądź taka harda” – rzucił jej, odchodząc.

Następnego dnia wszystkich mężczyzn wyprowadzono z terenu kościoła. Odjechały również samochody z rannymi. Pod murem pozostało kilka dziewcząt111. Machały swym towarzyszom na pożegnanie. Uśmiechały się, pragnąc dodać im otuchy. Kiedy jednak zorientowały się, że zostały same z grupą żołnierzy SS ze wschodnich oddziałów kolaborujących z Niemcami, ogarnął je paniczny strach.

Epilog tej historii napisał Aleksander Kamiński:

Pani Janina, pogodziwszy się ze śmiercią Maryny na Starym Mieście, przez półtora roku poszukiwała śladów Irki. Podobnie czyniło osiem innych matek tych dziewcząt, które pozostały przy murze kościoła wolskiego, gdy odjeżdżały samochody z ich rannymi kolegami. (…) Poszukiwania nie dały wyników.

Którejś nocy pani Janina ujrzała córkę we śnie. Irka miała oczy rozszerzone przerażeniem i usta jakby w krzyku, w obłędnym krzyku…112.

93 Oboje uczestniczyli w akcjach Organizacji Małego Sabotażu „Wawer” i ściśle współpracowali z Główną Kwaterą Szarych Szeregów (kryptonim „Pasieka”). Irka pełniła dodatkowo służbę w II Oddziale ZWZ-AK (wywiad) i jako kurierka jeździła do Wilna, Lwowa i Lublina oraz została komendantką dziewcząt w ramach tzw. nowych Grup Szturmowych. A Jaś włączył się w prace PLAN-u, należał do zespołu łączników komórki więziennej ZWZ-AK, został pierwszym komendantem Bojowych Szkół, a następnie nowych Grup Szturmowych. Przede wszystkim jednak zasłynął jako kierownik sekcji Bezpośredniego Dotarcia do Terenu w akcji „M” („Młodzież”), mającej na celu nawiązanie kontaktu z mieszkańcami biedniejszych dzielnic i miejscowości podwarszawskich.

94 Aleksander Kamiński, „Zośka” i „Parasol”. Opowieść o niektórych ludziach i niektórych akcjach dwóch batalionów harcerskich, Iskry, Warszawa 1957, s. 140.

95 Znali się z czasów licealnych. Pierwszy narzeczony Irki, Janusz Siedlecki „Dżon”, wchodził w skład tzw. Klubu Pięciu, założonego przez uczniów Liceum Batorego i harcerzy 23 WDH, tzw. Pomarańczarni. Poza „Dżonem” i „Czarnym Jasiem” należeli tutaj Maciej Aleksy Dawidowski „Alek”, Jerzy Masiukiewicz „Mały” i Jacek Tabęcki „Czubek”.