Kobiety`44Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bywało, że czołgałam się na brzuchu, przeciskałam między ludźmi zbitymi w gęstą masę, czasami gubiłam kierunek21.

Jednak przeżyte wówczas chwile zapisały się na zawsze w jej pamięci. Płaciła za nie przez lata nocnymi koszmarami.

Jak opowiadała w wywiadach i podczas spotkań z młodzieżą, wielokrotnie śniło jej się, że znajduje się znowu w powstańczej Warszawie, pod ziemią. Jest ciemno, ciasno, duszno, a ona nie może ani znaleźć wyjścia na zewnątrz, ani zaczerpnąć świeżego powietrza.

Do nowej rzeczywistości musiała się również przyzwyczaić łączniczka legendarnego dowódcy staromiejskiej żandarmerii „Barry’ego”, Irena Kwiatkowska, ps. Katarzyna. Aktorka niechętnie opowiadała o swoich ówczes­nych doświadczeniach, uważając, że kolejne pokolenia nie zdołają zrozumieć tego, przez co wówczas musiała przejść. W końcu jednak zdecydowała się odsłonić kilka detali dotyczących zarówno warunków życia, jak i specyfiki pełnionej służby.

To i tak wszystko nieważne, no niech będzie. (…) Jak szłam, póki to było możliwe, Krakowskim Przedmieściem, a nad głową rozgrzane do czerwoności szrapnele – nic nie wiesz, jaki kąt, gdzie uderzy, nie możesz przewidzieć. Zobaczyłam kiedyś taki szrapnel i stanęłam. Myślałam, że to koniec. Przeleciał. Uznałam, że to znak od Boga. Ostrzeżenie. Musiałam uważać, ale ja, jak to ja. Kiedyś lecę z meldunkiem, ważne! Kazali dostarczyć – rozkaz to rozkaz, ale przy tym trzeba myśleć, a ja poleciałam na pamięć. Otworzyłam drzwi, tak jak ostatnio… tam ciemno od hitlerowskich mundurów. Nawet mi w oczach nie zdążyło pociemnieć, tak pryskałam. Zatrzasnęłam drzwi i w nogi. Coś tam załomotało za tymi drzwiami, ale udało mi się uciec22.

Podczas powstania patrole minerskie Zofii Franio, ps. Doktor, walczyły między innymi na Starówce, w Lasach Chojnowskich i w Śródmieściu. W tej ostatniej dzielnicy znajdował się oddział, do którego należała Barbara Matys-Wysiadecka, ps. Baśka-Bomba. Gdy po raz pierwszy wraz z koleżankami została wysłana do zadania saperskiego, było dużo śmiechu. Szef Wojskowych Zakładów Wydawniczych przywitał dziewczęta słowami:

– Zapotrzebowałem saperów, myślałem, że przyjdą wąsate chłopy w saperkach.

Jednak gdy dziewczyny szybko i sprawnie zmontowały pudło gammonów (angielskich granatów zrzutowych), wszyscy zaczęli na nie patrzeć z szacunkiem i uznaniem.

Minerki brały udział w atakach na PAST-ę (liczący jedenaście kondygnacji budynek Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej). Gdy to było konieczne, stanowiły one nawet wsparcie ogniowe. A że dwie z nich były dyplomowanymi pielęgniarkami, potrafiły również udzielić pomocy potrzebującym. Dlatego chłopcy cieszyli się, gdy na akcję szły „bomby”, a nie „nosze”. Ich zdaniem te ostatnie były pechowe, a o „bombach” mówiło się, że zawsze pomogą w potrzebie.

Co ciekawe, podczas decydującego ataku na PAST-ę, w którym jedną z ważniejszych ról odegrały właśnie minerki zakładające ładunek wybuchowy, życie uratował Basi… jej warkocz. Kiedy po wypełnieniu swojego zadania usiłowała wydostać się z budynku, rozpętała się strzelanina. Kulę można było dostać zarówno od nieprzyjaciela, jak i swojego kolegi. Na dodatek minerki miały wtedy na sobie zdobyczne mundury niemieckie, co jeszcze bardziej komplikowało sytuację. Na szczęście warkocz dziewczyny nagle się rozplątał i wysunął spod czapki. Zauważył to major Stefan Mich, ps. Kmita, który krzyknął:

– Nie strzelać, to nasi!

Do swojej nowej roli dość długo przyzwyczajała się Irena Jurgielewiczowa, ps. Jurga, po wojnie autorka niezwykle popularnych książek dla dzieci i młodzieży, a podczas powstania – peżetka pracująca między innymi w gospodzie żołnierskiej Silberne Rose przy ulicy Moniuszki 8. Nie szukała jednak wówczas dla siebie wielkich zadań. Chciała być po prostu pomocna.

Całe życie bez talentu do pełnego angażowania się w działalność pedagogiczną, nie zdobywałam się na taką żarliwość w budowaniu i osiąganiu ambitnych planów jak moje współtowarzyszki, ceniłam jednak fakt, że w pewnym choćby zakresie mogę się przydać. (…) (Skrobanie kartofli w żołnierskiej kuchni, czym zajmowałam się w pierwszych dniach, odpowiadało mi wówczas daleko bardziej niż na przykład dobieranie tekstów do recytacji na wieczorach świetlicowych, co zlecono mi później. Do końca zazdrościłam kobietom, które pomagały walczącym w sposób najprostszy, niepodważalnie użyteczny)23.

Peżetki pełniły najczęściej służbę w gospodach żołnierskich albo kuchniach polowych. Czasami otrzymywały jednak i mniej typowe zadania. Niektóre z nich nie były dostosowane do realiów życia w powstańczej Warszawie. O sytuacji, która miała miejsce w gospodzie znajdującej się na Powiślu przy ulicy Smulikowskiego 6/8, opowiedziała Anastazja Brodziakowa, ps. Lina.

Jednym z jej obowiązków było prowadzenie biblioteki, która miała ogromne powodzenie wśród powstańców. Jedynie sam system wypożyczeń nie został najlepiej zorganizowany, zwłaszcza w warunkach wojennych. W trosce o dobro publiczne, jakim były książki, wprowadzono wypożyczanie pod zastaw. Aby móc otrzymać konkretny tytuł, należało zostawić powstańczym bibliotekarkom wieczne pióro, ołówek, grzebień, jakąś legitymację.

Najdziwniejsze, że nikomu nie przyszło wówczas do głowy, że powodem nieoddania książki nie musi być zaniedbanie ani lenistwo, ale… śmierć! Przecież w walce wielu chłopców ginęło. Ostatecznie okazało się, że po upadku Powiśla całą bibliotekę trzeba było i tak porzucić.

W gospodach żołnierskich prowadzonych przez peżetki organizowane były również koncerty dla żołnierzy. Występowali w nich aktorzy, piosenkarze, muzycy, poeci. Szczególnie trudne okazało się śpiewanie wesołych, pełnych optymizmu i nadziei piosenek, zwłaszcza gdy nikomu nie było już do śmiechu. Ale umiejętność zmierzenia się z takim zadaniem stanowiła również element powstańczej służby. W tego typu sytuacjach niezastąpiona okazywała się Mira Zimińska-Sygietyńska, ulubienica stolicy, nazywana często Chaplinem w spódnicy. Ona, pomimo dramatycznych okoliczności, zawsze potrafiła rozbawić publiczność. Nawet wtedy, gdy było już bardzo smutno…

W szpitalach występowała również łączniczka „Katarzyna” – wspaniała aktorka teatralna i estradowa Irena Kwiatkowska. Uczestniczyła między innymi w koncercie zorganizowanym na Starym Mieście dla ofiar wybuchu transportera min, który eksplodował na rogu ulic Kilińskiego i Podwala.

Tylu ludzi tam rozerwało! A my musieliśmy dla tych, co żyli, co byli ranni, występować. Chodziło się od punktu sanitarnego do jakiegoś szpitala w podziemiach. (…) Pamiętam taki punkt sanitarny koło Hali Mirowskiej. (…) I tam leżał ranny kolega, Ziembiński, Zbyszek. Leżał z innymi, a ja mówiłam:

Rach, ciach, ciach, ciach, ciach po desce…

Laskowskiego wiersz…

zalecał się Grześ Teresce,

ale chłop był od Kalisa,

buty ze psa, capka z lisa.

Capka z lisa, łeb kudłaty,

na gardzielu salik w kraty,

zupa…

no, tam tego…

na pętlice…

rym, tam

rękawice…

…No i ja z tym i z innymi produkcjami latałam. Kolegów, koleżanki spotykałam w tych szpitalach. Na noszach, bez nóg, czasami cali w bandażach. Rozpoznać nie mogłam. Wielu już nigdy nie spotkałam. A ja – cała24.

Hankę Brzezińską do uczestnictwa w koncertach dla powstańców i ludności cywilnej przekonał major Eugeniusz Konopacki, ps. Trzaska – dowódca harcerskiego batalionu „Wigry”. Oficer wyjątkowo przypadł jej do gustu – był uśmiechnięty, pogodny, pewny siebie. Emanował spokojem i wiarą w zwycięstwo. Powtarzał nieustannie, że piosenka daje żołnierzom oddech. Pozwala zapomnieć, odreagować stres, strach i niepowodzenia.

Pierwszy koncert artystki, określanej podczas okupacji mianem słowika Warszawy, odbył się na podwórku domu przy ulicy Kilińskiego 3. Stacjonował tam oddział batalionu „Wigry”, który niebawem miał wyruszyć do akcji.

Podczas występu Hanki Brzezińskiej nadleciały sztukasy. Każdy ze zgromadzonych wiedział, jak bardzo niebezpieczne było pozostanie na odkrytym terenie, gdy się pojawiały. Ale, o dziwo, tym razem nikt się nie ruszył – ani sama artystka, ani słuchający jej żołnierze. Pieśniarce nie wypadało przerwać występu i zejść ze sceny, nawet tak prowizorycznej jak beczka po kapuście, a publiczności – okazać braku szacunku.

Dopiero gdy zaśpiewała ostatnią strofę utworu, wszyscy biegiem ruszyli do schronu. Po latach Hanka Brzezińska wyznała, że to były jej najdziwniejsze, ale zarazem i najpiękniejsze, najcudniejsze, najwspanialsze koncerty.

Jak opowiedziała w jednym ze wspomnień radiowych:

Śpiewałam piosenki wojskowe: „Serce w plecaku”, „Rozszumiały się wierzby”, „Dziś do Ciebie przyjść nie mogę” – to była piosenka, którą wszyscy ogromnie lubili, i nie było koncertu, żebym nie bisowała tej piosenki. Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że tam jest wiele o miłości. O miłości wiele…

A ludzie zawsze chcą kochać, a szczególnie młodzi. Jak dużo tam było takich cudownych par! Powstaniec i dziewczyna jakaś śliczna. I on szedł, a wieczorem przychodzili koledzy i mówili, że on nie żyje. I ani łzy. Nic. Tylko zamarła na chwilkę... Potem gdzieś odeszła i zaczęła nagle opatrywać rannych, biegać gdzieś. Nie pokazała po sobie, że tak strasznie cierpi25.

Szczególnie pamiętny okazał się dla pieśniarki koncert, który odbył się w płonącym już gmachu Hotelu Polskiego przy ulicy Długiej. Artyści zostali wówczas poproszeni, by śpiewać i recytować wiersze do momentu, aż ktoś da znak, że trzeba uciekać. Tak by ranni, których nie można ewakuować, nie zorientowali się, jak groźna była sytuacja. W ten sposób chciano zapobiec wybuchowi paniki. Artystka występowała aż do chwili, gdy na salę wbiegł jeden z powstańców i krzyknął:

 

– Pani Hanko! Proszę uciekać!

Wówczas wybiegła na ulicę. Po trzech, czterech minutach cały gmach zawalił się, grzebiąc pod gruzami wszystkich rannych.

Chłopców wracających z pierwszej linii walki próbowała rozbawić piosenkami również przyszła aktorka, wówczas łączniczka – Alina Janowska. Jej kameralne koncerty dawały ukojenie powstańcom, którzy po wielu godzinach walki wracali zmęczeni na kwatery. Śpiewała im wówczas: „Idzie sobie panna ze szwabem pod rękę, bardzo z siebie dumna, z getta ma sukienkę. Jak za taką córeczkę nie wstyd ci jest, ojcze. Nie wstyd, bo jak córka zrobił się volksdeutschem”.

Ten sam utwór, wykonywany na melodię piosenki „Czerwone jabłuszko”, pojawił się później w filmie „Zakazane piosenki”. Śpiewała go właśnie Alina Janowska. Wracając pamięcią do tamtych chwil, powiedziała w jednym z wywiadów:

Myślę, że to było bardzo ważne, żeby nie myśleli, że za chwilę będzie koniec26.

Zupełnie inny charakter miała służba Marii Kownackiej, która na Żoliborzu postanowiła zająć się dziećmi. W tych trudnych czasach należało poświęcić im nieco więcej czasu i uwagi niż zwykle. Pozostawione same sobie, znudzone i nie do końca rozumiejące grozę sytuacji, biegały po podwórkach, czasami również po ulicach. Pojawiały się przeważnie tam, gdzie działo się coś interesującego, a najczęściej także niebezpiecznego.

Widziała to wszystko kochająca dzieci i świetnie je rozumiejąca autorka słynnego Plastusiowego pamiętnika. Wspominając tamte czasy, napisała:

Głodne i roztrzęsione nerwowo dzieci musiały siedzieć w piwnicach, nie było ich czym zająć. Nudziły się. Chłopcy, ci najbardziej przedsiębiorczy, co to się „nie boją”, brawurowo wybiegali na dziedziniec, znosząc gorące jeszcze odłamki pocisków… Groziło to oczywiście śmiercią i zanotowano niejeden taki przypadek27.

Aby temu zaradzić, z inicjatywy Andrzeja Nowickiego i pod jego redakcją zaczęło wychodzić pisemko dla dzieci. Początkowo nosiło tytuł „Jawnutka”, ale po kilku dniach przemianowane zostało na „Dziennik Dziecięcy”. Autorką zamieszczanych tam tekstów była między innymi Maria Kownacka.

Przedsięwzięcie okazało się wielkim sukcesem. Dzieci z Żoliborza, Bielan i Marymontu rozchwytywały każdy kolejny numer. Przynosiły kredki i z zapałem rysowały kolorowe ilustracje. Tytuł ten miał ogromne znaczenie również dlatego, że językiem zrozumiałym dla najmłodszych opisywano w nim ówczesną rzeczywistość, zwracając szczególną uwagę na nowe, nieznane dzieciom zjawiska, przestrzegając przy okazji przed zagrożeniami. Artykuły dotyczyły między innymi walki, pocisków „szafy”, zrzutów czy „chłopców z lasu”, ale także konieczności oszczędzania wody i dbania o higienę.

Stres i strach towarzyszyły nie tylko walczącym, ale także cywilom. Byli oni całkowicie bezbronni, skazani na to, by bezczynnie czekać na rozwój wydarzeń. Okupowali ciasne, ciemne, duszne i przeważnie ogromnie zatłoczone piwnice. Ludzie ci byli całkowicie zdani na łaskę losu, a to bywa najbardziej deprymujące.

Dlatego aktorka Danuta Szaflarska, ps. Młynarzówna, tak bardzo cieszyła się, że miała wyznaczone konkretne zadania i nie musiała siedzieć bezczynnie. Oczywiście niebezpieczeństwo czyhało praktycznie na każdym kroku, jednak, jak sama stwierdziła:

Bardziej bym się bała, gdybym siedziała w piwnicy 28.

Współpracowała wówczas z Biurem Informacji i Propagandy, pełniła funkcję łączniczki, a w zasadzie gońca, jak wielokrotnie podkreślała. Kontaktowała się z artystami uczestniczącymi w koncertach, podawała im dzień, godzinę i miejsce występu, czasami prowadziła ich do konkretnego punktu. Sama jednak nigdy nie występowała. Nie widziała się w roli artystki estradowej. A przedstawienie teatralne w powstańczej Warszawie wystawione zostało tylko raz – zrealizował je Leon Schiller z okazji Dnia Żołnierza. Spektakl został jednak przerwany przez wybuch pocisku z niemieckiego miotacza min, tak zwanej krowy.

Zupełnie inna była specyfika służby Aliny Woźniak-Hofman, ps. Halka – łączniczki i sanitariuszki piaseczyńskiego 1704 plutonu V Rejonu „Gątyń”. Często zapomina się, że działania powstańcze objęły nie tylko stolicę, ale i miejscowości podwarszawskie, takie jak choćby Pruszków, Konstancin, Legionowo i właśnie Piaseczno. Do poważniejszych działań doszło jednak tylko tam, gdzie znajdowały się duże kompleksy leśne (Puszcza Kampinoska i Lasy Chojnowskie). Niemcy nie mieli najczęściej odwagi, by się tam zapuszczać.

Alina pełniła służbę w oddziale działającym na dość rozległym terenie, dlatego musiała pokonywać znaczne odległości. Przemierzała je na rowerze, pieszo, czasami część trasy musiała na przykład czołgać się w kanałach. Jej historia jest szczególnie ciekawa, ponieważ dziewczynie jako jednej z nielicznych udało się przejść z meldunkami z Lasów Chojnowskich do Śródmieścia. Ostatecznie dotarła do sztabu dowódcy powstania – pułkownika Antoniego Montera, ps. Chruściel. Poza tym uczestniczyła w marszu z pomocą Warszawie, brała udział między innymi w ataku na pałac wilanowski.

Na co dzień pełniła służbę w oddziale leśnym, który wraz z ludnością cywilną zamieszkującą trzy wsie (Chojnów, Wojciechowice i Czarnów) stworzył tak zwaną Rzeczpospolitą Chojnowską – drugą po Warszawie „enklawę wolnej Polski”. W szczytowym momencie przebywało tam około tysiąca powstańców.

Dość często można było jednak zauważyć, że walczące dziewczęta nie były traktowane na równi ze swoimi kolegami. Świadczy o tym choćby sytuacja, która przydarzyła się po przeprawie kanałami z Czerniakowa na Mokotów jednej z dziewcząt ze zgrupowania „Radosław” mającej dość nietypowy pseudonim – Kuba. Miejscowi powstańcy odebrali jej wisa, twierdząc, że kobietom nie wolno tutaj nosić broni. Musiało dojść do interwencji samego dowódcy oddziału, który wystosował do powstańczych władz Obwodu V – Mokotów pismo. Oznajmił w nim, że nie życzy sobie, żeby dziewczętom z jego zgrupowania robiono podobne kawały. Walczyły tak samo jak mężczyźni, więc należą im się takie same prawa. Ostatecznie „Kubie” broń została zwrócona.

Tego typu sytuacje nie były rzadkością. Niestety w armii powstańczej można było spotkać oficerów, którzy uważali, że kobiety w wojsku to zło konieczne i w najlepszym wypadku można je jedynie tolerować. Potwierdza to fakt, że odznaczenia wojskowe przyznawano paniom znacznie rzadziej niż ich kolegom.

Nawet prasa powstańcza zamieszczała artykuły sugerujące, by kobiety zachowywały więcej powagi, umiaru i taktu. Próżno jednak szukać tego typu apeli skierowanych do płci przeciwnej. W jednym ze zgrupowań panowie, którzy nie mogli znieść faktu, że kobiety również otrzymały broń i radziły sobie na stanowiskach strzeleckich nie gorzej od nich samych, prześmiewczo nazwali swoje koleżanki dziurawymi strzelnicami. Na szczęście równie skrajne przejawy rywalizacji zdarzały się sporadycznie.

Często bywało jednak tak, że brawurowe walki chłopców przyćmiewały działania samotnej łączniczki przedzierającej się z meldunkiem przez ziemię niczyją czy lekarki, która zdecydowała się na pozostanie z rannymi w szpitalu. Ryzykowny wypad na pozycje wroga czy obrzucenie czołgu butelkami zapalającymi to czyny odważne i wzniosłe. Trudno się natomiast doszukać patosu w mieszaniu chochlą w kotle z zupą. Odwaga ludzi tworzących zaplecze frontu była skromniejsza, mniej widowiskowa. Choć przecież w takim samym stopniu narażali swoje życie, zdobywając żywność, dostarczając kawę na linię walki czy zajmując się przerażonymi dziećmi. Myśląc o tej sytuacji, Teresa Wilska stwierdziła:

Wcale nie jestem pewna, co wymaga większego poświęcenia (…) – obrzucanie czołgów butelkami, walka z karabinem w ręku czy spokojne stanie przy zawalonej kuchni i gotowanie kotła zupy, który co chwila zasypywany jest gruzem, i czekanie, czy ta, czy dopiero następna bomba zawali wszystko. Najbardziej podziwiam pracę sanitariuszek i lekarzy. Asystowanie i robienie operacji w makabrycznych warunkach. Wynoszenie rannych z płonących szpitali i zostawanie przy nich, kiedy wszyscy zdolni do poruszania się już odeszli, kiedy za moment wejdą Niemcy. Czekać na pewną śmierć i spokojnie dodawać chorym otuchy29.

Danuta Mancewiczówna w swoich wspomnieniach również mówiła o różnicach w traktowaniu powstańców obu płci. Uważała, że dziewczęta przystąpiły do walki, ponieważ zaszła taka potrzeba. Trzeba też przyznać, że chłopcy starali się je wyręczać, ilekroć pojawiła się ku temu sposobność.

W najtrudniejszych chwilach okazywało się, że słaba płeć bywa znacznie silniejsza psychicznie niż mężczyźni. Co prawda dziewczęta częściej reagowały emocjonalnie czy też płakały, ale nie załamywały się tak szybko. Natomiast kiedy chłopak wpadał w depresję, to ogarnięty smutkiem szukał śmierci i szedł prosto pod kule.

Same kobiety przeważnie nie doceniały swoich zasług. Uważały, że – w porównaniu z tym, co robią ich koledzy – pełniły znacznie lżejszą i mniej wymagającą służbę. Dlatego tym bardziej skrupulatnie i odpowiedzialnie starały się wykonać każde powierzone im zadanie. Jak podkreśliła Teresa Wilska, wykonanie rozkazu stanowiło zawsze priorytet. Podczas powstania odczuwała tak wielkie zmęczenie, że nie były jej w stanie obudzić ani bombardowanie, ani ostrzał artyleryjski. Ale gdy dowódca wypowiadał jej imię, zrywała się natychmiast z posłania, gotowa do wykonania każdego zadania. Tak jak miało to miejsce na Czerniakowie, gdy pełniła funkcję łączniczki w batalionie „Zośka”.

„Bożenko”, budzę cię – „Wacek” kładzie mi rękę na ramieniu.

– Już jesteś przytomna?

– Tak.

– Wiesz, co do ciebie mówię?

– Naturalnie.

– Pójdziesz…

I tak powtarza się co chwila przez całą noc. To zresztą głupstwo. Chłopcy są o wiele bardziej pomęczeni. Od wielu godzin bez przerwy odpierają ataki. Nie mają chwili wypoczynku30.

Jednak swoją służbę pełnili nie tylko ci, którzy należeli do Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych, Polskiej Armii Ludowej, Armii Ludowej i struktur cywilnych, takich jak choćby Delegatura Rządu na Kraj. Do walki włączali się również zwykli mieszkańcy stolicy. Pomagali przy organizacji szpitali polowych, oddając na ten cel własne łóżko, przynosząc koce, kołdry, naczynia kuchenne czy żywność. Uczestniczyli w transporcie rannych, przynosili zboże z browaru Haberbuscha i Schielego, budowali barykady, kopali rowy łącznikowe i studnie, przebijali przejścia między budynkami. O tym wszystkim opowiedziała Anna Świrszczyńska:

Cała ludność Warszawy to właściwie była jedna wielka armia. Każdy chciał coś robić. Nawet ludzie starsi, niedołężni – żeby się na coś przydać, by w jakiś sposób pomóc. Jedni budowali barykady, drudzy piekli chleb, trzeci pomagali rannym. Przecież pod ostrzałem narażali się, nosili te nosze z rannymi. To taka była różnica między żołnierzem a ludnością cywilną. Walczyli wszyscy31.

16 Teresa Wilska, Oszczędzajcie filipinki, dz. cyt., s. 282–283.

17 Patrycja Bukalska, dz. cyt., s. 118, także Krystyna Zachwatowicz-Wajda w: www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/krystyna-zachwatowicz-wajda,738.html (dostęp 15.03.2020).

18 Danuta Stefanowicz w: www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/danuta-stefanowicz,878.html (dostęp 13.03.2020).

19 Bronisława Ochman, Szpital powstańczy na Chmielnej, „Najnowsze Dzieje Polski” 1939–1945, t. VII, r. 1963, s. 109.

20 Romana Zdziarska, Fragment wspomnień, w: Ludność cywilna w Powstaniu Warszawskim, Pamiętniki. Relacje. Zeznania, wybór i opracowanie Marian Marek Drozdowski, Maria Maniakówna, Tomasz Strzembosz, t. I, PIW, Warszawa 1974, s. 170–174.

21 Dariusz Michalski, Jam jest Alina, czyli Janowska story, Prószyński i S-ka, Warszawa 2007, s. 97.

22 Roman Dziewoński, Irena Kwiatkowska i znani sprawcy, Muza, Warszawa 2003, s. 95–96.

 

23 Irena Jurgielewiczowa, Strategia czekania, PIW, Warszawa 1982, s. 122.

24 Roman Dziewoński, dz. cyt., s. 96–97.

25 Hanka Brzezińska w: www.polskieradio24.pl/80/4198/Arty­kul/1325753,Piosenka-z-barykad (dostęp 30.03.2020).

26 Patrycja Bukalska, dz. cyt., s. 110.

27 Maria Kownacka, I wtedy myślano o dzieciach, „Kulisy” 1965, nr 26.

28 Danuta Szaflarska, Życie jest cudem, „Rzeczpospolita” z 11.10.2002.

29 Teresa Wilska, Oszczędzajcie filipinki, dz. cyt., s. 293–294.

30 Tamże, s. 455–456.

31 Anna Świrszczyńska w: www.polskieradio24.pl/9/325/Arty­kul/412589,Jedna-rodzina-jedna-armia (dostęp 30.03.2020).