Kobiety`44Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jednak pomimo ogólnej radości i euforii godzina W przyniosła młodym żołnierzom również chwile smutku, a nawet momenty rozczarowania czy wręcz upokorzenia. Dla osoby tak pełnej energii jak Wanda Traczyk-Stawska bezczynne siedzenie i przyglądanie się walce było trudne do zniesienia.

Myślałam, że oknem wyskoczę, tak mnie nosiło! (…) A ja zamiast walczyć, czekam, nic nie robię i jeszcze słyszę polecenie, by parzyć kawę.

Wiele rzeczy potrafiłam robić, ale akurat kawy nie parzyłam nigdy. Po prostu życie nie dało mi takiej okazji, miałam dwanaście lat, jak wybuchła wojna, a w czasie okupacji w domu była taka bieda, że nie było nas stać na kawę. Czułam się niezwykle upokorzona tym, że czegoś nie umiem. Stałam więc bezczynnie i patrzyłam przez okno, na chłopaków, którzy biegną do ataku na Pocztę Główną.

Mój kochany dowódca „Hubert” [Aleksander Kamiński – przypis autorki] wyczuł, że coś jest nie tak, że jestem bliska płaczu. Wysłał mnie więc na ulicę z odezwą do ludności cywilnej. Miałam biec przez wyzwolone fragmenty miasta i rozdawać ludziom ulotki z informacją o wybuchu Powstania! I to właśnie wtedy przeżyłam najpiękniejsze chwile w swoim życiu10.

Po powrocie na kwaterę „Pączek” została wysłana z meldunkiem na plac Dąbrowskiego, gdzie stacjonował Oddział Osłony Wojskowych Zakładów Wydawniczych. Okazało się, że potrzebują łączniczki. Dziewczyna natychmiast zgłosiła się na ochotnika. Postawiła jednak warunek – zostanie przyjęta do oddziału jako łączniczka-strzelec. Początkowo ten pomysł spotkał się z dezaprobatą jej przyszłych dowódców. W końcu jednak się na to zgodzili, ale Wanda często musiała udawać mężczyznę. Chłopcy z innych oddziałów, dla których nie wystarczyło broni, nie znieśliby myśli, że pistolet maszynowy został oddany w ręce kobiety!

Anna Jakubowska, ps. Paulinka, 1 sierpnia pojechała rykszą wraz z koleżankami i całym wyposażeniem sanitarnym oddziału na Wolę. Tam przypadkowo spotkała znajomego lekarza – Zygmunta Kujawskiego, ps. Brom. Gdy tylko ją zobaczył, powiedział:

– O, „Paulinka”, jak się cieszę, że jesteś. Organizuję punkt sanitarny, to mi pomożesz.

Nie była zachwycona – chciała dołączyć do chłopców z oddziału. Ale rozkaz to rozkaz! Na dodatek pierwszy ranny, którym musiała się zająć, był… Niemcem. Miał zwichniętą rękę. Trzeba ją było nastawić. Lekarz, wiedząc, że to bolesny zabieg, chciał go znieczulić. Kiedy zaczął nakładać mu na twarz maseczkę z chlorkiem etylu, ranny zaczął się bronić i krzyczeć:

– Nein! Nein! Nein!

Zaskoczona całą sytuacją dziewczyna zapytała doktora o dziwną reakcję rannego. Okazało się, że Niemiec był jednym z katów Gęsiówki (obozu, w którym przetrzymywani byli Żydzi). Miał wiele na sumieniu, dlatego sądził, że powstańcy postanowili go zabić. Wspominając tamte chwile, „Paulinka” powiedziała:

I to było moje pierwsze doświadczenie w czasie Powstania, zupełnie dla mnie niezrozumiałe. Jak ranny może przypuszczać, że lekarz i sanitariuszka chcą go zabić. Niezależnie od tego, czy to jest Niemiec, czy zbrodniarz (…).

Natomiast tego samego dnia, (…) w pierwszym natarciu zginęła moja przyjaciółka Dorota Łempicka. I przyznam się szczerze, że może wtedy jeszcze sobie nie zdawałam z tego sprawy. Bo tego pierwszego dnia była taka euforia, niezwykłe zjednoczenie wszystkich ludzi wokół myśli, że jesteśmy wreszcie wolni, (…) i możemy o sobie decydować, coś od nas zależy. W pierwszych dniach Powstania myśmy naprawdę nie zdawali sobie sprawy, że ci ludzie od nas odchodzą, że ci ranni już nie żyją. Jak małe dziecko, któremu się wydaje, że jak jest jakiś pogrzeb, to jednak, mimo wszystko, ta osoba wróci za chwilę, [zwłaszcza] jeżeli to dotyczy kogoś bliskiego11.

Maria Stypułkowska-Chojecka, ps. Kama, z batalionu „Parasol”, 1 sierpnia przewoziła wraz z koleżanką z oddziału, „Tiną”, granaty z Koła na ulicę Gibalskiego, nieopodal Żytniej. Tam znajdowała się pierwsza kwatera jej oddziału. Wkrótce po dotarciu dziewcząt do punktu odbyła się zbiórka, po której niektórzy chłopcy wyruszyli na swoją pierwszą akcję bojową. Inni, z pomocą ludności cywilnej, zaczęli budować barykady. Zapanował ogromny entuzjazm i radość. „Kama” również chciała się przyłączyć do akcji. Kiedy zgłosiła się do „Mirskiego” z prośbą o przydzielenie jej jakiegoś konkretnego zadania, usłyszała, że wyznaczono jej rolę łączniczki-intendenta. Pomimo wielkiego rozczarowania udała się wraz z koleżanką do szpitala dziecięcego Karola i Marii, gdzie w wielkiej kuchni musiała zająć się przygotowywaniem kanapek z marmoladą i kawy. To wszystko trzeba było później zanieść chłopakom na barykady.

Zdawała sobie sprawę, że w czasie walki posiłek jest dla żołnierza bardzo ważny, a kawa – nawet ta zbożowa – z pewnością postawi zmęczonych chłopców na nogi. Jednak po latach ze śmiechem przyznała, że kanapki, które wówczas przygotowywała, mogły być nieco słone. Gdy nikt nie patrzył, pozwoliła sobie na łzy. Musiała jakoś rozładować swoją złość, bezsilność i upokorzenie. Czuła się rozczarowana i niedoceniona. Przecież od lat jako doświadczona łączniczka Oddziału Specjalnego („Agat”, „Pegaz”, „Parasol”) uczestniczyła w najważniejszych akcjach, takich jak choćby zamach na Kutscherę, Koppego i Stamma. A teraz, w najważniejszym momencie, przydzielono jej tak mało znaczącą rolę.

Jako niezwykle rezolutna osoba „Kama” nie wytrzymała w kuchni polowej oddziału zbyt długo. Niebawem zameldowała się u „Mirskiego”, prosząc o jakieś poważniejsze zadanie. Ku swojej wielkiej radości została łączniczką – miała zapewnić „Parasolowi” kontakt z dowódcą całego zgrupowania – podpułkownikiem Janem Mazurkiewiczem, ps. Radosław12.

Także dla piętnastoletniej wówczas harcerki, Aleksandry Diermajer-Sękowskiej, ps. Oleńka, 1 sierpnia wcale nie wyglądał tak, jak to sobie wymarzyła. Informacja na temat przydziału jej drużyny była dość mglista, dlatego pierwszy dzień walki spędziła wraz z koleżankami, czekając w mieszkaniu jednej z dziewcząt na dalsze rozkazy. Nikt jednak do nich nie dotarł z żadną informacją. Dlatego nazajutrz rozczarowane nastolatki same wyruszyły na poszukiwanie swojego przydziału. Nieoczekiwanie znalazły go w kuchni prowadzonej przez peżetki, które akurat bardzo potrzebowały kogoś do pomocy. W taki sposób „Oleńka” trafiła do byłej restauracji Yacht Klubu przy ulicy Sienkiewicza. Czy była zachwycona swoim przydziałem? Sądząc po słowach, które napisała, wspominając tamte chwile, można mieć pewne wątpliwości:

Pierwsze, najpiękniejsze godziny [Powstania] spędziłyśmy na… tarciu starych kartofli, przyniesionych z piwnicy. Gdy inni zatykali polskie sztandary na (…) budynkach, myśmy smażyły placki… Żołnierze wychodzili (…) pomagać sąsiednim oddziałom, a myśmy soliły setki kilogramów mięsa z rozbitego sklepu dla Niemców. Potem [w punkcie opieki nad dzieckiem] zamieniłam garnki na… pieluchy13.

Jadwiga Podrygałło, ps. Isia, Przybłęda, Szczeniak, podczas okupacji należała do grona najbardziej doświadczonych łączniczek „Dysku”. Pierwszego sierpnia dowiedziała się, że koncentracja jej oddziału ma miejsce o godzinie szesnastej w fabryce Telefunken przy ulicy Mireckiego na Woli. Miała tam dotrzeć ze Śródmieścia po wydaniu z magazynu ostatniej paczki z bronią.

Niestety, trwało to dłużej, niż przewidywała, i przedarcie się do punktu okazało się już niemożliwe. Ulica Marszałkowska, przez którą musiałaby przebiec, była nieustannie ostrzeliwana.

Kiedy zmartwiona szła ulicą Kruczą, zauważyła, że w kamienicy pod numerem siedem zaczynają gromadzić się chłopcy. Zgłosiła się tam jako ochotniczka. Poinformowała przyjmującą ją do oddziału kobietę, że ukończyła podchorążówkę. Niestety była drobna i niewysoka, dlatego absolutnie nie wyglądała na swoje dwadzieścia pięć lat.

Komendantka spojrzała na nią z wyraźną dezaprobatą i, w ramach kary za zuchwałe kłamstwa, skierowała ją do mycia podłóg w mieszkaniu szykowanym na szpital polowy. Jadzia nie protestowała, przyjmując z pokorą to, co przyniósł jej los. Być może właśnie dlatego już niebawem miała okazję, by udowodnić swoją faktyczną wartość bojową.

W pobliskiej kaplicy wybuchł pożar. Bez chwili wahania włączyła się do akcji. Dzięki swojej odwadze i pomysłowości uratowała większość naczyń liturgicznych. Po tym wyczynie zyskała uznanie w oczach nowych kolegów i dowódcy.

O tym, że początkowo nie patrzono na nią zbyt przychylnie, świadczył przydomek, pod którym ją zarejestrowano – „Przybłęda”. Teraz jednak wszyscy zaczęli się interesować tym, jaki ma pseudonim i skąd do nich trafiła. Ale młoda kobieta nie chciała nic o sobie opowiedzieć.

Pomyślała, że jeśli ma być o niej głośno, to ze względu na jej obecne dokonania, a nie okupacyjną przeszłość w „Dysku” i wcześniejsze zasługi. Jako swój pseudonim podała przezwisko, które już do niej przylgnęło w nowym oddziale: „Szczeniak”. Tym razem dowódcy poważnie potraktowali informację o tym, że ma ukończoną podchorążówkę. Niebawem zrobiono jej egzamin sprawdzający wiedzę i umiejętności. Jego pomyślny wynik sprawił, że porucznik Mieczysław Falęcki, ps. Kwiatkowski, przyjął Jadzię do 24 kompanii „Narew” zgrupowania „Kryska”. Została jego łączniczką do zadań specjalnych14.

Zupełnie inaczej wyglądał dzień 1 sierpnia dla Aliny Woźniak-Hofman, ps. Halka – łączniczki i sanitariuszki piaseczyńskiego 1704 plutonu V Rejonu „Gątyń”. W godzinach przedpołudniowych pojechała kolejką wraz z kilkoma innymi żołnierzami z oddziału do Warszawy. Wieźli żywność dla chłopców z Piaseczna należących do plutonu Iwo Rydla, ps. Bogusław, zgrupowanych na Ochocie w domu przy ulicy Niemcewicza 7. Stamtąd dziewczyna wróciła do Piaseczna.

 

Informacja o godzinie W dotarła do miasta około południa. Po godzinie trzynastej „Halka” była już w drodze do Jeziorny, by przekazać rozkazy jednemu z oficerów. Dotarcie tam i powrót zajęły jej kolejne dwie godziny.

Sama miała stawić się przed godziną siedemnastą w Lesie Kabackim, gdzie zbierało się dowództwo rejonu. Podjęte w Piasecznie walki zakończyły się, tak jak w stolicy, niepowodzeniem. Nie zdobyto również większości innych lokalnych celów. Dlatego rozbite oddziały wycofały się do okolicznych lasów, gdzie łatwiej było znaleźć schronienie.

Z przytoczonych historii wynika, że 1 sierpnia wiele dziewcząt zmuszonych było do szukania sobie nowej służby.

Tego dnia zdarzały się jednak również humorystyczne sytuacje. Śmiech pozwalał rozładować stres i napięcie towarzyszące pierwszym chwilom walki. A także nabrać dystansu do tego, co się dzieje. Dotyczyło to zwłaszcza młodych dziewcząt przepełnionych chęcią dokonania wielkich czynów. O tym, że los bywa przewrotny, przekonała się wówczas Barbara Chrzanowska, ps. Małgosia Dębińska, sanitariuszka punktu sanitarnego numer 104 na Żoliborzu znajdującego się przy ulicy Czarnieckiego 49. Dziewczyna została tam przydzielona wraz z koleżankami ze szkoły ogrodniczej. Wszystkie były młode, skore do śmiechu i psot. Dlatego czuwała nad nimi nieco starsza, doświadczona pielęgniarka – Ziuta Zambrowicz.

Nastolatki z przejęciem czekały na rannych, którym mogłyby udzielić pomocy. Jednak pierwszy pacjent do szpitalika przyszedł sam. Na dodatek nie był wcale młodym pięknym chłopcem z Armii Krajowej, w zakrwawionym mundurze poszarpanym od kul. Nie nosił nawet biało-czerwonej opaski. Brudnawy mężczyzna, sądząc po ubiorze, prawdopodobnie pochodzący ze wsi, ewidentnie nie miał zaufania do kobiet pełniących służbę medyczną. Z miejsca zażądał widzenia się z „dochtorem”, jak mawiano wówczas w gwarze mazowieckiej. Ziuta, będąca doświadczoną pielęgniarką, próbowała się dowiedzieć, co mu dolega.

– Doktor zaraz przyjdzie, chcę pana przygotować do wizyty lekarskiej – powiedziała ze stoickim spokojem.

Siedzące obok nastolatki przyglądały się całej sytuacji z dużym zaciekawieniem, choć pomału zaczęła je ogarniać tak charakterystyczna dla ich wieku wesołość. Szczególnie trudno było Basi ukryć rozbawienie. Zastanawiała się, dlaczego przybysz zachowuje się dziwnie, a jej starsza koleżanka mimo to jest tak grzeczna i przykładna, że mogłaby uchodzić za wzór idealnej pielęgniarki.

Mężczyzna patrzył na Ziutę jeszcze chwilę w milczeniu, wreszcie na ponowne jej pytanie, co mu dolega, wycedził:

– Mam wrzód na d…

Gdyby pocisk wpadł do sali, nie sprawiłby chyba większego wrażenia niż słowa wystrzały, które trzepnęły w bohaterską ciszę. Skuliłyśmy się na ławce, by nie huknąć głośnym śmiechem. W tym momencie, jak zwalone bombą gruzy domu, sypały się nasze marzenia o bohaterstwie! Jakże żałosna okazała się rzeczywistość. Jak z oddalenia dotarły do mnie wypowiedziane spokojnym tonem słowa Ziuty:

– Zaraz pana przygotuję do opatrunku, a wy – zwróciła się do nas – nie macie tu co robić, idźcie do swego pokoju15.

1 Teresa Sułowska-Bojarska, Codzienność. Sierpień-wrzesień 1944, Wydawnictwo Trio, Warszawa 1993, s. 10–12.

2 Tamże, s. 11.

3 Tamże, s. 10–12, a także Teresa Bojarska w: www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/teresa-bojarska,404.html (dostęp 14.04.2020), relacje rodziny Teresy Bojarskiej.

4 Teresa Wilska, Oszczędzajcie filipinki, w: Pełnić służbę… Z pamiętników i wspomnień harcerek Warszawy 1939–1945, pod redakcją Anny Zawadzkiej i Zofii Zawadzkiej, PIW, Warszawa 1983, s. 277–278.

5 Elżbieta Lesiak w: www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/elzbieta-lesiak,1905.html (dostęp 3.03.2020).

6 Hanka Brzezińska w: www.polskieradio24.pl/80/4198/Artykul/1325753, Piosenka-z-barykad (dostęp 30.03.2020).

7 Barbara Matys-Wysiadecka w: www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/barbara-matys-wysiadecka,1476.html (dostęp 10.02.2020).

8 Ludzie teatru w Powstaniu Warszawskim, „Teatr” 1994, nr 10, s. 39–40.

9 Patrycja Bukalska, Sierpniowe dziewczęta ’44, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2013, s. 23.

10 Wanda Traczyk-Stawska w: ciekawostkihistoryczne.pl/2019/07/08/siedemnastolatka-ktora-chciala-zabijac-niemcow-niezwykla-historia--z-powstania-warszawskiego (dostęp 16.01.2020), także Magda Łucyan, Powstańcy. Ostatni świadkowie walczącej Warszawy, Wydawnictwo Znak Horyzont, Kraków 2019, s. 199.

11 Anna Jakubowska w: www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/anna-jakubowska,277.html (dostęp 3.03.2020).

12 Maria Stypułkowska-Chojecka w: www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/maria-stypulkowska-chojecka,468.html (dostęp 6.03.2020).

13 A. Diermajer-Sękowska w: Harcerki 1939–1945, PWN, Warszawa 1983, s. 325.

14 Jadwiga Tomaszewska-Podrygałło w: www.1944.pl/powstancze-biogramy/jadwiga-tomaszewska,46038.html (dostęp 16.01.2020), relacja ustna Jadwigi Tomaszewskiej-Podrygałło.

15 Barbara Chrzanowska, ps. Małgosia Dębińska, Sanitariuszka punktu sanitarnego 104, Pamiętnik Małgosi (fragmenty), w: „Służba Sanitarna Żoliborza”, Zeszyt nr 4, ZBoWiD, Zarząd Dzielnicowy Warszawa Żoliborz, s. 27–28.


„Biuletyn Informacyjny” z 1 sierpnia 1944 roku (zbiory prywatne)


Plakat powstańczy „Do broni w szeregach AK” autorstwa Mieczysława Jurgielewicza i Edmunda Burkego (zbiory Stanisława Kopfa)


Miejsce, w którym 1 sierpnia 1944 roku odbyła się egzekucja ludności cywilnej z Mokotowa, Park Morskie Oko, okolice ul. Dworkowej (fot. Jacek Gnyś)


Hanka Brzezińska, właściwie Anna Żakowska – aktorka, piosenkarka, tancerka, podczas powstania uczestniczyła w koncertach dla żołnierzy i pracowała w szpitalu przy ul. Długiej 7 (zbiory NAC)


Barbara Matys-Wysiadecka, ps. Baśka-Bomba – podczas powstania minerka należąca do Oddziału Osłony Wojskowych Zakładów Wydawniczych. Zdjęcie z okresu okupacji – Barbara Matys jako absolwentka Szkoły Pielęgniarstwa PCK (z archiwum rodzinnego państwa Wysiadeckich)


Opaska powstańcza Barbary Matys-Wysiadeckiej, ps. Baśka-Bomba, (z archiwum rodzinnego państwa Wysiadeckich)


Grupa powstańców z batalionu „Zośka” – trzecia z lewej sanitariuszka Danuta Mancewicz, ps. Danusia, czwarty z lewej por. Bolesław Górecki, ps. Śnica, drugi z prawej kpr. pchor. Jan Myszkowski-Bagiński, ps. Bajan. U dołu kadru plut. pchor. Czesław Kraśniewski, ps. Kryst, Stare Miasto – sierpień 1944 roku (fot. Edward Tomiak, zbiory MPW)


Łączniczka batalionu „Kiliński” Alina Janowska, ps. Alina, Setka, wraz z kolegami z oddziału – od lewej: Andrzej Smoleński, ps. Andrzej; NN; Alina Janowska i Włodzimierz Horbaczewski, ps. Węgliński, zaplecze kina Stylowy przy ul. Marszałkowskiej, autor zdjęcia nieznany – prawdopodobnie Antoni Czermiński „Anton” (zbiory Stanisława Kopfa)


Wanda Traczyk-Stawska, ps. Pączek, Atma – łączniczka i strzelec Oddziału Osłony Wojskowych Zakładów Wydawniczych (ze zbiorów Wandy Traczyk-Stawskiej)


Ulotka powstańcza informująca ludność cywilną o rozpoczęciu walk powstańczych w Warszawie (zbiory Biblioteki Narodowej)


Sanitariuszka Dorota Łempicka, ps. Dorota, zginęła 1 sierpnia 1944 roku (ze zbiorów Anny Jakubowskiej-Swierczewskiej)


Łączniczka Maria Stypułkowska-Chojecka, ps. Kama, z batalionu „Parasol”. Na zdjęciu stoi z nierozpoznaną sanitariuszką i rannym kpr. pchor. Krzysztofem Palesterem, ps. Krzych – po wyjściu z kanałów na ul. Wareckiej przy Nowym Świecie (fot. Joachim Joachimczyk „Joachim”, zbiory MPW)


Kpr. Elżbieta Tatarkiewicz, ps. Żabska, częstuje kanapkami z marmoladą kan. Janusza Preyssa, ps. Kowalski, kwatera 2 Harcerskiej Baterii Artylerii Przeciwlotniczej „Żbik”, ul. Chmielna 61 (fot. Joachim Joachimczyk „Joachim”, zbiory MPW)


Łączniczka i sanitariuszka V Rejonu „Gątyń”, a następnie batalionu „Krawiec”, działającego na terenie Piaseczna, Lasów Chojnowskich i okolic – Alina Woźniak-Hofman, ps. Halka (zbiory AAN i Stanisława Hofmana)


Kolumna sanitarna AK, teren tzw. Rzeczpospolitej Chojnowskiej, w środku stoi sanitariuszka i łączniczka Alina Woźniak-Hofman, ps. Halka (zbiory Archiwum Centrum Kultury w Piasecznie)


Grupa sanitariuszek z Żoliborza ze zgrupowania „Żniwiarz” obok domu przy ul. Mickiewicza 34 (fot. Stefan Lewandowski, zbiory MPW)

Dziewczyna żołnierz

Kobiety w armii powstańczej pełniły najczęściej funkcję łączniczki, sanitariuszki, lekarki, kucharki czy peżetki. Te ostatnie należały do struktury Pomoc Żołnierzowi działającej w ramach Biura Informacji i Propagandy. Podczas powstania prowadziły gospody żołnierskie, a także kuchnie i stołówki powstańcze. Stosunek żołnierzy do przedstawicielek płci pięknej był zróżnicowany – jedni je doceniali i chwalili, inni w sposób mało wybredny dawali do zrozumienia, że podczas walki dla baby jedynym odpowiednim miejscem jest kuchnia polowa. Niestety w skrajnych przypadkach nie obywało się i bez szowinistycznych, niesmacznych żartów, choć na szczęście tego typu sytuacje należały do rzadkości.

 

Los nie szczędził jednak kobietom rozczarowań. Musiały przejść prawdziwą szkołę życia, dorosnąć, pozbyć się dziewczęcych marzeń, przywyknąć do nowych warunków. Od szybkości i sprawności ich działania często zależało życie całego oddziału, rannych leżących w szpitalu czy grupy bezbronnych cywilów.

Czasami udział w walce dawał im szansę na wyrównanie własnych rachunków z Niemcami. Swoistą formę zemsty: pomszczenia narzeczonego, matki, młodszego brata czy najlepszej przyjaciółki. Zdarzało się to jednak bardzo rzadko – broni było tak mało, że przydzielano ją wyłącznie chłopcom.

Na dodatek wielokrotnie trzeba było udzielać pierwszej pomocy medycznej również Niemcom. Choć wcześ­niej nie wyobrażały sobie, że mogłyby się na to zdobyć, gdy widziały na twarzy rannego wyraz cierpienia i słyszały cicho wypowiadane słowo: Hilfe [pomocy], porzucały wszelkie wątpliwości.

Część kobiet, nie chcąc bezpośrednio uczestniczyć w walce, znajdowała sobie mniej typowy sposób pełnienia służby. Prały brudną bieliznę żołnierzy i cerowały ich skarpety, opiekowały się małymi dziećmi lub redagowały dla nich specjalnie wydawane pisemka albo nawet zgłaszały się do utrzymywania czystości w latrynach.

Ale by zacząć pełnić jakąkolwiek służbę powstańczą, trzeba było najpierw pokonać własny strach. O tym, jak trudne mogło się to okazać, przekonała się łączniczka Teresa Wilska, ps. Czarna Bożena, wykonująca swój pierwszy powstańczy rozkaz. By dotrzeć do celu, musiała najpierw przejść przez silnie ostrzeliwaną ulicę. Jej widok zrobił na nastolatce wyjątkowo ponure wrażenie. Jezdnia pokryta była kawałkami szkła, drutów i cegieł.

Teresę ogarnął lęk. Pomyślała, że może lepiej byłoby się wycofać. Wstydziła się jednak wrócić do koleżanek i dowódcy, mówiąc, że nie zdołała wykonać zadania.

Kilka razy usiłuję zmusić się do skoku i zostaję. Nie mam odwagi. Do cholery! Nie wolno mi przecież wrócić. Muszę dojść na tę przeklętą Górczewską. Wreszcie jeden za drugim skacze grupa chłopców. Zrywam się z nimi. Udało się. Nie taki diabeł straszny, jak go malują. (...) W drodze powrotnej spotykam staruszkę z dzieckiem. Słyszę, jak mówi do chłopczyka:

– Popatrz, dziewczyna żołnierz i do tego taka młodziutka16.

Do opisu tego idealnie pasowała również zaledwie czternastoletnia wówczas Krystyna Zachwatowicz-Wajda, harcerka o pseudonimie Czyżyk. Należała do patrolu sanitarnego przydzielonego do jednego ze szpitalików z ulicy Wilczej. Dla drobnej nastolatki było to wyjątkowo trudne zadanie, choć dziewczęta nosze z rannym najczęściej dźwigały w czwórkę. Przekonała się wówczas o tym, jak ciężki może być nieprzytomny człowiek.

Jednak zadania, które przyszło spełniać patrolom sanitarnym podczas powstania, wymagały nie tylko siły fizycznej, ale i dużej odporności psychicznej. Czasami nawet swoistej pogardy dla śmierci. Dziś tego typu zachowania często określamy mianem bohaterstwa, ale, co ciekawe, same uczestniczki walk wyraźnie odżegnują się od tego typu sformułowań. Krystyna Zachwatowicz wielokrotnie podkreślała, że nie łączy swojej służby z tym pojęciem. Nie miała poczucia, że robiła coś wyjątkowego. To wszystko było dla niej naturalne, oczywiste, nieodbiegające od tego, co robili inni. W jednym z wywiadów powiedziała:

Nigdy się nie bałam, ale to wynikało jedynie z głupoty i braku wyobraźni, nie było to żadne bohaterstwo17.

Przerażało ją tylko to, że może zostać ranna w brzuch. Ze szkoleń sanitarnych pamiętała, że umiera się bardzo długo, w straszliwych boleściach.

Danuta Stefanowicz, ps. Magdalena – sanitariuszka z Żoliborza, swojego pierwszego rannego zobaczyła przez lornetkę. Leżał po drugiej stronie szerokiej alei Wojska Polskiego, pod murem jednego z budynków. Widać było, że strasznie krwawi. Ale nikt nie palił się jakoś do tego, by wybiec na odsłoniętą przestrzeń i udzielić mu pomocy.

Odważyły się na to dwie najmłodsze dziewczyny, choć wszyscy twierdzili, że chłopak nie ma szans na przeżycie i ratowanie go jest niepotrzebnym ryzykiem. Czy było to bohaterstwo? Sama zainteresowana tak tego nie oceniała, ponieważ obie dziewczyny nie były wówczas świadome skali grożącego im niebezpieczeństwa. Podczas jednego z wywiadów powiedziała:

Bohaterstwem jest bać się i pójść, a tu myśmy sobie kompletnie nie zdawały z tego sprawy18.

Sanitariuszki, wyposażone w nosze i świetnie widoczne dla nieprzyjaciela strażackie kaski, ruszyły biegiem w kierunku leżącego chłopca. Okazało się, że ranny ma uszkodzoną tętnicę udową. Sprawnie założyły mu opatrunek. Ale pojawił się pewien problem. Żołnierz był wysoki i dobrze zbudowany. Dziewczęta nie mogły go nawet podnieść. Wiedziały jednak, że muszą sobie jakoś poradzić. Przeturlały go na nosze. Chcąc, by był bardziej bezpieczny, nałożyły mu na głowę kask strażacki. Jak wyglądała droga powrotna? Co kilka kroków musiały robić postój, kłaść nosze na ziemi. Nie zawsze udawało im się wykonać to w bardzo delikatny sposób, dlatego chłopak odczuł tę przeprawę wyjątkowo boleśnie. A jednak doceniał to, że te młode, zupełnie niedoświadczone sanitariuszki uratowały mu życie.

Ze szpitala, w którym natychmiast zrobiono mu operację, ranny powstaniec przesłał dziewczętom kartkę z podziękowaniami i prośbą, by się nie bały. Codziennie bowiem odmawiał za nie liczne zdrowaśki, a to z pewnością zapewni im przetrwanie. I jak po latach ze śmiechem przyznała „Magdalena”, faktycznie żadnej z nich nic się nie stało!

Alicja Gołod-Gołębiowska, idąc do powstania, zarzekała się, że nigdy nie udzieli pomocy rannemu Niemcowi. Zarówno ona sama, jak i jej najbliżsi mieli z okupantem zbyt wiele rachunków do wyrównania.

Ale kiedy wraz z całym batalionem „Zośka” wycofywała się z Woli, na terenie byłego getta pochyliła się nad rannym żołnierzem. Okazało się, że był to Niemiec. Spojrzała w jego oczy pełne bólu i zwierzęcego lęku. I bez chwili namysłu zaczęła robić mu opatrunek. Przestał być wrogiem, stał się bezbronnym człowiekiem.

Czasami jednak, widząc ogrom cierpienia, któremu nie można było w żaden sposób zaradzić, załamywały się nawet osoby o najsilniejszych charakterach. Do takiej właśnie sytuacji doszło w szpitalu przy ulicy Chmielnej 28, do którego trafiało wyjątkowo dużo ofiar poparzeń powstałych w wyniku wybuchu pocisku, tak zwanej krowy.

Kiedy wszystkie znane metody leczenia zawiodły, wiarę w sens jakichkolwiek działań straciła w końcu i Janina Krzyżanowska, ps. doktor Josek. Trudno było w to uwierzyć, zwłaszcza że kobieta należała do osób wyjątkowo odważnych, niestrudzonych, optymistycznych, lekceważących niebezpieczeństwa i szturmem zdobywających przeszkody.

Jednak obraz potwornego cierpienia ludzkiego, któremu jako lekarz nie była w stanie zaradzić, pozbawił ją zupełnie sił i chęci do dalszej walki. Jej przyjaciółka, a także naczelna pielęgniarka szpitala, Bronisława Ochmanowa, ps. Anna, wchodząc pewnego razu do pokoju personelu medycznego, zobaczyła lekarkę siedzącą ze spuszczoną głową. Wyglądała na zupełnie załamaną. Po chwili kobieta zerwała się z kanapy i patrząc na przyjaciółkę, wykrzyczała słowa:

– Jezu, gdzie Ty jesteś, gdzie jesteś, czy nie ma już Boga?!

Pielęgniarka podbiegła do niej, mocno przytrzymując jej ręce. Podniesionym głosem odpowiedziała:

– Opanuj się, idź ich ratować!

Po chwili, gdy emocje opadły, spokojna już „doktor Josek” wyszła ze szpitalika. Postanowiła pójść do pobliskiego punktu medycznego, by sprawdzić, czy pracujący tam lekarze nie odkryli jakiejś nowej metody, która umożliwiłaby przyjście z pomocą cierpiącym19.

O tym, jak nieprawdopodobnie ciężka była wówczas służba łączniczki, przekonała się Romana Zdziarska, ps. Romka, z II Obwodu „Żywiciel”. Otrzymała rozkaz przebicia się z Żoliborza na Stare Miasto. Kiedy wszelkie inne próby przedostania się tam zawiodły, postanowiła nocą przejść bezpośrednio przez jeden z bastionów wroga – Dworzec Gdański.

Musiała przeczekać dwanaście godzin, przyczajona na ziemi i udająca trupa, na dodatek tuż obok stanowisk wroga. Początkowo Niemcy nie zwrócili uwagi na dziewczynę, choć leżała zaledwie dwieście metrów od nich. Ale kiedy nastąpiła zmiana obsady karabinów maszynowych, żołnierze zaczęli się zastanawiać nad tym, skąd mógł się tutaj wziąć trup młodej dziewczyny. Słysząc to, „Romka” zamarła w całkowitym bezruchu. Jeden z nich uznał jednak, że dla pewności należy posłać w jej kierunku kilka serii z karabinu maszynowego.

Jedna z kul przeleciała przez jej wiatrówkę, przebijając portfel. Druga drasnęła lekko lewą nogę dziewczyny. Poczuła, jak po łydce zaczął jej spływać strumień krwi. Ogarnęło ją przerażenie, że przez to zostanie zdemaskowana. A przecież… trupy nie krwawią! Na szczęście, gdy dziewczyna nadal trwała w bezruchu, Niemcy przestali się nią interesować.

Kiedy nastał zmierzch, „Romka” postanowiła przedrzeć się do pozycji powstańczych. Dzieliło ją od nich zaledwie jakieś dwieście metrów. Problem w tym, że dziewczyna leżała w samym środku pola walki, a właśnie rozpoczęła się strzelanina. Mogła zostać zabita zarówno przez Niemców, jak i Polaków.

Postanowiła jednak zaryzykować. Ruszyła pędem, choć podejrzewała, że, jak sama stwierdziła, tym razem nie ujdzie jej to na sucho. Gdy była w połowie drogi, nagle wszystko zawirowało jej przed oczami. Zanim zemdlała, poczuła uderzenie czegoś ciężkiego, co przygniot­ło ją do ziemi.

Najbardziej dramatyczny jest jednak opis tego, jak ciężko ranna dziewczyna próbowała pokonać swą słabość, by móc wypełnić do końca powierzone zadanie.

Ziemia pulsuje, jęczy rozpaczliwie, zawodzi, ale jest ciepła. I staje się jakaś lepka, a przez to bardzo bliska. Wydaje mi się, że leżę na łące, a nade mną szaleje burza. Usiłuję odwrócić się na plecy, by zobaczyć, co się dzieje z niebem, i nie mogę. Przypominam sobie, że pewnie gdzieś w pobliżu leży książka i trzeba ją zabrać do domu. Wyciągam rękę i wraz z ogromnym bólem wraca mi świadomość rzeczywistości. Wiem już, gdzie jestem, wiem również, że żyję. Powoli zaczynam badać swoje siły, podnoszę się nieco na lewej zdrowej ręce i niestety padam na twarz, rzygając krwią, która zalewa mi teraz oczy. (…) Przeszło cztery godziny przemawiałam łagodnie do swoich poszarpanych członków, nakazując im podporządkować się woli. Aż wreszcie stał się cud, wstałam i chwiejnym krokiem poszłam w stronę ulicy Bonifraterskiej20.

Kiedy „Romka” dotarła do budynku zajmowanego przez powstańców, żołnierze wzięli ją za Żydówkę, która właśnie wyszła z kanału. Przypuszczali również, że z pewnością nie jest przy zdrowych zmysłach. Dopiero gdy podała hasło z poprzedniego dnia, potraktowano ją poważnie.

Po chwili zaprowadzono dziewczynę do dowódcy odcinka. Najpierw zrobili jej prowizoryczny opatrunek, a potem zrelacjonowała sytuację na Żoliborzu, wskazując na mapie rozlokowanie placówek powstańczych i nieprzyjacielskich oraz przewidywane kierunki natarcia. Następnego dnia pojawił się wykwalifikowany lekarz, który postanowił uratować dłoń „Romki”. Operacja zszywania rozległej rany została przeprowadzona w toalecie. Pacjentkę posadzono na desce sedesowej, a doktor zwykłymi nożyczkami, bez żadnego znieczulenia, odcinał jej kawałki zwisającego ciała. Ranę polewał wodą z czajnika i zaszywał zwykłą igłą. Tynk sypał się co chwilę na „pole operacyjne”. Dziewczyna cały zabieg zniosła w całkowitym milczeniu.

Dla łączniczki Aliny Janowskiej służba w powstańczej armii wiązała się z opanowaniem nowych umiejętności. Poznawała podstawowe zasady przetrwania w tych trudnych warunkach. Nauczyła się, jak sprawnie poruszać się w gęstym labiryncie piwnic i korytarzy.