Kobiety`44Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Agnieszka Cubała, 2020

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Ilustracja na okładce

Sanitariuszki 3. kompanii batalionu „Bełt”.

Stoją od lewej: Barbara Przygodzka „Żabka”,

Alina Kłopotowska „Pantera”,

Izabela Sztos-Zachwatowicz „Ryś”,

Halina Przybylska „Misia”

i Wiera Dudzińska „Angora”,

zbiory MPW

Redaktor prowadzący

Adrian Markowski

Redakcja

Kinga Szafruga

Korekta

Katarzyna Kusojć

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8097-907-9

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

…ja nie byłam bohaterką,

barykady pod ostrzałem budowali wszyscy…

Anna Świrszczyńska, Do mojej córki

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wstęp

Dnia 1 sierpnia 1944 roku łączniczka Teresa Sułowska-Bojarska, ps. Dzidzia-Klamerka, idąc do powstania, włożyła białą bluzkę. W końcu okazja była ku temu specjalna – ogłoszono godzinę W. Zaczął jednak padać deszcz i strasznie zmokła. W ostatniej chwili zdążyła jeszcze wpaść do domu, by się przebrać. Odświętną, piękną białą bluzkę musiała zamienić na codzienną, taką zupełnie zwyczajną, w kwiatki. Po latach skomentowała to słowami: „Byłam wściekła na te kwiatki!”.

Ten z pozoru nieistotny szczegół stanowi niejako symbol tego, co stało się później. Kwintesencję splotu zdarzeń, które okazały się losem całego pokolenia Kolumbów. Wieloletnie przygotowania do wymarzonego powstania, gorączkowe oczekiwanie na to, by godzina zemsty w końcu wybiła, ogromna radość, entuzjazm i pragnienie wolności młodych ludzi przystępujących do walki – zapowiadały się wspaniale. Niestety, wszystko to bardzo szybko zostało skonfrontowane z brutalną rzeczywistością. Na wprost armii powstańczej – bardzo dobrze wyszkolonej i niesłychanie ofiarnej, ale prawie bezbronnej – stanęły: świetnie uzbrojone wojsko niemieckie, bezwzględna polityka Stalina oraz obojętność świata, który wobec walczących Polaków zdobył się tylko na kurtuazyjne gesty. Dlatego powstańcom nie udało się opanować większości celów militarnych, bardzo szybko zaczęło brakować im broni i amunicji, a walka, która miała trwać maksymalnie tydzień, przeciągnęła się do sześćdziesięciu trzech dni i przyniosła kolosalne straty – ludzkie i materialne. Aż chciałoby się powiedzieć: „miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle”.

Gdy myślimy o powstaniu warszawskim, najczęściej mamy przed oczami obraz bohaterskich klawych chłopaków, którzy nawet będąc w największych tarapatach, odpowiadają hardo: „Byczo jest!”; dowódców ocenianych co najmniej niejednoznacznie; krwawe walki, w których fatalnie uzbrojeni powstańcy stawali naprzeciw Niemców dysponujących całym arsenałem różnorodnej broni, w tym samolotami i pociągiem pancernym, a dzieci z butelkami z benzyną biegły na czołgi oraz piękne dziewczyny, które z promiennym uśmiechem opatrują rannych, przenoszą meldunki albo gotują zupę zwaną plujką.

Dlaczego utrwalił nam się w pamięci taki obraz? Bo tak o wydarzeniach, które rozegrały się w Warszawie między 1 sierpnia a 3 października 1944 roku, opowiadali najczęściej panowie. W końcu wojna to męska rzecz, która na dodatek nie ma w sobie nic z kobiety, jak często słyszymy w mediach i czytamy w książkach. Niestety przez długie lata również same kobiety, mówiąc o powstaniu warszawskim, narzucały sobie niejako męski punkt patrzenia na to wydarzenie. Dlatego także w ich relacjach wielokrotnie odnajdujemy opisy walk, bohaterstwa i śmierci kolegów i koleżanek z oddziału. Panie rzadko wspominały o własnych codziennych zmartwieniach i rozterkach. O strachu, bólu, rozpaczy, poniżeniu i koszmarnych przeżyciach, których nie dało się wymazać z pamięci przez następne dziesięciolecia. I o tym, jaką cenę zapłaciły za to, że sześćdziesiąt trzy dni spędziły w walczącej stolicy.

A to właśnie ich perspektywa pozwoliłaby zbudować zupełnie inny obraz tego, co się wówczas działo w Warszawie. Bo kobieta widzi i opowiada inaczej. Koncentruje się na zupełnie innych aspektach i dostrzega mnóstwo szczegółów dla mężczyzn całkowicie nieistotnych, a przez to niezauważalnych. Narracja przedstawicielek płci żeńskiej jest pełna kolorów, zapachów, dźwięków. Ma konkretny kształt, czasami nawet fakturę. A co najważniejsze – pojawiają się tam emocje i uczucia. A te ostatnie są znacznie bardziej wyraziste niż suche statystyki i fakty. Pozwalają wejść w opisywany świat, utożsamić się z opowiadającą, doświadczyć tego, co wówczas czuła. To dlatego wojna widziana oczami kobiet wydaje się straszniejsza, choć równocześnie bardziej zwyczajna, a nawet prozaiczna.

Przez dziesiątki lat o niektórych kwestiach kobietom nie wypadało mówić. Nieustanna nagonka władz PRL na powstanie warszawskie nie sprzyjała zajmowaniu się zagadnieniami trudnymi i bolesnymi. Powodowała natomiast konieczność gloryfikowania pewnych wydarzeń i osób. Poza tym były sprawy, o których uczestniczki powstania opowiadać nie potrafiły. Wstydziły się tego, że zostały skrzywdzone. Bały się ostracyzmu społecznego, napiętnowania, ironicznego śmiechu, a przede wszystkim niezrozumienia. Nie wiedziały, czy będą w stanie poradzić sobie z emocjami i niezabliźnionymi ranami.

Od bliskich osób nieustannie zresztą słyszały: „Zapomnij!”, „Zamknij za sobą ten rozdział!”, „Zacznij żyć od nowa!”.

Niestety, nie potrafiły pomimo najszczerszych chęci. Nieprzepracowane problemy i wspomnienia o traumatycznych przeżyciach wracały przy każdej nadarzającej się okazji, dając początek kolejnym dramatom. Pozwólcie nam krzyczeć! – zdawały się prosić kobiety, które podczas powstania przeszły przez prawdziwe piekło. Dajcie nam prawo do głośnego opowiedzenia o naszej krzywdzie, gniewie i rozpaczy. Poznajcie naszą historię. Ale świat nie chciał słuchać, a ludzie wstydliwie odwracali oczy.

Najbardziej spektakularnym przykładem zaniedbań i swoistej zmowy milczenia stał się temat gwałtów dokonywanych na warszawiankach na Ochocie, Woli, Starym Mieście czy Czerniakowie. W niektórych publikacjach, nawet kilkadziesiąt lat po powstaniu, trudno było doszukać się słowa „gwałt” – zastąpiono je określeniem „bestialstwo”. A opis dramatu, którego doświadczyły tysiące kobiet, ograniczał się czasami do jednego ogólnikowego zdania. Ale czy należy się temu tak bardzo dziwić? Przecież w porwanej sukience zgwałconej dziewczyny, w jej łzach, krzywdzie, poniżeniu i cierpieniu nie ma miejsca na patos. Nikt tu nie mówi o bohaterstwie ani męstwie. Nie ma na czym zbudować legendy. Pomnika również nie ma komu postawić. A fakt, że dzięki ogromnej sile psychicznej, odwadze i konsekwencji skrzywdzona kobieta była w stanie rozpocząć nowe życie, nikomu nie wydawał się szczególnie ważny.

O czym więc jest ta książka? O trudnych, czasami wręcz niewiarygodnych historiach kobiet, które uczestniczyły w powstaniu warszawskim. O wydarzeniach, doświadczeniach i emocjach, które stały się udziałem tysięcy warszawianek. O sprawach, o których do tej pory nie mówiło się wcale albo wspominało jedynie gdzieś na marginesie innych historii. I o najbardziej prywatnych, czasami wręcz intymnych sferach życia kobiet. Tych, o których one same bardzo długo nie chciały lub nie potrafiły opowiadać, ponieważ uważały, że ten, kto sam nie przeżył podobnego piekła, nie będzie w stanie tego zrozumieć.

Rozpoczynając rozmowę z uczestniczkami powstania na takie tematy, można było często usłyszeć: „To bardzo trudne do opowiedzenia”, „Nie chcę do tego wracać”, „Tego nie da się opisać słowami”. Danuta Szaflarska, ps. Młynarzówna, i Teresa Kodelska-Łaszek, ps. Kinga, wielokrotnie podkreślały, że nie lubią, a co za tym idzie, nie chcą opowiadać o powstaniu, bo źle się potem czują. Za powrót wspomnieniami do tamtych chwil płaciły koszmarami sennymi czy też problemami zdrowotnymi. Anna Świrszczyńska szukała ponad trzydzieści lat właściwych słów, by móc opisać tragedie, których była świadkiem. Niechętnie mówiła również w wywiadach o swoich przeżyciach i doświadczeniach. Podobnie jak najlepsza przewodniczka kanałowa, zwana Królową kanałów – Natalia Sendys, ps. Zyta, czy pieśniarka okupowanej Warszawy i królowa polskiego jazzu – Hanka Brzezińska. Również Irena Kwiatkowska, ps. Katarzyna, pytana o powstanie, odpowiadała zawsze bardzo ogólnikowo, wręcz zdawkowo. Uważała, że kolejnym pokoleniom nie ma sensu opowiadać o tych przeżyciach, bo to wszystko nieważne, a w dodatku i tak nikt tego nie zrozumie.

Pozostaje mieć nadzieję, że jednak się myliła…

W niniejszej książce swoje powstańcze historie opowiadają nie tylko postacie powszechnie znane i lubiane, między innymi aktorki: Małgorzata Damięcka-Lorentowicz, Barbara Fijewska, Maria Homerska, Alina Janowska, Irena Kwiatkowska, Danuta Mancewiczówna, Danuta Szaflarska, Beata Tyszkiewicz, Krystyna Zachwatowicz-Wajda i Mira Zimińska-Sygietyńska, oraz poetki i pisarki: Maria Dąbrowska, Irena Jurgielewiczowa, Maria Kownacka, Maria Rodziewiczówna, Anna Świrszczyńska. Wspomnieniami z tamtych tragicznych dni dzielą się także sanitariuszki i łączniczki powstańczej Warszawy, między innymi: Halina Jędrzejewska, Jadwiga Podrygałło, Natalia Sendys, Anna Swierczewska-Jakubowska, Teresa Sułowska-Bojarska, Wanda Traczyk-Stawska, Teresa Wilska, oraz przedstawicielki ludności cywilnej – Wanda Lurie i Monika Żeromska.

Za okazaną pomoc autorka chciałaby szczególnie podziękować uczestniczkom powstania, które wielokrotnie opowiadały jej o swoich losach: Annie Borkiewicz-Celińskiej, Zofii Dillenius, Halinie Donath, Barbarze Grocholskiej-Kurkowiak, Halinie Jędrzejewskiej, Alicji Karlikowskiej, Teresie Kodelskiej-Łaszek, Janinie Kuleszy-Kurowskiej, Jadwidze Podrygałło, Barbarze Scheiner, Annie Swierczewskiej-Jakubowskiej, Danucie Szaflarskiej, Wandzie Traczyk-Stawskiej, Marii Urbaniec-Downarowicz, Teresie Wilskiej i Krystynie Zachwatowicz-Wajdzie oraz wielu, wielu innym – sanitariuszkom, łączniczkom i peżetkom, ale i ich kolegom z oddziałów: Adamowi Bieńkowskiemu, Bohdanowi Celińskiemu, Janowi Ekierowi, Juliuszowi Kuleszy, Stanisławowi Likiernikowi, Aleksandrowi Müllerowi, Stanisławowi Kwiatkowskiemu, Stanisławowi Sieradzkiemu, Tadeuszowi Sumińskiemu, Wojciechowi Świątkowskiemu, Bolesławowi Taborskiemu, a także wszystkim osobom, które w różnorodny sposób przyczyniły się do powstania niniejszej książki: Marzenie Biegale, Małgorzacie Bramie, Joannie Bojarskiej, Filipowi Bojarskiemu, Jackowi Damięckiemu, Beacie Dobkowskiej, Rafałowi Fijałkowskiemu, Janinie Filipeckiej, Jackowi Gnysiowi, Henrykowi Grocholskiemu, Ninie Harbuz, Stanisławowi Hofmanowi, Małgorzacie Kawiak, Krzysztofowi Kopfowi, Krystynie Kwiatkowskiej, Monice Lurie, Tomaszowi Młynarskiemu, Jackowi Mrówczyńskiemu, Mariuszowi Olczakowi, Łucji Orłow, Witoldowi Rawskiemu, Markowi Strokowi, Małgorzacie Szturomskiej, Annie Trzcińskiej, Agnieszce Wende-Wünsche, Marioli i Pawłowi Wieczorkiewiczom, Grażynie i Piotrowi Wysiadeckim, Łukaszowi Zajęckiemu, moim rodzicom – Annie i Januszowi Cubałom, oraz wydawnictwu Prószyński Media.

 

Sanitariuszka Janina Załęska, ps. Małgorzata, i ppor. Jan Markowski, ps. Krzysztof. Uratowała mu życie, za co odwdzięczył się jej napisaniem piosenki. Dzięki czemu na zawsze przeszła do historii jako „Sanitariuszka Małgorzatka” (zbiory Stanisława Kopfa)


Chwila odpoczynku od służby – jedna z uczestniczek powstania na podwórku kamienicy przy ul. Wielkiej 23, róg Pańskiej (zbiory Roberta Bieleckiego)


Irena Kwiatkowska, rok 1943 (fot. z prywatnego zbioru Krystyny Kwiatkowskiej, bratanicy Ireny Kwiatkowskiej, prezesa Fundacji im. Ireny Kwiatkowskiej)

A miało być tak pięknie…

Teresa Sułowska-Bojarska, ps. Dzidzia-Klamerka, na wieść o zbliżającym się powstaniu odetchnęła z ulgą. Miała już dość konspiracji, stałego udawania, że tematy, którymi żyła cała Warszawa, w ogóle jej nie obchodziły. Zdawała sobie oczywiście sprawę, że trzeba będzie ponieść pewne ofiary. O tym, że być może zginie i ona sama, po prostu próbowała nie myśleć.

Smak strachu poznała krótko po rozpoczęciu walk na Mokotowie. Na pobliskiej ulicy Grażyny rozszalała się strzelanina. Teresa siedziała wtedy wraz z setką innych ludzi w gmachu „Społem”. Żadna z przebywających tam osób nie posiadała broni. To chłopcy mieli walczyć i umierać. Wszystkim innym pozostało czekać na wynik akcji i w zależności od niego podjąć konkretne działania. Bezczynność w centrum śmierci, jak sama określiła to miejsce dziewczyna, była potworna. Nikt nie wiedział, co dzieje się na zewnątrz, skąd dochodziły nieustanne wrzaski Niemców i odgłosy strzałów.

Było jeszcze zupełnie jasno, długo przed kolacją, gdy mój żołądek odmówił posłuszeństwa. Zaczęłam wędrować do ubikacji. Nie mogłam opanować gastrycznych sensacji, skulona siedziałam na klozecie, kule strzaskały szyby, rozdarły dyktę kabinek, szyły nad głową. O takich sprawach na ogół powstańcy nie wspominają, nie zwierzają ich nawet w cztery oczy. A ja się bałam. Byłam ogarnięta obłędnym strachem. Przerażała wrzawa potyczki, która toczyła się tuż na ulicy, i beznadziejne czekanie na rozwój wypadków, bierność, bezczynność1.

Chwila próby nadeszła, gdy trzeba było przystąpić do akcji. W wyniku strzelaniny pojawili się pierwsi ranni. Dziewczęta przeszkolone na sanitariuszki miały zostać wysłane na linię walki, by udzielić im pomocy. Teresa zgłosiła się do wykonania tego zadania.

Gdy stała i czekała na właściwy moment, by przebiec przez ostrzeliwaną ulicę, zastanawiała się, czy we dwie z koleżanką, Izabelą Wiśniewską, ps. Iza, będą w stanie pomóc koledze, który dostał serię z karabinu maszynowego. Przecież w swojej niewielkiej torbie sanitarnej miała tylko dwa opatrunki. Nie była również pewna, czy bez noszy zdołają donieść w bezpieczne miejsce dorosłego mężczyznę.

Gdy grad pocisków na moment ustał, komendantka „Dzidzi”, „Ena”, przebiegła przez jezdnię. Kobieta została wprawdzie lekko ranna, ale ostatecznie udało jej się przedrzeć do bramy stojącego nieopodal budynku. Gestem dłoni pokazała podopiecznym, by na razie pozostały na swoim miejscu.

Czasami o ważnych sprawach w życiu człowieka decydują drobiazgi. Dla Teresy takim detalem okazał się widok krwi na zmęczonej twarzy podporucznik „Eny”. Nagle przestała się bać.

Żołądek uspokoił się, wiedziałam, że jeżeli komendantka każe skakać za sobą, albo przebiegnę, albo trafią z bunkra obok. Nic innego nie może się zdarzyć. Wszystko wydało się lepsze niż dotychczasowa bezczynność2.

Po jakimś czasie groza sytuacji minęła. Jeden z rannych, niestety, wykrwawił się na śmierć, drugiemu udało się udzielić pomocy. Wieczór zakończył pierwszą walkę, ustanawiając swoiste status quo. Powstańcy powrócili na swoje kwatery.

Dziewczęta zajęły się rannymi. Jedna opatrzyła „Enę”, druga udzieliła pomocy żołnierzowi z postrzałem uda. Kiedy zaczęły działać, nie myślały już o wcześ­niejszych obawach, czy sobie poradzą. Leżący na ławie powstaniec zachowywał się zresztą dość zabawnie. Z jednej strony wydawał się rozgoryczony tym, że już w pierwszych godzinach walki został z niej wyeliminowany. By dodać sobie animuszu, w dość niewybrednych słowach odgrażał się Niemcom. Z drugiej – nie potrafił ukryć tego, że dziewczęta, które się nim zajmowały, bezsprzecznie wpadły mu w oko i nieustannie prawił im komplementy.

Rozmowę, która się wkrótce nawiązała, przerwał porucznik „Ryś”. Wbiegł do pokoju, robiąc zgromadzonym tam osobom karczemną wręcz awanturę.

– W jednym pokoju siedzi tyle kobiet, a na dole nie ma komu roznosić kolacji! – krzyczał. – Co to za porządki?! W powstańczej armii nie powinno dochodzić do takich zaniedbań!

Sytuację załagodziła komendantka dziewcząt, która obiecała, że zaraz wszystkie zejdą do stołówki, by pomóc koleżankom pełniącym tam dyżur.

– Jak tylko mnie opatrzą… – dodała spokojnym głosem.

Jej postawa zawstydziła nieco oficera. Nie wiedząc, jak się zachować, zaczął prawić „Enie” nieszczere komplementy.

Teresa schodziła na dół przygnębiona. Myślała o nieznanym poległym chłopcu, który umarł, leżąc samotnie na ulicy, nie doczekawszy pomocy. I o tym, że mężczyźni zawsze są gotowi do tego, by uwodzić kobiety i by zasiąść do jedzenia.

Hamując gniew, zaczęła roznosić półmiski z gorącym makaronem. Okazało się, że w tym momencie wszystko, co mogła zrobić dla powstania, to przyjęcie roli kelnerki! Nie tak to wszystko miało wyglądać3.

Teresa Wilska, ps. Czarna Bożena, po niedawno przeżytej wsypie podchodziła do powstania z większą dozą sceptycyzmu niż jej koleżanki. Nie było w niej ani radości, ani entuzjazmu. Odczuwała natomiast niepokój, pogłębiający się wraz z odgłosami strzałów, które rozlegały się coraz bliżej. Siedząc w pokoju w swoim punkcie mobilizacyjnym, jako jedyna nie podeszła do okna, by obserwować walkę rozpoczętą za wcześnie, jeszcze przed godziną W. Zaszyła się w najdalszym kącie i zatopiła we własnych myślach.

Oczywiście zdawała sobie sprawę z faktu, że powstanie to również śmierć i ofiara. Jednak przejmujący głos rannego proszącego o ratunek i fakt, że nie dało się nic zrobić, by przyjść mu z pomocą, uświadomiły jej, jak dalekie od rzeczywistości były jej wyobrażenia o walce. Wcześniej, tak jak cała warszawska młodzież, koncentrowała się przede wszystkim na romantycznych hasłach i ogromnym pragnieniu wolności. Przepełniała ją nieco naiwna, ale jakże charakterystyczna dla nastoletnich żołnierzy wiara w to, że wszystko musi się udać. Dziś rzeczywistość skonfrontowana została z wyobrażeniami. To, co zobaczyła, nie napawało jej optymizmem.

Najmniej spodziewała się jednak tego, że godzina W przyniesie jej przede wszystkim wprost obezwładniające uczucie strachu.

Boję się. Po prostu okropnie się boję… O siebie, o nich, o wszystkich. Więc to tak wygląda… (...) Pamiętam to wrażenie lęku i przygnębienia, jakie towarzyszyło mi całą noc. Nie, to nie było nic przemyślanego. (…) To po prostu zetknięcie się ze śmiercią, łuny pożarów, ciemna, hucząca strzałami ulica i ten jęk okropny, przeciągły jęk, na który nikt nie odpowiadał. Gdzieś na ulicy ginął człowiek zupełnie sam4.

Dzień 1 sierpnia 1944 roku odcisnął również silne piętno na losach czternastoletniej wówczas Eli Lesiak – dziewczynki pochodzenia żydowskiego, dla której czas wojny okazał się wyjątkowo okrutny. Jej matka zmarła podczas okupacji, a ojciec został zamordowany w obozie zagłady w Treblince. Samą Elę udało się przemycić z getta do aryjskiej części miasta, gdzie zaopiekowali się nią znajomi rodziców.

Wybuch walk powstańczych zastał dziewczynkę na Mokotowie, przy ulicy Puławskiej. Wybrała się tam wraz z ciężarną kobietą, u której mieszkała, i jej dwiema córeczkami. Poszły po wanienkę dla mającego się niebawem narodzić dziecka. Kiedy wracały, rozpoczęła się strzelanina. Przestraszone schroniły się w budynku na rogu ulic Puławskiej i Dworkowej. Niestety, słabo uzbrojeni powstańcy nie mogli stawić czoła nieprzyjacielowi. Dlatego Niemcy bardzo szybko opanowali teren. Niebawem pierwsi żandarmi pojawili się na podwórku domu, w którym ukryły się kobiety. Kazali wyjść stamtąd wszystkim mieszkańcom.

Początkowo zamierzali metodycznie zabrać się do realizacji rozkazu Hitlera, który rozwścieczony wiadomością o wybuchu walk w stolicy, kazał zgładzić wszystkich warszawiaków, a samo miasto zrównać z ziemią, tak by stało się zastraszającym przykładem dla całej Europy. Szybko okazało się jednak, że nie można wykonać tego polecenia ze względu na ograniczoną ilość amunicji.

Niemcy przegonili wszystkich w stronę pobliskich ogródków działkowych. Znajdowały się tam schody, po których grupa miała zejść na dół. Nagle rozległy się strzały. Ludzie zaczęli biec, chcąc uciec przed ogniem karabinów maszynowych ustawionych na samym szczycie wzniesienia. Powstało ogólne zamieszanie. Popchniętej dziewczynce spadł z nogi drewniak. Był dla niej cenny, ponieważ nie miała innych butów. Szybko zawróciła, by go zabrać. W tym momencie Niemcy otworzyli ogień do ostatniej grupy schodzących ludzi, którzy upadając, przykryli dziecko.

Przerażona leżała w bezruchu przez kilka godzin pod stertą martwych ciał. Pomiędzy trupami co jakiś czas przechadzał się niemiecki oficer i dobijał każdego, kto dawał jakiekolwiek oznaki życia.

Po pewnym czasie od strony ogródków działkowych nadszedł patrol Polskiego Czerwonego Krzyża. Dysponował niestety tylko jednymi noszami. Niosące je dziewczęta zapytały Niemców, czy mogą zabrać rannych. Wyrazili zgodę. Wezwano więc wszystkich, którzy ocaleli, do powstania. Przyznanie się do tego, że się przetrwało, było z jednej strony dość ryzykowne, ale z drugiej stanowiło jedyną szansę na to, by wyrwać się z tego piekła. Ela postanowiła spróbować. Rozprostowała najpierw obolałą rękę, po której żandarm przeszedł kilkakrotnie. Wówczas, sparaliżowana strachem, nawet nie drgnęła.

Okazało się, że tym razem Niemcy wykazali odrobinę dobrej woli. Pozwolili odejść wraz z sanitariuszkami tym, którzy byli w stanie poruszać się o własnych siłach. Ela również dołączyła do grupy. Wyglądała koszmarnie – miała na sobie krew i fragmenty czyjegoś mózgu. Kiedy doszła w końcu do zakonnic, które zaopiekowały się poszkodowanymi, nikt, łącznie z nią samą, nie mógł uwierzyć, że nie jest ranna. Kobiety rozebrały dziewczynkę, aby ją umyć. Wówczas okazało się, że poza obolałą ręką nie odniosła żadnych obrażeń. Wspominając tamten dzień, powiedziała:

Jak leżałam pod stertą ludzi, to byłam sparaliżowana strachem, który odbierał jasność myślenia (...). Tak (…) nie czułam bólu, nie czułam niczego – posikałam się. (…) Strach odbiera wszelkie czucie. To był straszny strach. Mało tego, że chodził Niemiec, mało tego, że cały czas były strzały – [jeszcze] cały czas latały samoloty, które było słychać. Jeśli się nawet ich nie widziało, to się słyszało. Nie wiadomo było, czy to są samoloty, które chcą pomóc, czy samoloty, z których będą strzelać albo coś zrzucą. Wszystko razem było tak paraliżujące, że odbierało świadomość5.

 

Danuta Szaflarska, ps. Młynarzówna, zapamiętała 1 sierpnia jako dzień pełen grozy. Przebywała wtedy wraz z mężem Janem Ekierem i roczną córeczką w domu znajomych przy ulicy Polnej 36. Wraz z nimi rodzina aktorki w chwili wybuchu powstania schroniła się w piwnicy. Niestety, właśnie przed tym budynkiem zatrzymał się niemiecki czołg. Wystrzelony z niego pocisk trafił w sąsiednią piwnicę, gdzie zginęło osiem osób. Uszkodził też pomieszczenie, w którym znajdowała się Danuta Szaflarska – jeden z rannych mężczyzn osunął się na jej nogi.

Gdy minął pierwszy moment grozy, wszyscy zerwali się do ucieczki. Ale ponieważ jedna z sanitariuszek doznała szoku, mąż Danuty zajął jej miejsce przy noszach, pomagając ewakuować rannego. Biegnąc ulicą, początkowo nawet nie zauważyli, że nad ich głowami pojawił się niemiecki samolot. Z karabinu maszynowego na jego pokładzie posypała się seria pocisków. Na szczęście wszyscy zdołali się ukryć w pobliskiej kamienicy. Po latach, ilekroć aktorka opowiadała o zrywie powstańczym, zawsze podkreślała, że nie ma pojęcia, jakim cudem i jej, i jej bliskim udało się przetrwać gehennę tych sześćdziesięciu trzech dni.

W zupełnie nieoczekiwany sposób o godzinie W dowiedziała się Hanka Brzezińska – aktorka, pieśniarka, tancerka, nazywana podczas okupacji słowikiem Warszawy i królową polskiego jazzu. Nie była bezpośrednio związana z konspiracją, więc nie wiedziała, którego dnia i o której godzinie zacznie się walka. Wybuch powstania zastał ją… u fryzjera przy ulicy Mazowieckiej. Kiedy opuszczała zakład, podszedł do niej jakiś nieznajomy młody człowiek.

– Pani Hanko, proszę wracać do domu, bo się zaczęło powstanie – powiedział.

Na szczęście mieszkała niedaleko, w budynku znajdującym się na rogu placu Teatralnego, przy ulicy Focha 8. Kiedy wbiegła do mieszkania, rozległy się pierwsze strzały. Stojąc przy oknie, widziała ludzi idących z podniesionymi rękami przez plac. Po kilku godzinach przeprowadzono tam egzekucję.

W mieszkaniu kobiety schroniło się kilku zaprzyjaźnionych z nią aktorów, których wybuch walk zastał w pracy – w Teatrze Jar. Byli wśród nich między innymi Józef Kempa i Józef Orwid. W pewnej chwili z placu Teatralnego ruszyły stojące tam czołgi. Podjechały pod magistrat, skąd zaczęły ostrzeliwać okoliczne budynki. Jeden z pocisków trafił w kamienicę, w której mieszkała Hanka Brzezińska. Dom zaczął płonąć. Niestety, pod jego bramę podeszli już Niemcy, trzeba więc było ratować się ucieczką piwnicami. Na zabranie z mieszkania kilku najpotrzebniejszych rzeczy kobieta miała zaledwie parę sekund. Odruchowo sięgnęła po te, które w tamtej chwili wydały się jej najpotrzebniejsze. Wzięła koc, futro, rulon nut z piosenkami, które śpiewała podczas okupacji, i… flakon perfum Chanel No. 56.

Barbara Matys-Wysiadecka – minerka nosząca dość niezwykły pseudonim Baśka-Bomba, idąc 1 sierpnia do swojego punktu koncentracji, czuła wielki niepokój. Dysproporcja, jaką dostrzegła między uzbrojeniem żołnierzy niemieckich a własnym ekwipunkiem, była kolosalna. Dlatego choć odczuwała ekscytację, nie potrafiła patrzeć w przyszłość optymistycznie. Wspominając tamte chwile, powiedziała:

Straszne było moje wrażenie, jak przechodziłam koło bunkrów domu akademickiego – stali tam żołdacy uzbrojeni po zęby, a ja szłam z malutkim, skromniutkim plecaczkiem i nie wiedziałam, jak nas uzbroją na punkcie zbornym. Muszę powiedzieć, że byłam przerażona7.

Dotarła jednak szczęśliwie na ulicę Ordynacką, gdzie wyznaczono miejsce zbiórki jej oddziału. Pierwsze kilka godzin walki upłynęło minerkom zebranym w mieszkaniu bezczynnie. Dopiero następnego dnia rano przybyła do nich łączniczka z informacją, że zostały przydzielone do Oddziału Osłonowego Wojskowych Zakładów Wydawniczych. Jednostka ta podlegała bezpośrednio dowódcy powstania – pułkownikowi Antoniemu Chruścielowi, ps. Monter. Od tego momentu dziewczęta nie mogły narzekać na brak zajęć.

Nie tak wyobrażała sobie rozpoczęcie walk również Danuta Mancewiczówna, ps. Danusia – łączniczka i sanitariuszka Oddziału Dyspozycyjnego „A” (zwanego również „Kolegium A”), a następnie batalionu „Zośka”. Nie spodziewała się, że zostanie oddzielona od kolegów ze swojej jednostki i w ciągu niespełna godziny stanie się świadkiem tak wielu dramatów ludzkich, a na koniec, aby móc dołączyć do macierzystego oddziału, sprzeciwi się dowódcy i… zdezerteruje wraz z przyjaciółką z przydzielonej placówki.

Cały oddział dziewczyny walczył na Woli. Świetnie wyszkoleni żołnierze mieli pomóc w zdobyciu kilku strategicznych punktów, a następnie przejść do Śródmieścia. Niestety, ze względu na wielką wartość bojową jednostki zostali zatrzymani przez podpułkownika „Radosława” na Woli. W Śródmieściu przebywały natomiast sanitariuszki i łączniczki należące do „Kolegium A”.

Dziewczęta swój chrzest bojowy przeszły w rejonie ulic Jasnej, Świętokrzyskiej i placu Dąbrowskiego. To tam „Danusia” przeżyła bardzo silne bombardowanie i ostrzeliwanie z broni pokładowej nadlatujących samolotów. Nieopodal znajdowała się kwatera dowódcy powstania, pułkownika „Montera”, o czym Niemcy najprawdopodobniej wiedzieli. Dlatego w tym rejonie rozpętało się prawdziwe piekło.

Wynosiłyśmy stamtąd po nalocie zmasakrowanych rannych i kiedy opatrywałam pewną bardzo szczupłą niewiastę, usłyszałam od niej dość pogodne stwierdzenie, że śmierć nie musi być straszna: po prostu coś mnie uderzyło w głowę i straciłam przytomność. I te słowa jako wiatyk wzięłam na dalszą powstańczą wędrówkę, nie bojąc się śmierci. (…) Kiedy patrzę wstecz i wspominam, to właściwie często się dziwię, że żyję8.

Po kilku dniach dziewczyna wraz z paroma koleżankami postanowiła przedrzeć się do swojego oddziału. Ponieważ jej przełożona nie chciała się zgodzić na to, by z jednostki odeszło kilku tak dobrze wyszkolonych i przygotowanych do walki żołnierzy, „Danusia” i jej przyjaciółka po prostu uciekły. Po wielu trudach dotarły w końcu do swoich chłopaków. Okazało się, że były jednymi z ostatnich, którym się to udało. Niebawem przejście ze Śródmieścia na Wolę było już niemożliwe.

Alinę Janowską, ps. Alina lub Setka, godzina W zastała w sklepie przy ulicy Marszałkowskiej – w papeterii należącej do jej ciotki Ilse Glinickiej. Dziewczyna nie spodziewała się, że akurat tego dnia rozpoczną się walki. Ze względu na niedawne aresztowanie i pobyt na Pawiaku nie utrzymywała wówczas kontaktów konspiracyjnych ze swoim oddziałem. Sądziła, że jak zwykle o godzinie szesnastej czy siedemnastej zamknie sklep, pójdzie na lekcję tańca artystycznego do pani Mieczyńskiej, a potem wróci do domu i rodziców – do Tworek. Sprawy jednak potoczyły się zupełnie inaczej.

W pewnej chwili usłyszała strzał z czołgu stojącego przed Cafe Otto przy ulicy Marszałkowskiej. Domyśliła się, co to oznacza. Szybko policzyła dzienny utarg, zamknęła drzwi na kłódkę i pobiegła do domu przy ulicy Złotej 7, do mieszkania swojej ciotki. Krewną odnalazła w schronie – jak zwykle niosła komuś pomoc. Dziewczyna zapytała, czy może się przyłączyć. Lubiła czuć się potrzebna. Tam spotkała swojego przyszłego dowódcę – Wojtka Karpińskiego z batalionu „Kiliński”. Zabrał ją do kina Stylowy i mianował swoją łączniczką. Od razu rzuciła się w wir pracy. Trzeba było pomyśleć o przygotowaniu posiłku dla żołnierzy, zorganizowaniu kwater i innych sprawach gospodarczych. Alina była w swoim żywiole. Kiedy pomiędzy jedną a drugą aktywnością usiadła na chwilę, by zaczerpnąć tchu, przechodził akurat jeden z powstańczych fotoreporterów. Piękna roześmiana dziewczyna od razu wpadła mu w oko. Wspominając tamten dzień, powiedziała:

Jest taka moja fotografia z tego dnia, że siedzę na ławce, w cywilnym ubraniu, a tam obok już jest Powstanie9.

Wanda Traczyk-Stawska, ps. Pączek, zawsze podkreś­la, że 1 sierpnia był najpiękniejszym dniem w jej życiu. Tak jak reszta jej rówieśników, marzyła o tym, by pokonać Niemców i wyrzucić ich z miasta. Wszyscy z niecierp­liwością i młodzieńczym entuzjazmem czekali na nadejście upragnionej wolności. Nie byli straceńcami, którzy chcieli zginąć w walce. Ale nie wyobrażali sobie również życia bez godności i prawa do stanowienia o sobie.