Psiejsko czarodziejsko

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


© Copyright byAgnieszka Biegaj & e-bookowo

Ilustracje: Anna Pokojska – rysunek na okładce,

ilustracje do rozdziałów: 1,6,8,10.

Michał Biegaj – ilustracje do rozdziałów: 2,3,4,5,7,9.

Matylda Biegaj – pieski na końcach rozdziałów.

ISBN e-book 978-83-8166-166-9

ISBN druk 978-83-8166-167-6

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2020

Dedykuję moim ukochanym Dzieciom


Rozdział pierwszy,
w którym poznajemy Łucję, Antka,
ich mamę, tatę oraz kogoś jeszcze

Każdy, kto choć raz widział Łucję i Antka wracających do domu ze szkoły w to pogodne kwietniowe popołudnie, pomyślałby, że ktoś zamienił te dzieci, albo że tak naprawdę to są inne dzieci, przebrane za nich.

Zazwyczaj ledwo wysiedli ze szkolnego autobusu i uprzejmym „Do widzenia” (bo to były bardzo dobrze wychowane dzieci) pożegnali pana kierowcę, puszczali się pędem do domu. Tam wpadali do przedsionka, rzucali tornistry, kurtki i buty i wbiegając do kuchni, gdzie ich mama gotowała obiad, albo zajmowała się innymi „maminymi” sprawami, jedno przez drugie opowiadali, co wydarzyło się tego dnia w szkole.

Łucja była dziewczynką szczupłą, średniego wzrostu, miała ciemne, sięgające za ramiona włosy, które czesała w jedną kitkę, a czasami w dwie.

Antek, równie szczupły był wyższy od Łucji, miał jak i ona brązowe, żywe i roześmiane oczy i krótkie włosy, najczęściej rozczochrane.

Oboje byli dziećmi bardzo aktywnymi i energicznymi, potrafili być w wielu miejscach jednocześnie i wiedzieli o wszystkim, co tylko wydarzyło w ich najbliższej okolicy. Wieści ze szkoły należało mamie przekazać jak najszybciej, bo a nuż ktoś powie jej pierwszy albo posiadane wiadomości dziwnym trafem wyparują im z głowy.

Nic takiego oczywiście nie mogło się przydarzyć. Łucja i Antek mieli doskonałą pamięć i dzięki temu osiągali świetne wyniki w nauce, a mama od nikogo innego nie dowiedziałaby się tego, co tak prędko chcieli jej przekazać.

Początkowo próbowała zwracać im uwagę, iż najpierw należy spokojnie się rozebrać, odłożyć tornistry, umyć ręce i kulturalnie wkroczyć do kuchni, gdzie można już spokojnie porozmawiać. Zrezygnowała po kilku próbach, wiedziała bowiem, że kiedy dzieciaki się już wygadają, wrócą do przedsionka, powieszą kurtki, ustawią buty, zaniosą tornistry do pokojów, umyją ręce i usiądą spokojnie przy stole.

Mama Zosia pracowała w domu, była tłumaczką. Tłumaczyła na język angielski i francuski to, co ktoś napisał po polsku, albo na język polski, to co było napisane po angielsku albo francusku. Udzielała też korepetycji dzieciom i dorosłym, którzy chcieli uczyć się języków obcych. Jeździła do ich domów popołudniami, kiedy tato Łucji i Antka wracał z pracy.

Tata Marek był architektem, projektował domy i budynki. Ich osiedle domków pod Wrocławiem też sam zaprojektował. Często wieczorami rysował w swoim gabinecie, a dzieciaki uwielbiały przyglądać się jak pracuje. Kiedy na początkowo pustym monitorze komputera zaczynały pojawiać się linie, a te linie powoli układały się w zarys domu, albo budynku, to było bardziej fascynujące, niż niejedna bajka w telewizji.

Łucja i Antek, jako że były dziećmi pełnymi wigoru, nie spędzały czasu tylko przed telewizorem, albo w pracowni ojca. Bawiły się w ogródku z dziećmi sąsiadów albo jeździły po osiedlowej uliczce na rowerach, bądź rolkach.

Ich największym marzeniem był własny pies, z którym można by robić tak wiele wspaniałych rzeczy i tak cudownie się razem bawić. Rodzice ciągle byli niezdecydowani i nie dawali się przekonać do tego pomysłu.

I właśnie dzisiaj, kiedy naturalnie należało opowiedzieć mamie ze szczegółami, jak znowu Kamil i Łukasz pobili się na przerwie, jak Nina wylała brudną wodę po farbach prosto na rysunek Sary i jej nową bluzkę, a w odwecie Sara zalała Ninie zeszyt i teraz nie rozmawiają ze sobą, jak chłopak z ósmej klasy pocałował dziewczynę z siódmej (co naturalnie było obrzydliwe), a obok stał pan dyrektor, a najważniejsze, że jutro miał do szkoły przyjść pan z wężami.

– Takie węże to musi być coś – twierdził Antek – to nawet lepsze od psa.

Skoro jednak rodzice wahają się w sprawie psa, to węża tym bardziej nie pozwolą im mieć.

I właśnie tego dnia, kiedy wysiedli ze szkolnego autobusu i powiedzieli „Do widzenia” panu kierowcy, zobaczyli go. Kremowy golden retriever, najsłodszy psiak na świecie siedział skulony pod krzakiem.

Dzieci nigdy nie widziały tego psa na osiedlu domków, na którym mieszkały. Nie mógł to być piesek sąsiadów, który się zabłąkał, albo który czekał, aż ich mały pan czy pani wysiądzie ze szkolnego autobusu. To był obcy pies, który się zgubił, albo zabłądził, więc tym bardziej nie można było pozwolić, żeby siedział pod tym krzakiem w nieskończoność.

I właśnie dlatego Łucja i Antek skradali się pod płotem własnego domu, cichutko otwierali drzwi i na palcach wolniutko wspinali się schodami do swoich pokoi. Słodziutki golden retriever skradał się wraz z nimi i cała akcja naprawdę miała wszelkie szanse powodzenia, gdyby na szczycie schodów nie czekała na nich mama.

– Czy to moje dzieci, czy to mali włamywacze, podrzucający psy do domów, zamiast kraść kosztowności? – zapytała surowym tonem, próbując ukryć uśmiech.

Mama widziała ich przemykających ukradkiem wzdłuż ogrodzenia i usiłujących przemycić psa do pokoju. Wiedziała, że jej dzieci pomyślały, że zawsze łatwiej przekonać rodziców do zwierzęcia, które już od jakiegoś czasu przebywa w domu. Postanowiła trochę się zabawić, weszła na górę i czekała u szczytu schodów na swoich małych konspiratorów.

– Rany, mamo, ale nas wystraszyłaś! – krzyknął Antek, chwytając się barierki.

Łucja też drgnęła nerwowo, a pies zaczął szczekać. Mama zagoniła ich do salonu, czekając na wyjaśnienia.

Zanim jednak zaczęli ją przekonywać, iż to biedny opuszczony piesek, który się zgubił i który na pewno wpadłby pod samochód, gdyby nie zabrali go z tej szosy i że powinni go zatrzymać, przynajmniej do czasu, aż znajdzie się właściciel, wydarzyło się coś niesamowitego.

Mama, która naturalnie spodziewała się takich właśnie wyjaśnień i która zastanawiała się, jak powinna zareagować, wbrew sobie samej westchnęła:

– Ach, wygląda zupełnie jak piesek, którego spotkałam, kiedy byłam w waszym wieku. Też chciałam go wtedy zabrać do domu!

– Chcielibyśmy to zobaczyć! – zawołali jednocześnie Łucja i Antek, trzymając i głaskając psa.

Przez chwilę zrobiło się jakby ciemno, a oni mieli wrażenie, że obracają się w miejscu, a wokół nich szybują gwiazdy i planety. Trwało to zaledwie ułamek sekundy, ale nagle okazało się, że mama zniknęła, dom zniknął, a zamiast tego Łucja i Antek, cały czas trzymając psa znaleźli się w parku, gdzie zobaczyli nieznajomą dziewczynkę.

Była mniej więcej w ich wieku, miała na sobie szkolny mundurek, na plecach tornister, włosy uczesane w dwie kitki, które (co już nie było normalne) były zafarbowane – jedna na czerwono, a druga na zielono. Z wrażenia puścili psa, a on podbiegł do dziewczynki i zaczął się do niej łasić. Dziewczynka kucnęła i zaczęła go głaskać.

– Och, jest taki słodziutki, taki śliczny – mruczała, wtulając się w miękką falowaną sierść. – Czy to wasz pies? – zapytała.


– Mama pozwoliła ci zafarbować włosy? – Łucja nie potrafiła powiedzieć nic innego.

– Mama nic o tym nie wie – Dziewczynka zmieszała się i zaczęła nerwowo skubać kitki. – Jest w szpitalu, bo urodziła mojego braciszka, a mną opiekuje się moja ciocia. Mieliśmy w szkole wiosenny bal przebierańców i ciocia zafarbowała mi włosy, ale mówiła, że to się zmyje. Mam nadzieję, że zmyje się, zanim mama wróci ze szpitala….

– Przestańcie gadać o włosach – zdenerwował się Antek. – Jak my się tu znaleźliśmy? Przed chwilą byliśmy z mamą w salonie, a teraz jesteśmy w tym parku, nigdy tu nie byliśmy, gdzie my w ogóle jesteśmy? Jakie to miasto?

– Jesteście we Wrocławiu, a gdzie moglibyście być? – zdziwiła się nieznajoma dziewczynka. – Jesteście jakoś dziwnie ubrani. Nie wiem o co tu chodzi, ale macie cudownego psa. Bardzo chciałabym mieć psa, ale moi rodzice nie chcieli się zgodzić, a teraz kiedy urodził się braciszek, to na pewno się nie zgodzą. Ciągle mówią, że przy dziecku jest strasznie dużo pracy. Ale ja się cieszę, bo chociaż braciszek to nie to samo co pies, to chciałam mieć rodzeństwo. Wy macie fajnie, że macie siebie, bo jesteście rodzeństwem, prawda?

– Tak – przyznała jej rację Łucja. – To mój brat Antek, a ja jestem Łucja. On ma prawie jedenaście lat, a ja dziewięć.

– Ja też mam dziewięć lat i mam na imię Zosia – przedstawiła się nowa koleżanka.

– Nasza mama ma na imię Zosia – zauważyła Łucja.

Zosia cały czas głaskała psa, a Łucja i Antek z zaciekawieniem rozglądali się dookoła. Wciąż nie mogli zrozumieć, w jaki sposób nagle znaleźli się w tym parku i powoli zaczynali się zastanawiać, jak wrócą do domu. Mama na pewno się denerwowała, a poza tym byli już strasznie głodni.

 

Antek gwizdnął krótko, przywołując psa do siebie, żeby im nie uciekł. Łucja strasznie mu zazdrościła, że umiał tak gwizdać. Próbowała wciąż i wciąż, ale jej nie wychodziło. Oboje kucnęli obok psa i wtedy Łucja powiedziała:

– Ciekawe, jak my wrócimy do domu…

Znowu zrobiło się ciemno i nagle na powrót byli w salonie.

Mama stała na środku pokoju i przyglądała im się z szeroko otwartymi oczami.

Oni też nie wiedzieli, co mają powiedzieć, zupełnie nie rozumieli tego, co się przed chwilą wydarzyło.

Podbiegli do mamy i mocno się do niej przytulili, a ona głaskała ich po głowach i oglądała, jakby chciała sprawdzić, czy to naprawdę oni. Przed niecałą minutą była świadkiem, jak nagle zniknęli jej sprzed oczu, a w parę sekund później na powrót się pojawili.

Pies biegał naokoło ich i merdał radośnie ogonem. Wreszcie usiedli na kanapie i mama zapytała, gdzie byli.

– Nie wiemy, mamo – odpowiedziała niepewnie Łucja. – To był jakiś park i była tam dziewczynka, w mundurku szkolnym i z tornistrem, takim staroświeckim, miała zafarbowane kitki i ona tuliła naszego psa i opowiadała, że jej mama jest w szpitalu, bo urodziła braciszka i martwiła się, że mama będzie zła za te kolorowe włosy, ale to ciocia jej pomalowała na bal w szkole…

Nie zdążyła dodać nic więcej, bo mama nagle zbladła, zachwiała się i obiema rękami chwyciła się mocno kanapy.

– Jak miała na imię ta dziewczynka? – zapytała słabym głosem.

– Zosia – odpowiedział Antek, bo Łucja wpatrywała się w mamę, niezdolna do wykrztuszenia słowa.

Mama wstała nagle i ruszyła schodami na piętro. Dzieci zostały na kanapie i w milczeniu głaskały psa, który widać bardzo lubił pieszczoty, bo ciągle się ich domagał.

Po dłuższej chwili mama wróciła, niosąc w ręku stary album z czasów dzieciństwa. Otworzyła go, przekartkowała szukając właściwego zdjęcia i podetknęła dzieciom.

– To ona! – wykrzyknął Antek podekscytowany. – To ta dziewczynka, Zosia! Tylko bez tornistra i zdjęcie jest czarno – białe.

– Czy to twoja koleżanka? – zapytała Łucja nieśmiało.

– To jestem ja – wyjaśniła mama – i jeśli to w ogóle możliwe, to przenieśliście się w czasie i spotkaliście mnie, kiedy byłam w waszym wieku.

Antek siedział z szeroko otwartymi ustami, pierwszy raz w życiu zabrakło mu słów.

– Rzeczywiście miałam przez jakiś czas kolorowe włosy – wyznała mama. – Ta niby łatwo zmywalna farba nie chciała zejść. To ciocia Lusia miała takie zwariowane pomysły. Ale moja mama w ogóle się nie zdenerwowała. Myślę, że była tak zmęczona porodem i opieką nad moim bratem, że ledwo zauważała inne rzeczy.

– Zatem spotkałam was w parku – zamyśliła się, a Łucja i Antek nadal siedzieli bez ruchu i bez słowa, próbując przetrawić tą dziwną przygodę, która im się przytrafiła. – Moje własne dzieci, które miałam urodzić dwadzieścia lat później. Jak to się mogło stać? Czy to ten pies?

– Właśnie, pies! – zawołał nagle Antek. – Czy możemy go zatrzymać? Do czasu, aż znajdzie się właściciel?! Prosimy, mamo!

Łucja też spoglądała błagalnie i mama się roześmiała.

– W tej sytuacji nie widzę innego wyjścia – powiedziała wesoło. – Idźcie umyć ręce, a po drodze możecie wymyślić dla niego jakieś imię. Obiad będzie gotowy za chwilę, a wieczorem spróbujemy wraz z tatą rozwikłać tą tajemnicę.


Rozdział drugi,
w którym nowy przyjaciel otrzymuje imię i dowiadujemy się, co ono oznacza

Łucja i Antek siedzieli z mamą i tatą w salonie i próbowali wymyśleć imię dla psa. Musiało to być niezwykłe imię, bo i pies był niezwykły. Podczas, gdy Łucja milczała, Antek chodził po pokoju wykrzykując różne pomysły. Kiedy doszedł do „Time Dog”, Łucja zawołała:

– A może Czapi? No wiecie „czasowy pies”, w skrócie Czapi.

– Przecież o to samo mi chodziło – Antek czuł się urażony.

– Ale ty niepotrzebnie próbujesz wymyślać wszystko po angielsku – wytknęła mu Łucja.

Awantura już wisiała w powietrzu, ale nagle piesek zerwał się z podłogi i zaczął się łasić do dzieci.

– Podoba mu się – powiedział tato.

– A może ma ochotę na kolejną podróż w czasie – zgadywała mama.

– Chciałbym zobaczyć dinozaury – westchnął Antek, wyciągając rękę w kierunku Czapiego.


– Nie! – krzyknęli wszyscy pozostali i zerwali się z kanapy.

– Żartowałem – Antek pokładał się ze śmiechu, a jego rodzina odetchnęła z ulgą. – Nie chciałbym stać się przekąską dla tyranozaura, chociaż byłoby co opowiadać na przyrodzie.

– Myślisz, że wróciłbyś nawet z brzucha dinozaura? – Łucja kręciła głową z powątpiewaniem.

– Myślę, że w ogóle nie powinniśmy już nigdzie podróżować – oświadczył tato stanowczo. – To niebezpieczne i nieprzewidywalne. Macie psa, o którym zawsze marzyliście i to powinno wystarczyć.

– Masz rację – poparła go mama. – Raz się wam udało przenieść do przeszłości, nadal nie wiemy jak i pewnie nigdy się nie dowiemy. Na szczęście nic wam się nie stało, ale pozostałe próby mogłyby skończyć się tragicznie.

– Jednym słowem, uważajcie, co mówicie trzymając psa przy sobie – dokończył tato, próbując trochę rozweselić dzieci, bo widać było, że już planowały jakieś czaso-podróże.

– Czas to jest, ale do łóżek – zarządziła mama – i to po schodach, a nie za pomocą psa – dodała, bo Antek znowu wyciągał rękę w kierunku Czapiego.


Rozdział trzeci,
w którym tato ma zmartwienie
i propozycję

Czapi zdążył się już zadomowić w nowej rodzinie. Oczywiście dzieci rozwiesiły wszędzie w okolicy ogłoszenia, że znaleziono psa, ale nikt się nie zgłosił, a raczej zgłosiły się tylko osoby, które też chciałyby go zatrzymać.

Został więc w ich domu, z własnym posłaniem, miską, smyczą, obrożą i plakietką z imieniem. Łucja i Antek chodzili z nim na spacery trzy razy dziennie, bez żadnego przypominania. Bawili się z nim w ogrodzie. Wyczesywali mu sierść. Dolewali mu wody do miski, nakładali karmę i głaskali tak często, jak tylko się dało. Mama i tata też go uwielbiali, bo nikt nie byłby w stanie nie pokochać tak cudownego pieska.

Tego dnia tato wrócił do domu dość przygnębiony. Łucja i Antek właśnie kończyli odrabiać lekcje na stole w salonie, a mama na kanapie tłumaczyła jakieś umowy z polskiego na francuski.

Tato zdjął buty, umył ręce, a potem smętnie kręcił się po kuchni.

– Podgrzej sobie zupę, kochanie – powiedziała mama, ciągle czytając tłumaczone umowy.

– Coś się stało? – zapytała, unosząc głowę i spoglądając na tatę, który zamyślony mieszał łyżką w garnku z zupą.

– Sam nie wiem – powiedział tato niepewnie. – Zabroniłem wam podróży w czasie, ale spotkałem dzisiaj mojego kolegę z dzieciństwa. Przyszedł do naszej firmy zamówić projekt domu. Rozmawialiśmy sobie o dawnych czasach i on przypomniał mi tą historię.

– Jaką historię? – zapytały wszystkie trzy głosy jednocześnie.

– O chłopcu, który zaginął i omal nigdy się nie odnalazł – odpowiedział tato tajemniczo.

– Ale jednak się w końcu odnalazł? – uściśliła Łucja.

– Tak, ale potem długo chorował i już nigdy do końca nie wyzdrowiał – dokończył tato smutnym głosem. – Teraz nie może nawet pracować, jest na rencie.

Tato zdjął garnek z kuchenki, odwrócił się do dzieci i zaczął opowieść:

– To był nasz kolega ze szkoły, Franek. Miał wtedy dziewięć lat. Wracał do domu i na ulicy zobaczył kota. Pobiegł za nim, pewnie planował jakąś psotę i kiedy kot wskoczył przez okienko do piwnicy jednego z opuszczonych budynków, Franio wszedł tam za nim. Okienko się zatrzasnęło, Franek nie miał dość siły, żeby je otworzyć, a drzwi od piwnicy okazały się zamknięte od zewnątrz. Dodatkowo Franek potknął się o jakieś pudła czy worki z cementem i upadł tak nieszczęśliwie, że złamał nogę. Cierpiał strasznie i wzywał pomocy, ale na ulicy nie słychać było jego wołania i znaleziono go dopiero po kilku dniach.

– To okropne – westchnęła mama. – Kto go odnalazł?

– Młodzież błąkała się w okolicy tego budynku, ktoś bezmyślnie kopnął z całej siły w okienko, ono się uchyliło i usłyszeli ciche wołanie Frania. Sprowadzili od razu pomoc, ale Franek był już bardzo wycieńczony i później dużo chorował, do dzisiaj ma problemy ze zdrowiem. Kuleje też, bo ta złamana noga źle się zrosła. Nasz wspólny kolega mi o tym powiedział.

– Tato – zaczął uroczyście Antek. – Czy chcesz prosić nas, żebyśmy przenieśli się w czasie i uratowali tego Frania wcześniej?

– Nie chciałem o tym wspominać, przecież te podróże nie są bezpieczne. Może ja sam spróbuję?

– O nie ma mowy! – odezwała się mama stanowczo. – Idziemy wszyscy. Jeżeli utkniemy w przeszłości, to przynajmniej całą rodziną. Musimy tylko pilnować Czapiego, żeby nam tam nie uciekł.

– Dobrze – zgodził się tato i widać było, że odczuł przy tym ulgę. – Musimy tylko dobrze przemyśleć miejsce, do którego mamy się przenieść.

– Właśnie – włączyła się mama – nie możemy długo błąkać się w przeszłości, bo ktoś się nami zainteresuje. Nie sądzę, żeby udało nam się dobrać ubrania do tamtych czasów, chociaż moda powraca, więc po prostu ubierzmy się w sposób nie zwracający uwagi.

Tato zjadł zupę, a potem rozgorzała gorąca dyskusja. Każdy miał jakiś pomysł, gdzie się przenieść i co zrobić, choć niektóre nie były zbyt mądre.

– Przenieśmy się do czasów, kiedy wybudowano ten budynek i zapobiegnijmy jego budowie! – zawołał Antek zrywając się z kanapy, na której siedzieli razem z Łucją i mamą.

– Przenieśmy się do czasów, kiedy wynaleziono cegłę i zapobiegnijmy temu – przedrzeźniała go Łucja.

– Myślałem, że chcecie mi pomóc? – Tata spojrzał na nich z lekkim wyrzutem.

– Przepraszam – mruknął Antek i zapytał – A czy nie możemy po prostu powiedzieć, że chcemy znaleźć się koło Frania?

– A jak znajdziemy się obok niego w tej piwnicy – powątpiewała Łucja – to co nam to da? Jeszcze i my będziemy potem chorować.

– Przenieśmy się po prostu do dnia, kiedy zaginął Franek – zaproponował tata – i włączmy się w poszukiwania.

– A może by tak w ogóle nie dopuścić do tego, żeby zaginął – zawołała mama. – Po co mu te wędrówki po piwnicach i te dramatyczne przeżycia?

– Tak, mamo! – wykrzyknęli jednocześnie Łucja i Antek. – To jest świetny pomysł! Kiedy wyruszamy?

– Może jutro po śniadaniu – zasugerowała mama.

– Myślałem, że to raczej pilne – zaprotestował Antek. – Chodźmy zaraz!

– To i tak bez różnicy, kiedy się przeniesiemy, dopóki to jest przeszłość – uświadomił go tata. – Poza tym musimy, a właściwie wy musicie stworzyć wiarygodną historię, którą przekonacie Franka, żeby nie wchodził do piwnicy.

– Mamy kłamać? – zapytała Łucja słodkim głosikiem.

Rodzice wymienili rozbawione spojrzenia.

– Nie będzie to kłamstwo, bo przecież posłużycie się prawdziwą historią. Tyle, że przedstawicie ją jako coś, co wydarzyło się waszemu koledze – wytłumaczyła mama.

– My będziemy go powstrzymywać? – Łucja patrzyła na rodziców z niedowierzaniem. – Może lepiej wy? Dorosłych prędzej posłucha…

– Obawiam się, że w tym wypadku prędzej posłucha swoich rówieśników – westchnął tata. – Franek był małym łobuziakiem i niechętnie słuchał starszych. Na pewno jego rodzice przestrzegali go przed chodzeniem w niebezpieczne miejsca i to jak widać nie poskutkowało. Jeżeli przekonująco opowiecie historię waszego kolegi, który bardzo mocno ucierpiał na takiej przygodzie, to będzie to warte stu przestróg dorosłych.

– Spoko tato, damy radę! – zawołali Łucja i Antek równocześnie.

Obrady uznano za zamknięte. Dzieci miały przed sobą dużo pracy do wykonania. Najpierw rzuciły się do swoich szaf i zaczęły wyciągać z nich różne ubrania. Antek wpisał w wyszukiwarce na telefonie „stroje z początku lat 90” i wraz z siostrą próbował dobrać garderobę do znalezionych zdjęć.

 

Nic nie pasowało, postawili więc ubrać się w zwykłe dżinsy i bluzy bez napisów i nadruków. W końcu wtedy nikt jeszcze nie wiedział, co to jest Jurasic Park albo kot Pusheen.


Kiedy już wybrali stroje na wyprawę w czasie, usiedli na dywanie na środku pokoju Antka i zaczęli wymyślać historię, którą mieli opowiedzieć Frankowi.


To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?