Zanim się obudzęTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

Motto

Wstęp

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Epilog

Podziękowania

Przypisy

Text copyright © 2019 by Agnieszka Bednarska

Copyright © 2019 for this edition by Media Rodzina Sp. z o.o.

Projekt okładki

Andrzej Komendziński

Zdjęcie na okładce

Shutterstock

Projekt logotypu Gorzka Czekolada

Dorota Wątkowska

W powieści wykorzystano fragmenty:

Jodi Picoult, To, co zostało, tłum. Magdalena Moltan-Małkowska, Prószyński i S-ka

Ken Wilber, Śmiertelni nieśmiertelni: prawdziwa opowieść o życiu, miłości, cierpieniu, umieraniu i wyzwoleniu, tłum. Aldona Możdżyńska i Jerzy Dmuchowski, Wydawnictwo Czarna Owca

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

Niniejsza książka jest dziełem fikcyjnym. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

ISBN 978-83-8008-639-5

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

tel. 61 827 08 60

mediarodzina@mediarodzina.pl www.mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla mojego syna Filipa

z wyrazami miłości

W śmierci nie kropka jest najgorsza, tylko znak zapytania.

Jodi Picoult

Nie stójcie

nad moim grobem

i nie płaczcie;

Nie ma mnie tam.

Ja nie śpię.

Jestem tysiącem wiatrów,

które wieją;

Jestem diamentowym blaskiem

na śniegu.

Jestem światłem słonecznym

na dojrzewającym zbożu;

Jestem łagodnym jesiennym deszczem,

kiedy budzicie się w porannej ciszy;

Jestem śmigłym lotem

cichych ptaków.

Jestem łagodną gwiazdą,

która świeci w nocy.

Nie stójcie nad moim grobem

i nie płaczcie;

Nie ma mnie tam...

Ken Wilber

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

WSTĘP

Są takie pytania, na które człowiek szuka odpowiedzi od początków swojego istnienia i prawdopodobnie nigdy ich nie znajdzie. Należą do nich między innymi pytania o sens ludzkiej egzystencji, granice wszechświata, o Boga, przeznaczenie oraz o to, kiedy życie naprawdę się zaczyna i o to, kiedy naprawdę się kończy. Bo jeśli, jak twierdzi wielu, zaczyna się w chwili poczęcia, czyli w momencie, gdy powstaje pierwsza ludzka komórka, to czy nie byłoby logiczne uznać, że kończy się w chwili, gdy ostatnia ludzka komórka umiera? A jeśli tak, kim – lub czym – jest człowiek, u którego stwierdzono śmierć mózgu, ale jego funkcje życiowe podtrzymuje aparatura, po to by można było pobrać jego cenne organy? Czy zgodnie z powyższą, niekoniecznie prawdziwą teorią, człowiek ten nie byłby ofiarą eutanazji? Morderstwa?

I kolejne pytanie, także pozostające bez odpowiedzi, a równie często stawiane sobie przez człowieka, zwłaszcza u schyłku życia: „Co potem?” Prędzej czy później ciało obróci się w proch, ale czy człowiek to tylko zlepek komórek? A może jest czymś więcej, czymś, czego nie potrafimy nazwać, czego istnienia nie możemy udowodnić i czego nie zauważamy, mimo że nas otacza? Duszą, energią, świadomością?

Ustanie pracy płuc i serca, czyli zatrzymanie oddechu i krążenia, przez wieki stanowiło świadectwo zgonu człowieka i wyznacznik końca ludzkiego życia.

Nieodwołalny.

Do momentu wynalezienia respiratora, czyli urządzenia przejmującego te funkcje organizmu, których z powodu choroby, podawanych leków, uszkodzeń wewnętrznych czy też śmierci, sam nie może podtrzymywać.

I tu po raz pierwszy pojawia się pytanie, czy pacjent, który nie trafił do kostnicy tylko dlatego, że jego funkcje życiowe przejęła skomplikowana aparatura medyczna, w którego ciele krew krąży tylko dlatego, że został do czegoś podłączony, jest jeszcze żywy czy już martwy?

Czy można określić go mianem zwłok z bijącym sercem, czy jest to nadużycie?

W celu rozwiązania dylematu, którego czterdzieści lat temu jeszcze nie było, powstało sformułowanie śmierci mózgowej, oznaczającej ustanie pracy pnia mózgu. Od tej pory za zmarłego uznaje się człowieka, który mimo zachowanego krążenia i poprawnej pracy organów wewnętrznych nie wykazuje aktywności mózgowej, jego wykres EEG jest płaski, a komisja lekarska na podstawie serii badań stwierdza brak odruchów pnia mózgu i jednoznacznie orzeka śmierć mózgową.

Wydawać by się mogło, że na tym temat się kończy. Gdyby nie przypadki pacjentów uznanych za zmarłych, powracających jednak, ku konsternacji lekarzy, do świata żywych.

W maju 2005 roku osiemnastoletni Paweł K. stał się uczestnikiem wypadku komunikacyjnego, w wyniku którego doznał ciężkiego uszkodzenia mózgu. Nie dawał oznak życia.

Ordynator oddziału intensywnej terapii jednego z zachodniopomorskich szpitali poprosiła rodziców chłopaka o podpisanie zgody na pobranie od niego organów.

Podczas dramatycznego pożegnania bliscy zauważyli, że Paweł się poruszył, ale lekarz nie uznał tego faktu za istotny. Rodzina przeniosła pacjenta do Bydgoszczy, gdzie Paweł powrócił do zdrowia. Dziś chodzi, mówi i je.

Podobna historia zdarzyła się w Stanach Zjednoczonych. Gdy Zachariasz Dunlap uległ wypadkowi na quadzie, zdiagnozowano u niego śmierć mózgu. Rodzice wyrazili zgodę na pobranie organów, ale podczas pożegnania jego kuzyni, z zawodu pielęgniarze, nabrali wątpliwości i zaczęli uciskać mu łożysko paznokcia (standardowy zabieg sprawdzający reakcję pacjenta na ból). Zachariasz cofnął dłoń. Mógł nie dać rady i mimo odczuwalnego bólu nie zareagować – zostałby wtedy, po pobraniu organów, pochowany. Nikt nigdy nie dowiedziałby się, że nie umarł w wyniku wypadku, lecz na stole operacyjnym podczas pobierania organów.

Cztery miesiące później, w wywiadzie dla NBC, dwudziestojednolatek wyznał: „słyszałem, jak ogłosili mnie martwym”.

Agnieszka T. z Trójmiasta została na żądanie rodziców przewieziona do szpitala w Bydgoszczy, mimo że opiekująca się nią pani doktor stwierdziła: „stan beznadziejny, pień mózgu zbity, obrzęk, krwiak na płacie czołowym, słowem »warzywko«” – i oczywiście poprosiła rodziców o podpisanie zgody na pobranie organów.

Po dwóch latach od nazwania jej „warzywkiem” Agnieszka na nowo nauczyła się chodzić, czytać, jeść. Zdała maturę i prowadzi dziś aktywne, samodzielne życie.

W połowie lat dziewięćdziesiątych zespół neurologów londyńskiego szpitala Royal Hospital for Neuro-disability pod kierunkiem Keitha Andrewsa stwierdził po przeprowadzeniu badań w kilkunastu klinikach, że w czterdziestu procentach podobnych przypadków postawiono niewłaściwą diagnozę.

 

Zasług transplantologii nie wolno kwestionować i szacunkiem należy otaczać osoby swoją wiedzą, zaangażowaniem i umiejętnościami wspierające tę dziedzinę medycyny.

Zanim jednak dojdzie do uznania pacjenta za „zwłoki z bijącym sercem”, należy zdobyć absolutną pewność, że jego otumaniony lekami mózg, często po ciężkim mechanicznym urazie, nie jest w stanie odzyskać sprawności, ponieważ nie pozostała w nim ani jedna żywa komórka. Że gdzieś na jego dnie, w miejscu, do którego nie ma dostępu oko aparatury, nie tli się iskierka życia, z czasem mogąca wzniecić pożar.

„Chodzi o to, aby ratować człowieka do końca” – powiedzieli rodzice ocalonej Agnieszki T.

Drodzy czytelnicy, nie znajdziecie w tej książce odpowiedzi na żadne z pytań zadanych na początku, bo takich odpowiedzi nie ma. Spotkacie się natomiast z jedną z opcji. Celem tej książki nie jest przestraszenie was ani nakłonienie do opowiedzenia się po którejś ze stron, jej celem jest zachęcenie was do refleksji. Nad przemijaniem, nad kruchością ludzkiej egzystencji, jak również nad tym, kim jestem, dokąd zmierzam i ile znaczę w świecie, o którym tak niewiele wiem.

Przede wszystkim jednak celem tej książki jest danie wam, drodzy czytelnicy, nadziei.

Wszystkich nas czeka jakiś koniec, więc może lepiej nie przywiązywać się zbytnio do życia i nie zamartwiać rzeczami, na które nie ma się wpływu?

Czyż nie zdrowiej jest karmić się nadzieją, że bez względu na to, co nas spotyka, i tak wszystko dobrze się skończy?

Po tej bądź po tamtej stronie...

PROLOG

W godzinie, o której mówi się, że należy do złodziei, samobójców i umierających, pod zamkniętymi powiekami topielicy rozpoczął się pozbawiony scenariusza spektakl jednego widza.

W powolnym tańcu na granicy życia i nieżycia czerń najczarniejsza z czarnych jak gorąca smoła przelewała się i ocierała o smugi matowego grafitu, aksamitną purpurę i rozlane kleksy zgniłej zieleni. Kalejdoskop ponurych barw przetaczał się gdzieś przed nią albo w niej.

Świadomość, która właśnie dźwigała się z martwych, niezdolna była do umiejscowienia w czasie pierwszego aktu mrocznego przedstawienia, przez co kobieta nie umiała odpowiedzieć na pytanie, czy tkwiła w nim od zawsze, czy nawiedzał ją czasami, a może stała się jego widzem po raz pierwszy?

Nie potrafiła wyobrazić sobie, w jaki sposób się zakończy i kiedy to nastąpi, ponieważ nie istniało dla niej pojęcie czasu.

Jak daleko sięgały granice ruchomych, niczego nieprzedstawiających obrazów i co było poza nimi?

Nie znała nic prócz gęstniejącego mroku, klejącego się do niej jak monstrualnych rozmiarów pajęcza sieć. Nie pamiętała innych obrazów, żadnych twarzy, jasnych barw. Nie zdawała sobie sprawy z istnienia smaków, zapachów i dźwięków. O takich określeniach jak przeszłość czy przyszłość w ogóle nie miała pojęcia.

O innych ludziach nie wiedziała nic. Czy jeszcze gdzieś byli, a jeśli tak – kim byli?

Zastanawiała się, czy ich światy wyglądały tak samo jak jej, a jeśli nie, to czy powinna im zazdrościć?

Mózg wyprany z formy kształtowanej przez lata właściwie do niczego jej już nie służył.

Tożsamość, jak makijaż płaczącego klauna, przepadła, nie pozwalając zachować wspomnienia o tym, kim kiedyś była.

W każdej minucie świadomości – jedynie na użytek własny – mnożyła pytania, jednak jej wiedza równa poziomowi wiedzy embriona sprawiała, że nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na żadne z nich.

Kiedy niczego się nie słyszy, niczego nie czuje i widzi tak niewiele, stawianie pytań, choćby bez odpowiedzi, daje mimo wszystko nadzieję, że to, w czym się tkwi, nadal jest życiem.

DZIESIĘĆ MIESIĘCY WCZEŚNIEJ

Doktor Yao Nakamura wszedł do gabinetu. Jak zawsze dzień rozpoczął od umycia rąk i przebrania się w wykrochmalony, sztywny jak z brystolu kitel. Następnie wysoką szklankę z grubego szkła napełnił kostkami lodu – urządzenie do jego wytwarzania zainstalował w swoim gabinecie w dniu, w którym się do niego wprowadził. Identyczne posiadał w mieszkaniu, gdyż nigdy nie pił niczego prócz wody strukturowanej, czyli wcześniej zamrożonej. Szklankę postawił na biurku i włączył ekspres do kawy. Pękaty ceramiczny kubek począł wypełniać się płynem, a gabinet jego intensywną wonią. Chociaż smak kawy nie kusił Nakamury, jej zapach wprawiał go w doskonały nastrój, był lepszy niż kadzidła i wszelkie tworzone w laboratoriach odświeżacze powietrza. W chwili gdy ostatnie krople spadały na hebanową taflę idealnie okrągłego jeziorka, w drzwiach stanął, jak zwykle zasapany, doktor Bernard Pułaski. Niedbale rzucił marynarkę na oparcie fotela i nie przejmując się zagnieceniami, oparł o nią, siadając tak, by mu było wygodnie. Yao podał mu kubek z kawą, po czym wyszarpnął delikatnie marynarkę zza pleców Bernarda i odwiesił na stojący przy drzwiach wieszak. Wszystkie te czynności, w niemalże identycznej formie powtarzane od lat, nie wywoływały w nich żadnych emocji. Wykonywane mechanicznie właściwie nie zaprzątały nawet ich uwagi, chociaż dla obserwatora z zewnątrz mogły wydawać się nieco dziwaczne.

Przez następny kwadrans rozmawiali o pracy, o tym, którego pacjenta należy wesprzeć psychologicznie, z którą rodziną przeprowadzić rozmowę i na jakie wieści ją przygotować.

W miarę jak w kubku ubywało kawy, a w szklance wody z topniejącego lodowca, jak mawiał Bernard, rozmowa schodziła ku sprawom prywatnym.

– Mam zaproszenia do opery, na dziś. Traviata, tego jeszcze nie widziałeś. Masz ochotę pójść? – zapytał tamtego ranka Nakamura.

– Znowu do opery?

– Co poradzę, że dyrektor w ramach wdzięczności za przywrócenie go do życia przysyła mi zaproszenia na każdą premierę? Poza tym lubię operę.

– Ja niekoniecznie, ale wiem, że sam nie pójdziesz – powiedział Bernard niby żartem, chociaż była to najszczersza prawda. Yao bardzo trudno było namówić na wyjście z domu w celach rozrywkowych, dlatego Bernard zgadzał się przecierpieć dwie, czasami trzy godziny, aby umożliwić mu jakąkolwiek rozrywkę. – Zdajesz sobie sprawę, za kogo oni nas tam mają? – zapytał, upijając kolejny łyk kawy. – Dwóch podstarzałych doktorków, przyjeżdżających i odjeżdżających jednym samochodem, najlepiej bawiących się we własnym towarzystwie, bez obrączek...

– A dajże spokój, to kulturalni ludzie.

– I co z tego. Myślisz, że tacy nie lubią plotek?

Nakamura zastanowił się. Przechylił się nad biurkiem w stronę Benka, po czym patrząc mu prosto w oczy, powiedział z miną młodzieńca składającego przysięgę małżeńską:

– Przeszkadza ci to, kochany?

Bernard o mało nie zakrztusił się kawą, nagła salwa śmiechu spowodowała, że parsknął kilkoma kroplami. Potrzebował chwili, aby nad sobą zapanować, a w tym czasie obserwującemu go Yao nie drgnął na twarzy żaden mięsień. Poza Krzysztofem Materną był jedyną osobą znaną Bernardowi, która posiadała umiejętność rozbawiania innych, zachowując jednocześnie grobową powagę.

– W sumie to niewiele mnie to obchodzi... kochany – odpowiedział, wciąż się śmiejąc, nie tyle z tego, co usłyszał, ale ze sposobu, w jaki te słowa zostały wypowiedziane – chociaż gdybym miał wybierać, wolałbym dokończyć naszą partyjkę. Mam cię już właściwie na widelcu i nie mogę się doczekać końca.

– Na widelcu – kpiąco powtórzył Nakamura. – Optymista z ciebie, Bernardzie. Udowodnię ci, że kilkoma posunięciami zmiotę cię z powierzchni szachownicy. Przyglądałem się twojemu położeniu dzisiaj rano, opracowałem strategię, z której się nie wywiniesz.

– Po premierze? – zapytał Pułaski z nadzieją w głosie.

– Po premierze. Długo to nie potrwa.

Drogi Yao i Bernarda po raz pierwszy skrzyżowały się niemal czterdzieści lat temu, gdy obaj byli jeszcze studentami.

Nakamura, dziwak i samotnik, tylko do jednej rzeczy potrzebował partnera – do gry w szachy. Pasja, z jaką Bernard rozgrywał partie, sprawiła, że zaakceptował jego towarzystwo. Wielkim atutem było to, że Bernard milczał podczas gry, czego w innych okolicznościach nie robił. Początkowo spotykali się w rzadkich wolnych chwilach, rozpoczynali grę, nie wdając się w towarzyskie pogawędki, i tak samo ozięble żegnali się po jej skończeniu. Z czasem ich spotkania nabrały systematyczności, więzy poczęły się zacieśniać, w pewien sposób upodobnili się do siebie, pojawiły się tematy do rozmów. Po studiach ich drogi zawodowe się rozeszły, aby po kilku latach znowu się połączyć, dając początek niemalże rytualnym spotkaniom. Rozgrywali coraz dłuższe, coraz trudniejsze i bardziej zawiłe partie, trwające czasami całymi tygodniami. Wspólne wieczory obrosły w zwyczaje, z istnienia których nie zdawali sobie sprawy. Jednym z nich było parzenie przez Yao mocnej czarnej kawy dla Benka. Siedząc nad szachownicą, czasami nawet do świtu, nigdy niczego nie jedli, wypijali za to duże ilości swoich ulubionych napoi – Bernard kawy, Yao wody strukturowanej.

Mieszkanie Yao mieściło się na pierwszym piętrze przepięknej kamienicy przy Jana Kazimierza. Wydawało się olbrzymie, nie dlatego, że naprawdę takie było, ale przez swoje ascetyczne umeblowanie. Najdłuższą ze ścian od podłogi po sufit zajmował regał z książkami ustawionymi równo jak armia chińskich żołnierzy – wystąpienie przed szereg, nawet minimalne, nie miało szansy się tu zdarzyć. Nieopodal biały skórzany fotel do czytania, z podnóżkiem, tak wygodny, że spędzenie w nim nocy nie groziło konsekwencjami w postaci bólu kręgosłupa. Za nim również biała lampa na chudej nodze. Sprzęt stereo najwyższej klasy i kolekcja płyt ukryte za przesuwaną ścianą, głośniki niewidoczne, proste oświetlenie. Nieco z boku, w pobliżu okna bez żadnych zasłon czy firan, stolik do gry w szachy i dwa ergonomiczne krzesła, ustawione tak, aby gracze siedzieli zwróceni do siebie twarzą w twarz.

Szachy były największą dumą Nakamury i najbardziej wartościową rzeczą, jaką posiadał. Jak twierdził Yao, zakupione przed laty na aukcji w Nowym Jorku figury i pionki zrobione z masy perłowej należały kiedyś do Napoleona Bonaparte. To w nich przyjaciele cesarza ukryli plany ucieczki z Wyspy Świętej Heleny, których wódz nigdy nie odkrył i nie wykorzystał.

Odkąd Yao stał się posiadaczem tych szachów, nikt prócz niego i Bernarda Pułaskiego ich nie dotykał.

W kuchni zaledwie kilka szafek, w większości pustych. Wbudowana w ścianę futurystyczna maszyna szwajcarskiej produkcji do wytwarzania lodu, dzięki której Yao uzyskiwał swoją wodę – jak mawiał źródło witalności i młodego wyglądu. Współgrający z nią stylistycznie ekspres do kawy znalazł się tu tylko ze względu na częste odwiedziny Bernarda. Yao nie przyjmował innych gości. W mieszkaniu bywała jeszcze gosposia, ale posługiwała się własnym kompletem kluczy i nauczyła się być dla doktora niewidoczna.

Wszystkie rzeczy osobiste miały stałe, niezmienne od lat miejsce w garderobie przy sypialni, za drzwiami ledwie widocznymi na tle gładkich, szarych ścian.

Żadnych pamiątek, zdjęć, kwiatów czy obrazów. I tylko jedna ozdoba.

Na bocznej ścianie sypialni, w której samotnie zasypiał i budził się Yao Nakamura, wisiał oprawiony w niepozorną ramę szkic węglem przedstawiający „Pietę watykańską” Michała Anioła. Bernard miał swoją psychiatryczną teorię na temat motywów wyboru właśnie tego dzieła, przedstawiającego Marię i jej martwego syna, ale nieproszony o diagnozę, nigdy jej nie przedstawił.

Przypuszczał, że przyjaciel już dawno sam się zdiagnozował.

Większość ludzi nie uznałaby tego mieszkania za przytulne, w pewien sposób stanowiło ono przedłużenie szpitalnej rzeczywistości, w której Nakamura funkcjonował i w której czuł się najlepiej. To surowe i pedantycznie przejrzyste wnętrze było martwą kopią jego samego.

Tak jak zaplanowali, po powrocie z opery zasiedli nad szachownicą, by tego wieczoru skończyć od dawna trwającą partię. Bernard grał czarnymi. Noc była zimna, co wcale nie przeszkadzało Yao popijać lodowatą wodę.

– Ależ wyjec z tej baby. – Zanim jeszcze zaczęli, Bernard postanowił podroczyć się z przyjacielem. Wiedział oczywiście, że Maria Pasęta jest jedną z jego ulubionych wokalistek operowych. Sam też ją lubił, chociaż bardziej za wygląd i wdzięk niż za głos.

– Sumienia nie masz. Partia Violetty to był pokaz wokalnej maestrii. Orkiestra grzmiała jak grom.

– Z tym się akurat zgodzę. Jeszcze huczy mi w głowie, obawiam się, że przez tydzień nie przestanie. O ubytku słuchu nawet nie wspomnę.

– Bluźnierca.

Zdjęli marynarki i muchy – Bernard swoją tuż po opuszczeniu gmachu – rozpięli pierwsze guziki koszul i od razu poczuli się swobodniej.

 

Wpatrując się w ustawienia pionków, doktor Pułaski dokończył kawę. Jak się okazało, jej aromat łagodził obyczaje skuteczniej niż muzyka. Wspólnie się nim rozkoszując, popadli w stan charakterystycznego dla siebie w tej sytuacji odrętwienia. Porzucili wszystko, czym przez cały dzień zaprzątnięte były ich umysły, zaprzestali rozmów, wyciszyli emocje, skupiając się jedynie na układzie figur i analizie popełnionych wcześniej błędów, swoich i przeciwnika.

To była wyjątkowo ważna partia. Okolicznościowa. Honorowa.

Kilka tygodni wcześniej, tuż po meczu, który zakończył się unicestwieniem króla Bernarda, Nakamura zagadnął:

– Zdajesz sobie sprawę, ile to już lat tak gramy?

– Trzydzieści z hakiem?

– W tym miesiącu mija dokładnie trzydzieści siedem lat od naszej pierwszej wspólnej gry. Myślę, że już najwyższy czas, abyś w końcu przyznał, że jestem lepszy.

– Chętnie bym to zrobił, przyjacielu, gdyby cokolwiek na to wskazywało. Jestem jednak przekonany, że szala zwycięstwa jest po mojej stronie. Jedyne, co mogę powiedzieć, to tyle, że jesteś bardzo dobry.

– Dokładnie to samo zamierzałem powiedzieć o tobie – oświadczył Yao spokojnie i z przekonaniem. – Jesteś prawie tak dobry jak ja.

Duma Bernarda została zraniona. Wprawdzie nie liczył na to, że Yao otwarcie uzna przewagę jego umiejętności nad własnymi, niemniej jednak oczekiwał czegoś więcej niż tylko uznania ich za bardzo dobre.

– Skoro tak – powiedział, starając się, aby jego pycha, z której doskonale zdawał sobie sprawę, nie była zbyt widoczna – proponuję rozegrać mecz finałowy. Kto tym razem zwycięży, uznany zostanie za lepszego gracza. Otrzyma laur za całokształt.

– Przyjmuję wyzwanie. Proponuję zrobić kilkudniową przerwę, abyś mógł się w tym czasie przygotować. Są różne podręczniki, niektóre naprawdę dobre, na przykład te Konikowskiego. Zaczniemy, gdy będziesz gotów.

Bernard zignorował przytyk, odchylił się w krześle, splótł ręce z tyłu głowy i wypiął pierś, rozciągając kręgosłup, który zachrobotał, przynosząc ulgę zmęczonym plecom.

– Nie mogę się doczekać chwili, gdy zostaniesz zmuszony, by uznać mnie za mistrza.

Żaden z nich pod groźbą tortur nie przyznałby się do tego, że korzystał z podręczników dla szachistów, by przygotować się do umówionego decydującego starcia. Obaj analizowali najsłynniejsze partie i każdy z nich wybrał spośród wielu kilka posunięć, którymi zamierzał zaskoczyć przeciwnika.

Bernard zdecydował się na otwarcie wymyślone przez mistrza szachowego Adolfa Albina z ofiarą pionka w drugim posunięciu. Był prawie pewien, że Yao nie znał tego otwarcia, co znacznie zwiększało jego szanse na popisowe zwycięstwo.

Rozpoczynając decydujący mecz, mieli wrażenie, że świat im się przygląda, być może dlatego, że przez wielkie okno, przy którym siedzieli, do pokoju swoje srebrne główki wciskały tysiące gwiazd. Wszystko odbywało się jak zawsze, jedynie emocje były nieporównywalnie większe, a im bliżej byli końca, tym bardziej przybierały na sile.

Ostatniego wieczoru czarny król Bernarda stanął twarzą w twarz z białym monarchą Yao. Hetmani, przyczajeni w pobliżu, tylko czekali na okazję, by zdetronizować koronowaną głowę przeciwnika. Yao zagrał o dwa pola sprzed swojej najsilniejszej figury, przemyślał ten ruch dużo wcześniej, musiał jednak zachowywać nieustanną czujność, Bernarda niełatwo było zmylić. Wystarczyła chwila nieuwagi i przyjaciel mógł mu zadać straty nie do odrobienia.

Każdy z nich przekonany był o swojej wygranej, żaden jednak nie lekceważył umiejętności przeciwnika.

Bernard odpowiedział symetrycznie piechurem do przodu o dwa pola. Yao błyskawicznie zareagował swoim ulubionym uderzeniem flankowym, atakującym centralnego oponenta w środku pola walki. I teraz niespodzianka dla białych. Nastąpił manewr Albina pionkiem o dwa pola z atakiem w centrum. Bernardowi w każdym razie się wydawało, że będzie to zaskoczenie dla partnera. Ale złudzenie szybko minęło, gdyż Yao po krótkim zastanowieniu zabił tego żołnierzyka i po marszu pionka do przodu rozwinął swego królewskiego konika. Tym samym białe uniknęły pułapki po błędnym ruchu królewskim pionkiem o jedno pole do przodu, na co wpadają prawie wszyscy amatorzy królewskiej gry. Bernard oblał się zimnym potem. Zachowując kamienną twarz, jednocześnie chylił czoło przed przeciwnikiem. Liczył, że partię rozstrzygnie już w tym momencie, prawie słyszał dźwięk fanfar. Tymczasem partner grał tak, jakby odgadł jego zamierzenia. „Przygotował się” – pomyślał.

Dalej partia potoczyła się normalnym torem. Obie strony rozwinęły swoje siły, schowały królów po roszadach w bezpieczne miejsca i przystąpiły do zaczepnych działań. W pewnym momencie oba białe skoczki poważnie zagroziły pozycji Bernarda. Przez chwilę nawet się przestraszył zmasowanego ataku nieprzyjacielskiej konnicy. Po dłuższym namyśle znalazł jednak wspaniałą ripostę. Oddał swego dumnego hetmana za te dwa konie i uzyskał silny atak na króla. Jego figury systematycznie owijały się wokół władcy nieprzyjaciela. Koniec wydawał się blisko...

Dźwięk komórki Yao rozległ się w chwili, gdy do ostatecznego zwycięstwa i zakończenia partii zostało zaledwie kilka posunięć. Bernard jedynie westchnął, proszenie przyjaciela, aby zignorował dzwoniący telefon, nie miało sensu. O tej porze na ten numer mógł dzwonić tylko ktoś pilnie potrzebujący konsultacji z neurologiem. I to nie pierwszym lepszym, ale właśnie z doktorem Yao Nakamurą. Yao musiałby ulec paraliżowi całego ciała, aby nie odebrać połączenia.

Już wymiana pierwszych zdań dowiodła słuszności przypuszczeń Bernarda. Zostawił przyjaciela sam na sam z głosem w telefonie i na kilka minut zniknął w łazience. Potem dolał sobie kawy i stanąwszy przed biblioteczką, oddał się kontemplacji. Większość książek, na które teraz patrzył, już dawno przeczytał, niemniej ich widok zachwycał go i wzruszał.

Yao zadawał rozmówcy dziesiątki pytań, w końcu jednak dyskusja dobiegła końca. Bernard powrócił na swoje krzesło przed stołem do gry, chociaż czuł, że Yao nie pójdzie jego śladem. Szczątki rozmowy, jakie dobiegły jego uszu, po raz kolejny pozwoliły mu przewidzieć, co za chwilę nastąpi.

– Gdzie tym razem? – zapytał, widząc, że myśli przyjaciela pochłonięte są czymś zupełnie innym niż szachy.

– Poznań, zaraz muszę jechać. Jest tylko jeden problem.

– Kto cię rano zastąpi w szpitalu?

– Mógłbyś? Na obchód wrócę.

– Przecież wiesz, że tak. Jedź i nie spiesz się, poradzimy sobie.

– To już kolejny dyżur, jaki za mnie bierzesz.

Ze szklanką w ręku Yao przeszedł do kuchni, odkręcił wodę, umył naczynie, wytarł do sucha papierowym ręcznikiem i postawił w szafce obok drugiego – identycznego.

Miał w domu tylko dwie szklanki do wody, tak samo jak dwa kieliszki do wina i po dwa komplety innych naczyń i sztućców. Niezbędne minimum. Nic ponad to, czego mógł potrzebować.

– Możesz mi się odwdzięczyć, poświęć minutę na dokończenie gry. Czuję potrzebę triumfu. Jeśli nie mogę być lepszym od ciebie lekarzem, niechże będę przynajmniej lepszym od ciebie graczem.

– Ależ Bernardzie, nie pora na to. Wybacz, ale chciałbym jeszcze wziąć prysznic. – Mówiąc to, stanął nad przyjacielem, wyraźnie oczekując, że ten zacznie zbierać się do wyjścia. – Skoro masz jutro za mnie pracować, powinieneś wypocząć.

– Yao, nie przeciągaj swojej agonii, przyjmij tego mata z honorem i pozwól udowodnić sobie, kto rządzi na szachownicy. – Naprawdę bardzo chciał to zrobić. Wygrana, zwłaszcza w tym meczu, po tylu tygodniach trudnej walki, po chwilach zwątpienia i godzinach zmęczenia przyniosłaby mu poczucie prawdziwego szczęścia.

Tymczasem dostęp do podium zablokował mu jeden telefon. Bernard czuł się sfrustrowany.

– Ćwiczenie cię w cierpliwości przysparza mi tyle samo satysfakcji, co gra z tobą, Bernardzie. Dlatego opuszczę cię właśnie teraz z nadzieją, że nieskończona partia skręci ci w nocy kiszki. Niech to będzie karą za twoje zuchwalstwo.

– Przyznaj się, liczysz na to, że zdołasz jeszcze coś wymyślić i zmienić nieunikniony los.

– Skoro los jest nieunikniony, jak mówisz, cokolwiek bym zrobił, nie zmienię go – powiedział poważnie Nakamura, co nie było niczym niezwykłym. Z pewnością miał to być żart, chociaż wcale tak nie zabrzmiał, ale przecież Bernard znał swojego przyjaciela.

Nie pojmował jednak własnej reakcji na to zwykłe, bądź co bądź, stwierdzenie, dreszczu, który postawił mu włosy na karku. Zupełnie jakby rozpędzony samochód śmignął mu przed nosem, a on w ostatniej sekundzie, robiąc krok w tył, uniknął zderzenia.

– Może byłoby lepiej, gdybyś tym razem odmówił konsultacji? Jesteś zmęczony, a do Poznania długa droga – zaproponował nieśmiało pod wpływem budzącego się niepokoju. – Nikt nie będzie miał o to do ciebie pretensji.

Yao skarcił go wzrokiem, nie rozumiał, co też Bernardowi przyszło nagle do głowy. Podobne wyprawy odbywał przecież dosyć często, a przyjaciel nigdy nie próbował go przed nimi powstrzymywać.

– Nie mogę, wszyscy im już odmówili. Chodzi o młodego taternika, oderwał się od skały. Mija druga doba od wypadku, a już rano ma otrzymać akt zgonu. Jego przyjaciele nie zgadzają się z tym, błagają o opinię, chcą wiedzieć, czy przeniesienie go do prywatnej kliniki ma jeszcze jakiś sens.

– W takim razie nie będę cię zatrzymywał. – Bernard wstał. Yao ruszył za nim w kierunku drzwi. – Powodzenia. – Poklepał go po ramieniu. – Szkoda, że nie dokończyliśmy gry, ale co się odwlecze... Zresztą sam wiesz.

Wychodząc, nie czuł tego, co wcześniej. Na szczęście niepokój okazał się chwilowy, zniknął, nie pozostawiając w pamięci Bernarda najmniejszego śladu.

DZIESIĘĆ MIESIĘCY PÓŹNIEJ

Dzień miał się ku końcowi, nocna zmiana zaczęła już pracę, ale doktor Bernard Pułaski, mimo wielogodzinnej obecności na oddziale, nie czuł zmęczenia. Ostatnio miewał się doskonale, bóle w krzyżu, na które uskarżał się od lat, samoistnie ustąpiły, mięśnie nabrały sprężystości, energia i zapał do pracy dorównywały tym sprzed trzech dekad. Jedni pacjenci się pojawiali, inni odchodzili, jedni rzucali się w wir życia, inni bronili się przed nim, umykali. Jakoś się to wszystko kręciło.

Pielęgniarka za kontuarem czytała zlecenia na noc, zostawione przez lekarza dyżurnego. Nie odrywając oczu od zapisków, wyciągnęła rękę i po omacku zaczęła szukać długopisu. Wiedziała, że powinien leżeć gdzieś między kartkami. Gdy poczuła chłód na plecach, drugą ręką naciągnęła na ramiona wełniany szal, przewieszony dotychczas przez oparcie krzesła. Chwilę później tę samą rękę wsunęła w kieszeń fartucha, wyjęła z niej krówkę, zębami pozbawiła opakowania i włożyła całą do ust, jednocześnie zgniatając papierek.

Inne książki tego autora