Piętno Katriny

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Niektóre rodziny, zwłaszcza mieszkające w domach podobnych do waszego, miały schrony, betonowe dziury w ziemi, mające w razie potrzeby chronić ich członków przed huraganem. – Gdy papieros się już dopalał, Baker powrócił do przerwanego wątku opowieści. – W końcu huragany na tym obszarze to żadna nowość, ludzie się przystosowali. – Znowu zwilżył i oblizał usta. – Niestety, podczas Katriny te schrony stały się ich grobami...

– Woda?

– Nikt się nie spodziewał, że będzie jej aż tyle. Wały nie wytrzymały i to, co miało ludzi chronić, zabiło ich. Byłem na kilku akcjach wyciągania topielców z takich schronów, uwierz, nie chciałbyś tego widzieć. Gdy woda opadła, odsłaniając grunty, w piwnicach i podziemnych bunkrach było jej jeszcze po sufit. Po otwarciu włazów oczom ratowników ukazywały się dryfujące, wzdęte ciała. Całe rodziny, dzieci w piżamkach, makabra, jakiej sam Hitchcock by nie wymyślił. A najgorsze w tym jest to – uderzył otwartą dłonią w ścianę przy oknie – że sami jesteśmy za to wszystko odpowiedzialni.

– Co masz na myśli?

– A jak sądzisz, skąd taka siła huraganu, skąd taka fala i taki napór wody, że wały runęły?

– Natura jest nieobliczalna...

– Natura, drogi kolego, wtedy jest nieobliczalna, kiedy człowiek w swojej niepojętej głupocie próbuje ją okiełznać i sobie podporządkować – wyjaśnił poirytowany. Przeszedł przez gabinet, po drodze wypijając resztkę trunku i wrzucając kubek do kosza przy umywalce. Odkręcił kurek z ciepłą wodą i długo namydlając ręce, mówił: – Cesarzowi, co cesarskie, a Bogu, co boskie, a parafrazując, człowiekowi, co ludzkie, naturze, co z natury. Ci głupcy, do których i ja przynależę z racji gatunku, zniszczyli deltę Missisipi, w ciągu osiemdziesięciu lat zmniejszając jej obszar o jedną trzecią. Gwoździem do trumny była budowa wałów przeciwpowodziowych wzdłuż Missisipi, one uniemożliwiły rzece znoszenie osadów. – Samuel Baker wciąż namydlał i spłukiwał ręce, ale widać było, że ta czynność go uspokaja. – Do tego doszło odkrycie ropy naftowej w zatoce i pięćdziesiąt tysięcy studni wiertniczych, wyobrażasz sobie? Tysiące kilometrów kanałów, umożliwiających dotarcie do nich... Gdy człowiek się nad tym zastanowi, trudno jest pojąć, że doprowadzili do tego inteligentni ludzie. Wielkie umysły świata nauki. – Wytarł ręce papierowym ręcznikiem i usiadł na swoim miejscu, przy szklanym stole, Hubert usadowił się naprzeciwko. – Tak długo niszczyli i dewastowali, zacierając ręce za każdym razem, gdy sprawdzali stan swoich kont, że w końcu natura pokazała im środkowy palec. I wystawiła rachunek, niewart tych wszystkich wcześniej zarobionych dolarów. Zniszczyła ich domy, odebrała rodziny, zrujnowała im życie.

Samuel Baker odetchnął głęboko, wydawał się zmęczony. Spojrzał na zegarek wiszący nad drzwiami, dochodziła piętnasta.

– Czy ja cię przypadkiem nie zatrzymuję, Hubercie? Bo jeśli musisz iść, to dokończymy innym razem.

– Umówiłem się z żoną, że przyjedzie po mnie po wizycie w przedszkolu. – On również spojrzał na zegarek. – Myślę, że wkrótce powinna się zjawić. Do tego czasu i tak tu zostanę. Powinienem wprawdzie – uniósł brwi i skinął głową w stronę drzwi – urządzać się w swoim gabinecie, ale co tam, nawiązywanie więzi sąsiedzkich jest równie ważne.

– Słusznie. Napijesz się jeszcze? – Baker uniósł butelkę nad stół, ale Hubert zaprzeczył gestem.

– Nie, mam już dosyć. Dziękuję.

Doktor dokręcił korek na chudej szyjce i wstawił butelkę do szafki pod stołem, jednocześnie kontynuując swoją opowieść.

– Trzeciego dnia po przybyciu do tej makabrycznej Wenecji spakowałem się z zamiarem jej opuszczenia, nawet kosztem własnej reputacji. Było to po tym, jak oczyszczaliśmy teren szkółki jeździeckiej. Mieliśmy informacje, że podczas huraganu przebywali w niej instruktorzy i dzieci. Znaleźliśmy ich w zalanym schronie na środku podwórza, na który zwalił się kontener rzucony przez Katrinę. Po otwarciu włazu zobaczyłem coś, co wraca do mnie za każdym razem, gdy zamykam oczy. – Pokręcił głową, jakby z niedowierzaniem. – W kwadratowym otworze wypełnionym po brzegi wodą, białe i spuchnięte, jak śnięte ryby, tłoczyły się ciała topielców. Napierały na siebie i kołysały się lekko, odniosłem wrażenie, że przeciskają się do wyjścia, by czym prędzej się wydostać. Siedem osób, sześcioro dzieci i jedna opiekunka, może dwudziestoletnia dziewczyna w stroju do konnej jazdy. Na wewnętrznej stronie włazu dostrzegłem wyżłobienia, podłużne kształty przecinające się chaotycznie, płytsze i głębsze kreski. Przypominały rany na ciele, odniesione podczas walki z kotem.

Zrobiło mi się słabo, gdy uświadomiłem sobie, że zrobiły je te dzieciaki, próbując się wydostać. Mimo że zdarły sobie paznokcie, i tak nie miały żadnych szans, kontener, którym zostało zablokowane wyjście, odsuwało za pomocą lin kilku mężczyzn.

Nie mogłem dłużej znieść tego piekła, sądziłem, że moja żona poprze mnie i razem się stąd wyniesiemy. Oj, ja głupi, jak słabo ją znałem, Stefania tymczasem oświadczyła, że zostaje, a ja mogę robić, co zechcę. Cholernie mnie zawstydziła. Kląłem pod nosem, żałowałem, że zostałem lekarzem, a nie adwokatem, jak chcieli rodzice, odgrażałem się losowi, ale następnego dnia, po pracy w szpitalu, znowu wlazłem w kombinezon i wyjechałem w teren. Byłem wtedy pewien, że wyciąganie ludzi z piwnic ich domów, z samochodów, którymi próbowali uciec przed huraganem, jest najgorszym przeżyciem, jakiego kiedykolwiek doświadczę. Ale pomyliłem się. – Hubert drgnął zaciekawiony, on też nie mógł wyobrazić sobie nic gorszego. – Dwa albo trzy dni później znalazłem się w grupie porządkującej cmentarz. Woda wypłukała z ziemi wszystkie trumny, niektóre z nich jeszcze kilka tygodni później dryfowały deltą Missisipi. Większość huragan roztrzaskał, inne rozpadły się ze starości, ich zawartość porozrzucana była po całym mieście. Stuletnie szkielety i zwłoki pochowane kilka tygodni wcześniej, w stanie zaawansowanego rozkładu. Splątane ze sobą, z gałęziami połamanych drzew, ze starymi rowerami, wiszące na huśtawkach, zakleszczone w bramkach. Wtedy znowu pożałowałem, że tu jestem. Gdyby nie siła, którą czerpałem od swojej żony, nie zniósłbym tego. Ona była nieugięta, dużo silniejsza niż niejeden żołnierz.

– Też była lekarzem?

– Chirurgiem.

Zapalili po raz drugi.

Gdzieś z dołu dobiegły ich odgłosy radia, jakaś kobieta krzyczała z okna na swojego męża, a on, nic sobie z tego nie robiąc, szedł z grupką innych mężczyzn, po czym zniknął za zakrętem. Kobieta wołała go jeszcze kilka razy po imieniu, w końcu z trzaskiem zamknęła okno i zasunęła zasłony.

Ulicą przebiegła inna kobieta, z dzieckiem w objęciach, zbyt dużym i ciężkim, aby je nosić. Tuliła je jednak, rozglądając się, jak się po chwili okazało, w poszukiwaniu taksówki.

– Za każdym razem, gdy niebo zasnuwają chmury i zrywa się wiatr, ludzie w tym mieście stają się bardzo nerwowi – wyjaśnił Samuel, a Hubert musiał przyznać mu rację. Poruszenie, jakie obserwował, było wyraźne, chociaż wydawało się nieuzasadnione. To był tylko wiatr, mogło się nawet nie rozpadać. – Ci ludzie jeszcze nie wyszli z traumy. Większość z nich do dziś odczuwa skutki szoku pourazowego, a medycyna nie może im pomóc. Ich jest za dużo, a lekarzy za mało. Jedyny oddział psychiatryczny w szpitalu miejskim od dwa tysiące piątego roku pęka w szwach. Będziesz miał naprawdę dużo pracy, Hubercie, jeśli zdecydujecie się tu zostać.

– Myślę, że ja sobie z tym poradzę, obawiam się jednak o reakcję Rebeki. Gdy ujrzy to miasto w świetle, w jakim mi je ukazałeś, może mieć obawy.

Hubert nie miał wątpliwości, że tak właśnie będzie. Dom, chociaż piękny, nie przekona Rebeki do pozostania w miejscu zamieszkanym przez ludzi przypominających zombie.

Nie mogłaby tego zrobić Markusowi.

Dla Huberta jednak, gdy nieco ochłonął po opowieści Samuela, mieszkanie i praca, zwłaszcza praca w Norco Valley, zaczęły nabierać kuszących kształtów.

Miał już po dziurki w nosie bycia asystentem czy wręcz wychowankiem swojej żony. Zgoda, namówiła go na ukończenie studiów, ale przecież nie skończyła ich za niego. I znalazła dla niego posadę, której bez jej wstawiennictwa nigdy by nie dostał, lecz przecież za niego nie pracowała. Robił to sam, więc tak naprawdę najwięcej zawdzięczał sobie. Nadzorowała również jego prace, uczestniczyła w diagnozowaniu, pomagała opracowywać metody działania i najbardziej efektywnego postępowania z pacjentem, ale i bez jej udziału by sobie poradził. Nie był od niej głupszy, miał jedynie gorszy start. Przypadki najtrudniejsze, najbardziej problemowe, bezceremonialnie przejmowała, z nieświadomym okrucieństwem dając mu do zrozumienia, że nigdy jej nie dorówna. A to nie była prawda. Mógł być tak dobry jak ona, mógł być nawet lepszy, o ile nikt nie wchodziłby mu w drogę. Znał się na tej robocie. Potrafił nakłonić innych do tego, aby jedli mu z ręki. Już od dziecka posiadał tę umiejętność, a przez lata nauczył się świetnie ją wykorzystywać. Niewiele osób potrafiło oprzeć się jego urokowi, Rebeka, mimo wszystkich swoich dyplomów, też nie zdołała. Nie był bogaty, nie osiągnął niczego szczególnego, nie spodobał się też jej bliskim, a mimo to teraz należała do niego.

Zaczynając od nowa w Norco Valley, Hubert nareszcie mógłby stworzyć własny zawodowy wizerunek. Nieobciążony błędami młodości ani opiekuńczą obecnością żony, szybko zyskałby szacunek, o który zabiegał całe życie.

O osiągnięciach Rebeki, jej tytułach i zasługach nikt się tu nie dowie. Są już bez znaczenia, głównie dlatego, że Rebeka sama odrzuciła naukową przeszłość.

Żyła w przekonaniu, że poniosła zawodową klęskę.

Kto, jeśli nie ona, powinien na czas zorientować się, że z Travisem dzieje się coś złego?

Matki nie zawsze umieją dostrzec depresję u swoich dzieci, bagatelizują ich problemy, przytłoczone własnymi, i to im się wybacza, ale matki psycholożki nie mają dla siebie usprawiedliwienia.

 

I ona go nie miała. Porzuciła zatem idee, które się nie sprawdziły, przyjaciół i pracę. Wzgardziła teoriami i naukowym podejściem do człowieka. Możliwość odrodzenia, o ile w ogóle brała ją pod uwagę, potrafiła wyobrazić sobie jedynie poprzez oddanie się najprostszym funkcjom życiowym u boku męża i syna. Bez planowania przyszłości, rozmyślań o losach świata, bez podnoszenia ambicjonalnej poprzeczki.

Hubertowi odpowiadał taki układ.

Liczył, że w nowych okolicznościach i w nowych rolach każde z nich odnajdzie swoje miejsce: Rebeka – czułej żony i troskliwej matki, on – głowy rodziny.

NORCO VALLEY przypominało trochę miasteczko z Dzikiego Zachodu – większość mieszkańców stanowili niezamożni czarnoskórzy. Wiele sklepów, puby i hotel stylizowanych było na zabudowę dziewiętnastowieczną. Niektóre ulice pokrywał bruk wyglądający na taki, co pamięta konne dyliżanse pocztowe, chociaż został ułożony niedawno, podczas odbudowy miasta. Dużo drewna, kamienia i niewyszukanych kompozycji kwiatowych zdobiących okna nadawały miasteczku leniwy klimat miejsca, w którym życie płynie spokojnie, a jedynym zmartwieniem mieszkańców są wyniki rozgrywek futbolowych.

Hubert już wiedział, że rzeczywistość Norco Valley tylko przypomina lemoniadę i landrynki, we wnętrzu zaś ukrywa gorycz, od której cierpnie skóra. Nie zamierzał jednak dzielić się z rodziną niedawno nabytą wiedzą. Na zmianę decyzji i tak już było za późno.

Obiad zjedli w mieście, potem spacerowali, trochę się rozglądając, i zrobili zakupy. Wiatr osłabł, co miało swoje odbicie w zachowaniu mieszkańców. Snuli się leniwie albo przysiadali na skwerach, słuchając jazzowych kawałków, co rusz przez kogoś wygrywanych. Sączyli mrożoną herbatę, czasami piwo, czytali i rozmawiali, sprawiając wrażenie ludzi, którzy mają mnóstwo czasu. Heeneyowie, mimo że obcy, nie wzbudzali szczególnego zainteresowania. Można było odnieść wrażenie, że mieszkańców miasteczka nic nie dziwi. Z równą obojętnością mijali ekstrawagancką tancerkę w spódnicy z trawy i o wytatuowanej twarzy, jak i mężczyznę w fiołkowym garniturze, kapeluszu i tęczówkach oczu w identycznym kolorze.

Wyjeżdżając z miasta, minęli supermarket i McDonalda, trochę dalej centrum ogrodnicze, za którym prostą i pustą drogą przejechali między równoległymi ścianami lasu. Gdy zwarte szeregi drzew przerzedziły się, cień chroniący asfalt przed nagrzaniem zaczął się rwać, by w końcu całkiem zniknąć. Wjechali teraz na suchą równinę, nad którą buzowało nagrzane powietrze. Krajobraz przypominał sawannę, bure trawy kołysały się lekko, dając schronienie drobnej zwierzynie. Duży ptak na szeroko rozpostartych skrzydłach zawisł nieruchomo nad ziemią. Całe niebo należało do niego.

– Opowiedzcie mi jeszcze o przedszkolu – poprosił Hubert, mimo że już na ten temat rozmawiali. Nie lubił, gdy Rebeka popadała w zbyt długie zamyślenie. Gdzieś tam w swoim wnętrzu jego żona była jak ten zawieszony nad ziemią ptak, którego widział przed chwilą, odsłonięta, wystawiona na większego od siebie drapieżnika, samotna. Nie chciał, aby jej myśli szybowały w niebezpiecznym kierunku, dlatego wciąż zachowywał czujność.

– Przedszkole jest w porządku, bardzo małe, niewiele w nim dzieci. – Rebeka, nie odrywając oczu od ptaka, powtórzyła to, co mówiła przy obiedzie.

– To chyba dobrze?

– Moja pani jest bardzo ładna – wtrącił siedzący z tyłu Markus. – Dostałem własną szafkę, gdzie będę mógł trzymać różne rzeczy.

– Wspaniale – ucieszył się ojciec. – A jak koledzy i koleżanki? Poznałeś ich?

Zachęcony pytaniem chłopiec popłynął na fali fantazji, zalewając rodziców potokiem słów o tym, jak wszyscy się ucieszyli na jego widok i ile nowych znajomości zawarł. Mówił z pasją możliwą jedynie u przedszkolaka, nie robiąc prawie przerw na oddech.

Prawda jednak była taka, że nie wychylił nosa zza nóg matki, a gdy ktoś próbował go do tego zachęcić, spuszczał głowę i się czerwienił. Rodzice znali bujną wyobraźnię i szczególną wrażliwość syna, która pogłębiła się jeszcze po śmierci brata. Kochał Travisa, stawiając go nawet ponad rodzicami. Naśladował go we wszystkim i to na jego uznanie próbował głównie zasłużyć. Travis natomiast z rzadką u nastolatków powagą pełnił rolę starszego brata. Wtajemniczał Markusa w opowieści o upiorach, pokazując mu za zamkniętymi drzwiami pokoju swoje komiksy. To on wprowadził go w świat Internetu i gier, rzeczy absolutnie przez rodziców zakazanych, uczył malować sprayem i strzelać z pistoletu na kulki do puszek w ogrodzie. Łączyły ich wspólne tajemnice. Przebywanie w domu pod opieką brata zawsze było zapowiedzią przygody.

Pochłonięci relacją syna, zajechali pod dom. Hubert otworzył drzwi auta i wystawił nogę na zewnątrz, po czym zastygł w tej pozycji. Markus nie przestawał mówić, ale ojciec już go nie słyszał. Podciągając się na kierownicy, zadarł głowę, wpatrując się w dom przez przednią szybę z takim wyrazem twarzy, jaki może mieć jedynie krótkowidz próbujący odczytać napis nad autostradą. Zdezorientowana Rebeka patrzyła na męża ze zmarszczonymi brwiami, następnie powiodła spojrzeniem za jego wzrokiem.

– Na pewno były zamknięte, gdy wyjeżdżaliśmy... – Wypowiedziała słowa, które on zatrzymał dla siebie.

Wierzchem dłoni otarł z czoła pot. Niepokój w nim narastał. Czuł go jak podchodzącą do gardła falę wymiocin. Zastanawiał się, co powinien teraz zrobić.

Okiennice we wszystkich oknach były odrzucone na boki, niczym czyjeś stęsknione ramiona. Drzwi wejściowe, jak dziura po strzale z broni dużego kalibru, stały otworem. Zamek zdawał się nieuszkodzony, do jego otwarcia najwyraźniej posłużył klucz, a nie łom.

Ktokolwiek był w środku, nie zapalił światła. Półmrok podczas plądrowania mógł stanowić niedogodność, lecz z pewnością był mniej ryzykowny niż afiszowanie się z obecnością.

Gdy pierwszego dnia po przyjeździe zdarzyło się coś takiego, Hubertowi udało się przekonać samego siebie, że jednak zapomniał o zamknięciu drzwi. Z domu nic nie zginęło, nie było śladów obecności innych osób, więc przyjął jedyne rozsądne wytłumaczenie. Ale nie tym razem. Dziś nie miał wątpliwości, że przekręcił klucz w zamku, a potem szarpnął za klamkę.

Ogarnęła go złość. Rozejrzał się w poszukiwaniu konia zaprzężonego do ponurej dwukółki. Podwórze było puste.

– Zostańcie w samochodzie – polecił. Idąc, wydłużał kroki, żeby dodać sobie pewności. Schylił się po leżący na ziemi, ułamany trzonek od łopaty, który od jakiegoś czasu służył Markusowi do zabawy, i tak uzbrojony przeszedł przez próg.

W domu panowała cisza, dlatego każde skrzypnięcie deski pod stopami, a nawet trzeszczenie gumowych podeszew butów Huberta wydawało się głośne. Szedł ostrożnie, ściskając w ręku trzonek i zaglądając do mijanych pomieszczeń. Salon był pusty, panował w nim porządek, w kuchni żadnych wywróconych szuflad ani pootwieranych szafek. Zerknął przez szklaną ścianę, po podwórzu wędrowały ruchome cienie wielkiego wiązu królującego nad dachem, ale już nie robiło to na nim wrażenia, lecz zanim do cieni przywykł, czuł się niepewnie. Gdy bezszelestnie prześlizgiwały mu się po plecach, odnosił wrażenie, że jest obserwowany. Zupełnie jakby ktoś, nie chcąc się ujawniać, chodził za nim. Odwracał się wtedy raptownie, lecz zawsze o jedno mrugnięcie oka za późno. Cienie uskakiwały, jak dzieci bawiące się w chowanego. Gdy nie bez strachu zaglądał w zakamarki, na powrót stawały się tylko ruchomym odbiciem liści i gałęzi.

Sprawdził łazienkę i małą spiżarnię, nie znajdując w nich niczego niepokojącego. Starał się stąpać miękko, aby odgłos kroków nie spłoszył intruza, którego obecność czuł coraz wyraźniej. Zastanawiał się nawet, czy ten ktoś już go przypadkiem nie obserwuje, nie czai się za ścianą, z kijem bejsbolowym nad głową.

„Gdyby udało mu się mnie ogłuszyć, co zrobiłby z Rebeką i Markusem?” – zastanawiał się, rozważając powrót do samochodu i wezwanie policji. Powstrzymała go jednak narastająca złość. Ktoś wtargnął pod jego dach, przestraszył, a zostawiając okna i drzwi otwarte, wyraźnie prowokował. Hubert czuł niepohamowaną ochotę, aby osobiście rozwalić mu czaszkę. Jednocześnie liczył na to, że nie przyjdzie mu stanąć twarzą w twarz z uzbrojonym małżeństwem McDylanów ani recydywistą o łapach jak udziec barani. Co najwyżej był gotów stawić czoło chwiejącemu się na nogach bezdomnemu.

Po sprawdzeniu parteru, nasłuchując, zatrzymał się w holu. Zamierzał właśnie ruszyć na piętro, gdy usłyszał szmer z dołu, tuż pod swoimi stopami. Miał pod nimi właz prowadzący do piwnicy. Odkąd zobaczył ten dom po raz pierwszy, zastanawiał się, co architekt chciał osiągnąć, projektując właśnie takie wejście zamiast tradycyjnych drzwi, ale nie znalazł odpowiedzi.

Czuł jednak, że musi tam zajrzeć. Nie spodziewał się zastać złodzieja ukrywającego się pod domem, szczerze mówiąc, w ogóle zaczął wątpić w jego obecność, ale w piwnicy niewątpliwie coś było. Słyszał to. Może zabłąkany szczeniak albo ptak, który jakimś cudem się tam dostał?

Jednym szarpnięciem odrzucił zbity z grubych desek właz, wilgotny podmuch uderzył go w twarz. Cofnął się i wzdrygnął. Zimne powietrze wydostało się na zewnątrz, oplotło mu nogi, a potem, jak zamroczony ślepiec, pełzło przez korytarz w stronę wyjścia. Hubert zajrzał do środka, gdzie strome, wąskie schody niknęły w dziurze wypełnionej ciemnością. Ostrożnie po nich zszedł.

Żarówka chwiała się na oplecionym pajęczyną przewodzie, oświetlając zaledwie środek pomieszczenia. Nie sposób się tu było zorientować, czy jest dzień czy noc. Hubert nie znał tego miejsca zbyt dobrze. Schodził tu zaledwie kilka razy, znosząc puste pudła po przeprowadzce.

Ściany niknęły w mroku, nietrudno byłoby się komuś w nim ukryć. Hubert uderzył kijem w stojący najbliżej karton, zdając sobie sprawę z tego, że w ten sposób mógłby wypłoszyć co najwyżej mysz. Dźwięk szybko się urwał. Dziwnie się czuł. Od nagłej zmiany temperatury i oświetlenia kręciło mu się w głowie. Miał wrażenie, że śledzi go oko kamery, a obraz wyświetlany na czarno-białym monitorze, drżący i nieostry, obserwuje on sam. Widzi na nim siebie, jak stoi pod żarówką, groteskowo ściskając w dłoni trzonek od łopaty. Rozgląda się i obraca, jakby oczekując, że za chwilę coś rzuci mu się na plecy. Robi kilka kroków, ale przystaje, nie mając odwagi wejść między cienie. Waha się, w końcu powoli, tyłem zaczyna wycofywać się w stronę schodów. Gdy natrafia plecami na drewnianą poręcz, odwraca się i unosi oczy.

W jasnym kwadracie światła nad głową widzi postać. To chyba dziecko, chociaż trudno to stwierdzić z całą pewnością. Przyglądają się sobie. Huberta ogrania strach. Nie umie go wytłumaczyć ani też powstrzymać. Ma wrażenie, że pod wpływem spojrzenia postaci stojącej nad nim słabnie, jak w gorączce. I jak w gorączce zaczyna się pocić. Chciałby zawołać na tego małego, ale nie jest w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Chciałby uciec, lecz nie ma dokąd. Nagle właz zatrzaskuje się z impetem, a omszała żarówka przez sekundę dogorywa w konwulsjach i gaśnie. Ciemność oszałamia Huberta. Pochłania go z taką siłą, że mężczyzna traci orientację, puszcza poręcz, która pomogłaby mu się wspiąć, i nie potrafi jej odnaleźć. Stara się nie poddawać panice, ale surrealizm sytuacji wzmaga poczucie niepewności i zagrożenia. Nerwowo maca rękoma powietrze. Zdaje mu się, że coś mokrego musnęło jego dłoń, cofa ją instynktownie. Nagle w jego głowie pojawia się myśl, że zostanie tu na zawsze. Krzyczy z całych sił, ale jego głos do nikogo nie dociera. Nie może się wzbić i przedrzeć przez betonowe sklepienie, ledwo się podrywa, a zaraz opada, jak ptak z przetrąconym skrzydłem. Myśli Huberta opanowuje przekonanie, że choćby odnalazł schody, klapy od wewnątrz nie da się otworzyć. Może zedrzeć sobie palce, a i tak nie zdoła jej unieść. Nie może sobie przypomnieć, skąd to wie, ale jest tego pewien. Przed jego oczami pojawiają się bruzdy w deskach. Głębokie, przecinające się zadrapania, złowieszcze jak uśmiech grabarza. Piwnica jest duża, jednak jemu zaczyna brakować powietrza, każdy oddech jest coraz bardziej bolesny. Bliski histerii zaplątuje się we własne nogi, potyka, lecz w ostatniej chwili chwyta równowagę. Czegoś się przytrzymał, szuka po omacku, co to było, ale na nic nie trafia. Słyszy werble własnego serca i coś jeszcze... szuranie, skrobanie? Skrobanie i głosy, ktoś go woła... nie, nie jego... Słyszy stłumiony płacz, jakby za ścianą. Trudno to powiedzieć na pewno, bo nie wie, jak daleko jest od ścian.

Buty nasiąkają mu wodą, ale nawet tego nie czuje...

POSTANOWIŁ, ŻE PRZEŻYCIE z piwnicy zachowa dla siebie. Gdy właz się w końcu otworzył i Hubert zobaczył nad sobą twarz żony i syna, pomyślał, że to właśnie Markus chwilę wcześniej go zatrzasnął. Ale nie zamierzał tematu roztrząsać. Mały na pewno by się wyparł, a jemu nie zależało na podsycaniu nerwowej atmosfery. Może później, gdy zostaną sami, zapyta go o to?

 

Zamknął piwnicę i poprosił Rebekę, aby do niej nie schodziła.

– Myślałam, że urządzimy tam pralnię i suszarnię, ale może faktycznie nie jest to dobry pomysł. Schody są zbyt strome, łatwo byłoby z nich spaść – powiedziała, przyglądając się jego obuwiu. – I stoi w niej woda. A to chyba niedobrze.

Hubert ze zdziwieniem spostrzegł, że jego trampki są mokre.

– Coś się na to poradzi – rzucił, starając się nadać głosowi obojętny ton.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora