Piętno Katriny

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Miała to, list polecony z agencji pracy dla studentów, a w nim potwierdzenie zatrudnienia. Leci do Ameryki! To będzie jej najdalsza samodzielna podróż. Nie mogła opanować ekscytacji. Praca stanowiła zaledwie pretekst, to Ameryka ją kusiła. Urodziła się tam i mieszkała przez kilka pierwszych lat, ale jedyne, co z tamtego okresu pamiętała, to dom z ogrodem i kilka niewyraźnych scen z przedszkola. Teraz będzie inaczej, nareszcie pozna Stany tak, jak zawsze chciała, i będzie mogła wyrobić sobie własną opinię. Trzy miesiące pracy na basenie miejskim w Nowym Orleanie i miesiąc na zwiedzanie, na początek wystarczy. Nowy Jork, Miami, Los Angeles, zdąży zobaczyć to wszystko i wrócić przed nowym rokiem akademickim. Wiedziała, że się uda. Czuła, że przeżyje tam coś, czego nie mogłaby doświadczyć w żadnym innym miejscu na świecie.

Było to jedno z tych przeczuć, jakie miewała w dzieciństwie, przeczuć, które zawsze się sprawdzały. Myślała, że okres dojrzewania pozbawił ją zdolności intuicyjnego przewidywania przyszłości, okazało się jednak, że nie do końca, bo właśnie teraz tego doświadczała.

Wydarzy się coś naprawdę wielkiego. Nie mogła się doczekać.

Szła środkiem brukowanej ulicy, między pięknie odnowionymi kamienicami, i uśmiechała się do siebie. Był początek maja, wyjątkowo w tym roku gorącego. Świnoujskie rabaty już uginały się pod ciężarem kwiatów. W tym roku miasto znowu powalczy o miano najpiękniej ukwieconego w Polsce i zapewne ponownie znajdzie się na podium.

Przerzucona przez ramię torba obijała jej się o udo w rytm kroków. Nie włożyła do niej listu, ściskała go w dłoni, powstrzymując się, aby ponownie go nie ucałować. Minęła smażalnię pączków, przed którą jak zawsze ustawił się ogonek, czy raczej ogon, zwabionych zapachem łasuchów. W ogródku El Papa-Pilar kilka osób jadło wczesną kolację. Przez chwilę rozważała, czy nie usiąść i nie zamówić piwa, by uczcić tę chwilę, ale zrezygnowała, gdyż wypatrzyła wolny leżak, akurat ten, o którym myślała „mój”. Podeszła do niego zdecydowanym krokiem, aby nikomu nie przyszło do głowy ją ubiec. Rzuciła torbę i rozciągnęła ciało na drewnianej konstrukcji, zadziwiająco wygodnej. To było jej ulubione miejsce w mieście. Miała ich kilka, jednak plac Wolności był szczególny. Było tu wszystko, co sprawiało, że czuła się dobrze. Ulubiona mała księgarnia, pyszna El Papa, budka z lodami i mrożoną kawą, jakiej na próżno szukać w wykwintnych restauracjach. Klomby z kwiatami, turyści, roześmiane dzieciaki chlapiące się w fontannie. Nawet gdy nie była na urlopie, to tu zawsze czuła się tak, jakby była. W pogodny dzień potrafiła przeleżeć z książką na swoim ulubionym leżaku nawet kilka godzin.

Trzymała list w zaciśniętej pięści. Dziś wieczorem pokaże go rodzicom. Zaczeka, aż będą razem, może przy kolacji? Mama pewnie trochę się zmartwi, w końcu Ameryka to nie jakiś tam Amsterdam czy Praga, gdzie Amy jeździła z przyjaciółmi, to drugi koniec świata. Ale i tak da jej na drogę swoje błogosławieństwo. Trafiła jej się wspaniała rodzina.

Rodzice za młodu wiele podróżowali, wiązało się to głównie z pracą ich obojga, więc rozumieli zainteresowanie światem młodszej córki. Wspierali ją nie tylko finansowo, ich dobre rady i stare kontakty często okazywały się dla Amy warte dużo więcej. Niestety, od czasów młodości rodziców świat się zmienił i Olga Pietrzak, matka Amy, uważała go teraz za miejsce dużo bardziej niebezpieczne. Nie miała nic przeciwko eskapadom córki do różnych miejsc w Europie, przyklasnęła nawet pomysłowi podróży do Meksyku, jednak gdy chodziło o Stany, wyrażała niezrozumiały dla innych lęk.

– Jest tyle miejsc na świecie, w których nigdy nie byłaś, dlaczego pchasz się akurat tam? – pytała z niepokojem.

– Bo tam się urodziłam, pamiętasz? – odpowiadała Amy za każdym razem bardziej zirytowana. – Poza tym to wielki, piękny kraj, chcę go zobaczyć. Nie rozumiem twojego zdziwienia, mamo. Wiesz przecież, że wszędzie może się zdarzyć i wszystko, i nic.

– Ty i te twoje książkowe mądrości – kwitowała, bezsilna wobec oporu córki.

– Skoro nie lubisz Ameryki, dlaczego żyłaś tam tak długo? I to z małymi dziećmi?

– Kiedyś było inaczej. Bezpieczniej.

– Myślisz tak, bo mieszkaliśmy na strzeżonym osiedlu, dziewczynki woziłaś do prywatnej szkoły służbowym samochodem – śmiał się tata, kiedy stawał się świadkiem podobnych rozmów – i nigdy nie znalazłaś się w niewłaściwej dzielnicy po zmroku. A przypomnij sobie, dlaczego wróciliśmy?

– Bo skończył ci się kontrakt?

– Bo bałaś się o dzieci, kochanie – odświeżał jej pamięć, lecz bez robienia wyrzutów, raczej z troską.

Olga Pietrzak była w tym starciu bez szans. Nie mogła przecież wyznać, co jest powodem jej obaw i dlaczego wolałaby, aby jej córka nigdy więcej nie odwiedzała miejsca swojego urodzenia. Rozsądek podpowiadał, że ten strach jest na wyrost, bo Amy nie ma szans na przypadkowe spotkanie z ludźmi, z którymi spotkać się nie może. Martwiła się również tym, czy przypadłość córki z takim trudem pokonana na wielu terapiach tam znowu jej nie dopadnie? Bardzo ją zastanawiał ten pociąg do podróży po Stanach, planowanej przez Amy właściwie od momentu ich opuszczenia.

Olga przez całe lata samotnie drżała ze strachu w obawie, że kiedyś w jej córce obudzi się instynkt nakazujący spłatę długu, jaki zaciągnęła jeszcze przed swoim urodzeniem.

Obie córki państwa Pietrzaków urodziły się w Houston, kiedy ich ojciec pracował w tamtejszym polskim konsulacie. Amy spędziła tam pierwsze sześć lat życia i tak jak siostra, ze względu na urodzenie była obywatelką nie tylko polską, ale również amerykańską. Kiedy cała rodzina wróciła, najpierw do Warszawy, starsza córka Pietrzaków, Alicja, szybko się w niej odnalazła, jednak Amy nie czuła, że jest u siebie. Wybrała studia w języku angielskim i gdy tylko mogła, włóczyła się po Europie, wszyscy jednak wiedzieli, dokąd ją ciągnie. I że w końcu dopnie swego.

Przed sobą miała wieżę kościoła. Wciąż z takim samym podniosłym uczuciem słuchała o dwudziestej pierwszej wygrywanego z niej hejnału. Widziała całe mnóstwo kościołów i placów, a jednak nigdzie nie czuła się tak dobrze, jak na placu Wolności w Świnoujściu. Jej rodziców sprowadził tu przypadek i Amy była z tego powodu bardzo szczęśliwa. Dopiero nad Bałtykiem poczuła, że jest w domu. Nigdy nie lubiła stolicy.

Mały york z kokardką między uszami podbiegł do leżaka, na którym leżała, i zaczął podskakiwać, domagając się uwagi. Yorki to też był element tego miasta. Nigdzie na świecie nie widziała takiego ich skupiska. I nigdzie nie były takie śliczne, jak właśnie tu. Usiadła i pogłaskała go, cieszył się, jakby znali się od dawna. Za pieskiem ciągnęła się różowa smycz, przytrzymała ją, aby nie mógł pobiec dalej. Rozejrzała się. Starsza kobieta, a za nią ubrany w pastele mężczyzna z wydatnym brzuchem już zmierzali w jej kierunku.

– Chloe, meine Liebe! – Kobieta porwała pieska w ramiona i przytuliła tak mocno, że mało mu oczy na wierzch nie wyszły.

– Danke, danke, junge Dame – wysapał mężczyzna, który właśnie nadbiegł. – Dieser Hund wird mich eines Tages töten[1].

Amy wstała i przesunęła się dwa kroki w bok, ustępując miejsca parze.

– Bitte ruh dich aus, ich wollte einfach gehen[2] – powiedziała. – Du bist schön, sei höflich[3] – zwróciła się do suczki i podrapała ją za uchem. Chloe natychmiast zaczęła się wyrywać z uścisku swojej pani.

– Danke schön – podziękowała kobieta, nie przestając tulić i całować pupilki.

„Nie dziwię się, żeś zwiała” – pomyślała Amy, odchodząc. Kochała to miasto. To była jej przystań, a zarazem baza wypadowa na świat.

TAK NAPRAWDĘ miała na imię Amanda, czego długo nie mogła rodzicom wybaczyć. Kiedy jako nastolatka chciała im dokuczyć albo się nad sobą pożalić, mówiła:

– Amanda! Jak gwiazda filmów porno! Proszę państwa, oto gorąca Amanda! Amanda nienasycona! Albo jeszcze gorzej, Amanda, jak jakaś beatyfikowana zakonnica! Błogosławiona Amanda, święta od siedmiu boleści!

Na szczęście bliscy ulegli jej szantażowi, podobnie jak i panie w przedszkolu, i bez szemrania używali skróconej formy imienia, zwracając się do niej Amy. Tak już zostało.

Wyjęła z kieszeni telefon i wybrała numer siostry, postanowiła, że jej pierwszej powie o wyjeździe. Alicja nie odebrała. Była zapracowaną matką dwojga dzieci, często bywała nieuchwytna.

Z kimś jednak Amy musiała porozmawiać. Sylwia była oczywistym wyborem. Przyjaciółka, która wypełniła pustkę po wyjeździe siostry. Kochała je obie, chociaż one za sobą nie przepadały.

– Za dwa tygodnie lecę do Ameryki! – zawołała tak głośno, że zwróciły się na nią oczy przechodzących obok spacerowiczów. Posłała im uśmiech, odpowiedzieli tym samym.

Tak na ludzi działała wiosna w jej mieście.

ROZDZIAŁ DRUGI

Szlaban wznosił swoje sztywne ramię prosto w tarczę gorejącego słońca. Na lewo i prawo od niego odchodził płot czy raczej zagroda dla jakichś dużych zwierząt – koni albo bydła. Jej krańce ciągnęły się aż po horyzont.

Rozgrzane powietrze buzowało nad ziemią. Gdzie spojrzeć królowała otwarta przestrzeń, ani jednego drzewa, ani centymetra cienia. Gdyby nie ogrodzenie, można by sądzić, że ludzka stopa w tym miejscu nie postała.

A jednak, po przejechaniu kolejnej mili piaszczystą drogą w kolorze kości słoniowej, przed kierowcą pikapa wyłonił się dom z werandą, godny secesyjnego Południa. Stare drzewo o grubym pniu i rozłożystej koronie zdawało się stać na jego straży.

Kierowca uśmiechnął się na ten widok. Siedząca obok kobieta, ze wzrokiem utkwionym w przestrzeń, nawet się nie zorientowała, że podróż właśnie dobiegła końca. Na nosie miała przeciwsłoneczne okulary, a ponieważ od dłuższego czasu nie poruszyła się i nie odezwała, jej mąż uznał, że śpi.

 

Pikap okrążył dom osłonięty firanką cieni, przejechał między solidnie wyglądającymi zabudowaniami gospodarczymi, minął niewielką szopę, która równie dobrze mogła być dziecięcą altanką, i zatrzymał się na podjeździe. Otoczenie wyglądało przyjaźnie, chociaż doprowadzenie go do dawnej świetności wymagało pracy. Roślinność była wyschnięta, z doniczek zamiast kwiatów wystawały suche badyle. Ławkę na ganku należało odmalować, podobnie jak okiennice i drzwi. Jednak były to tylko drobiazgi, a uporanie się z nimi nie powinno zająć wiele czasu.

Mężczyzna zatrzymał samochód i wyskoczył na zewnątrz, niemalże odbijając się od ściany gorącego powietrza. Natychmiast poczuł, że zaczyna się pocić. Lato tego roku było wyjątkowo upalne, ale on wiedział, że gdy przywykną, przestanie być takie dokuczliwe.

Byli mieszczuchami, którzy właśnie opuścili klimatyzowane domy, gabinety, samochody i sklepy; potrzebowali czasu, aby dostosować się do warunków skrajnie odmiennych.

Delikatnie, nie chcąc obudzić śpiących w samochodzie dziecka i żony, zamknął drzwi i się rozejrzał.

Ledwo oswoił się z panującym upałem, w uszy uderzyła go cisza. Żadnych odgłosów ruchliwego miasta, klaksonów, dzwoniących telefonów, włączonych telewizorów, szumu ulicy, trzaskania drzwiami, żadnych rozmów. To było dziwne uczucie, takiej ciszy nie doświadczył chyba nigdy. Do mieszkańców miast nawet w środku nocy docierają najróżniejsze dźwięki. Z czasem powszednieją, dzięki czemu przestają być dokuczliwe, nigdy jednak nie znikają. Mężczyzna miał wrażenie, że to, co dotychczas krępowało jego życie, puszcza, a on odzyskuje wolność. Uwierało go to chyba od urodzenia, lecz w ostatnim czasie wręcz dusiło.

„Jeszcze kilka miesięcy takiego życia i uległbym morderczym instynktom” – pomyślał, bo przed oczami stanęły mu przypadki frustratów – jakiegoś niepozornego księgowego czy menedżera, którzy brali do ręki broń i z dachu biurowca dawali upust tłumionej furii. Jak dobrze ich rozumiał. Nawet był trochę jak oni.

Wszystko, czym się zajmował, łącznie z joggingiem i grą w squasha, a nawet to, co jadł i jak się ubierał, od jakiegoś czasu wydawało mu się żenująco głupie. Zdał sobie sprawę, że robił to nie dlatego, że sprawiało mu przyjemność lub zaspokajało jakąś potrzebę, lecz po to, by być jak inni. Wyzbycie się tych atrybutów nowoczesnego mężczyzny przyniosło mu ulgę.

Z trudem powstrzymał się, aby nie zawyć z radości.

Miał czterdzieści jeden lat, lecz po raz pierwszy w życiu odniósł wrażenie, że znalazł się na właściwym miejscu. Nie należał do czterdziestolatków robiących podsumowania, jeszcze nie interesował go bilans, zaliczał się do tych, co robią plany na przyszłość. Wielkie plany. Widział w nich siebie, żonę i dziecko pijących na ganku lemoniadę. Jak w jakimś filmie albo książce. Siebie, odnoszącego sukcesy zawodowe, cieszącego się szacunkiem społeczności, której staje się filarem, i wracającego do pięknego domu, gdzie oczekują go uśmiechnięta żona i szczęśliwy syn. W ciągu dnia uczy chłopaka wszystkiego, czego ojciec powinien nauczyć syna, a w gorące noce, w sypialni, raz za razem doprowadza swoją żonę do spełnienia.

Żadnych problemów, żadnego grzebania w przeszłości. Koniec z tym.

To było idealne miejsce na zaczęcie nowego życia.

Pokrzepiony wizją wspaniałej przyszłości ruszył przed siebie. Piach zachrzęścił pod jego butami. Przeszedłszy kilka metrów, zatrzymał się i głęboko, z ukontentowaniem wciągnął w płuca potężny haust powietrza. Przymknął oczy, zadarł głowę, a rozpostarte dłonie położył na wysokości nerek i odgiął się w tył, rozprostowując kręgosłup. Chrupnęło nieprzyjemnie. Rozluźnił się i powrócił ostrożnie do pozycji wyjściowej, gdy kątem oka dojrzał ruch. Przestraszony bardziej, niż można to było uzasadnić, obrócił się gwałtownie i ujrzał konia zaprzężonego do maleńkiej, sprawiającej ponure wrażenie dwukółki. Zakurzone, czarne wstążki zwisały smętnie z jej boków, od czasu do czasu poruszane wiatrem.

Zwierzę z wolna uniosło łeb i spojrzało na człowieka. Miało wielkie, wyłupiaste, wilgotne oczy i z jakąś niezrozumiałą, przerażającą wnikliwością przeszywało go spojrzeniem. Jego hebanowe ciało lśniło w pojedynczych promieniach słońca, przedostających się przez parasol z liści. Na szyi i silnie umięśnionych kończynach pulsowały nabrzmiałe, grudowate żyły. Były tak napięte, że mężczyzna mimowolnie oczekiwał, iż za chwilę strzelą, jak zbyt mocno naciągnięta cięciwa. Miał wrażenie, że każda sekunda przybliża go do eksplozji i morza krwi pod stopami. Zwierzę zdawało się pochodzić nie z tego świata, źle wpisywało się w krajobraz, było jak wyschnięty kwiat wetknięty w świeżo zerwany bukiet. Koń nie pasował do sielankowej wizji tego miejsca, jaką jeszcze przed chwilą mężczyzna miał przed oczami.

Przełknął ślinę, czując, że znowu oblewa go pot, tym razem zimny. Wszystkie drobne włoski na jego ciele uniosły się i zesztywniały. Nie znajdował się w bezpośredniej bliskości konia, ale wystarczająco blisko, aby nie móc zapanować nad lękiem. Nogi wrosły mu w ziemię, nawet wzroku nie był w stanie od niego odwrócić. Po chwili ich spojrzenia splotły się ze sobą jak sznurowadła. I cała radość życia zaczęła z człowieka uchodzić.

Nagle zwierzę prychnęło, zarzucając wielkim łbem, długa grzywa zawirowała w powietrzu i ciężko opadła, mężczyzna instynktownie cofnął się, potknął i upadł na pośladki.

Wstając, przeklinał, ale niezbyt głośno, w obawie, by zwierzęcia nie rozjuszyć. Zastanawiał się właśnie, do kogo to bydlę należy i co tu robi, gdy w drzwiach swojego domu ujrzał dwie osoby.

Kobieta i mężczyzna, on w białej koszuli i skórzanej kamizelce, z chustką owiniętą wokół szyi, ona w białej bluzce i zwężanej w talii marynarce. Granatowa, bogato marszczona spódnica sięgająca kostek sprawiała, że szerokie biodra kobiety wyglądały na jeszcze bardziej rozłożyste. Strój obojga wydawał się tyleż niecodzienny, co niepraktyczny w tym upale. Całości damskiego stroju dopełniał ciasny turban, sięgający niemal linii brwi, skrywający wszystkie włosy. Włosy mężczyzny, siwe, falujące i nastroszone, okalały jego twarz jak chmura.

Osobliwa para zeszła z ganku i powoli, z przywołanym naprędce uśmiechem, zaczęła się zbliżać. Kobieta przystanęła przy zwierzęciu, pogładziła je po szyi, do ucha szepnęła kilka uspokajających słów, po czym stanęła u boku męża.

– Bardzo przepraszamy za najście – odezwał się on – i za to, że Orkus pana przestraszył. Nazywam się Walter McDylan, a to moja żona Synthia – troskliwie otoczył kobietę ramieniem – mieszkamy w okolicy. Jesteśmy waszymi najbliższymi sąsiadami.

– Dzień dobry – odpowiedział mężczyzna, nieufnie przyglądając się parze – jestem nowym właścicielem posesji, nazywam się Hubert Heeney – przedstawił się. – W samochodzie śpią moja żona i syn. Co państwo robili w naszym domu? – zapytał, niespecjalnie siląc się na uprzejmość.

– Proszę nam wybaczyć. – Mężczyzna, demonstrując skruchę, przyłożył wielką jak łopata dłoń do piersi i teatralnie skłonił głowę. – Wracamy właśnie na naszą farmę. Wybieraliśmy się w podróż, ale niestety, musieliśmy zawrócić. – Spojrzał na kobietę w turbanie, a ona jakby na potwierdzenie, że tak rzeczywiście było, skinęła głową. – Nasz koń, Orkus, jest bardzo stary... Czasami błądzi, myli drogę, ale nam nigdzie się nie spieszy, więc mu na to pozwalamy... Przejeżdżając obok domu – obrócił się, by spojrzeć na budynek – zauważyliśmy, że drzwi są otwarte. Ten dom od lat stoi pusty... Widząc otwarte drzwi, pomyśleliśmy, że w końcu ktoś go kupił. Postanowiliśmy to sprawdzić.

Musiał być blisko siedemdziesiątki, był jednak krzepki i silny. Swoim wyglądem i posturą budził respekt, lecz jego tłumaczenie wydawało się Hubertowi mocno naciągane. Kiedy dwa dni temu był tu po raz ostatni, aby przygotować dom na przyjazd rodziny, zamontował nowe zamki i dałby sobie rękę uciąć, że wyjeżdżając, dokładnie je pozamykał.

Pozamykał również okiennice, które teraz były otwarte na oścież. Nawet te na piętrze.

– To niemożliwe... Czy drzwi zostały wyważone? – przyszło mu na myśl.

– Nie. Wszystko wygląda normalnie, są tylko otwarte.

– A okiennice? – Małżonkowie niemal jednocześnie zwrócili twarze w stronę domu, Hubert podążył wzrokiem za ich spojrzeniem. Jedno z drewnianych skrzydeł poruszyło się, a metalowy zawias zaskrzypiał. Wszyscy troje wstrzymali oddech, czekając na pojawienie się w oknie czyjejś twarzy, gdyż odnieśli wrażenie, że coś przesunęło się za szybą. Było to jednak tylko odbicie płynącej po niebie białej chmury, z czego dopiero po chwili zdali sobie sprawę. Nic więcej się nie wydarzyło.

– Dwa dni temu dom był zamknięty na cztery spusty – wyjaśnił Heeney.

Walter McDylan uniósł szerokie ramiona i pokręcił głową, jakby chciał dać do zrozumienia, że nie umie tego wytłumaczyć.

– Okolica bywa wietrzna. To otwarta, dzika przestrzeń. Zwykły zamek czy haczyk to często za mało, wkrótce sami się przekonacie – mówił jak jakiś cholerny prorok.

I działał tym Hubertowi na nerwy. Ani on, ani kobieta nie wyglądali na ludzi, którym można zaufać.

– Dzień dobry. – Odwrócił się na głos żony. Szła, dźwigając śpiącego syna, który miał prawie pięć lat, więc swoje już ważył. Pospiesznie odebrał od niej dziecko. Malec zamruczał, uniósł głowę, ale zaraz ułożył ją bokiem w zagłębieniu obojczyka ojca i znowu zasnął. Kobieta w turbanie skinęła na powitanie, mężczyzna uśmiechnął się, ale ten uśmiech nie odbił się w wyrazie jego chmurnych oczu.

– Rebeka – przedstawiła się. – To nasz syn Markus. – Podeszła bliżej, zostawiając męża i dziecko za sobą, zupełnie jakby chciała osłonić ich swoim ciałem. Po chwili pomyślała, że dwoje starców nie może stanowić dla nich zagrożenia i że zachowała się głupio. A z pewnością nieuprzejmie.

McDylan przedstawił siebie i żonę, po czym dodał dosyć oschle:

– Witamy w Norco Valley.

– Dziękujemy.

Nastała chwila, którą w zwykłych okolicznościach należałoby wypełnić zaproszeniem sąsiadów do domu, na szklankę mrożonej herbaty lub lemoniadę, jednak Heeneyowie nie byli na to gotowi.

– Przepraszam państwa, zaniosę małego do środka, podróż go wykończyła. – Hubert postanowił uciec, ciężar odprawienia dziwaków zrzucając na żonę. Wiedział, że Rebeka nie ma problemów z asertywnością i załatwi to szybko.

McDylanowie nie ruszyli się z miejsca, nic więcej też nie powiedzieli. Stali, wodząc wzrokiem po okolicy, jak gdyby czegoś wypatrując. Czuli się zadziwiająco swobodnie i to Rebeka odniosła wrażenie, że jest tu intruzem. W końcu, zbyt zmęczona na konwenanse, postanowiła szybko uporać się z gośćmi.

– Chętnie zaprosiłabym państwa na herbatę, ale nawet nie wiem, czy mam herbatę. Na pewno będziemy mieli jeszcze okazję poznać się bliżej, tymczasem... – Nie mogła się doczekać wejścia do domu, mając nadzieję, że klimatyzacja jest sprawna.

– Tak, tak... – ponuro zamruczał mężczyzna. Trudno było się domyślić, czy kieruje te słowa do Rebeki, do swojej żony czy do samego siebie. – Pora nie jest odpowiednia. – Wsunął rękę żony pod ramię i poprowadził ją w stronę bryczki.

– Do widzenia! – zawołała za nimi Rebeka. Nie do pomyślenia było, aby jej matka kiedykolwiek tak nieuprzejmie kogoś potraktowała. Gdyby tu teraz była, bardzo by się za córkę wstydziła, przykładała bowiem niezmiernie dużą wagę do zasad dobrego wychowania.

Wspomnienie matki obudziło w niej poczucie winy, dlatego dodała: – Zapraszamy za kilka dni.

Małżonkowie nie odpowiedzieli, nie odwrócili się nawet. Tylko on uniósł rękę w geście pożegnania.

Hubert Heeney zaniósł syna do pokoju na piętrze, rozebrał i położył do łóżka – mały był tak wyczerpany wielogodzinną jazdą, że nawet nie uchylił powiek.

W powietrzu unosił się zapach nowych mebli i czegoś, co przypominało butwiejące jesienią liście. Tak pachniały odległe bagna, szybko tego lata przysychające. Pudła opatrzone napisem „Markus” stały pod ścianą, gotowe do rozpakowania, puste regały aż się prosiły, by zapełnić je książkami i zabawkami. Pokój był przestronny i jasny.

Hubert nakrył syna lekką kołdrą i przez chwilę przyglądał się chłopcu. Bardzo długo wydawało mu się, że nie chce mieć dzieci. Spotkał na swojej drodze zbyt wiele takich, które z początkowo niewinnych istot przeistoczyły się w socjopatów i psychopatów. Obserwował niejeden proces przemiany czyjegoś ukochanego syneczka czy wypieszczonej córeczki w degenerata ledwie przypominającego człowieka. Nie zgadzał się z nowomodnymi zasadami wychowania opierającymi się głównie na pobłażaniu, bo to zawsze kończyło się źle. Równie często miał do czynienia z zaburzonymi rodzicami, nieumiejącymi utrzymać przy życiu rośliny, o wychowaniu człowieka nie wspominając.

 

Wierzył we własne zdolności wychowawcze, podobnie jak w nabytą wiedzę i swoją wrodzoną inteligencję, nie był jednak pewien, czy ma ochotę podejmować takie wyzwanie. Nie obawiał się rozczarowania sobą, lecz dzieckiem właśnie, niewdzięcznym, nie daj Boże głupim.

Dlatego gdy Rebeka po zaledwie półrocznej znajomości oświadczyła mu, że zostanie ojcem, poczuł się wystawiony do wiatru. Poddany próbie, jakiej nie chciał się poddać. Wpadł w panikę i dał się ponieść emocjom. Po raz pierwszy w swoim dorosłym życiu tak bardzo się odkrył.

Gdy ochłonął, obwinił za swoje zachowanie jej rodzinę, bo go nie akceptowała. I jej przyjaciół, którzy go nie szanowali. Wszyscy oni mniej lub bardziej otwarcie wyrażali opinię, że zwykły kurator z niedokończonymi studiami, czyli bez ambicji, mieszkający w wynajętym mieszkaniu, nie zasługuje na mądrą, piękną i robiącą karierę kobietę z klasy wyższej. To przez nich ponownie doświadczył poczucia niższości i przypomniał sobie smak kompleksów. Gardził nimi, zanim jeszcze ich spotkał, ale i tak przez długi czas skutecznie oszukiwał, mamiąc wypracowanym urokiem osobistym. Jednocześnie nie przestawał marzyć o zabraniu Rebeki gdzieś daleko i posiadaniu jej tylko dla siebie. Bez konieczności wspólnego z jej rodzicami i przyjaciółmi obchodzenia świąt i rocznic, spotkań w plenerze czy niezapowiedzianych wizyt. Zrobiłby to już dawno, potrafiłby ją nakłonić do wyjazdu, gdyby nie Travis. Nie umiał się ze smarkaczem dogadać, od samego początku wchodzili sobie w drogę. Chłopak o przeprowadzce nie chciał nawet słyszeć, zwłaszcza na wieś. Bo szkoła, bo koledzy, bo inne dyrdymały. Z czasem stał się upierdliwy jak wrzód na dupie. Gdyby jego dziecko również stało się kimś takim, mógłby tego nie znieść. Lubił mieć wszystko pod kontrolą, a gdy ją tracił, stawał się nerwowy.

To sprawiło, że gdy dowiedział się o ciąży Rebeki, w pierwszej chwili pomyślał o wywinięciu się z tego układu. Dziecko nie mieściło się w jego planach. Zależało mu tylko na niej. Nigdy nie mówił, że jest inaczej, więc nikt nie powinien mieć pretensji. Zawsze chciał tylko tej królowej z innego świata. Niedostępnej nawet dla mądrzejszych, bogatszych i z wyższą pozycją. Bywał impulsywny i dlatego swoje zdanie na temat ojcostwa wyraził dosyć ostro. Tymczasem ona wykazała cierpliwość i zrozumienie, tłumacząc jego zachowanie strachem przed odpowiedzialnością. Pani psycholog w każdym calu. Niewiele mogła poradzić na to, że Hubert nie spodobał się jej bliskim, wynagradzała mu to okazywaniem miłości. Była w tym taka słodka, że w końcu ustąpił i zaakceptował fakt, że będzie ojcem, pod warunkiem jednak, że zostanie również mężem. Z wahaniem, ze względu na sprzeciw syna, zgodziła się. Kolejna silna i niezależna kobieta złapana na haczyk gorącego uczucia.

Rebeka ukończyła psychologię na Uniwersytecie Michigan. Przez kolejnych dziesięć lat regularnie prowadziła wykłady i pisała referaty. Wciąż jednak największą przyjemność sprawiał jej kontakt z pacjentami, dlatego prócz pracy w szpitalu klinicznym prowadziła kilka grup wsparcia, między innymi dla dzieci alkoholików, dla niedoszłych samobójców, dla osób po stracie bliskich.

Wiec gdy osiem miesięcy temu jej szesnastoletni syn powiesił się na klamce we własnym pokoju, przeżyła nie tylko załamanie. Ona po prostu umarła.

Kobieta, którą wcześniej była, przestała istnieć. Wszystko, w co wierzyła, czemu się poświęcała, czego starała się nauczyć innych, zmieniło się w stertę cuchnących odpadów. Omijała je, a i tak nie potrafiła uwolnić się od smrodu.

Hubert przetarł twarz dłonią. Śmierć Travisa nie była dla niego bolesna, lecz z oczywistych powodów nie mógł się do tego przyznać. Więź między nim a chłopcem nigdy nie istniała. Nastolatek, zazdrosny o matkę i podburzany przez bliskich, nie dał mu żadnej szansy. Nigdy mu nie zaufał, często wręcz z niego kpiąc. Gdyby gra nie szła o Rebekę, Hubert już dawno wyeliminowałby nieznośnego chłopaka ze swojego życia.

Jednak dopiero po jego śmierci dotarło do Huberta, że decyzja o założeniu rodziny była strzałem w dziesiątkę. Nic tak nie wiąże kobiety z mężczyzną jak dziecko. Nie miał też wątpliwości, że gdyby nie mały Markus, Rebeka nawet nie próbowałaby się podźwignąć.

Na pewno by ją stracił.

Dziś miał kochającego syna i oddaną żonę, która dla niego porzuciła miasto, ambicje zawodowe i bliskich.

Z dala od duchów przeszłości rozpoczynało się nowe życie Heeneyów.

Hubert czuł, że jest zwycięzcą.

Światło słoneczne wlewało się do dziecięcego pokoju szerokim strumieniem. Hubert otworzył okno, na twarzy od razu poczuł uderzenie gorąca, sięgnął po okiennice i ostrożnie, by nie narobić hałasu, zamknął je. Cień przeciął pokój na pół. Przeszedł na oświetloną stronę, by zrobić to samo z drugim oknem, ale przystanął i zapatrzył się. W oddali rysowała się ciemna linia drzew. Wiedział, że kryją się wśród nich słynne bagna Luizjany. Piękne i mroczne. Niebezpieczne. Przed nimi równina, przetykana kilkoma kępami zarośli. Tylko w ich cieniu trawa zachowała jeszcze zielony kolor, resztę wypaliło słońce. Lato w tym roku nie oszczędzało nikogo i niczego.

Mężczyzna wpatrywał się w oddalony o wiele kilometrów horyzont, odnosząc niepokojące wrażenie, że coś go w nim pociąga. Zdawało mu się, że nie powinien poznawać ukrytych tam tajemnic, choć tego pragnął.

W końcu otrząsnął się z zapatrzenia, otworzył okno, wychylił się i sięgnął krawędzi okiennicy, po czym zamarł w tej pozycji. Po przesuszonej ziemi pędził koń, ciągnąc za sobą dwukółkę, a w niej ludzi. Goniła ich chmura pyłu. Gnali tak szybko, jakby nic nie ważyli, tak szybko, że trudno było uwierzyć, że to prawdziwi, żywi ludzie. W pierwszej sekundzie Hubert zdołał zauważyć dwie sylwetki, bez trudu rozpoznał w nich McDylanów, w kolejnej byli już tak mali, że konia, dwukółkę i ludzi można było wziąć za lecącego nad ziemią ptaka.

Hubert ostrożnie zamknął okiennice. Nie miały solidnych zabezpieczeń, zaledwie metalowe skobelki. „Może faktycznie wiatr je pootwierał?” – pomyślał, starając się nie zastanawiać, w jaki sposób otworzyły się w takim razie zamknięte na zamek drzwi wejściowe. Gdy skrzydła okiennic zetknęły się ze sobą, pomieszczenie ogarnął półmrok. Przez szczeliny między deskami do pokoju wdzierały się srebrne, świetliste sztylety. Hubert tknięty jakimś impulsem przyłożył oko do jednej ze szpar i zanim zdążył cokolwiek pomyśleć, odskoczył jak uderzony. Serce na zbyt długą chwilę zatrzymało mu się w piersi. Po drugiej stronie okiennicy ktoś, tak jak on, przyłożył oko do szczeliny. Hubert spojrzał wprost w rozszerzoną, ciemną źrenicę.

Jak wrośnięty w podłogę, z rękoma skrzyżowanymi na piersi i opuszczoną z przerażenia szczęką, kilkakrotnie zamrugał oczami. Nie śnił.

Przecież pokój znajdował się na piętrze, za wysoko, aby można było zajrzeć do niego, stojąc pod oknem. Uświadomiwszy to sobie, zaczął się uspokajać.

Odetchnął. Chciałby, aby się okazało, że wizja była skutkiem przegrzania.

Krawędzią koszulki otarł mokrą twarz. Zrobił dwa kroki w stronę okna, szpara, przez którą zerkał minutę temu, zalana była słońcem. Wiedział, że niczego za nią nie ma, a jednak postanowił się o tym przekonać. Przełknął ślinę. Zachowując bezpieczny dystans, co go właściwie śmieszyło, bo przecież rozumiał, że nie ma się czego obawiać, wyciągnął szyję, jak tylko zdołał, i zajrzał w szczelinę.

Twarz Waltera McDylana pojawiła się i zniknęła, jak przecinająca niebo błyskawica. Szybko, jak migawka flesza. Upiorna, biała, przezroczysta prawie, z oczami o wielkich ciemnych źrenicach.

Twarz nie z tego świata.

Inne książki tego autora