Zbrodnie zimową porą

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Panna Marple rozejrzała się po słuchaczach.

– Może domyślacie się już, do czego zmierzam? Byłam tak pewna swoich podejrzeń, że nie dopuszczałam myśli, że może być inaczej. Tymczasem czekał mnie wielki szok. Znaleziono niezbite dowody, że pan Sanders nie mógł popełnić tej zbrodni.

Pani Bantry zachłysnęła się ze zdumienia. Panna Marple zwróciła się do niej:

– Wiem, moja droga, że nie tego pani oczekiwała, kiedy zaczynałam tę historię. Ja też się tego nie spodziewałam. Fakty pozostawały jednak bezsporne. Czasem trzeba się przyznać do błędu i zacząć od początku. To, że Sanders miał zadatki na mordercę, wiedziałam na pewno i nie zdarzyło się nic, co przekonałoby mnie, że jest inaczej.

A teraz, jak sądzę, chcielibyście poznać te fakty. Pani Sanders, jak pamiętacie, spędziła popołudnie, grając w brydża ze znajomymi, państwem Mortimer. Wyszła od nich kwadrans po szóstej. Od ich domu do SPA dzielił ją kwadrans piechotą, a nawet mniej, gdyby szła żwawym krokiem. Musiała więc wrócić około wpół do siódmej. Nikt tego nie zauważył, co sugeruje, że weszła bocznymi drzwiami i udała się prosto na górę. Przebrała się (płaszcz i sukienka, które miała na sobie podczas spotkania przy brydżu, wisiały w szafie) i szykowała się do ponownego wyjścia, kiedy została zaatakowana. Przypuszczalnie, jak słyszałam, nawet nie widziała napastnika. Narzędzie, którym zadano jej cios, jest ponoć bardzo skuteczną bronią. Wydaje się, że ten, kto ją zaatakował, czyhał ukryty w pokoju, być może w jednej z dużych szaf – w tej, do której nie zajrzała.

Co do pana Sandersa... Jak już wspomniałam, wyszedł jakoś wpół do szóstej albo nieco później. Zrobił drobne zakupy w paru sklepach i około szóstej pojawił się w hotelu Grand SPA, gdzie spotkał dwóch znajomych – tych samych, z którymi go później widziałam. Do tego czasu grali w bilard i wypili razem sporo whisky z sodą. Obaj mężczyźni (nazywali się Hitchcock i Spender) towarzyszyli mu przez cały czas, począwszy od godziny szóstej. Odprowadzili go do SPA. Sanders opuścił ich dopiero, kiedy podszedł do mnie i panny Trollope. To, jak mówiłam, było jakiś kwadrans przed siódmą. W tym czasie jego żona musiała już nie żyć.

Porozmawiałam sobie z tymi dwoma osobnikami. Nie spodobali mi się. Wyglądali na nieokrzesanych gburów, ale nie miałam wątpliwości co do jednej kwestii – że mówili prawdę, twierdząc, że Sanders cały ten czas przebywał w ich towarzystwie. Był jeszcze jeden godny uwagi szczegół. Podczas partyjki brydża panią Sanders poproszono do telefonu. Niejaki pan Littleworth chciał z nią mówić. Po tej rozmowie pani Sanders wydawała się radosna i podekscytowana. Mortimerowie zeznali, że nie mogła się skupić na grze i wyszła od nich wcześniej, niż się spodziewali.

Pana Sandersa zapytano, czy kojarzy kogoś o nazwisku Littleworth i czy może jest to znajomy jego żony. Oświadczył, że nigdy o kimś takim nie słyszał. Co ciekawe, kiedy jego żonę poproszono do telefonu, także ona wydawała się nie znać żadnego Littlewortha. Mimo to wróciła do stolika, uśmiechając się i rumieniąc. Wygląda więc na to, że ktokolwiek to był, podał fałszywe nazwisko, co samo w sobie jest podejrzane, nieprawdaż?

W każdym razie, tak to wówczas wyglądało. Pojawiła się teoria, że pani Sanders właśnie szykowała się na spotkanie z kimś, kiedy ją zabito. Czy ten ktoś wszedł do jej pokoju, wykorzystując schody przeciwpożarowe? Czy doszło między nimi do sprzeczki? A może zaatakował ją znienacka?

Panna Marple zamilkła.

– No i...? – zapytał sir Henry. – Jak brzmi odpowiedź?

– Ciekawa jestem, czy któreś z was zgadnie.

– Nie jestem w tym dobra – przyznała pani Bantry. – Szkoda, że ten Sanders miał takie mocne alibi, ale jeśli przekonało ono panią, to znaczy, że było niepodważalne.

Jane Helier potrząsnęła swoją śliczną główką i zapytała:

– Ale dlaczego schowek na kapelusze był zamknięty na klucz?

– Znakomite pytanie, moja droga – powiedziała panna Marple, cała promieniejąc. – Mnie też to nurtowało. Wyjaśnienie okazało się dość proste. Znajdowały się tam pantofle i chustki do nosa, które ta biedna dziewczyna własnoręcznie haftowała na świąteczny prezent dla swojego męża. Dlatego zamknęła schowek na klucz, który znaleziono w jej torebce.

– Ach – westchnęła Jane – więc to pusty trop.

– Wręcz przeciwnie! – rzuciła panna Marple. – Ten wątek jest kluczowy dla całej sprawy. To właśnie zamknięty schowek na kapelusze pokrzyżował plany zabójcy.

Wszyscy wlepili wzrok w starszą panią.

– Ja sama zaskoczyłam dopiero po dwóch dniach – powiedziała. – Dumałam i dumałam, aż nagle mnie olśniło. Poszłam do inspektora i namówiłam go, by przeprowadził pewną próbę.

– Jakaż to próba?

– Poprosiłam go, żeby przymierzył na głowę tej biednej dziewczyny kapelusz, który znaleziono przy jej ciele. Oczywiście kapelusz nie pasował; za mały rozmiar. Otóż to nie był jej kapelusz!

Pani Bantry zrobiła wielkie oczy.

– A wcześniej nie znajdował się na jej głowie?

– Nie na jej głowie.

Panna Marple zamilkła, by dać słuchaczom chwilę na przetrawienie jej słów, po czym kontynuowała:

– Przyjęliśmy za pewnik, że mamy przed sobą ciało biednej Gladys; nikt jednak tego dokładnie nie sprawdził. Pamiętajcie, że ofiara leżała twarzą do podłogi, a kapelusz zakrył wszystko.

– Ale przecież została zabita?

– Tak, ale później. W czasie, kiedy próbowaliśmy się dodzwonić na policję, Gladys Sanders nadal żyła i miała się dobrze.

– To znaczy, że tam na podłodze leżał ktoś, kto ją udawał? Przecież kiedy pani ją dotknęła...

– Tak, bez wątpienia była martwa – powiedziała panna Marple posępnym tonem.

– Ależ, do diaska! – nie wytrzymał pułkownik Bantry. – Przecież ludzkie zwłoki to nie jest coś, co można znaleźć gdziekolwiek. Poza tym, gdzie się podziało to pierwsze ciało?

– Wróciło na swoje miejsce – odparła panna Marple. – To był nikczemny pomysł, ale sprytny. Narodził się w jego głowie, kiedy przysłuchiwał się naszej rozmowie w salonie. Zwłoki biednej Mary, pokojówki – dlaczego ich nie wykorzystać? Pamiętajcie, że pokój Sandersów znajdował się między kwaterami dla służby. Mary mieszkała dwa pokoje dalej. Sanders liczył na to, że pracownicy zakładu pogrzebowego przyjdą po ciało dopiero po zmroku. Wniósł je przez balkon (o piątej po południu było już ciemno), następnie przebrał w jedną z sukienek jego żony i bordowy płaszcz. Dopiero wtedy zorientował się, że skrytka na kapelusze jest zamknięta na klucz! Musiał więc przynieść z pokoju Mary jeden z jej własnych kapeluszy i nałożyć go na głowę zmarłej. Któżby zauważył różnicę? Obok ciała położył wypełnioną piachem pończochę, po czym wyszedł na miasto zapewnić sobie alibi.

Stamtąd zadzwonił do żony, przedstawiając się jako Littleworth. Nie wiem, co jej powiedział; jak już wspomniałam, była bardzo łatwowierna. W każdym razie nakłonił ją, by wyszła wcześniej ze spotkania przy brydżu i nie wracała prosto do pokoju. Umówił się z nią o siódmej na tyłach SPA, przy schodach przeciwpożarowych. Zapewne powiedział jej, że ma dla niej jakąś niespodziankę.

Wrócił do SPA ze swoimi znajomymi, po czym zaprosił pannę Trollope i mnie na górę, byśmy razem z nim odkryły martwe ciało na podłodze. Udał nawet, że chce je przewrócić na wznak – a ja go powstrzymałam! Podczas gdy czekaliśmy na przybycie policji, Sanders opuścił budynek. Nikt go nie pytał, co robił potem. Tymczasem on spotkał się z żoną i schodami przeciwpożarowymi zaprowadził ją na górę. Przypuszczalnie, zanim weszli do pokoju, opowiedział jej jakąś zmyśloną historię na temat leżącego na podłodze ciała. Kiedy ona pochyliła się, by na nie spojrzeć z bliska, on sięgnął po pończochę z piaskiem i zadał cios... Dobry Boże! Słabo mi się robi na samą myśl! Potem szybko zdjął z niej płaszcz i sukienkę, odwiesił je do szafy i ubrał Gladys w rzeczy zdjęte z ciała pokojówki. Nagle stwierdził, że kapelusz nie pasuje. Mary miała krótką fryzurę, a jego żona nosiła włosy upięte w duży kok. Musiał więc zostawić kapelusz obok ciała, mając nadzieję, że nikt nie zwróci uwagi. Na koniec odniósł ciało Mary do jej pokoju, gdzie zostawił je dokładnie tak, jak wyglądało wcześniej.

– To niewiarygodne – powiedział doktor Lloyd. – Bardzo ryzykował. Gdyby policja przyjechała wcześniej, mogłaby go przyłapać na gorącym uczynku.

– Pamiętacie, że telefon nie działał? – zapytała panna Marple. – To też sprawka Sandersa. Nie mógł dopuścić, by policjanci przyjechali za wcześnie. Na jego szczęście, kiedy już przybyli, spędzili trochę czasu w biurze kierownika, zanim udali się na górę. To był najbardziej ryzykowny element planu Sandersa – ktoś przecież mógł zauważyć różnicę między ciałem, które było martwe od dwóch godzin, a ciałem osoby, która nie żyła od nieco ponad pół godziny. Liczył jednak na to, że panna Trollope i ja nie znamy się na tych sprawach.

Doktor Lloyd skinął głową.

– Założono by, że zabójstwa dokonano jakiś kwadrans przed siódmą, jak sądzę – powiedział. – W rzeczywistości śmierć nastąpiła o siódmej albo parę minut później. Policyjny medyk mógł zbadać ciało najwcześniej około wpół do ósmej. Nie zauważyłby tak małej różnicy w czasie.

– Ja powinnam była zauważyć – przyznała panna Marple. – Kiedy dotknęłam ręki tej biednej dziewczyny, była lodowato zimna. A przecież krótko wcześniej inspektor uznał, że do zabójstwa musiało dojść tuż przed naszym przybyciem. Mimo to nie tknęło mnie, że coś jest nie tak!

– Ale przeczucie jednak pani nie myliło – zauważył sir Henry. – Ta sprawa wydarzyła się, zanim podjąłem służbę w Scotland Yardzie. Nie pamiętam nawet, bym kiedykolwiek o niej słyszał. Jak się skończyła?

– Sandersa powieszono – stwierdziła rzeczowo panna Marple. – I dobrze mu tak. Nigdy nie miałam wyrzutów sumienia, że przyczyniłam się do postawienia tego człowieka przed wymiarem sprawiedliwości. Te dzisiejsze humanitarne skrupuły na temat kary śmierci – to nie dla mnie.

 

Po chwili jej marsowe oblicze złagodniało.

– Zawsze jednak wyrzucałam sobie, że nie zdołałam ocalić życia tej biednej dziewczyny. Któż jednak dałby wiarę starej kobiecie i jej złym przeczuciom? Może lepiej się stało, że zginęła, kiedy wciąż była radosna i beztroska, niżby miała potem żyć nieszczęśliwa i pozbawiona złudzeń, w świecie, który nagle ukazał swoje potworne oblicze. Kochała tego łotra i ufała mu. Nigdy go nie przejrzała.

– No cóż – podsumowała Jane Helier – może rzeczywiście lepiej, że tak się stało. Sama chciałabym... – zawiesiła głos w pół zdania.

Panna Marple spojrzała na nią – tę sławną, piękną i rozchwytywaną Jane Helier – po czym skinęła głową.

– Rozumiem, moja droga – powiedziała bardzo łagodnym tonem. – Doskonale cię rozumiem.


Opowiadanie pochodzi ze zbioru

Tajemniczy pan Quin

.

Wigilia Nowego Roku.

Starsi uczestnicy przyjęcia w Royston zebrali się w przestronnym holu.

Pan Satterthwaite był zadowolony, że młodzież poszła już spać. Nie przepadał za młodymi ludźmi w stadzie. Uważał ich za nieciekawych i pozbawionych ogłady. Brakowało im subtelności, a on wraz z upływem lat coraz wyżej ją sobie cenił.

Pan Satterthwaite miał sześćdziesiąt dwa lata; był lekko pochylonym, zasuszonym człowieczkiem o badawczym, dziwnie figlarnym spojrzeniu, żywo, jeśli nie nadmiernie zainteresowanym losami bliźnich. Można by rzec, że przez całe życie siedział w pierwszym rzędzie widowni, obserwując rozgrywające się wokół ludzkie dramaty. Tyle że teraz, gdy starość trzymała go w swoim uścisku, odkrył, że jest coraz bardziej krytyczny wobec analizowanych wydarzeń. Pragnął czegoś choć trochę niezwykłego.

Bez wątpienia miał nosa do tych spraw. Instynktownie wiedział, gdzie szukać tragedii. Wyczuwał ich zapach jak pies myśliwski. Od chwili przybycia do Royston tego popołudnia jego niezwykły zmysł postawił go w stan gotowości. Działo się – lub miało się dziać – coś interesującego.

Przyjęcie nie było zbyt liczne: Tom Evesham, towarzyski, wesoły gospodarz i jego poważna żona o politycznym zacięciu, z domu lady Laura Keene; sir Richard Conway, żołnierz, podróżnik i sportowiec; sześcioro czy siedmioro młodych ludzi, których nazwisk pan Satterthwaite nie zapamiętał, no i Portalowie.

Oni właśnie zaciekawili pana Satterthwaite’a.

Nigdy wcześniej nie spotkał pana Portala, lecz wiedział o nim wszystko. Znał jego ojca i dziadka. Alex Portal był typowym przedstawicielem swojej klasy: tuż przed czterdziestką, jasnowłosy i błękitnooki jak wszyscy Portalowie; lubił sport i był dobrym graczem, a poza tym był zupełnie pozbawiony wyobraźni. W Aleksie Portalu nie kryło się nic niezwykłego. Przeciętny, typowy Anglik.

Jego żona była inna. Pan Satterthwaite wiedział, że pochodziła z Australii. Portal wyjechał tam dwa lata temu, spotkał ją, poślubił i przywiózł do domu. Przed ślubem nigdy nie była w Anglii. A jednak nie przypominała żadnej ze znanych panu Satterthwaite’owi Australijek.

Teraz obserwował ją ukradkiem. Interesująca kobieta, i to bardzo. Milcząca, a jednak pełna życia. Pełna życia! O to właśnie chodziło! Nie piękna, nie, nie można było jej nazwać piękną, jednak miała w sobie jakiś fatalny czar, którego nie sposób nie zauważyć – żaden mężczyzna nie mógł go nie dostrzec. Przemawiała tu męska natura pana Satterthwaite’a, lecz kobiecą jej część (gdyż pan Satterthwaite miał sporo kobiecych cech) intrygowało pytanie: „Dlaczego pani Portal farbowała włosy?”.

Prawdopodobnie inny mężczyzna nie domyśliłby się, że je farbuje, lecz pan Satterthwaite wiedział. Znał się na takich sprawach. Był zdziwiony. Wiele brunetek farbuje włosy na blond, ale nigdy jeszcze nie spotkał blondynki, która farbuje sobie włosy na czarno.

Wszystko w niej go intrygowało. Intuicyjnie czuł, że była albo bardzo szczęśliwa, albo bardzo nieszczęśliwa – nie wiedział, które „bardzo” jest prawdą, i ta niewiedza go irytowała. Poza tym chodziło jeszcze o dziwny wpływ, jaki wywierała na męża.

„Uwielbia ją – powiedział sobie pan Satterthwaite – lecz czasem... tak, czasem się jej boi! To bardzo interesujące. Niezwykle interesujące”.

Portal pił za dużo, to pewne. Miał też dziwaczny zwyczaj obserwowania swojej żony, kiedy na niego nie patrzyła.

„Nerwy!” – ocenił pan Satterthwaite. „Jest potwornie nerwowy. Ona to wie, ale nie może nic na to poradzić”.

Ta para niesłychanie go intrygowała. Działo się coś, czego nie potrafił zrozumieć.

Z rozważań wyrwało go uroczyste bicie zegara w rogu.

– Dwunasta – powiedział Evesham. – Nowy Rok. Szczęśliwego Nowego Roku wszystkim. Mówiąc prawdę, ten zegar spieszy się o pięć minut. Nie mam pojęcia, czemu dzieci nie zaczekały, aż zacznie się Nowy Rok.

– Nawet przez minutę nie przypuszczałam, że naprawdę poszły spać – powiedziała spokojnie jego żona.

– Prawdopodobnie wkładają nam do łóżek szczotki do włosów. Takie żarty bardzo je bawią, nie wiem, dlaczego. Za moich czasów nigdy nie pozwolono by nam na coś podobnego.

– Autre temps, autres moeurs[18] – zauważył z uśmiechem Conway.

Był to wysoki mężczyzna o wyglądzie wojskowego. Obaj z Eveshamem należeli do tego samego typu – uczciwi, prości, życzliwi ludzie bez większych pretensji intelektualnych.

– Za moich czasów podawaliśmy sobie ręce, stając w koło, i śpiewaliśmy Auld Lang Syne – ciągnęła lady Laura. – „Czyż starzy znajomi mają odejść w zapomnienie...” Zawsze wzruszały mnie te słowa.

Evesham poruszył się z irytacją.

– Przestań, Lauro – mruknął. – Nie tutaj.

Przeszedł przez szeroki hol, w którym siedzieli, i włączył dodatkowe światło.

– Głupio z mojej strony – orzekła lady Laura sotto voce[19]. – To mu oczywiście przypomina biednego pana Capela. Moja droga, czy ogień nie jest zbyt duży?

Eleanor Portal wzdrygnęła się gwałtownie.

– Dziękuję pani. Odsunę trochę krzesło.

„Ależ śliczny głos – jeden z tych niskich, głębokich głosów na granicy szeptu, które zapadają w pamięć” – pomyślał pan Satterthwaite. „Teraz jej twarz znalazła się w cieniu. Jaka szkoda”.

Odezwała się ponownie ze swojego pogrążonego w mroku miejsca.

– Pan... Capel?

– Tak. Pierwszy właściciel tego domu. Wie pani, zastrzelił się... Och, dobrze, Tom, mój kochany. Nie będę o tym mówić, jeśli nie chcesz. Dla Toma był to oczywiście ogromny szok. Był tutaj, kiedy się to stało. Tak jak pan, sir Richardzie, prawda?

– Tak, lady Lauro.

Stary zegar w drugim rogu jęknął, stęknął, sapnął astmatycznie i wybił północ.

– Szczęśliwego Nowego Roku, Tom – mruknął apatycznie Evesham.

Lady Laura zwinęła nieśpiesznie swoją robótkę.

– A więc powitaliśmy Nowy Rok – stwierdziła, a patrząc na panią Portal, dodała: – O czym pani myśli, kochanie?

Eleanor podniosła się szybko na nogi.

– O łóżku, bezwzględnie – rzuciła lekko.

„Jest bardzo blada” – pomyślał pan Satterthwaite. Również wstał i zajął się świecznikami. „Zwykle nie jest aż tak blada”.

Zapalił świecę i podał jej ze śmiesznym, staroświeckim ukłonem. Odebrała ją, dziękując, i wolno poszła na górę.

Nagle pan Satterthwaite odczuł osobliwy impuls: chciał pójść za nią, uspokoić ją. Miał dziwne wrażenie, że znalazła się w niebezpieczeństwie. Po chwili zawstydził się. On również robi się nerwowy.

Pani Portal nie obejrzała się na męża, podchodząc do schodów, lecz teraz odwróciła głowę i rzuciła mu długie, badawcze, niezwykle intensywne spojrzenie. Wywarło ono dziwne wrażenie na panu Satterthwaicie.

Życzył gospodyni dobrej nocy, z trudem skrywając wzburzenie.

– Oby to był szczęśliwy rok – powiedziała lady Laura. – Choć według mnie sytuacja polityczna obfituje w wielkie niewiadome.

– Na pewno – odparł żywo pan Satterthwaite. – Na pewno.

– Mam tylko nadzieję – ciągnęła lady Laura, nie zmieniając ani na jotę tonu – że jako pierwszy przekroczy nasz próg jakiś brunet. Zapewne zna pan ten przesąd, panie Satterthwaite? Nie? Zaskakuje mnie pan. Otóż, żeby szczęście przyszło do domu, w dzień Nowego Roku jako pierwszy przez próg musi przejść ciemnowłosy mężczyzna. Mój Boże, obym tylko nie znalazła w swoim łóżku czegoś bardzo nieprzyjemnego. Nie ufam dzieciom. Są aż za bardzo pełne wigoru.

Potrząsając głową w smutnym przeczuciu, lady Laura wspięła się majestatycznie po schodach.

Kiedy panie odeszły, krzesła przysunięto bliżej kłód płonących w otwartym kominku.

– Mówcie, kiedy – powiedział Evesham, zachęcająco podnosząc karafkę z whisky.

Gdy każdy miał już napełnioną szklankę, rozmowa wróciła do tematu zakazanego wcześniej.

– Znał pan Dereka Capela, Satterthwaite? – spytał Conway.

– Tak, choć słabo.

– A pan, Portal?

– Nie, nigdy go nie spotkałem.

Powiedział to gwałtownie, jakby się bronił, aż pan Satterthwaite podniósł na niego zdumiony wzrok.

– Nie cierpię, kiedy Laura wraca do tego tematu – stwierdził powoli Evesham. – Musicie wiedzieć, że po tragedii dom sprzedano jakiemuś wielkiemu fabrykantowi. Wyniósł się po roku. Nie przypadł mu do gustu czy co? Oczywiście opowiadano sporo bzdur o tym, że w tym domu straszy i posiadłość zyskała złą sławę. Potem Laura kazała mi kandydować z okręgu West Kidleby, co oczywiście oznaczało zamieszkanie w tej części kraju, a niełatwo było znaleźć odpowiednią siedzibę. Royston sprzedawano tanio, więc cóż, w końcu je kupiłem. Duchy to bzdura, ale mimo to nikt nie chce, żeby przypominano mu, iż mieszka w domu, w którym zastrzelił się jeden z jego przyjaciół. Biedny stary Derek. Nigdy nie dowiemy się, dlaczego to zrobił.

– Nie jest pierwszym ani ostatnim człowiekiem, który zastrzelił się, nie podając przyczyny – skwitował smutno Alex Portal.

Wstał i zrobił sobie kolejnego drinka, szczodrą ręką lejąc whisky.

„Dzieje się z nim coś złego” – orzekł w duchu pan Satterthwaite. „Bardzo złego. Chciałbym wiedzieć, w czym rzecz”.

– No, no! – odezwał się Conway. – Posłuchajcie wiatru. Dzika noc.

– Idealna dla duchów – rzucił Portal z zuchwałym śmiechem. – W taką noc wszystkie diabły wychodzą z piekła.

– Według lady Laury, nawet najczarniejszy z nich przyniósłby nam szczęście – zauważył Conway, śmiejąc się. – Posłuchajcie tego!

Wiatr znów zawył przeraźliwie, a kiedy ucichł, rozległy się trzy głośne uderzenia w okute drzwi wejściowe.

Wszyscy aż podskoczyli.

– Kto to, na Boga, może być?! O tej porze?! – zawołał Evesham.

Popatrzyli na siebie.

– Sprawdzę – powiedział gospodarz. – Służba już śpi.

Podszedł do drzwi, grzebał się trochę z ciężkimi zasuwami i wreszcie otworzył je na oścież. Do holu wpadł lodowaty podmuch wiatru.

Na progu stał jakiś mężczyzna, wysoki i smukły. Witraż nad drzwiami sprawił, że panu Satterthwaite’owi wydało się, iż ubrany jest we wszystkie kolory tęczy. Kiedy postąpił naprzód, okazał się szczupłym brunetem w sportowej marynarce.

– Muszę gorąco przeprosić za ten najazd – przemówił miłym, stonowanym głosem. – Mój samochód się zepsuł. Nic poważnego. Szofer naprawia go, lecz potrwa to jakieś pół godziny, a na dworze jest tak potwornie zimno...

Urwał, a Evesham szybko podchwycił wątek.

– Na pewno. Proszę wejść i napić się z nami. Nie potrzebuje pan pomocy przy samochodzie?

– Nie, dziękuję. Mój człowiek wie, co robić. A w ogóle to nazywam się Quin. Harley Quin.

– Niechże pan siada, panie Quin – powiedział Evesham. – To sir Richard Conway, to pan Satterthwaite. Ja nazywam się Evesham.

Pan Quin przywitał się i opadł na krzesło gościnnie podsunięte przez Eveshama. Kiedy siadał, płomienie w kominku przygasły, na chwilę pogrążając jego twarz w mroku, co wyglądało niemal tak, jakby założył maskę.

Gospodarz dorzucił drew do ognia.

– Drinka?

– Z chęcią.

Evesham przyniósł mu szklankę i podając ją, zapytał:

– Zna pan dobrze tę część kraju, panie Quin?

– Przejeżdżałem tędy kilka lat temu.

– Naprawdę?

– Tak. Ten dom należał wtedy do człowieka nazwiskiem Capel.

– A tak. Biedny Derek Capel. Znał go pan?

 

– Tak, znałem.

Zachowanie Eveshama uległo delikatnej zmianie, prawie niezauważalnej dla kogoś, kto nie zgłębił charakteru Anglika. Poprzednio była w nim lekka rezerwa, która teraz zniknęła. Pan Quin znał Dereka Capela. Był przyjacielem przyjaciela, co stanowiło wystarczające poręczenie i pozwalało obdarzyć go zaufaniem.

– To zdumiewająca sprawa – zwierzył się Evesham. – Właśnie o niej rozmawialiśmy. Mówię panu, kupiłem ten dom wbrew sobie. Gdybym znalazł cokolwiek innego, równie dogodnego... ale nic nie było. Nocowałem tu, kiedy się zastrzelił, tak samo jak Conway, i daję słowo, zawsze spodziewałem się, że duch Capela będzie tu krążył.

– Trudno to wyjaśnić – powiedział wolno i z rozwagą pan Quin i urwał jak aktor, który właśnie podał widzom ważną wskazówkę.

– Może pan sobie mówić, że trudno! – wypalił gwałtownie Conway. – Cała rzecz jest absolutną tajemnicą i tak już pozostanie.

– Doprawdy? – rzucił wymijająco pan Quin. – Tak, sir Richardzie, co pan mówił?

– Zdumiewające... takie właśnie to było. Oto mężczyzna w kwiecie wieku, wesoły, beztroski, bez żadnych zmartwień. Nocuje u niego pięciu czy sześciu starych kumpli. Przy kolacji ma wyśmienity humor, jest pełen planów na przyszłość. I prosto od stołu idzie na górę do swojego pokoju, wyciąga rewolwer z szuflady i strzela. Dlaczego? Nie wiedzieliśmy wtedy i nigdy się tego nie dowiemy.

– Czy to nie jest zbyt przesadne stwierdzenie, sir Richardzie? – zapytał z uśmiechem pan Quin.

Conway zagapił się na niego.

– Co ma pan na myśli? Nie rozumiem.

– Problem niekoniecznie jest nie do rozwiązania, ponieważ dotąd go nie rozwiązano.

– Och! Ejże, człowieku, przecież jeśli nic nie wyjaśniło się wtedy, mało prawdopodobne, by udało się to teraz, dziesięć lat później!

Pan Quin łagodnie pokręcił głową.

– Nie zgadzam się z panem. Przemawia przeciwko panu historia. Współczesny kronikarz nigdy nie opisze historii równie dokładnie jak historyk z późniejszego pokolenia. Chodzi o lepszą perspektywę, możliwość zobaczenia wydarzeń we właściwych proporcjach. Jeśli pan woli, jest to kwestia względności, jak zresztą wszystko.

Alex Portal pochylił się do przodu z boleśnie wykrzywioną twarzą.

– Ma pan rację, Quin! – wykrzyknął. – Ma pan rację. Czas nie likwiduje pytań, przedstawia je tylko na nowo, w innym ujęciu.

Evesham uśmiechał się tolerancyjnie.

– Chce pan powiedzieć, Quin, że gdybyśmy urządzili tu dziś wieczór... nazwijmy to... przewodem sądowym w sprawie okoliczności śmierci Dereka Capela, mamy równe szanse dotarcia do prawdy jak wówczas?

– Większe, panie Evesham. Niemal zupełnie zniknął już wasz osobisty stosunek do wydarzeń, pamiętacie więc fakty jako fakty, nie szukacie sposobu, by zniekształcić je własną interpretacją.

Evesham zmarszczył czoło, pełen wątpliwości.

– Oczywiście, od czegoś trzeba zacząć – ciągnął pan Quin spokojnym tonem. – Zazwyczaj zaczyna się od teorii. Jestem pewien, że któryś z panów ma własną. Może pan, sir Richardzie?

Conway ściągnął brwi, zastanawiając się.

– Cóż, oczywiście – zaczął się tłumaczyć – myśleliśmy... to było całkiem naturalne... że za tym musi kryć się jakaś kobieta. Zwykle chodzi o kobietę lub o pieniądze, prawda? A tu na pewno nie wchodziły w grę pieniądze. Żadnych problemów w tej materii. Tak więc... o co innego mogło chodzić?

Pan Satterthwaite aż podskoczył. Pochylił się, by podzielić się własnym zdaniem, i w tej samej chwili dostrzegł kobiecą postać przykucniętą przy balustradzie biegnącej wokół galerii na piętrze. Skuliła się, widoczna jedynie z miejsca, gdzie siedział, i z napięciem przysłuchiwała się temu, co mówiono poniżej. Była tak nieruchoma, że z trudem wierzył własnym oczom.

Jednak z łatwością rozpoznał deseń sukni – staromodny brokat. To była Eleanor Portal.

I nagle wszystkie wydarzenia tego wieczoru ułożyły się w spójną całość: przybycie pana Quina nie było czystym przypadkiem – na scenie pojawił się aktor, który ma podać najważniejszą wskazówkę. W holu Royston wystawiano właśnie tragedię, wcale nie mniejszą przez to, że jeden z aktorów nie żyje. Och, Derek Capel również brał udział w przedstawieniu. Tego pan Satterthwaite był pewien.

I równie nagle spadło na niego kolejne olśnienie. Sytuacja była zasługą pana Quina. To on wystawiał tę sztukę, to on rozdawał aktorom role. Stał u źródła tajemnicy, pociągając za sznurki, wprawiając kukiełki w ruch. Wiedział o wszystkim, nawet o kobiecie skulonej za drewnianą balustradą na piętrze. Tak, on wiedział.

Oparłszy się wygodnie na krześle, bezpieczny w roli jednoosobowej widowni, pan Satterthwaite obserwował rozgrywający się przed jego oczyma dramat. Pan Quin pociągał za sznurki spokojnie, ze swobodą poruszając swoimi marionetkami.

– Kobieta... tak – mruknął z namysłem. – Czy podczas owej kolacji nie wspominano o jakiejś kobiecie?

– Ależ tak! – wykrzyknął Evesham. – Capel ogłosił swoje zaręczyny. To dlatego wszystko, co wydarzyło się potem, wydawało się kompletnym szaleństwem. Dlatego był taki ożywiony. Wyznał, że nie powinien tego jeszcze ogłaszać oficjalnie, zrobił tylko aluzję, że wkrótce porzuci kawalerski stan.

– Z miejsca odgadliśmy, o którą damę chodzi – dołączył się Evesham. – Marjorie Dilke. Miła dziewczyna.

Wydawało się, że kolej na uwagę pana Quina, lecz on się nie odezwał; jego milczenie było dziwnie prowokujące, zupełnie jakby podał w wątpliwość ostatnie twierdzenie. W efekcie Conway zajął obronną pozycję:

– Bo o kogo innego mogło chodzić? Jak myślisz, Evesham?

– Nie wiem – odparł wolno Tom Evesham. – Zaraz, co on dokładnie powiedział? Że porzuca stan kawalerski i że nie może podać nam nazwiska swojej wybranki, zanim nie uzyska jej pozwolenia... Że jeszcze nie wolno mu nic oficjalnie ogłaszać. Pamiętam, powiedział, że jest cholernym szczęściarzem. Że chce, by jego dwaj starzy przyjaciele wiedzieli, iż za rok o tej porze będzie szczęśliwym małżonkiem. Przyjęliśmy oczywiście, że mówi o Marjorie. Przyjaźnili się i często się spotykali.

– Jedynie... – zaczął Conway i zaraz urwał.

– Co chciałeś powiedzieć, Dick?

– Cóż, rzecz w tym, że jeśli rzeczywiście mówił o Marjorie, trochę dziwne, że nie mógł od razu ogłosić zaręczyn. Po co ta tajemnica? Wyglądało to tak, jakby chodziło o jakąś mężatkę... wiecie, kobietę, której mąż właśnie zmarł albo której sprawa rozwodowa była w toku.

– To prawda – zgodził się Evesham. – W takiej sytuacji jasne, że nie mógł ogłosić zaręczyn. I wiecie, jeśli się głębiej zastanowić, wcale nie spotykał się z Marjorie tak często. Wszystko urwało się rok wcześniej. Pamiętam, że pomyślałem, iż stosunki między nimi znacznie się ochłodziły.

– Dziwne – rzucił pan Quin.

– Tak... zupełnie jakby pomiędzy nich wszedł ktoś trzeci.

– Inna kobieta – powiedział zamyślony Conway.

– Na Jowisza! – zawołał Evesham. – Wiecie, tamtej nocy Derek był niemal nieprzyzwoicie wesoły, prawie pijany ze szczęścia. A jednak... nie potrafię tego dokładnie nazwać, ale zachowywał się jakby... prowokacyjnie.

– Jak człowiek wyzywający los – dorzucił ciężko Alex Portal.

Czy aby na pewno mówił o Dereku Capelu, a nie o sobie? Patrząc na niego pan Satterthwaite skłaniał się raczej ku drugiemu przypuszczeniu. Tak, tak właśnie zachowywał się Alex Portal – jak człowiek wyzywający los.

Jego wyobraźnię, rozleniwioną alkoholem, rozbudził raptownie ten właśnie aspekt całej historii, przypominając mu jego własną tajemną troskę.

Podniósł wzrok w górę. Nadal tam była. Obserwowała, słuchała. Wciąż bez ruchu, zastygła... jak martwa.

– Dokładnie – potwierdził Conway. – Capel był podniecony, i to dziwnie. Opisałbym go jako człowieka, który obstawiał wysoko i wygrał wbrew wszelkim szansom.

– Może zbierał się na odwagę, niezbędną, by zrobić to, na co się zdecydował? – podsunął Portal.

I jakby pod wpływem nasuwającego się skojarzenia wstał i nalał sobie kolejnego drinka.

– W żadnym razie! – rzucił ostro Evesham. – Mógłbym niemal przysiąc, że nic takiego nie chodziło mu po głowie. Conway ma rację. Szczęśliwy gracz, który sporo zaryzykował i ledwo może uwierzyć w wygraną. Tak właśnie się zachowywał.

Conway machnął ręką ze zniechęceniem.

– A jednak – powiedział – dziesięć minut później...

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?