Bądź moim światłem

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Agata Przybyłek-Sienkiewicz, 2019

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Anna Stawińska | Quendi Language Services

Korekta: Kamila Sowińska | panbook.pl, Katarzyna Smardzewska | panbook.pl

Projekt okładki: Marta Houli

ISBN 978-83-66431-11-9

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

„Słuchaj, Mała, dziś się czyimś światem stałaś (…) i na pewno czyjąś rozproszyłaś ciemność, a to nie takie łatwe być dla kogoś światłem. Jednym i jedynym w samym środku zimy…”

Kuba Jurzyk, „Być dla kogoś”

Rozdział 1

Awarie prądu nie zdarzały się w Gdańsku zbyt często. Magda mieszkała tu już od kilku lat i przez ten czas ani razu nie mogła się na to poskarżyć. Owszem, słyszała czasami w wiadomościach, że z brakiem prądu zmagają się mieszkańcy Oliwy czy południowych dzielnic, ale na Przymorzu naprawdę była to rzadkość. Prawdę mówiąc, nie pamiętała ani jednej takiej sytuacji. Jeśli nie liczyć dnia, gdy któregoś wieczoru w jej mieszkaniu wystrzelił bezpiecznik, bo niespodziewanie przepalił się czajnik, albo remontu u sąsiadów, którzy wymieniali instalację elektryczną.

Kiedy wsiadała do tramwaju w Śródmieściu, nic nie wskazywało na to, że nie dojedzie do domu. Nie było nawet silnego wiatru, który należał do częstych przyczyn zrywania linii. Wręcz przeciwnie, wieczór wydawał się wyjątkowo spokojny. Prószył drobny śnieg i jak na tegoroczny listopad, który nie rozpieszczał wysokimi temperaturami, było dość ciepło.

Magda weszła do tramwaju w ostatniej chwili przed tym, jak rozległ się charakterystyczny dźwięk sygnalizujący zamknięcie drzwi, i złapała się metalowej poręczy.

– Hej, jeszcze ja! – Usłyszała za sobą głos dziewczyny, która dotarła na przystanek tuż po niej, ale motorniczy nie przejął się jej losem i ruszył.

– Miała pani szczęście – skomentowała to zajście siedząca naprzeciwko drzwi starsza kobieta.

Magda posłała jej uśmiech. O tak. Ledwie zdążyła. Motorniczy musiał chyba dostrzec, jak biegnie po pasach obładowana torbami, i zrobiło mu się jej żal.

Zamiast jednak powiedzieć to na głos, rozejrzała się za wolnym fotelem. Niestety, wszystkie miejsca siedzące były zajęte, więc stanęła pod ścianą i w końcu puściła uchwyty dwóch ciężkich toreb, które wrzynały jej się w ręce. Rozmasowała obolałe dłonie. Nie znosiła tego uczucia. Nie miała jednak nikogo, kto mógłby ją wyręczyć.

Wyróżniała się wśród pasażerów nie tylko tym, że po dwudziestej pierwszej wracała z zakupów. Większość z jadących osób stanowiła młodzież albo ludzie w podeszłym wieku. Jej równolatkowie wybierali o tej porze i w taką pogodę raczej samochód, czemu nie można się dziwić – w końcu było to wygodne rozwiązanie. Chyba że tak jak ona nie mieli wyjścia.

Magda była tuż przed trzydziestką, chociaż wyglądała na młodszą. Miała na sobie dżinsy i jasną kurtkę, do której pasowały bladoróżowy szalik owinięty wokół jej szyi i płócienna torba przewieszona przez ramię. Była drobną kobietą o nieprzeciętnej urodzie. Jej brązowe włosy opadały na ramiona, ale to spojrzenie przyciągało wzrok. Miała wyjątkowo piękne, błękitne tęczówki, które otaczała ciemna kaskada długich rzęs. Wiele kobiet oddałoby wszystko, żeby mieć taką oprawę oczu jak ona. A mężczyźni często prawili jej z tego powodu mniej czy bardziej wymyślne komplementy.

Tramwaj zatrzymał się na kolejnym przystanku. Magda wykorzystała ten moment i zdjęła z głowy wełnianą czapkę. Miała do przejechania jeszcze kilka kilometrów, nie chciała się zgrzać. Gdyby wyszła później na zimne powietrze, to jak nic przypłaciłaby to przeziębieniem, a w najgorszym wypadku zapaleniem płuc. Nie lubiła chorować. Ale czy w ogóle można było to lubić?

Tegoroczny listopad należał do chłodnych. Na początku miesiąca nad Polską pojawił się zimny front i temperatura niezmiennie oscylowała w okolicach zera. Pierwszy śnieg spadł dzień po Wszystkich Świętych i od tamtej pory sypało niemal co wieczór. W gazetach i internecie pojawiły się coroczne komunikaty, że zima znowu zaskoczyła drogowców, ale Magda sądziła, że ta pogoda ma swój urok. Gdy szła na przystanek, to mimo ciężaru zakupów obserwowała drobne płatki śniegu, które wirowały na wietrze i skrzyły się, wpadając w światło przyulicznych latarni. Otulały trawniki, chodniki, a także ubrania przechodniów, co oczywiście dla wielu stanowiło powód do narzekania.

Na szczęście druga część społeczeństwa podzielała jej zdanie i rozmowy tych osób coraz częściej dotyczyły uroków wczesnej zimy oraz zbliżających się świąt. Teraz też gawędziły o tym dwie dziewczyny stojące nieopodal. Magda zerknęła na nie przelotnie, ale zamiast im się przyglądać, wyjęła z kieszeni telefon. Chciała sprawdzić godzinę, lecz smartfon odmówił jej posłuszeństwa. Nie zwróciła wcześniej uwagi na niski poziom baterii, ale wyglądało na to, że był rozładowany. Mimo kilkukrotnych prób włączenia go nadal widziała tylko czarny ekran.

No trudno, pomyślała, po czym wsunęła telefon do kieszeni. Nie zamierzała do nikogo dzwonić w najbliższym czasie, a do domu miała już niedaleko. Chcąc zająć czymś uwagę, spojrzała na ekran zamontowany pod sufitem tramwaju. Na razie wyświetlała się na nim jakaś reklama, ale wiedziała, że prędzej czy później w rogu ukaże się zegar.

Tak też się stało. Kilkadziesiąt sekund później dowiedziała się, że jest dokładnie dwudziesta pierwsza dwadzieścia siedem. Trochę późno. Mogła wcześniej pożegnać się ze znajomą, która towarzyszyła jej podczas zakupów, ale nie umiała przerwać rozmowy. Gabrysia nie miała zbyt wielu przyjaciółek, z którymi mogłaby wyjść na babskie pogaduchy, a jej mąż pracował na statkach. Magda już po kilkunastu minutach w jej towarzystwie zorientowała się, że wcale nie chodziło o pomoc w kupnie sukienki, ale o chęć wygadania się. Wysłuchała więc całej tyrady pod adresem teściowej, która mieszkała na parterze i co rano specjalnie tłukła garami, a potem opowieści o zbliżającym się ślubie znajomych, na który Gabrysia nie miała się w co ubrać. Zresztą tak naprawdę uważała sukienkę za zbędny wydatek, bo wcale nie chciało jej się tam iść.

– Kto organizuje ślub w listopadzie? – marudziła, przeglądając ubrania. – Przecież to miesiąc zmarłych. Naprawdę mogli poczekać do przyszłego roku.

Magda słuchała tego w spokoju, co jakiś czas dorzucając krótki komentarz. Sama miała do zrobienia tylko zakupy spożywcze, ale cierpliwie chodziła po sklepach odzieżowych. Teraz trochę żałowała, że poświęciła Gabrysi tyle czasu. Wyglądało na to, że dotrze do mieszkania dopiero po dwudziestej drugiej.

Nie lubiła sama poruszać się wieczorami po mieście. Zwłaszcza późną jesienią i zimą. Pomimo że chodniki były rozświetlone przez dziesiątki przydrożnych lamp i reflektory przejeżdżających ulicą samochodów, za każdym razem gdy mijała jakiś ciemny zaułek albo idącego samotnie mężczyznę, wzdłuż jej kręgosłupa rozchodził się zimny dreszcz. Nie czuła się bezpiecznie. Była drobną kobietą, nie uprawiała żadnego sportu poza okazjonalnym poćwiczeniem aerobiku przed własnym laptopem. Sądziła, że raczej nie miałaby szans w starciu z bandytą, choćby najwątlejszym. I nie pomagała nawet świadomość, że prawdopodobieństwo zamordowania jej lub porwania w tej okolicy było raczej znikome. Wolała obserwować spowite ciemnością miasto przez okna swojego mieszkania i już.

Tramwaj znów zwolnił, a ona popatrzyła na młodą matkę z dzieckiem, która wsiadła do pojazdu przystanek wcześniej. Przez chwilę zastanawiała się, co taka osoba robi tu o tej porze. Przecież to dziecko powinno już dawno spać.

Chwilę później tramwaj skręcił gwałtownie i niemal wszyscy stojący podróżni zachwiali się lekko.

– Cholera! – zaklął jakiś mężczyzna, któremu wypadł z ręki telefon.

– Przepraszam bardzo – mruknął natomiast młody chłopak, którego siła odśrodkowa rzuciła na siedzącą staruszkę.

– Nic nie szkodzi. Gdybym to była ja, pewnie już dawno leżałabym w przejściu jak długa. I nie obyłoby się bez karetki. – Szczęśliwie starsza pani nie okazała się zrzędą i nawet pomogła mu odzyskać pion.

Magda tymczasem pochyliła się, żeby poprawić torby z zakupami. Na szczęście stały stabilnie i tylko lekko się pochyliły. Nie byłaby zbyt szczęśliwa, gdyby musiała ganiać po tramwaju turlające się jabłka albo cytryny. Już raz ją to spotkało i wolała na tym poprzestać. Jak dobrze, że musiała tylko poprawić pęczek pietruszki.

Kolejny argument, dla którego lepiej byłoby jechać samochodem, pomyślała, upychając zieleninę do torby, ale kilka minut później okazało się, że niesforne zakupy to jej najmniejszy problem tego wieczoru. Nagle światło w tramwaju zaczęło migać niczym w filmach katastroficznych, a pojazd zwalniał i przyspieszał.

– Co jest? – zaczęli szeptać między sobą pasażerowie.

Magda zadarła głowę do góry i spojrzała na wariujące lampy, które migały niczym stroboskop. W tej samej chwili z trakcji za oknem posypały się iskry i jakaś dziewczyna aż głośno krzyknęła.

– Zginiemy? – szepnęła jakaś nastolatka do swojego chłopaka.

Chwilę później tramwaj zahamował gwałtownie i światło zgasło zupełnie. Magda poczuła, jak przechodzi ją dreszcz. Zrobiło się naprawdę groźnie.

Rozdział 2

Michał nie pił dużo, a już na pewno nie w tygodniu roboczym, gdy na drugi dzień musiał iść do pracy. Prawdę mówiąc, bliżej mu było do abstynenta niż alkoholika, ale nie codziennie dostawał podwyżkę. I to w takiej kwocie. Gdy przed południem szedł do gabinetu prezesa, obawiał się, że będzie musiał wykłócać się choćby o kilka groszy – wiadomo, jak to bywa – ale czekała go miła niespodzianka. Wiktor, z którym od jakiegoś czasu mówili sobie po imieniu, bez zbędnych ceregieli zapisał ołówkiem sumę na karteczce i podsunął mu ją pod nos.

 

– Czy tyle cię satysfakcjonuje?

Michał w pierwszej chwili miał wrażenie, że się przewidział. Kiedy kilka dni temu, po skończeniu dużego projektu, napomknął Wiktorowi o podwyżce, nie spodziewał się, że w ogóle ją dostanie. Prezes nie był zbyt skory do takich gestów i zwykle zbywał swoich podwładnych nędznymi ochłapami, by nie mieli wrażenia, że wyszli z jego gabinetu z kwitkiem.

Nic więc dziwnego, że jego nagła hojność wprawiła Michała w osłupienie. Co prawda nigdy nie mógł narzekać na zarobki, starczało mu nie tylko na opłacanie rachunków i utrzymanie nowoczesnego mieszkania z widokiem na morze, ale i na inne przyjemności, lecz takiej sumy się nie spodziewał. Zamiast odbyć z Wiktorem długą, elokwentną rozmowę, na którą się nastawił, wydukał więc tylko krótkie: oczywiście, a potem podpisali umowę, uścisnęli sobie ręce i opuścił gabinet.

– Co jest? – Gdy stanął za drzwiami, by odetchnąć i ułożyć sobie w głowie to, co właśnie się stało, zagadnął go przechodzący Czarek.

– Nie uwierzysz… – Pokręcił głową i przejechał dłonią po swoich bujnych, ciemnych włosach.

– Tylko nie mów, że cię wywalił.

– Co ty. – Michał omal się nie roześmiał. – Wręcz przeciwnie. Dostałem podwyżkę. I to jaką!

– Bez jaj. – Kolega zatrzymał się w miejscu. – Kiedy ja próbowałem go o to ostatnio zagadnąć, to zbył mnie frazesem, że firma cienko przędzie.

– To chyba już odbiliśmy się od dna, bo jestem bardziej niż usatysfakcjonowany.

– Nie gadaj… – powiedział, chociaż cisnęło mu się na usta znacznie mniej cenzuralne określenie.

– Naprawdę – zapewnił go Michał. – Dostałem ze trzy razy więcej, niż się spodziewałem.

– Co to ma, kurde, być, jakiś dzień dobroci dla redaktorów?

Michał roześmiał się głośno, a potem poklepał go po plecach.

– Zamiast się nad tym zastanawiać, lepiej wykorzystaj ten moment i idź zawalczyć o swoje. Taka okazja może się więcej nie zdarzyć – rzucił lekko, a potem wyminął go i cały w skowronkach wrócił do swojego pokoju.

– Wygrałeś w totka? – przywitała go koleżanka.

– Lepiej. – Posłał jej uśmiech, ale nie powiedział nic więcej, tylko poprawił pod szyją ciemny golf, który był jego znakiem rozpoznawczym, i zasiadł do swoich obowiązków.

Dziewczyna zmierzyła go wzrokiem. Chyba jednak wyczuła, że nie zdradzi jej powodu swojego dobrego humoru, bo zamiast drążyć temat, również wróciła do pracy.

I dobrze, pomyślał, włączając komputer. Pracował w tym wydawnictwie tak długo, by wiedzieć, że nie ma tutaj prawdziwych przyjaciół. Po jakimś czasie każdy skoczyłby koledze do gardła, byleby tylko ugrać coś dla siebie. Może i na pierwszy rzut oka sprawiali wrażenie miłych i przyjaznych, ale prędzej czy później i tak odzywała się ich prawdziwa natura. Zbyt wiele razy się zawiódł, by teraz im ufać.

Michał był przystojnym facetem po trzydziestce. Miał atletyczną sylwetkę, którą zawdzięczał regularnym wizytom na siłowni. Daleko mu było jednak do typu sportowca. Zwykle nosił eleganckie ubrania w ciemnych kolorach, które w jego odczuciu dobrze współgrały z ciemną czupryną. Zimą, jesienią i wiosną obowiązkowo zakładał pod marynarkę dopasowane golfy. Lubił siebie w takim wydaniu i chyba naprawdę nieźle wyglądał, bo często spotykał się z pełnymi podziwu spojrzeniami kobiet. W dodatku czasami szły za tym także dość jednoznaczne propozycje, którymi jednak nie był zainteresowany. Chociaż może to wcale nie przez te golfy? Może po prostu się im podobał?

Kto wie. Nie był typem faceta, który spędza godziny, przeglądając się w lustrze, a idąc chodnikiem, dyskretnie zerka w witryny sklepowe, by skontrolować swój wygląd. Dbał o siebie i bezsprzecznie miał niezłe wyczucie stylu, ale wygląd nigdy nie był dla niego najważniejszy. Liczyła się głównie praca, którą uwielbiał. Na drugim miejscu stawiał znajomych, rodzinę i spotkania towarzyskie.

To chyba właśnie dlatego nie odmówił wieczornego wyjścia na piwo, które zaproponował mu Czarek. Kolega chciał świętować podwyżkę, którą również dostał od szefa. Umówili się w pubie na Starówce i spędzili kilka godzin, popijając piwo z kufli oraz plotkując. Wbrew pozorom nie było to tylko domeną kobiet, które oddają się tej przyjemności przy kawie i obgadują wszystkie koleżanki, przyjaciółki czy bliższą lub dalszą rodzinę. Mężczyźni to tacy sami plotkarze. Kto wie, czy nawet nie więksi.

Nie zabawili w pubie jednak zbyt długo. Przed dwudziestą pierwszą Czarek dostał telefon od żony, która nie mogła znaleźć jedynego smoczka ich dziecka, więc rzucił Michałowi przepraszające spojrzenie i wyszukał w internecie adres najbliższej apteki.

– Sorry, stary – mruknął, zbierając się do wyjścia. – Zachciało mi się ojcostwa, to mam.

Michał nie chował urazy. Dopił w spokoju swoje piwo, a potem też pozbierał swoje rzeczy rozłożone przy barze. Niedbale owinął szyję szalikiem i ruszył w stronę wyjścia. Gdy wychodził, jakaś dziewczyna posłała mu długie spojrzenie, pod wpływem którego wielu mężczyzn zmieniłoby swoje plany na wieczór, ale on taki nie był. Tylko uśmiechnął się do niej lekko i zdecydowanie nacisnął klamkę.

Gdy wyszedł, natychmiast uderzyły go zimne, listopadowe powietrze i pustka. Stanowiły zupełne przeciwieństwo ciepłego, zatłoczonego pubu. Ludzie nie przyzwyczaili się chyba jeszcze do niskich temperatur i zamiast spacerować po zabytkowych uliczkach, woleli siedzieć w domach. Zresztą wcale im się nie dziwił. Gdyby nie ten awans i naleganie Czarka na wyjście, to pewnie też zostałby w mieszkaniu.

Nie był jednak facetem, który lubił marudzić. Zasunął suwak kurtki nieco wyżej i ruszył lekko zaśnieżonym chodnikiem w stronę Bramy Wyżynnej. Zamierzał podjechać stamtąd do siebie tramwajem, co przypomniało mu czasy studenckie. Ani on, ani jego kumple nie mieli wtedy jeszcze samochodów i po każdym wieczornym wyjściu na piwo wracali na stancje komunikacją miejską. Okupowali ostatnie rzędy w tramwaju czy autobusie i dokańczali burzliwe rozmowy. Szkoda, że teraz z większością z nich nie miał żadnego kontaktu.

Skręcił w węższą uliczkę, a potem dotarł do Długiej. Tu ludzi było nieco więcej, w końcu znalazł się w sercu gdańskiej Starówki. Minęła go grupka podchmielonych znajomych, a potem kilka przytulających się par. Widocznie śnieg i chłodne powietrze nie przeszkadzały im w romantycznych spacerach. Rozgrzewała ich siła miłości.

Szedł żwawym tempem pośród ośnieżonych kamienic, obserwując przechodniów. Większość ludzi była ubrana odpowiednio do pogody. Wśród mężczyzn królowały parki w kolorze khaki, kominy na szyi i ciemne czapki, a wśród kobiet puchówki i wełniane płaszcze. Kilka dziewczyn miało już na sobie nawet kozaki, ale oczywiście znalazły się także takie, które paradowały w rajstopach kabaretkach i mini, stawiając atrakcyjność ponad uczucie komfortu. I wcale nie mówił o paniach pod różowymi parasolkami, które wieczorami stanowiły jeden z nieodłącznych elementów Starówki. Wbrew stereotypom dotyczących ich profesji, były dość grubo ubrane.

Po kilku minutach dotarł na przystanek. Zadarł głowę i spojrzał na elektroniczną tablicę z rozkładem jazdy. Tramwaj, którym mógł dojechać do domu, miał przyjechać za kilka minut, więc stanął obok biletomatu. Pod wiatą było kilka osób, które najwidoczniej się znały, bo odbywały żywą dyskusję na tematy polityczne. Wolał trzymać się na uboczu.

Dopóki nie przyjechał tramwaj, przeglądał Facebooka. Polubił kilka postów znajomych i przejrzał stronę wydawnictwa, w którym pracował. Dziewczyna prowadząca fanpage dodała nowy post już po godzinach pracy, więc też go polubił. Zwłaszcza że dotyczył książek, nad którymi sprawował pieczę.

Tramwaj przyjechał o czasie. W młodości pewnie wsiadłby ostatnimi drzwiami, ale teraz zajął miejsce między tyłem a środkiem. Usiadł na jedynym wolnym fotelu, oczywiście wcześniej upewniając się, że nie należy on się bardziej jakiejś ciężarnej kobiecie albo staruszce. Potem znowu wyciągnął z kieszeni telefon. W końcu podróżowanie z nosem w ekranie było domeną dwudziestego pierwszego wieku.

Dla zabicia czasu włączył e-booka. Zwykle używał do tego celu czytnika, co było o wiele lepsze dla wzroku, ale nie pomyślał o tym, by go dzisiaj ze sobą zabrać. Na szczęście miał w telefonie kilka wgranych książek na sytuacje awaryjne takie jak ta.

Po krótkim namyśle wybrał jeden z horrorów Kinga. Niestety, nie doczytał nawet do końca rozdziału, bo gdy tramwaj dojechał na Zaspę, zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Światło zamigało kilka razy, a z trakcji posypały się iskry. Potem lampy pod sufitem zgasły na dobre, zresztą tak samo jak latarnie uliczne na zewnątrz i wszystkie światła w pobliskich blokach. Niespodziewanie zapanowała kompletna ciemność.

Rozdział 3

– Wygląda na to, że jest jakaś większa awaria prądu – poinformował motorniczy, który wyszedł ze swojej kabiny z latarką po kilku minutach zbiorowej paniki w tramwaju. – A bez prądu nie pojedziemy, choćbym stanął na głowie.

– To może trzeba wyjść i popchnąć? – rzucił jakiś młody podchmielony chłopak siedzący na tyle.

Magda spojrzała w jego kierunku. Dzięki temu, że wielu pasażerów włączyło latarki w komórkach, w pojeździe znów zapanowała jasność i bez trudu dostrzegła jego twarz.

Motorniczy zignorował jednak pomysł chłopaka.

– Dostałem informację z centrali, że stoją wszystkie tramwaje na Zaspie, Przymorzu i w Oliwie. Nie wiadomo, ile to potrwa.

Niezadowoleni podróżni zaczęli szeptać między sobą i posyłać sobie niezadowolone spojrzenia.

– Cudownie… – mruknęła jakaś siedząca niedaleko Magdy dziewczyna w różowym płaszczyku. – Nie ma to jak udane powroty do domu.

– Dokładnie – przytaknęła jej trochę starsza kobieta. – Ale w tym mieście to chyba norma. Nie dalej niż wczoraj jechałam tramwajem, który rozkraczył się już dwie minuty po tym, jak wsiadłam. Na co idą te nasze podatki?

– Proszę państwa, proszę o spokój – odezwał się motorniczy. – Narzekanie jak na razie nie ma mocy sprawczej i raczej nie przywróci nam prądu.

– To co mamy teraz zrobić, co? – Spojrzała na niego z wyrzutem dziewczyna. – Może jeszcze każe nam pan wysiąść i iść do domów na pieszo w taki ziąb? – W jej głosie zabrzmiała agresja.

– Spokojnie, nikogo nie będę wyrzucał. Dopóki nie dostanę z centrali komunikatu, żeby to zrobić, mogą państwo tu zostać.

– Chociaż tyle – mruknęła niezadowolona.

– Uprzedzam państwa jednak, że nie mam pojęcia, ile potrwa ta awaria i ile czasu pojazd będzie tu stał. Dostałem z centrali informację, że usterka podobno jest dość poważna.

– Co to oznacza? – zapytał ktoś z tyłu.

– Że możemy tu stać dwadzieścia minut, a możemy i do rana.

Po tramwaju znowu rozeszły się szemrania i jęki.

– Rada ode mnie jest taka, że jeśli mają państwo możliwość dojechania do swoich celów innym środkiem transportu, powinni państwo z niego skorzystać. Tak jak powiedziałem, nikogo nie będę jednak wyrzucać, jeśli nie dostanę takiego nakazu od przełożonych. Gdy będę miał jakieś nowe informacje w sprawie awarii, to na pewno o tym powiem.

– Miły człowiek – skomentowała to wystąpienie jakaś staruszka, gdy motorniczy już zniknął.

– O tak. – Przytaknęła jej druga. – Mogliśmy trafić na gbura. A ten przynajmniej wszystko nam wyjaśnił.

– Zostaje pani czy czeka?

– Zostaję, może szybko naprawią tę awarię. A jak nie, to za jakiś czas zadzwonię do syna. Co prawda mieszka na Morenie, ale raczej nie odmówi pomocy starej matce.

– W takim razie poczekamy sobie we dwie. Ja też nie chcę niepokoić dzieci, dopóki nie będzie to konieczne.

– W końcu razem raźniej, prawda?

– Oczywiście. A dokąd pani jedzie?

– Do domu. Mieszkam w falowcu na Obrońców Wybrzeża.

– O, to niedaleko mnie!

– Naprawdę? – ożywiła się tamta, a Magda pomyślała, że to naprawdę niesamowite, jak problemy jednoczą ludzi. Można uważać się za lepszych czy gorszych, segregować innych ze względu na poglądy polityczne czy stosunek do religii, ale w obliczu trudności wszyscy są równi. Była wręcz pewna, że te dwie panie wymienią się niedługo adresami albo numerami telefonów i będą traktować ten wieczór jako początek swojej przyjaźni. A potem opowiadać to wnukom.

 

Nie zastanawiała się nad tym jednak zbyt długo, bo miała większe zmartwienia na głowie. Przede wszystkim nurtowało ją to, jak najszybciej dotrzeć teraz do domu. I tak było już późno, a ze słów motorniczego wywnioskowała, że usterka nie zostanie szybko naprawiona. W przeciwieństwie do dwóch staruszek nie miała kogo prosić o podwózkę. Zresztą jak miałaby to zrobić, skoro rozładował jej się telefon? W tej sytuacji nie mogła nawet wezwać taksówki. To zdecydowanie nie był jej najszczęśliwszy dzień.

Zestresowana spojrzała za okno. Na dworze panowała nietypowa, napawająca strachem ciemność, którą rozświetlały jedynie światła przejeżdżających samochodów. O tej porze nie było ich jednak zbyt wiele, przez co miasto zdawało się tonąć w mroku.

Nerwowo potarła dłonią o dłoń. Większość młodych ludzi wyszła z tramwaju i udali się oni w drogę do domów albo na pobliski przystanek autobusowy, oświetlając sobie trasę latarkami w telefonach. Widziała w ciemności drobne, jasne punkciki, które sygnalizowały, że się przemieszczają. Najchętniej zrobiłaby to samo, gdyby nie ten paskudny pech. Czy ten telefon musiał rozładować się właśnie dzisiaj?

Zdenerwowana zastanawiała się, co począć. Nie miała daleko do mieszkania, raptem trzy czy cztery przystanki. Kilkakrotnie szła już tą drogą i zajmowało jej to nie więcej niż pół godziny, ale zawsze było to w dzień i nie musiała iść sama. W dodatku obładowana ciężkimi torbami.

Niepokoił ją również fakt, że chociaż mogłaby iść chodnikiem wzdłuż głównej ulicy, to po drugiej stronie miałaby park. Jej umysł bez trudu wygenerował obrazy, w których napada ją czający się w krzakach zwyrodnialec polujący na bezbronne kobiety.

O nie. Zdecydowanie wolała tu zostać.

Kolejne zniecierpliwione osoby opuściły tramwaj. Nawet matka z wózkiem wolała przespacerować się w ciemności, niż tkwić uwięziona w pojeździe. Zwolniło się sporo miejsc, więc Magda przeniosła swoje zakupy i usiadła na jednym z foteli. Potem odruchowo wyciągnęła z kieszeni telefon, by sprawdzić godzinę i przejrzeć Facebooka dla zabicia czasu. Czarny ekran przypomniał jej jednak, że przecież smartfon jest rozładowany.

Cholera, zaklęła w myślach. Wrzuciła go torebki i ostentacyjnie zasunęła suwak. Wyglądało na to, że jest tu uziemiona. Podparła głowę ręką i zapatrzyła się w ciemność za oknem.