Taterniczki

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Taterniczki
Taterniczki
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,50  58,80 
Taterniczki
Audio
Taterniczki
Audiobook
Czyta Danuta Stenka
39,90  28,33 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Agata Komosa-Styczeń, 2021

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcie na okładce:

archiwum prywatne Anny Arczyńskiej

Zdjęcia na wkładce: ze zbiorów Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie; ze zbiorów Biblioteki Narodowej; ze zbiorów Muzeum Tatrzańskiego; ze zbiorów Ośrodka Dokumentacji Tatrzańskiej im. Zofii Radwańskiej-Paryskiej i Witolda Henryka Paryskiego TPN w Zakopanem; archiwum prywatne Anny Arczyńskiej; archiwum prywatne Apoloniusza Rajwy; archiwum prywatne rodziny Nyków; archiwum prywatne Marianny Syrokomskiej; Włodzimierz Wasyluk/Forum; archiwum prywatne Stefanii Egierszdorff/Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie; archiwum prywatne Ewy Panejko-Pankiewicz; archiwum prywatne Anny Okopińskiej; Jacek Karwowski; Mirosław Wiśniewski; archiwum prywatne Anny Antkiewicz; archiwum prywatne Izabelli Luty; archiwum prywatne Joanny Piotrowicz; archiwum prywatne Alicji Paszczak; archiwum prywatne Zofii Bachledy; archiwum prywatne Eweliny Wiercioch; archiwum prywatne Aleksandry Taistry; archiwum prywatne Małgorzaty Jurewicz; Adam Kokot; Gosia Grabska; archiwum prywatne Agnieszki Bieleckiej

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Beata Kołodziejska

Korekta

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8234-691-6

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Mojej córce Jadzi

Tatry są równie niedostępne i równie dostępne dla mężczyzn, jak i dla kobiet. Ponoszą one wszystkie trudy z niezwykłą wytrzymałością; wykazują odwagę, przytomność umysłu, spokój wobec niebezpieczeństwa, i w ogóle wszelkie dobre przymioty taternika.

Stanisław Witkiewicz, Na przełęczy

WSTĘP

Podobno gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Ale kobiety nie potrzebują szatańskich podszeptów, by iść tam, gdzie nawet czortowi się nie chce. Siła nieczysta musi jednak widzieć w kobiecie te cechy, które predysponują ją do dokonywania niemożliwego. Cechy powszechnie uznawane za męskie, przynależne płciowo, w praktyce często okazują się domeną kobiet. Twardość, zdecydowanie, siła psychiczna.

Tatry są zupełnie inne od reszty polskich gór. Tamte miękko wybrzuszone, bez wyraźnie zaznaczonych szczytów, te spienione na wierzchołkach, ostre, budzące respekt, strach. Co skłoniło ludzi do próby zmierzenia się z ich graniami? Na początku, jak to zwykle bywa, potrzeba – w Tatrach w coraz to wyższe partie gór zapuszczali się kłusownicy. Jednak wraz z epoką romantyzmu na podhalańskie ścieżki zaczęli wchodzić turyści, po prostu, bez celu, dla wzbogacenia ducha o niezwykłe przeżycia. Z czasem turystyka górska nabrała bardziej sportowego charakteru, potem była obowiązkowym krokiem do gór wyższych. Dziś Tatry są dla wspinaczy także źródłem dochodów. Kiedyś dzikie i niedostępne, dziś zatłoczone, przeładowane, głośne.

Zdobycie Tatr przez kobiety to inna historia niż męski podbój tych gór. To truizm, ale bardzo smutny – kobiety poza wysokością, ekspozycją i zmęczeniem mierzyły się z nieprzychylnością panów, z atmosferą nieprzyjazną damskim wyczynom, z rolą kulturową, jaką się przypisuje kobietom.

Pierwsze potykały się o własne powłóczyste suknie i sarkastyczne docinki towarzyszy. Te późniejsze już w wygodniejszych pumpach czy nawet softshellowych spodniach wciąż mierzyły się z dyskryminacją.

Dlaczego taterniczki, a nie po prostu taternicy? Po co dzielić, kiedy można komplementarnie zebrać doświadczenia górskie wspinaczek i wspinaczy. Bo brakuje kobiecych narracji, a te są inne niż męskie. Bo wciąż jest nas w górach mało, zbyt mało, byśmy mogły opowiedzieć własną historię. Nie będzie ona lepsza ani gorsza od męskiej. Będzie inna. Nasza. Czy warto tak dzielić opowieści? Na jej męską część i herstorię? Tak. Bo nie ma obiektywnej, bezpłciowej narracji. A zazwyczaj to, co uważamy za obiektywne i obowiązujące, jest właśnie opowieścią mężczyzn – to oni mieli przez długi czas dostęp do nauki, to oni opowiadali przez książki i podania, to ich słowa wykształciły nam obraz rzeczy, zjawisk, ciągów przyczynowo-skutkowych. Dlatego dziś tak ważny jest powrót do głosów żeńskich, które opowiedzą po swojemu. A my, kobiety, nie dbałyśmy o swoje historie – duża część przedwojennych taterniczek nie pilnowała nawet, by ich wyczyny były odnotowane w annałach. To pachnie próżnością, a z tą cechą damie nie do twarzy. Także dziś, rozmawiając z wybitnymi wspinaczkami, często na początku słyszałam powątpiewanie – ale czy ja na pewno nadaję się do tego, by o mnie pisać. Wzdrygały się na określenia „kariera”, „sukces”. Część nie dała się namówić na rozmowę – niektóre nie chcą już wracać do górskiej przeszłości, od jednej usłyszałam, że kiedyś nie epatowało się tak własnymi osiągnięciami. Dziewczyny po prostu robią swoje.

Ale przecież „Nie możesz być tym, czego nie widzisz”. Do niedawna nie widziałyśmy kobiet liderek, bohaterek, strateżek, przywódczyń – co wcale nie znaczy, że ich nie było. Były, tylko nie znaliśmy ich historii. Świadectwa kobiet są niezwykle ważne, bo dopiero kiedy widzimy, że ktoś wszedł na szczyt, odebrał Nobla, przebiegł maraton, a nawet został komiksową superbohaterką, możemy zacząć marzyć, by stać się kimś takim. Każda mała dziewczynka, która zapragnie pójść tropem jednej wielkiej kobiety, to niebywały sukces i krok naprzód.

Te, które zdecydowały się wyjść przed szereg, dbają lub dbały o PR, są kontrowersyjne. Najbardziej jaskrawy przykład to oczywiście Wanda Rutkiewicz, która jako pierwsza potraktowała swoje wspinanie profesjonalnie, dbała o rozgłos, wywiady – może dla połechtania własnego ego, ale przede wszystkim po to, by zebrać fundusze na wyprawy, by nie uzależniać się od instytucji, które rozdają pieniądze. A rozdają je chętniej swoim kolegom niż koleżankom. Na podobną falę niechęci trafiła Ewelina Wiercioch, pierwsza po trzydziestu latach przerwy kobieta w TOPR-ze (Tatrzańskim Ochotniczym Pogotowiu Ratunkowym). Od niejednego słyszałam, że pchała się na afisz, robiła z siebie sensację. Ale czy rzeczywiście nie jest sensacją, że w XXI wieku ktoś z kwalifikacjami i umiejętnościami musi walczyć jak lwica, by dostać się do organizacji, a jedyną przeszkodą jest płeć?

W książce starałam się dać głos przede wszystkim kobietom, ale jest kilka wyjątków, jak Apoloniusz Rajwa, Wojciech Szatkowski czy Marek Lorczyk. Są książki źródłowe autorstwa mężczyzn, jednak gros historii zostało opowiedzianych przez kobiety, choć wiele rozmówczyń brzmi męsko, nie lubi podziału na płeć, solidaryzuje się z kolegami.

Praca nad opowieściami taterniczek nie była łatwa.

– Część wspinaczek ze starszego pokolenia uważa, że nie powinno się już o nich pisać ani mówić – mówi mi Beata Słama, publicystka i taterniczka.

To prawda, niektóre kategorycznie nie zgadzają się na rozmowę, inne mierzi temat. Jeszcze inne zgadzają się, a następnie odwołują spotkania. Na pewnym etapie pracy muszę odpuścić próby rozmowy, a bardzo żałuję, bo każda rozmowa wnosi tu coś nowego. Chociaż brak chęci rozmowy też jest informacją. Wśród starszych taterniczek panuje zniechęcenie, znudzenie tematem, poczucie, że jest on cynicznie wykorzystywany. Wśród speleolożek natomiast potrzebne jest polecenie. To środowisko bardzo sparzyło się na dziennikarzach przy tragedii w Jaskini Śnieżnej – każdy wspomina, że temat był traktowany po łebkach. Sensacyjnie. Bez wsłuchania się w głos środowiska i ekspertów. A grotołazi ogólnie niechętnie wychodzą z „ukrycia”, więc tym trudniej ich namówić na rozmowę.

Młodsze pokolenia to inna bajka, dziewczyny zdają sobie sprawę z wagi tych opowieści. Są bardziej otwarte. I choć w książce są taterniczki przedwojenne oraz te ze początku XX wieku, to lwią część publikacji stanowią rozmowy z współczesnymi wspinaczkami i to ich głos jest tu najlepiej słyszalny. Da się w nim usłyszeć znacznie więcej niż opowieść o wspinaniu.

Kiedy cztery lata temu wybierałam się w Himalaje, próbowałam dowiedzieć się jak najwięcej o polskich wspinaczkach. Na rynku nie było o nich wielu pozycji, ale te najważniejsze, jak Wanda Rutkiewicz, doczekały się już swoich biografii. Jednak na prawdziwą czarną dziurę natrafiłam, gdy zaczęłam szukać informacji o polskich taterniczkach. Tych pierwszych i tych, które wspinają się dziś. Dręczyło mnie, że mimo osiągnięć Wandy Rutkiewicz, Haliny Krüger-Syrokomskiej, Anny Czerwińskiej obecnie nie ma ani jednej kobiety, która uczestniczyła w wyprawie flagowego narodowego górskiego projektu, czyli programu Polski Himalaizm Zimowy (PHZ). Dlaczego niewiele osób kojarzy siostry Skotnicówny, Marię Steczkowską czy Zofię Radwańską-Paryską? Kiedy kompletowałam literaturę do tej książki, byłam w kontakcie z właścicielem antykwariatu. Antykwariusz spytał, czy potrzebuję jeszcze czegoś z tematyki górskiej. Odparłam, że tak, a chodzi głównie o kobiece wspinanie. „Oj, tu może być ciężko. Jakoś wszyscy ten temat omijali”, odpisał.

Beata Łaska – tatrzańska turystka zamknięta w niewoli

Ile jest prawdy w tym, że pierwszą turystką, która w celach rekreacyjnych wybrała się w Tatry, była Beata Łaska, trudno stwierdzić. Jak to bywa w przypadku wszelkich początków, owiane są one nimbem tajemnicy i naznaczone piętnem niedoskonałości ludzkiej pamięci. Faktem jest, że pierwszą udokumentowaną wyprawą rekreacyjną w Tatry (w tamtych czasach w Śnieżne Góry) była podróż Beaty Łaskiej primo voto Ostrogskiej. Wyprawa została opisana w rejestrze miasta Kieżmark (Liber Censuum et aliarum Diarium).

 

Patrząc na młodość Beaty, nie dziwi, że szlachcianka wychowana na dworze silnej i – jak na swoje czasy – niezależnej królowej Bony, podejmowała pionierskie wyprawy. Jednak cała późniejsza historia Łaskiej przeczy wszelkim przymiotom, które charakteryzują buńczuczne kobiety.

Łaska była prawdopodobnie nieślubnym dzieckiem Zygmunta Starego. Jej matka Katarzyna Kościelecka de domo Telniczanka nie należała do najwierniejszych żon i podczas swego małżeństwa z Andrzejem Kościeleckim wielokrotnie przyprawiała mu rogi. W tym z bratem ówcześnie panującego króla Jana Olbrachta, Zygmuntem Jagiellończykiem (później Zygmuntem I Starym). Matka Beaty nie dochowała wierności nawet swoim kochankom i późniejszy król Polski nie był jedynym, który cieszył się jej względami. Dlaczego więc podejrzewano, że Beata jest właśnie królewskim bękartem? Z Monarszych sekretów Jerzego Jankowskiego dowiadujemy się, że cechowały ją „jagielloński upór i duma”1.

Pierwsze małżeństwo Łaska zawarła z bajecznie bogatym synem wielkiego hetmana litewskiego księciem Ilią Ostrogskim. I właśnie pieniądze stały się przekleństwem zarówno Beaty, jak i jej córki Halszki – jedynego dziecka z tego związku. Małżeństwo nie trwało długo, przerwała je nagła śmierć Ilii. Jak to bywa z nagłymi i nieoczekiwanymi zgonami bogatych panów, historycy wykluczają działanie przypadku. Zakładają za to działanie osób trzecich, w tym przede wszystkim podstępnego brata Ilii, Wasyla, który marzył o rodzinnej fortunie. Pieniądze i ziemie przypadły jednak w spadku w połowie jemu, a w połowie Beacie i Halszce. Obydwie kobiety zostały unieszczęśliwione przez odziedziczoną fortunę w podobny sposób.

Historia Halszki jest bardziej efektowna. Na schedę po córce Ostrogskiego liczyło wielu możnych panów, a jej odpowiednie zamążpójście było istotne nie tylko dla samej zainteresowanej i jej matki, ale także dla całej Korony! Z tego powodu przyjęto w Wilnie ustawę zabraniającą Beacie Ostrogskiej samodzielnego wyboru kandydata na męża dla córki. Na decyzję mieli wpływ również krewni, a nawet sam król. Halszka wychodziła za mąż trzy razy, każdorazowo zmuszana do tego wbrew swojej woli. Porwana, oszukana, aż w końcu uwięziona przez swojego trzeciego męża w zamku w Szamotułach na 14 lat. Podobno do dziś straszy tam turystów. Dzieje Halszki opisywał między innymi Józef Ignacy Kraszewski, a nieszczęsną córkę Beaty Łaskiej na scenie teatru grała sama Helena Modrzejewska.

Historia Beaty Łaskiej nie odbiła się tak szerokim echem w kulturze, choć jest tylko odrobinę mniej barwna. Tym gorzej dla pierwszej oficjalnej taterniczki, że w kłopoty wpakowała się sama. Mając pięćdziesiąt lat, zakochała się w wojewodzie sieradzkim Olbrachcie Łaskim, który był od niej młodszy o ponad dwie dekady. Miłość nie zna granic, a już z pewnością nie tak banalnych jak różnica wieku. Nieroztropność Beaty polegała jednak na tym, że źle oceniła zamiary ukochanego. I kiedy ona w miłosnym szale gotowa była przepisać na niego cały majątek, Łaski tylko zacierał ręce, gdyż był znany jako łowca posagów oraz fortun swoich wybranek. Jednym słowem Olbracht był szesnastowiecznym oszustem matrymonialnym w pełnym tego słowa tego znaczeniu.

W 1565 roku nowożeńcy przybyli do Kieżmarku, gdzie znajdował się zamek Łaskiego.

Dnia 21 V 1565 Beata Łaska przybyła z mężem do Kieżmarku, gdzie na zamku wyprawiano huczne przyjęcia. W ówczesnym rejestrze miasta Kieżmark (Liber Censuum et aliarum Diarium) znajdujemy między opisami wydarzeń wojennych i klęsk żywiołowych niezwykłą na owe czasy wiadomość, że w okresie Zielonych Świąt 1565 Beata Łaska w towarzystwie licznych mieszczan kieżmarskich udała się z Kieżmarku w Śnieżne Góry, a więc w Tatry, gdyż tak je wówczas na Spiszu nazywano. Podobną wiadomość umieścił potem Christian Genersich, dodając, że „znajdowała ona wiele upodobania w tej okolicy...” – tak opisują pierwszą tatrzańską wycieczkę Zofia Radwańska-Paryska i Witold Paryski w swoim monumentalnym dziele Wielka Encyklopedia Tatrzańska2.

Co ciekawe, w samej kronice kieżmarskiej wcale nie odnotowano obecności Olbrachta na wyprawie. Paryski uważa jednak, że przezorny małżonek nie zostawiał swojej ukochanej nawet na chwilę, do czasu gdy ta nie zdecydowała się przepisać na niego swojej fortuny. Zdaniem znawcy Tatr także w przypadku tej wyprawy z pewnością nie puścił żony samopas.

Podobno to właśnie Dolina Kieżmarska i ośnieżone tatrzańskie szczyty miały tak rozczulić Łaską, że przepisała swoje bogactwa na męża. Atrament na papierze nie zdążył jeszcze wyschnąć, kiedy wojewoda sieradzki gwałtownie zmienił nastawienie do małżonki. Skończyły się czułości i wycieczki krajoznawcze. Beata została przez ukochanego zamknięta w zamku na osiem lat. Olbracht jednak nie próżnował i zawarł bigamiczne małżeństwo z Sabiną de Sauve. Łaska nigdy nie zobaczyła już gór inaczej niż przez zamkowe okno i zmarła w niewoli w 1576 roku.

I tak przewrotnie zaczyna się historia wspinaczek w Tatrach. Ubezwłasnowolnieniem i uwięzieniem turystki, która jako pierwsza weszła na szlak prowadzący następne pokolenia kobiet ku emancypacji, niezależności i samodzielności.

1 Jerzy Jankowski, Monarsze sekrety, Toporzeł, Wrocław 1995 (wszystkie przypisy pochodzą od autorki).

2 Zofia i Witold H. Paryscy, Wielka Encyklopedia Tatrzańska, Wydawnictwo Górskie, Poronin 1995.

I Maria, i Antonina

Turystyka wysokogórska nie rozwinęła się znacząco w ciągu kolejnych wieków od wyprawy Beaty Łaskiej. Zresztą konny orszak do Doliny Kieżmarskiej raczej nijak się ma do wytyczania niebezpiecznych dróg na szczyty najwyższych tatrzańskich gór.

– W Encyklopedii Paryskich momentem początkowym turystyki tatrzańskiej jest wycieczka Beaty Łaskiej latem 1565 roku. Potem z pewnością były kolejne tego typu eskapady, jednak nie zostały nigdzie opisane. Przy niektórych szczytach w Tatrach, na przykład Kozi Wierch, Szpiglasowy Wierch, Krywań, są podawane pierwsze wejścia, ale wszyscy wiemy, że one pierwszymi wcale nie są. Na przykład na Krywań pierwszych wejść dokonywali poszukiwacze złota. Na Kozi Wierch wchodzili kłusownicy i oni z pewnością byli tam wcześniej niż Maciek Sieczka, którego pierwsze wejście zostało odnotowane w przewodniku. Niektóre datowania pierwszych turystycznych wejść są chybione. Prawdziwy rozwój turystyki zaczyna się wycieczką Roberta Townsona po Spiszu i po Tatrach pod koniec XVIII wieku. Wiek XIX to już stulecie, w którym ma swój początek zorganizowana turystyka tatrzańska. Zdobyte są prawie wszystkie najważniejsze szczyty w Tatrach, zarówno od strony węgierskiej, bo wtedy to były górne Węgry, jak i polskiej. Powstaje zorganizowane przewodnictwo po stronie spiskiej, kierowane przez Węgierskie Towarzystwo Karpackie, i polskiej – zarządzane przez Towarzystwo Tatrzańskie, które utworzono w 1873 roku w Nowym Targu. Budują się nowe schroniska, powstają szlaki – tłumaczy Wojciech Szatkowski z Muzeum Tatrzańskiego.

Fascynacja Tatrami miała związek ze sztuką i literaturą. W XIX wieku młodopolscy artyści, pragnący zbratania z ludem, lubujący się w folklorze i wszelkich regionaliach, zachłysnęli się kulturą Podhala. Jan Kasprowicz, Kazimierz Przerwa-Tetmajer czy Stanisław Witkiewicz, a w późniejszych latach Maria Pawlikowska-Jasnorzewska byli najlepszymi ambasadorami gór wysokich i taternictwa, o jakich dzisiaj agencje reklamowe mogą tylko pomarzyć. Do niedawna zapadła wioska, jaką było Zakopane, stawała się centrum bohemy. Budowano secesyjne domy, w których osiedlali się rozmiłowani w góralskim folklorze muzycy, profesorowie i artyści. Zakopane było terenem zawłaszczonym przez elitę – bo na spędzenie lata czy ferii zimowych pod Gubałówką i w cieniu Nosala mogli sobie pozwolić nieliczni.

Jednak nie każdy młodopolski artysta ruszał od razu na szlak. Pierwszym w miarę współczesnym polskim taternikiem (nie góralem) był Stanisław Staszic, który na początku XIX wieku zdobył między innymi Łomnicę. Ale zaraz za nim stąpała już pewna dziewczyna, która nie tylko pokochała Tatry i zdobywała coraz poważniejsze szczyty, lecz także napisała pierwszy tatrzański przewodnik, mający zachęcać dziewczęta do śmielszego stawiania stóp na górskim szlaku.

Tatry, ów gród olbrzymi, na granicy ziemi naszej wszechmocną Przedwiecznego wzniesiony ręką, Tatry, owe wspaniałe, piękne góry nasze, przed niedawnymi jeszcze czasy znane tylko geologom i botanikom w celach naukowych zwiedzającym je, co rok wabią więcej miłośników przyrody dzikiej, olbrzymiej, groźnej, ale obok tego pełnej uroku i zachwycających im tylko właściwych piękności. Kto raz wstąpi w tajemniczą Tatrów głębię, kto raz odetchnie lekkiem, wonnem ich powietrzem, kto zapozna się z tym najpoczciwszym na świecie ludem, pod ich opieką i w ich cieniu wzrosłym, ten niezawodnie zostawi tam połowę serca; bo te wspaniałe szczyty, te czarujące doliny, rozkoszne polany, bystre potoki, jakiś niepojęty wpływ wywierają na całą istotę człowieka, wabią i przywiązują do siebie tak silnie, że tęsknimy za niemi jakby za drogą sercu osobą. Nikt podobno nie odgadł dotąd, w czem spoczywa owa czarodziejska gór władza; jest to zapewne jedna z tajemnic natury, której jednak zaprzeczyć nie można, bo doświadczenie wszelkim rozumowaniom oprzeć się potrafi. Nie znam nikogo, kto by choć raz zwiedził góry, a nie uległ temu niepojętemu ich wpływowi, kto by nie tęsknił za niemi, nie pragnął ujrzeć je raz jeszcze. Doznałam i ja tego wpływu i mnie opanował ów nieprzeparty pociąg, jaki ony wabią nas ku sobie.

To słowa Marii Steczkowskiej z wydanych w 1858 roku Obrazków z podróży do Tatrów i Pienin3. Nieznane są daty ani narodzin, ani śmierci tej dziewiętnastowiecznej entuzjastki gór. Wiadomo natomiast, że jej ojciec urodził się w 1800 roku i był profesorem astronomii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Steczkowska po raz pierwszy zobaczyła tatrzańskie szczyty w 1855 roku, kiedy przyjechała tu na wakacje z rodzicami i siostrą. Urok gór zniewolił nie tylko ją, bo rokrocznie rodzina powracała do Zakopanego, by spędzić tu cały urlop. Czytając książkę Marii, która została wydana anonimowo w Krakowie trzy lata po tym, gdy dziewczyna złapała górskiego bakcyla, można się uśmiechać pod nosem z dziewczęcej egzaltacji i zachwytów nad „prostym życiem”. Jednak Tatry były wówczas dziką i nieprzebytą krainą, o której krążyły legendy. W wyższe partie zapuszczali się tylko górale, a ceprzy wracający z górskich wycieczek lubili ubarwiać swoje opowieści o przygodach na szlakach mrożącymi krew w żyłach anegdotami. Maria była więc nieprawdopodobnie odważną dziewczyną i do tego miała postępowych rodziców, którzy pozwolili jej na górskie wycieczki w towarzystwie górala Macieja Sieczki. Niewiele dziewcząt wychodziło poza zakopiańskie Kuźnice, a większość satysfakcjonowało zazwyczaj zdobycie „grani Krupówek”. Sieczka to obok Klimka Bachledy jeden z najsłynniejszych tatrzańskich przewodników. Co więcej, znany był także jako opiekun kobiet. Wprowadził pierwszą Polkę na Gerlach, a była nią pianistka Natalia Janothówna.

– Świnica była szczytem Sieczki. To on tam znalazł drogę. Jest anegdota o tym, jak kiedyś wprowadzał parę wspinaczy i turystka go kokietowała. Mówiła: „Panie Macieju, wy byście panienki w górach nie zostawili?”. On oczywiście się rozpromieniał. Kazał mówić o sobie, że jest wodzem tej wycieczki, a ona poprawiała, że generałem. Weszli na Świnicę. Później podobno rzekł: „Podziękujmy panience Maryi, że wyprowadziła nas w taki piękny dzień w góry”. Z Sieczki był uroczy kompan. Do przewodnictwa podchodził profesjonalnie. Owszem, bywał porywczy, ale w stosunku do kłusowników. Gdy został strażnikiem, to parę razy o mało takiego nie zabił. Do turystów, zwłaszcza do kobiet, podchodził natomiast bardzo opiekuńczo. Gdy trzeba było przejść przez potok, to przenosił na plecach. Gdy trzeba było podać rękę przy wspinaczce czy przyasekurować, robił to bez wahania – opowiada Wojciech Szatkowski. Podobnie zachowywał się Klimek Bachleda i inni przewodnicy.

Steczkowska przypadła Sieczce do gustu od razu – spodobało mu się, że dziewczyna zamiast krynolin i obcasów miała na sobie ubranie odpowiednie na szlak.

W początkowych latach Maria chodziła głównie utartymi drogami, jednak trzeba pamiętać, że utarte szlaki wówczas były czymś zupełnie innym niż dzisiaj. I o ile obecnie wejście na przykład na Świnicę jest wymagające, ale osiągalne dla większości sprawnych fizycznie turystów, o tyle wtedy w Tatrach brakowało jakiejkolwiek infrastruktury. Trzeba było sobie radzić czekanem, linami, ciupagą. W 1894 roku Steczkowska prowadziła samodzielnie przyjaciół przez Czerwone Wierchy, co było świadectwem jej zdolności taterniczych oraz samodzielności górskiej.

 

Maria zrobiła bardzo dużo na rzecz przyszłych taterniczek. Jej Obrazki z podróży do Tatrów i Pienin odczarowują złowrogą potęgę Tatr, zachęcają dziewczyny do wyjścia na szlaki. I mimo że autorka (na dzisiejsze standardy zupełnie niepotrzebnie) różnicuje tatrzańskie szczyty na te odpowiednie dla damskich nóg i te, które są tylko dla śmiałych panów, to jej publikacja przyczyniła się znacząco do rozwoju tatrzańskiej turystyki kobiecej. Chociaż sama nie nazywała swojej książki przewodnikiem, jest to pierwszy opis górskich szlaków, kultury podhalańskiej i miejscowego folkloru. Dopiero potem w sukurs przyszli panowie Eugeniusz Janota, który swój przewodnik wydał dwa lata po Marii, i Walery Eljasz Radzikowski z przewodnikiem opublikowanym w 1870 roku.

(...) Jeżeli więc pomiędzy zwiedzającymi Tatry bardzo mało dotąd znajdowało się kobiet, nic w tem na pozór dziwnego; a przecież nie mogłam oprzeć się jakiemuś mimowolnemu żalowi na takie, że tak powiem zaniedbanie najpiękniejszej części ziemi naszej. Nie mogłam tej obojętności położyć na karb braku upodobania w pięknych okolicach ani uprzedzonego przekładania ziem obcych nad własną. Inna więc musi być przyczyna, dla której Tatry dotąd tak małej liczbie kobiet są znane. Jest nią, jeżeli się nie mylę, przesadzone wyobrażenie o trudach i niebezpieczeństwach nieodłącznych od każdej wycieczki w nasze góry, do których nie przecisnął się jeszcze przemysł i cywilizacja. Mężczyźni wracający z takiej przejażdżki, czy to dla popisania się własną odwagą, czy też zbyt mało trzymając o naszych siłach, straszą nas przesadnem opowiadaniem o zawrotnych przepaściach, skalistych turniach, o zaspach śniegu, o ustawnych słotach, nawet o mrozach i tysiącznych niewygodach, na jakie tam zwiedzający się naraża. Prawda, że w Tatrach, prócz drogi do Morskiego Oka, i to nie bardzo wygodnej, nie porobiono dotąd dla podróżnych ścieżek, nie pozakładano hoteli na ich przyjęcie; ale pomimo to zwiedzenie ich nie jest bynajmniej połączone z trudami przewyższającymi siłę i odwagę kobiety4.

Trudno się nie uśmiechnąć, czytając, jak bezbłędnie Maria obnaża przechwałki dotyczące trudów górskich wypraw, łechcące ego dziewiętnastowiecznych wspinaczy. Chwała więc jej za to, że nie zważając na bajania o piekielnych przepaściach, pewnie ruszyła w Tatry, by przebić bańkę wyobrażeń o wspinaniu, i otworzyła drogę zarówno kobietom, jak i mężczyznom, których szczyty kusiły, lecz tak bardzo bali się tego, co nieznane.

Steczkowska próbowała zdobyć Krywań, weszła na Wołowiec, Krzyżne i wspomniane już Czerwone Wierchy. Poza Sieczką jednym z jej przewodników był Jędrzej Wala (starszy). Co później działo się z górską pionierką, dlaczego nie szlifowała umiejętności taternickich, a w kronikach nie ma już wzmianek o kolejnych zdobytych przez nią szczytach? Nie wiadomo. Pewne jest, że Maria została nauczycielką w Zakrzowie koło Kalwarii Zebrzydowskiej. Nieznana jest data jej śmierci.

Czy Antonina Englischowa czytała przewodnik Steczkowskiej? Nie ma na ten temat żadnego śladu, jednak dokonania tej kobiety były tak duże, że Paryscy w Wielkiej Encyklopedii Tatrzańskiej określili ją jako „wybitną taterniczkę”. Antonina jest postacią wyjątkową. Po pierwsze, zaczęła się wspinać nie jako młoda dziewczyna, tylko dojrzała kobieta. Po drugie, na swoje wyprawy chodziła z piętnastoletnim synem Karolem. Tym samym bardzo odstawała od standardowego obrazu dziewiętnastowiecznych matron. Górską pasję zaszczepili jej ojciec i bracia, którzy zabierali młodą Tośkę na niewymagające wycieczki po Alpach.

Mąż Antoniny był komendantem policji w Krakowie i rokrocznie zabierał rodzinę na wakacje do Starego Smokowca. Właśnie tam postępowa matka wprowadziła syna na szlak po raz pierwszy. Sama miała 43 lata, Karol 15 lat, a za przewodnika służył im Johann Hunsdorfer, który od tamtej pory był stałym towarzyszem ich wędrówek. Pierwszy cel postawili sobie ambitny, bo wspinali się na Łomnicę. W następnych latach weszli na Jaworowy Szczyt, Dziką Turnię, Mały Kołowy Szczyt, Czarny Szczyt, Rogatą Turnię, Mały Kościół, Mały Jaworowy Szczyt. Ponadto ekipa wytyczyła wiele nowych dróg.

W wieku czterdziestu dziewięciu lat (sic!) Englischowa razem z kompanami zdobyła dziewiczy Ostry Szczyt, co zostało uznane za przełomowe wydarzenie w dziejach taternictwa. Ale to nie było jej ostatnie słowo. Udało jej się jeszcze zdobyć Mięguszowiecki Szczyt Czarny, Łomnicę drogą Jordana i Barani Kopiniak. Antonina stosowała ciekawy system logistyczny – nigdy nie nocowała w schroniskach ani na szlaku. W góry wyruszała po północy, by wrócić tego samego dnia, nawet po ciemku. Działalność taternicką skończyła w 1903 roku. Mogło to mieć związek z wiekiem, lecz także ze śmiercią pierwszego męża, który zmarł w 1904 roku. Wdowa wyszła ponownie za mąż w 1906 roku i wyprowadziła się do Wiednia. Jednak skutecznie zaraziła pasją syna, Karola Englischa. Weszli na ponad trzydzieści szczytów i uważa się, że znacząco przyczynili się do zamknięcia tego rozdziału tatrzańskiej historii, który określa się etapem zdobywczym.

– Englischowie, matka i syn, zrewolucjonizowali podejście do wspinaczki. Karol wszedł na Ostry Szczyt, wtedy to w ogóle było nie do pojęcia. Nikt nie chciał uwierzyć, że mu się udało. Podobno Antonina zakładała skórzane spodnie pod spódnice, żeby jej się wygodniej chodziło. Wcześniej turystki chodziły w spódnicach bądź sukniach, które jednak utrudniały chodzenie. Englischowie już używali liny, raków, czekana – mówi Wojciech Szatkowski.

3 Maria Steczkowska, Obrazki z podróży do Tatrów i Pienin, Karol Budweiser, Kraków 1858.

4 Ibidem.