Optymizm mimo wszystkoTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Optymizm mimo wszystko
Optymizm mimo wszystko
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,80  50,24 
Optymizm mimo wszystko
Optymizm mimo wszystko
E-book
27,90  19,53 
Szczegóły
Optymizm mimo wszystko
Optymizm mimo wszystko
Audiobook
Czyta Agata Komorowska
34,90  25,48 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Mimo depresji,

mimo bolesnego rozstania,

mimo utraty pracy,

mimo niepełnosprawności dziecka,

mimo samotnego macierzyństwa,

mimo rozczarowań, chorób i przeciwności losu,

mimo wszystko JESTEM OPTYMISTKĄ!

Mojej Mamie

Spis treści

Wstęp

Czym jest optymizm?

ŻYCIE

Efekt motyla

Marzenia są po to, by przyciągać cuda

Swoje szczęście tulisz w swoich rękach

Pokochaj swoją rozpacz

Dlaczego ten rozum jest taki głupi?

Być kobietą

Niewinni

Fanatyzm gorszy od glutenu

Czasem sobie nie radzę

Moja tajemnica skrywana pod spodniami

Od depresji do spełnienia

Cud to pragnienie, które się spełniło

Święta Bożego Narodzenia. Najtrudniej pokochać tych, których już kochamy

Wielkanoc. Czasem umieram i zmartwychwstaję

Śmierci nie boi się tylko ten, kto ma odwagę żyć

Boże, dlaczego mi to zrobiłeś?

Po co tutaj jesteś?

Optymistka z wyboru

Jak zostać królową życia?

Bóg ma specyficzne poczucie humoru

Kiedy niemożliwe staje się możliwe

MIŁOŚĆ

Nie ma miłości bez wolności

Dlaczego żonaci faceci kochają rozwódki?

Naga prawda o orgazmach, czyli co Wy wiecie o kobietach?!

Miłość, egoizm i poświęcenie

Jesteś taka silna, bo zawsze byłaś sama, czy jesteś sama, bo zawsze byłaś taka silna?

Walentynki, czyli gdzie zaczyna się zdrada?

Miłość jest zjawiskiem nadprzyrodzonym

Chcesz się kochać czy pieprzyć…?

Kiedy coś się kończy, sprzątam

Przez Ciebie, tato!

Moje dzieci, mój największy skarb

DZIECI

Spowiedź korpomatki

Czy to choroba, czy tylko dojrzewanie?

Pięć języków miłości

Anioły mówią szeptem

Miłość, medycyna i cuda

Żyć jak down

Adopcja to powołanie

Kiedy oddać znaczy kochać

Dla cudu warto zmienić plany

To miały być wyjątkowe walentynki

List do Siostry B.

Kochane Babcie, drodzy Dziadkowie, z okazji Waszego święta

Bądź kiepską matką dla dobra Twoich dzieci

Epilog: Kochany, choć Cię jeszcze nie znam, piszę do Ciebie list

Wdzięczności

Wstęp

Jesteśmy nałogowymi pesymistami. Mylimy pesymizm ze skromnością. Niestety droga od pesymizmu do beznadziei jest krótka i prowadzi prosto do depresji, nałogów i nerwic. Być może pesymizm jest naszą cechą narodową, wpisaną w polskie DNA. Dobra wiadomość jest taka, że pesymizmu można się oduczyć. Wystarczy nauczyć się dostrzegać pozytywne aspekty każdej sytuacji tak samo, jak nauczyliśmy się zauważać te negatywne. To nawyk. Przyjęliśmy go, bezkrytycznie słuchając wiecznie narzekających rodziców i dziadków, pań w szkole recytujących litanie naszych przewinień, wiadomości i programów telewizyjnych skupiających się na kataklizmach i tragediach. Mając takich nauczycieli, trudno na co dzień dostrzegać to, co jasne, dobre, optymistyczne i dające nadzieję. Ja miałam szczęście. Moja mama zawsze we wszystkim widziała coś dobrego. Kiedyś mnie to irytowało, dzisiaj jestem jej za to wdzięczna. To ona nauczyła mnie optymizmu. Dlatego książkę tę dedykuję mojej Mamie.

Jestem nałogową optymistką. Kocham pisać, kocham ludzi i kocham życie. Kocham pisać o życiu, miłości do życia i ludzi, o tym, co boli, i o tym, co cieszy, a także o tym, jak sprawić, by życie dawało radość nawet wtedy, kiedy boli. Za to moje pisanie zostałam nominowana przez „Wysokie Obcasy” do tytułu Superbohaterki Roku, a miesięcznik „M jak Mama” wytypował mnie w plebiscycie „Mama Dziesięciolecia”. Piszę szczerze o moim własnym życiu po rozwodzie, z czwórką dzieci. Jestem sama i jestem dzielna, czyli jestem samodzielna. Nadal poszukuję mojej bratniej duszy i głęboko wierzę w to, że w końcu się spotkamy. Przecież jestem niepoprawną optymistką, a optymizm ma niesamowitą moc sprawczą. Mam lepsze i gorsze dni, ale zawsze we wszystkim widzę nadzieję i szansę. Zawsze znajduję coś, za co mogę być wdzięczna. W książce Anioły mówią szeptem piszę o dostrzeganiu cudu w każdym dziecku: tym zbuntowanym, tym niepełnosprawnym, tym adoptowanym, tym ledwo poznanym i tym nienarodzonym. W lipcu 2017 roku spełniło się moje największe marzenie i na półki trafiła Depresjologia – pamiętnik i poradnik w jednym, niezwykłe świadectwo mojej drogi przez piekło depresji w poszukiwaniu siebie.

Od lat uparcie i niestrudzenie rozdaję mój optymizm z wielką hojnością i radością. Dzięki listom i mailom, które otrzymuję, wiem, że to towar deficytowy i niezmiernie potrzebny.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Czym jest optymizm?

Optymizm (z łac. optimum – najlepiej) – pogląd filozoficzny, według którego istniejący świat jest najlepszy z możliwych i racjonalnie urządzony, a życie jest dobre, można więc osiągnąć w nim szczęście i doskonałość moralną.

Wikipedia

Optymizm jest bratem nadziei, a nadzieja jest światłem, które wyprowadza nas z każdej ciemności. Dopóty, dopóki masz nadzieję, jesteś niezniszczalna. I jeśli nadzieja jest matką głupich, to ja jestem idiotką do kwadratu. Wolę jednak być szczęśliwą idiotką niż martwą realistką. Nie ma czegoś takiego jak jedna prawda, realna rzeczywistość czy obiektywne postrzeganie zdarzeń. Każdy człowiek postrzega zdarzenia przez pryzmat własnych doświadczeń i emocji. Te z kolei tworzą nasz niepowtarzalny świat, który z całą pewnością nie jest obiektywny. Lee Lipsenthal w książce Ciesz się każdą chwilą, każdą kanapką nazywa to neuroimaginowanym światem. I to jest piękne! Każdy z nas może stworzyć własny piękny, optymistyczny, zawsze dobry świat! To, jak postrzegamy rzeczywistość, jest zależne wyłącznie od nas samych, a każde zdarzenie może być interpretowane jako pozytywne lub negatywne. To zależy od Twojej decyzji. Ta decyzja zwykle zapada w podświadomości. Reagujesz tak, jak zostałaś nauczona. W momencie kiedy zrozumiesz, że to samo zdarzenie można postrzegać jako gwóźdź do trumny albo stopień do sukcesu, zrozumiesz również, że możesz już teraz dokonać świadomego wyboru. Wybierz optymizm.

 

Optymizm ma magnetyczne działanie. Przyciąga pozytywne zdarzenia. To prawo fizyki – każda akcja wywołuje równą jej i przeciwnie skierowaną reakcję. Jeśli wiecznie narzekasz, marudzisz i skupiasz się na negatywnych aspektach swojego życia, przyciągasz dokładnie to, co sobie wymarudzisz. Jeśli podejmiesz decyzję, że od teraz, od tej chwili zaczynasz we wszystkim doszukiwać się dobra, dobro samo zacznie pukać do Twoich drzwi. Nadzieja rozkwitnie, dostatek rozkwitnie, Ty rozkwitniesz. Jak? Oto najważniejsza lekcja optymizmu: w każdym zdarzeniu, tym z przeszłości i tym z teraźniejszości, doszukaj się czegoś, za co możesz być wdzięczna. Każde zdarzenie, nawet tragiczne, dostarcza powodów do wdzięczności. Kiedy czujesz wdzięczność, produkujesz serotoninę i dopaminę, neuroprzekaźniki, które są odpowiedzialne za Twoje indywidualne poczucie szczęścia. Właśnie takie samo działanie mają leki antydepresyjne. Zatem poczucie wdzięczności jest w stu procentach naturalnym antydepresantem. Czując wdzięczność, masz o wiele większe predyspozycje, by z optymizmem patrzeć w przyszłość oraz przyciągać, generować i otaczać się tym, co dla Ciebie dobre. Nie chodzi o to, by negować rzeczywistość, udawać, że wszystko jest dobrze, gdy z całą pewnością nie jest. Nie o to, by twierdzić, że pada deszcz, gdy ktoś pluje Ci w twarz. Chodzi o to, by nauczyć się szczerze oceniać swoją rzeczywistość i bez poczucia krzywdy robić błyskawiczne zmiany planów. Chodzi o to, by umieć rezygnować z tego, co Cię krzywdzi, i nauczyć się przyciągać to, co pomaga wzrastać. Na koniec dnia być wdzięczną nawet za te najgorsze doświadczenia, umieć wyciągać z nich cenne lekcje i dostrzegać nauczyciela nawet w oprawcy.

W ramach szkoleń i warsztatów prowadzę program dla rodziców dzieci niepełnosprawnych. Narodziny dziecka innego niż to wyczekiwane, jego choroba czy wypadek powodujące niepełnosprawność to traumatyczne zdarzenie w życiu rodziców. No i jak widzieć w tym coś optymistycznego? No jak?! Otóż optymizm polega na głębokiej wierze w to, że nawet jeśli dzisiaj nie widzę żadnego sensu w tym, co się zdarzyło, nawet jeśli w tej chwili to zdarzenie boli bardziej, niż jestem w stanie znieść, to ma ono głębszy sens, który z czasem odkryję. Nie samo zdarzenie jest dobre, ale właśnie ten sens, który pomoże Ci stać się lepszym człowiekiem, nauczy czegoś wartościowego, zmieni Twoje życie na lepsze. Podczas warsztatów proszę rodziców, żeby wypisali wszystko, za co mogą być wdzięczni w związku z chorobą czy niepełnosprawnością dziecka. To jest najbardziej wzruszający moment naszych spotkań. Czytanie tych wdzięczności trwa dosyć długo. Towarzyszą mu łzy wzruszenia. Małżonkowie odkrywają wzajemny podziw i szacunek. Kobiety mówią o tym, jak uwierzyły w siebie, nabrały odwagi i sił, których nie spodziewały się w sobie znaleźć. Mężczyźni opisują wielki przypływ czułości dla żony, wdzięczność za łzy, których kiedyś się wstydzili, empatię, miłość, której się nauczyli. To są piękne chwile.

Książkę tę napisałam, by przywrócić Ci wiarę w dobro, dać nadzieję na to, że można żyć pięknie bez względu na okoliczności. Przeżyłam depresję, narodziny niepełnosprawnego syna, bolesny rozwód i utratę firmy, którą budowałam przez dwadzieścia lat. Uwierz mi, wiem, że czasem masz dość. Masz wrażenie, że życie jest niesprawiedliwe, że niektórym towarzyszy wieczne szczęście, a Tobie wciąż wiatr wieje w oczy. Czasem dopada Cię lęk przed tym, co będzie, a czasem boisz się tego, co już jest. Czasem masz żal o to, co było, a czasem zwyczajnie masz kiepski dzień i wszystko widzisz w czarnych barwach. I wtedy nie ma nic lepszego niż kubek herbaty albo gorącej kawy i spora dawka optymizmu, którą znajdziesz w tej książce.

Zebrane tu opowieści pochodzą z ostatnich lat mojego burzliwego życia. Zaczynają się tam, gdzie skończyła się ostatnia książka, Depresjologia. Miałam wtedy czterdzieści dwa lata. Zostałam sama z trojgiem dzieci. Bez pracy, bez pomysłu na siebie, bez planu, jak mam od nowa budować swoje życie. Dziś jestem szczęśliwą i spełnioną kobietą, autorką książek, szkoleniowcem oraz matką czworga, tak, czworga dzieci, bo po drodze adoptowałam nastolatka.

Niektóre ze spisanych tu historii obiegły cały świat, inne czekały w ukryciu, bo albo one nie były gotowe, albo ja nie byłam gotowa, by je światu ukazać. Niektóre opisują sytuacje codzienne, inne – bardzo intymne, osobiste. Jestem pewna, że będą dla Ciebie inspiracją i motywacją, balsamem dla zbolałego serca, ukojeniem dla skołatanej duszy. Mam nadzieję, że staną się lekarstwem w chwilach zwątpienia, porcją optymizmu na każdą okazję.

ŻYCIE

Kocham życie. Czasami byłam dziko, desperacko, gorzko nieszczęśliwa, udręczona smutkiem, ale mimo to jestem tego całkowicie pewna, że wielką sprawą jest po prostu żyć.

Agatha Christie

O przeznaczeniu
Efekt motyla

Drzwi sali sądowej zamknęły się za mną z ponurym hukiem. Jego echo niosło się po korytarzach sądu i dudniło w mojej głowie. Rozejrzałam się zamglonym wzrokiem. Wszystko wyglądało tak samo jak pół godziny temu. Jednak moje życie przez te trzydzieści minut zmieniło się nieodwracalnie. Wchodziłam do sali rozpraw jako mężatka, wyszłam z niej jako rozwódka. Zdawało mi się, że powinnam czuć ulgę, ale nie czułam nic. Niewiele z tego dnia pamiętam. Nie skakałam z radości. Nie planowałam hucznej imprezy rozwodowej. Byłam koszmarnie zmęczona. Byłam częścią jakiegoś nowego, surrealistycznego świata. Świata, w którym mogłam wszystko. Wszystko, czyli co?

Poczułam się jak żołnierz wracający z frontu. Wielomiesięczna mordercza walka dobiegła końca. Wróciłam do domu i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Przez ostatnie miesiące miałam tylko jeden cel: zakończyć to jak najszybciej i jak najmniej boleśnie. Teraz musiałam zrobić nowy plan, a to zdawało się przerastać moje siły.

Słuchając audiobooków, trafiłam na Efekt motyla, książkę napisaną przez Kamila Cebulskiego, okrzykniętego niegdyś najmłodszym polskim milionerem. Kamil założył szkołę ASBIRO, która uczyła przedsiębiorczości w Uczelni Łazarskiego. Byłam przedsiębiorcą przez ponad dwadzieścia lat. Teraz musiałam zacząć od nowa. Może to był dobry moment, żeby wrócić do podstaw, czyli do szkoły. Wykłady zaczynały się we wrześniu. Spontaniczna decyzja – zapisałam się.

Rozpoczęłam studia podyplomowe. Po co, skoro nawet mój dyplom z ukończonej w Kanadzie szkoły nie został w Polsce uznany? Po to, żeby nie zwariować. Żeby mieć co robić w co drugi weekend, kiedy dzieci były u taty. Po to, żeby rano wstać i wyjść z domu, w którym zaczynałam dziczeć. Po to, by zacząć poznawać ludzi, bo przez długi czas widziałam tylko to, co można było zobaczyć z mojego balkonu. Czułam, że muszę wyjść ze swojej skorupy i nauczyć się żyć na nowo.

W szkole, na wykładzie Leszka Stafieja, słuchałam o tym, jak szukać swojego przeznaczenia. Leszek mówił, że jeśli budzisz się każdego ranka i o czymś myślisz, czegoś pragniesz, a samo myślenie o tym przyprawia Cię o orgazm, to to jest właśnie TO. To jest przeznaczenie. A ja kochałam pisać. Napisałam mój pierwszy tekst i wysłałam do Leszka, a on był nim tak poruszony, że zaniósł go Paulinie Reiter, ówczesnej redaktor naczelnej „Wysokich Obcasów”. Mój tekst okazał się najczęściej czytanym artykułem numeru, a komentarze dały mi wiarę w to, że warto, że mój optymizm jest potrzebny, że inspiruje. Moją intencją było danie nadziei innym. Pokazanie, że trzeba o siebie walczyć, że pomimo przeciwności losu warto podążać za swoim wewnętrznym głosem. Tak wiele osób potrzebuje wiary w to, że życie może być piękne, że można i warto żyć z pasją, i cieszyć się nawet drobiazgami, a małymi kroczkami można spełniać wielkie marzenia. To był początek mojej misji.

Cały tekst z „Wysokich Obcasów” cytuję poniżej.

Mam czterdzieści dwa lata, troje dzieci i kota. W 1994 roku przyjechałam do Polski na wakacje (mieszkałam wtedy na stałe w Kanadzie) i tak jestem już na tych wakacjach od ponad dwudziestu lat. W 1995 zwolniłam się z agencji reklamowej należącej do koncernu ITI i otworzyłam studio graficzne, posiadając jeden komputer i pasję – projektowanie graficzne. W ten sposób rozpoczęłam drogę od zera do milionera. W tym czasie wyszłam za mąż, urodziłam Aleksandra, który teraz ma trzynaście lat, sześć lat później Krystiana z zespołem Downa, a trzy lata temu adoptowaliśmy Adę. Byłam kobietą sukcesu pod każdym względem, tylko że… żyć mi się nie chciało.

W kwietniu 2013 roku wylądowałam na kardiologii w szpitalu MSWiA i zostałam zdiagnozowana z nadciśnieniem, nerwicą i depresją. Tak cholernie się starałam, żeby wszystko było takie śliczne, że gdzieś po drodze pogubiłam siebie, swoje marzenia, a jedyną motywacją do życia stała się myśl o tym, że nie mogę umrzeć, bo moje dzieci będą mnie jeszcze bardzo długo potrzebowały. Musiałam podjąć świadomą decyzję, czy chcę żyć. Wiedziałam jednak, że podejmując ją, będę musiała zmienić praktycznie wszystko w moim życiu. Gdy złożyłam pozew o rozwód, wszyscy patrzyli na mnie jak na idiotkę, bo przecież jak dam sobie radę z trojgiem dzieci, i to tak różnych i wymagających. Nie uznawałam rozwodów. Zrobiłam wszystko, by to małżeństwo działało, i padłam na twarz. Nie miałam wątpliwości, że pozostawanie w tym związku dłużej jedynie ze względów finansowych, statusowych czy dlatego, że nie dam sobie rady, to zwykła prostytucja, a ja jestem niepoprawną romantyczką i nadal wierzę w prawdziwą miłość.

Najpierw jednak musiałam na nowo pokochać siebie. Przyjrzeć się tej istocie, którą się stałam, zaprzyjaźnić się z nią i pokochać ją. A potem musiałam zrobić to, co musiałam zrobić. W kwietniu ukradłam sama sobie sporą kwotę pieniędzy, spakowałam siebie i troje dzieci i w godzinę opuściłam luksusową willę, którą razem z mężem zbudowałam. Przeprowadziłam się na warszawskie osiedle, między ludzi, dzieci, psy i koty i rozpoczęłam zwykłe życie, za którym tak bardzo tęskniłam. Mam cudownych sąsiadów, wspaniałą rodzinę (rodziców i braci) i niezwykłych przyjaciół.

W lecie wyjechałam z dziećmi do Juraty. Moje dzieci były przyzwyczajone wyłącznie do pięciogwiazdkowych hoteli, ja jednak zawsze czułam się tam źle. Sztuczni ludzie, ze sztucznym biustem, bez uśmiechu, za to w prawdziwych ciemnych okularach Chanel, które zakładali nawet na śniadanie (nie wiem, czy widzieli, co kładą na talerz). W starym pokomunistycznym wojskowym ośrodku wczasowym czułam się jak w komunie hipisowskiej. Wszystkie dzieci były nasze, a dzieci te były najszczęśliwsze pod słońcem. Nawet najstarszy syn, który pierwszego dnia z obrzydzeniem zapytał: „Co to za syf?”, trzy dni później poprosił, żebyśmy przyjechali w to samo miejsce za rok.

Rok temu nie wierzyłam, że dam sobie radę sama. Byłam przerażona i zdezorientowana. Bałam się sama iść z dziećmi do sklepu, a co dopiero wyjechać. Teraz mieszkamy sami, chodzimy na spacery, wyjeżdżamy na wakacje. Rok temu to wszystko wydawało się niemożliwe, tak jak niemożliwy wydawał mi się rozwód. Dzisiaj nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych…

Każde z moich dzieci jest inne, każde potrzebuje innego podejścia, każde inaczej przeżyło wydarzenia ostatniego roku. Od siedmiu lat uczę wszystkiego Krystiana, mojego syna z zespołem Downa – od chodzenia, przez jedzenie, bawienie się, po mówienie. Byłam tak pewna, że jestem w tym świetna, że chciałam otworzyć szkołę. Aż przyszła refleksja. Czego nauczyłam tego chłopca? Kto kogo nauczył więcej – ja jego czy on mnie? Dlaczego gdy odpalam na komputerze sylabki, on zaczyna ziewać, zupełnie jak ja kiedyś, przychodząc do pracy, której nie chciałam już wykonywać. Od sześciu lat chodzi do najlepszych logopedów i nadal nie mówi. Porozumiewa się końcówkami słów i wdziękiem osobistym. Wszystkie kroki milowe w swoim życiu (wstawanie, pierwsze całe słowa, nowe umiejętności) zdobył na wyjazdach… I tak pomyślałam, że może zamiast zamęczać go zorganizowaną edukacją, zabrać go w podróż po świecie…

Aleks zamyka się w świecie wirtualnym. Nie znosi uczyć się w szkole, za to uwielbia zdobywać wiedzę w dziedzinach, które go interesują. Przyzwyczajony do luksusu, był w nim równie samotny jak ja. Teraz powoli uczy się marzyć, mieć odwagę chcieć, a ja pomyślałam: a gdyby tak zabrać go w podróż po świecie…? Ilu kolegów by poznał, ile fascynujących sposobów na spędzanie czasu, ile mógłby się nauczyć, nabrać pewności siebie…

 

Ada, adoptowana, najmłodsza, jest jak iskierka. Wszędzie jej pełno. Jest odważną i elokwentną małą łobuzicą. Podchodzi do obcych, wyciąga rękę i mówi: „Cześć, jestem Ada”. Uwielbia uczyć się angielskiego, jest jak ja ciekawa życia, żądna poznawania wszystkich jego zakamarków. A gdyby tak zabrać ją w podróż po świecie…?

I tak powstało marzenie. Marzenie, które rok temu było dla mnie zbyt niemożliwe, by nawet o nim marzyć. Panicznie bałam się latać, panicznie bałam się o siebie i dzieci. Panicznie bałam się żyć, więc nie żyłam. Dzisiaj wiem, że śmierci nie boją się tylko ci, którzy mają odwagę żyć. Ja mam odwagę żyć i marzyć.

Chcę zabrać dzieci w roczną podróż dookoła świata. Chcę, byśmy zamieszkali w czterech miejscach po trzy miesiące w każdym. Chcę, by moje dzieci w tym czasie uczyły się z rówieśnikami. Chcę dowiedzieć się, jak wygląda edukacja dzieci, również tych niepełnosprawnych, adopcje, małżeństwa i rozwody. Jak różne, bardzo różne kultury traktują te zagadnienia. Chcę podzielić się tą wiedzą z innymi. Łamać stereotypy.

I chociaż w podróż dookoła świata się nie wybrałam, to moje życie wprawione w ruch jedną decyzją, jedną przypadkową książką przeszło niewyobrażalną metamorfozę. Tekst spontanicznie wysłany do wykładowcy stał się początkiem mojej nowej drogi. Dwa lata później zostałam nominowana przez „Wysokie Obcasy” w plebiscycie Superbohaterka Roku za odważne pisanie o tym, co niewygodne, za łamanie stereotypów.

Jestem wdzięczna:

– za książkę Efekt motyla, która zrobiła w moim życiu właśnie to, o czym Kamil pisze: wprawiła w ruch sekwencję zdarzeń, które doprowadziły mnie do miejsca, w którym jestem dzisiaj

– za wykłady Leszka Stafieja, jego wrażliwość i dowcip, za przesłanie mojego listu Paulinie Reiter

– za Paulinę Reiter i jej „tak” na publikację mojego tekstu

– za wszystkich ludzi, którzy w cudowny sposób pojawiali się na mojej drodze, by towarzyszyć mi w podróży do kolejnego przystanku, przeprowadzić przez kolejną burzę, czasem dodać sił, czasem sprowadzić na ziemię, czasem po prostu być, bym ja nie była sama w trudnej chwili.

Dziękuję.