Zaciszny Zakątek

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

VI

Informacja o samobójstwie poprzedniej właścicielki domu mimo wszystko zawładnęła myślami Marty. Po pierwszym szoku starała się ignorować zasłyszane rewelacje, ale nie za bardzo jej to wychodziło. Może dlatego, że gdy Jacek wyjeżdżał do firmy, ona zostawała w mieszkaniu sama? Sam na sam z wyobraźnią. Siedziała w domu, skupiając się na rozsyłaniu życiorysu do potencjalnych pracodawców i dopieszczaniu nowego gniazdka, ale myśli były natrętne jak muchy. Gdzie dokładnie wydarzyła się tragedia? Jaka była ta Wioletta? A jej rodzina? Mąż? Czy mieli dzieci? Skąd w niej tyle desperacji? Pytania i obrazy dręczyły Martę nieznośnie. Na domiar złego przepadło gdzieś poczucie bezpieczeństwa. I pomyśleć, że całkiem niedawno nazywałam to miejsce rajem na ziemi, skonstatowała gorzko Marta. A teraz powoli przestaję je nawet lubić.

Nie, wolałabym nie znienawidzić domu, z którym związałam się kredytem na trzydzieści lat! – otrząsnęła się i postanowiła dowiedzieć się czegoś więcej. Zastanowiła się, która z sąsiadek będzie źródłem najbardziej rzetelnych informacji. Małgorzata? Zbyt sentymentalna. Sabina? Chyba odrobinę zbyt niepoważna. Paulina? Tak. Paulina wygląda na osobę zdolną do relacji pozbawionej choćby cienia skandalizującej otoczki...

Szare volvo stało na podjeździe, a to oznaczało, że właścicielka jest w domu.

Drzwi otworzyła Marcie pani Stasia, dzierżąca w dłoni zestaw do sprzątania.

– Dzień dobry. Czy zastałam Paulinę? Nazywam się Marta Cieślak, mieszkam w domu obok.

– Oczywiście, proszę wejść. Pani Paulina jest na górze. Zaraz ją zawołam.

Oczekiwanie nie trwało długo. Co więcej, gospodyni wyglądała na szczerze ucieszoną sąsiedzką wizytą.

– Moja droga, chyba czytasz w moich myślach. Właśnie miałam zaprosić cię na naszą jutrzejszą herbatkę. Organizujemy te spotkania z dziewczynami raz w tygodniu, a jutro akurat wypada moja kolej. Oczywiście wpadniesz, prawda?

Marta skinęła głową.

– Chętnie.

– A teraz może napijemy się kawy? Tylko we dwie. Mam naprawdę wspaniałą javę.

Nie czekając na odpowiedź, Paulina wskazała sąsiadce drogę do kuchni.

– I jak życie wolnej kobiety? – zagadnęła. – Zauważyłam, że nie wyjeżdżasz już rano. Domyślam się, że sytuacja nie jest komfortowa, ale – otworzyła szafkę i wyjęła dwie kanciaste filiżanki – między nami mówiąc, zastanawiałam się, co tak roztropnej osobie jak ty każe zrywać się o świcie z łóżka.

– O ile wiem, ty także wstawałaś o tej porze.

– Ale w słusznej sprawie. Jak widać sprawa śmieci została cudownie rozwiązana. Panowie przyjeżdżają teraz po jedenastej. Było warto.

– Cóż, zarabianie na życie to również słuszna sprawa. A przynajmniej tak mi się wydaje. – Zakłopotana Marta potarła dłoń.

– O, z całą pewnością. Pozostaw zatem tę kwestię Jackowi. Nam, kobietom, życie wyznaczyło zupełnie inne zadania.

– Wiesz, Paulina... Nie każdy może sobie pozwolić na takie życie. Albo nie każdy chce.

Stawska udała, że nie słyszy uwagi.

– Na szczęście za niektórych decyduje los. A w twoim przypadku ze zrządzenia losu może wykluć się coś pozytywnego. Mam przeczucie. – Chłodna dłoń z perfekcyjnym bladobeżowym manikiurem wylądowała na ramieniu Marty. – Od razu wiedziałam, że wiele nas łączy.

– Właściwie to przyszłam porozmawiać o czymś zupełnie innym...

– Wspaniale! – rozjaśniła się Paulina, ustawiając wypełnione kawą filiżanki na spodeczkach. – Zapraszam do salonu. Nie zwykłam przyjmować gości w kuchni.

Usiadły na skórzanych fotelach w lśniącym bielą pomieszczeniu, w którym jedynymi akcentami kolorystycznymi były: jasna dębowa podłoga i trzy różowe storczyki stojące w równym szeregu na parapecie.

– Zatem słucham – odezwała się Paulina, wyraźnie zadowolona, że Marta zjawiła się właśnie u niej.

– Nie mogę przestać myśleć o tym, co zaszło w naszym domu...

– Przepraszam cię za Grzegorza. Chciałam was nawet odwiedzić i powiedzieć, jak bardzo mi przykro, ale uznałam, że w tej sytuacji lepiej nie zakłócać wam spokoju.

– Och, nie chodzi wcale o Grzegorza. Nie potrafię przestać myśleć o tragedii tej kobiety. Spędza mi to sen z powiek.

Paulina odstawiła kawę na mały minimalistyczny stolik z przezroczystego szkła. Mebel wyglądał jak projekt studenta pierwszego roku ASP, który bardziej chce, niż potrafi.

Jej mina świadczyła o rozczarowaniu tematem rozmowy.

– Ja również długo dochodziłam do siebie po tym wydarzeniu. Bo Wioletta nie miała powodu, by targnąć się na życie. Wierz mi, naprawdę żadnego.

– Jakieś domysły?

– A skąd! No bo sama powiedz... Dopiero co skończyła czterdzieści lat. Miała dziesięcioletniego syna Filipa i wspaniałego męża. Marek jest właścicielem świetnie prosperującej firmy produkującej okna, z filiami w Niemczech i we Francji. Nawiasem mówiąc, wyposażył w okna wszystkie domy na naszym osiedlu. Wioletta miała na wszystkie swoje zachcianki. Wystarczyło, że szepnęła słówko, a marzenia ziszczały się jak za sprawą zaklęcia: „Stoliczku, nakryj się!”. Wakacje na Seszelach? Proszę bardzo. Prywatny kierowca, bo nigdy nie zrobiła prawa jazdy? Nie ma sprawy. Wypad na zakupy do Barcelony? Już się robi. Jej jedynym obowiązkiem było zajmowanie się Filipem i sobą. A Marek nie był szczególnie wymagający. Do szczęścia wystarczało mu sprawianie przyjemności najbliższym.

– Może nie była szczęśliwa w małżeństwie? – podsunęła Marta.

– Żartujesz? Wątpię. Zawsze powtarzała, że syn i mąż to jej cały świat.

– To może on ją zdradzał?

– Nie sądzę.

Marta przygryzła dolną wargę.

– Więc co takiego...

– To bardzo dobre pytanie, tyle że skazane na brak odpowiedzi. Był czas, że zadawałam je sobie nieustannie. Wioletta nie zostawiła żadnej wskazówki. Listu czy czegoś w tym rodzaju.

– Długo się znałyście?

– Trzy lata. Ale to był intensywny czas. Tworzyłyśmy zgraną paczkę: Sabina, Małgosia, Wioletta i ja. Dlatego gdy zabrakło jednej, poczułyśmy się naprawdę okropnie. – Paulina zapatrzyła się przed siebie. – Długo nie potrafiłyśmy zaakceptować, że w tym miejscu zamieszka ktoś inny. Marek stracił do niego serce, i trudno mu się dziwić, agentowi trochę czasu zajęło znalezienie nabywcy. Gdy emocje nieco opadły, pojawiliście się wy. Miałam mieszane uczucia, ale teraz... – Popatrzyła na Martę. – Naprawdę cieszę się z sąsiedztwa.

– To okropne. – Marta sposępniała. – Nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się zapomnieć.

– Skoro my daliśmy radę oswoić tę tragedię... W końcu ty jej nie znałaś.

– Może masz rację?

– A tak między nami... – Paulina ściszyła głos. – Tylko nie mów nikomu! Jeśli chcesz znać moje zdanie, Wiola postąpiła egoistycznie. Ot tak zostawiła męża i dziecko, bez słowa wyjaśnienia. Postanowiła umrzeć i już. Co ją niby tak dręczyło, że nie mogła tego wytrzymać?

Aż do dziś Marcie wydawało się, że ludzie targają się na życie w dramatycznych życiowych sytuacjach, a z opowieści Pauliny wynikało, że nic nie zapowiadało tragedii. Zrobiło jej się żal nieznajomej.

– Grasz w tenisa? – zmieniła temat Paulina.

Nie lubiła oglądać się wstecz, a już na pewno nie wtedy, gdy nie mogła nic zrobić. Nienawidziła bezsilności.

– Nigdy nie próbowałam...

– Koniecznie musisz zacząć! Może wybierzesz się ze mną w czwartek na kort? Znam wspaniałego instruktora.

– W sumie czemu nie?

Nie zanosiło się, że w najbliższym czasie będzie miała coś lepszego do roboty.

– Idealnie. Zatem jutro herbata u mnie, a pojutrze tenis. A jak kawa? Smakuje? – zainteresowała się Paulina.

– Wyśmienita – odparła Marta, choć szczerze mówiąc, wolała swoją pospolitą rozpuszczalną.

Wiedziała już jednak, że Paulinie lepiej nie mówić takich rzeczy.

Po powrocie do domu Marta włączyła telewizor. Znajome tło pozwoliło jej odciąć się od wszelkich ewentualnych nieznanych odgłosów, stukotów, od wszystkiego, co mogłoby wzbudzać niepokój.

Sobotnie rewelacje sprawiły, że zwyczajne domowe dźwięki nabrały nowych znaczeń. Po prostu obawiała się, że natknie się na ducha Wioletty. Dlatego kiedy przed szóstą na podjeździe rozległ się warkot samochodu, Marta odetchnęła z ulgą.

– Nie ma obiadu? – jęknął Jacek, wchodząc do kuchni.

– Jak to: nie ma? Właśnie wstawiłam wodę na makaron. – Marta pocałowała męża na powitanie.

– Myślałem, że będzie pachniało już od progu. Przecież wiem, jak potrafisz gotować. Ta ostatnia wołowina, mniam! – rozmarzył się Jacek.

– Jestem pełnoetatową panią domu zaledwie od tygodnia, więc nie oczekuj spektakularnej metamorfozy. Poza tym nie sądzę, aby ten stan miał się okazać przewlekły.

– A tak na chwilkę? Może jednak nabierzesz ochoty, by wejść w rolę, co?

Jacek nie potrafił ukryć rozczarowania na widok makaronu. Świderki! Ich akurat nie lubił najbardziej.

– Tak to właśnie z wami jest! – westchnęła Marta. – W gruncie rzeczy każdy z was marzy o nadskakującej kobiecie, z pasją pielęgnującej domowe ognisko.

Odpowiedzią było wzruszenie ramion i sięgnięcie do lodówki po sok pomarańczowy.

– Pomarzyć zawsze wolno...

– Całe szczęście, że ten kredyt zmusza mnie do pójścia do pracy! – skwitowała Marta, soląc wodę.

– A jak ci minął dzień? Co robiłaś?

Machnęła niedbale ręką.

– Niezbyt dobrze. Wariuję w tym domu. Ciągle myślę o tej kobiecie. Chciałam się dowiedzieć czegoś więcej, więc wybrałam się do Pauliny. Ale to nie był najlepszy pomysł.

– Dlaczego? – Jacek odstawił opróżnioną szklankę na blat.

– Według niej Wioletta nie miała żadnego racjonalnego powodu, by ze sobą skończyć. To bardzo dziwna sprawa. Paulina twierdzi, że w życiu Wioli wszystko układało się idealnie. Dobry, dbający mąż. Fajny syn. Wycieczki, luksusy, same wygody... – Marta zawiesiła głos.

 

– Faktycznie, zagadkowa sprawa.

– Aha, Paulina zaprosiła mnie jutro na herbatę, a pojutrze na tenisa.

– Na tenisa?

– Właśnie. Wolne żarty. Przecież ja mam dwie lewe ręce. – Marta obejrzała z powątpiewaniem swoje dłonie.

– Bez przesady. Skąd te kompleksy? Moim zdaniem świetnie sobie poradzisz. Wyrwiesz się z domu, trochę się rozerwiesz i przestaniesz snuć te swoje niepokojące wizje. Poza tym poznacie się bliżej z Pauliną. A jaki sos do tego makaronu?

– Pieczarkowy. Ze słoika – doprecyzowała Marta, a Jacek przewrócił oczami.

Świderki w sosie pieczarkowym. Jego najgorszy gastronomiczny sen stawał się jawą.

Pani Stanisława przygotowała wszystko jak należy. Kilka z upieczonych wczoraj ciasteczek włożyła chyłkiem do pudełka śniadaniowego Tamary. To był ich mały sekret. Nie robiła tego zbyt często, w obawie przed wpadką, ale tym razem nie mogła się powstrzymać. To biedne dziecko tak rzadko jada słodycze! – westchnęła w duchu. Można powiedzieć, że jest podstępnie okradane z dzieciństwa. Bo choć mała była dojrzała nad wiek i zdecydowanie zbyt poważna, przejawiała, jak większość jej rówieśników, skłonność do słodkości, czego z kolei nie akceptowała jej matka. Kiedyś gosposia przypadkiem nakryła pana Grzegorza i Tamarę w spiżarni, gdzie oboje raczyli się kupionymi potajemnie lodami czekoladowymi, polewając je obficie karmelowym sosem. Jak widać – wbrew twierdzeniom chlebodawczyni – stomatolog nie potępiał jakoś przesadnie spożywania cukru... A przynajmniej nic, co wtedy działo się w pomieszczeniu gospodarczym, na to nie wskazywało.

Marta zjawiła się pierwsza, co ponownie podbiło jej notowania w oczach Pauliny. Stawska ceniła ludzi rzetelnych i punktualnych, nawet w kwestii tak błahej, jak przedpołudniowa sąsiedzka herbatka. Małgorzata z Sabiną przyszły razem. Pierwsza wyglądała na zmęczoną, druga na podekscytowaną.

Małgosia usiadła przy stole obok Marty.

– Dobrze cię widzieć – zagadnęła. – Wszystko w porządku?

– Tak, w zasadzie tak. Dziękuję. O rety, zapomniałam o tym przepisie na wołowinę!

– Nie ma sprawy. Innym razem. Dzisiaj i tak nie w głowie mi mięso. Pół nocy siedzieliśmy z Krzysztofem nad recenzją.

– Piszecie razem? – zdumiała się Marta.

– Nie, skąd! Czasami po prostu występuję w roli wolnego słuchacza. Choć myślę, że wcale nie chodzi mu o moje rady, bo i tak rzadko ich słucha.

– Więc o co? – zapytała rozbawiona Marta.

– O to, że skoro on nie śpi, ty też nie powinnaś – podsumowała Paulina.

Małgorzata spuściła oczy.

– Tak bym tego nie ujęła. Raczej chodzi mu o pewien rodzaj wsparcia. O upewnienie się, że podjął dobrą decyzję. Że właściwie coś podsumował, uzasadnił.

– To dobrze, że znajduje je w tobie – odrzekła Marta.

– Cóż, czasem bywam z tego powodu bardzo niewyspana – uśmiechnęła się blado Gosia.

Rzeczywiście, miała nieco podkrążone oczy.

Sabina zajęła się nalewaniem herbaty. Mimo że znały się od czterech lat i były ze sobą stosunkowo blisko, zawsze u Pauliny uważała, żeby czegoś nie rozlać ani nie nakruszyć. Przy sąsiadce czuła się trochę jak mała dziewczynka, w każdej chwili narażona na burę. Trochę ją to męczyło. Ale opinia Pauliny była dla niej ważna. Koleżanka budziła w niej respekt, ale i pewien rodzaj fascynacji. Może dlatego, że były tak różne?

Marta wybrała kwadratowe ciastko z połówką włoskiego orzecha na górze. Łączyło mleczny smak śmietany z delikatną orzechową nutą.

– Mmm, przepyszne! – powiedziała, oblizując palce.

Sabina zauważyła ten gest i zerknęła na Paulinę, pewna, że tamta zmierzy gościa tym wzrokiem, ale, co odnotowała z pewnym oburzeniem, nic takiego nie nastąpiło.

– Prawda? To także moje ulubione. Pani Stasia jest nieoceniona, także w kwestii umiejętności kulinarnych.

– Jacek dałby się pokroić za kogoś takiego w domu. Wczoraj był mocno zawiedziony sosem ze słoika...

– Wcale mu się nie dziwię – odparła Paulina, a Sabinie wyraźnie ulżyło. – Może powinnaś pomyśleć o kimś do pomocy? Serwowanie konserwantów na obiad to raczej nie najlepszy pomysł.

– O nie! Nie stać mnie na taki luksus – roześmiała się Marta, przełykając herbatę. Aż przymknęła oczy. Napar był idealny. A może ten smak to efekt jakości, o którą zawsze tak dba Paulina? – Nawet gdy znajdę pracę, nie ma mowy!

– Więcej wiary w męża. Nigdy nic nie wiadomo – stwierdziła sentencjonalnie Paulina.

– Większość ludzi jakoś sobie radzi samodzielnie – wtrąciła Małgorzata. – Na przykład ja, Sabina...

– „Jakoś”. Dobrze to ujęłaś – odcięła się Paulina, obracając w palcach filiżankę.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – Małgosia aż się wyprostowała. – Z czymś sobie, według ciebie, nie radzę?

– Miałabyś o wiele więcej czasu, gdybyś nie musiała wszystkim zajmować się sama.

Małgorzata poprawiła opadającą na czoło grzywkę.

– A może... Może mi to nie przeszkadza? Pomyślałaś o tym?

– Doprawdy?

– No, dajcie już spokój – wtrąciła Sabina. – One tak zawsze – wyjaśniła Marcie. – Chociaż – zwróciła się do Małgosi – mogłabyś zatrudnić kogoś do sprzątania, jak ja. Ciągle narzekasz na mycie okien. Po co się tak męczyć? Z pomocą byłoby łatwiej.

Małgorzata wzruszyła ramionami. Ciekawe, jak miałaby załatwić sprawę sprzątaczki bez wiedzy Krzysztofa. Stwierdziłby, że upadła na głowę, jak nic. Może nawet wyśmiałby jej nieporadność. A przecież ona nie jest taka. Spojrzała na Paulinę, która, rzecz jasna, przytaknęła Sabinie.

Znała ją jeszcze, zanim zamieszkały na jednym osiedlu. Wpadły na siebie w gabinecie Grzegorza, gdzie Gosia przyprowadzała jedenastoletniego wówczas Tomka na leczenie. Tamtego dnia Paulina zajrzała do męża, by podrzucić mu zapomnianą komórkę. Bąknęła coś zdawkowo o pogodzie (lało jak z cebra) i zaczęły rozmawiać, a że pogawędka nabrała rumieńców, umówiły się na kawę. I tak zostało. Pięć lat później przeprowadziły się wraz z rodzinami na Zielonego Dębu, gdzie poznały Sabinę i Wiolettę. Miejsce było jak z sielanki, idealne, bez jednej skazy. Dopóki Wioletta nie zdecydowała, że na tym przyjemnym dla oka obrazku pojawi się rysa.

– Chcę wam oznajmić, że dojrzałam do pewnej decyzji... – powiedziała uroczystym tonem Sabina.

Słowo „dojrzewanie” w ustach Sabiny wydało się Paulinie i Gosi tak interesujące, że wlepiły w nią zaciekawione, żądne rewelacji spojrzenia. Marta po prostu słuchała.

– Wydaje mi się, a w zasadzie jestem pewna, że już najwyższy czas na dziecko – wyjaśniła Jońska.

– O rany... – wyrwało się Paulinie, która mimo usilnych starań nie potrafiła dostrzec w sąsiadce potencjału na odpowiedzialną matkę.

– Wspaniale! – ucieszyła się Małgorzata.

Marta przytaknęła uprzejmie.

– A rozmawiałaś o tym z Marcinem? Czy i on tak myśli? – dopytywała Paulina.

– A o czym tu rozmawiać? Zawsze twierdził, że chce mieć dzieci – oznajmiła Sabina. – Już nie mogę się doczekać procesu realizacji! – Klasnęła w dłonie.

Paulina wypuściła ciężko powietrze. Małgosia dotknęła ręki przyjaciółki.

– No cóż, rzeczywiście brakuje wam tylko dziecka...

– W takim razie chyba wypada życzyć wam powodzenia, prawda? – dodała Marta.

Oczy Sabiny błyszczały. Przytaknęła energicznie i nachyliła się ku nowej znajomej.

– A wy? Planujecie dzieci?

– Owszem. Pewnie o tym pomyślimy, gdy tylko wyprostujemy bieżące sprawy.

– Widzisz, Sabina, oto przykład racjonalnego podejścia do wszelkich decyzji. Zwłaszcza tych nieodwracalnych – stwierdziła Paulina.

– Ale ja nie mam żadnych problemów! I nic nie muszę prostować! Dlaczego zawsze taka jesteś? Każdemu potrafisz zepsuć radość!

– O ile wiem, jeszcze nie ma czego psuć.

Małgorzata spróbowała mediacji.

– Paulina nie miała niczego złego na myśli, prawda? Po prostu próbuje ci powiedzieć, że to poważna decyzja.

– Traktujecie mnie jak jakąś głupiutką małolatę. – Nadęła się Sabina. – Nie wiem, na jakiej podstawie. Ja mam trzydzieści trzy lata!

– Troszczymy się o ciebie. To wszystko – odparła Małgorzata łagodnie.

– Nie ma potrzeby. Ostatecznie to będzie moje dziecko. To ja nie będę sypiać po nocach, będę karmić i przewijać.

No właśnie! – pomyślały Paulina z Gosią, ale miały wystarczająco rozsądku, by tę myśl zatrzymać dla siebie.

Marta czuła się niezręcznie, jak przypadkowy obserwator przekomarzanek dobrych znajomych, które ledwie znała.

– Idziemy jutro z Martą na tenisa – oznajmiła Paulina, jakby czytając w jej myślach.

– To ty grasz? – zainteresowała się Sabina.

– Nie. I mam stracha.

– Ona już próbowała nauczyć i mnie, i Małgorzatę, ale bez sukcesu.

– To nie brzmi zachęcająco... – Marta spojrzała z wahaniem na gospodynię.

– Bzdury! – rzuciła lekceważąco Paulina. – Zobaczysz, że ci się spodoba! Czuję to!

O dziwo, nie pomyliła się. Zarówno w kwestii trenera, o którym wcześniej wspominała, jak i tego, że sąsiadka złapie bakcyla. Mimo że Marta miała wrażenie, że jest zupełnie pozbawiona refleksu, a jej ręce są ospałe i nieporadne, Wojtek, zachwalany przez Paulinę instruktor, uważał inaczej. Podobnie jak sąsiadka, która nie bez wysiłku przyznała, że ona na początku radziła sobie dużo gorzej. Kiedy wracały z kortu, cudownie zmęczone i zrelaksowane, Marta miała okazję zobaczyć całkiem inną Paulinę, bardziej swobodną i rozluźnioną, śmiejącą się więcej i jakby bardziej naturalnie. To spostrzeżenie mocno ją zaintrygowało. Czy to sport wyzwalał w Paulinie taką energię? A może Wojtek, pozytywny i... atrakcyjny. Lepiej się nad tym nie zastanawiać, stwierdziła.

Gdy okazało się, ile kosztują usługi osobistego instruktora, nieco zrzedła jej mina.

– Nie martw się. Spróbuję załatwić ci zniżkę u Wojtka, po starej znajomości – orzekła Paulina.

– No coś ty! Nie mogę cię o to prosić!

– Masz rację. Tobie nie wypada prosić, ale ja zrobię to z prawdziwą przyjemnością. – Paulina uznała kwestię za zakończoną.

A potem zaprosiła koleżankę do siebie – miały jeszcze chwilę spokoju, bo Grzegorz z Tamarą wracali dopiero za jakieś dwie godziny – Marta jednak nie chciała się narzucać. Poza tym chyba powinnam ugotować obiad, pomyślała. Tym razem coś lepszego niż makaron i sos ze słoika. Jacek miał rację, skoro już i tak siedzę w domu...

Trening wyzwolił w Marcie mnóstwo pozytywnej energii, więc wrzuciła do odtwarzacza jakąś skoczną składankę. Nadawała się. Zajrzała do lodówki. Pierś z kurczaka, sałata. Ziemniaki też jeszcze są. Nic wyszukanego, ale na domowy posiłek będzie jak znalazł, stwierdziła. Nalała sobie wody do szklanki i upiła kilka łyków. Poczuła się lekka jak piórko i wykonała piruet pośrodku kuchni. Tak bardzo brakowało mi swobody, którą właśnie szczęśliwie poczułam! – ucieszyła się. Znowu była u siebie, a nie w domu samobójczyni.

Po powrocie z pracy Jacek zastał na stole gorące danie. Uśmiechnął się pod nosem na widok krzątającej się po kuchni żony; był większym konserwatystą, niż skłonny był przyznać. Usiedli razem przy stole. Marta trajkotała o tenisie. Pochwaliła się, że według trenera ma dryg do tego sportu.

– Chyba posłużył ci ten wysiłek – zauważył Jacek.

– I to jak! Wysłałam dzisiaj z dziesięć aplikacji. – Zadowolona Marta dołożyła sobie sałaty. – Jestem dobrej myśli.

– To dobrze. To naprawdę świetnie – odparł jej mąż, choć w duchu pozazdrościł sąsiadom.

Prawdziwi z nich szczęściarze, że mogą pozwolić sobie na utrzymywanie niepracujących żon, które dbają wyłącznie o dom i czekają na nich z obiadem.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?