Zaciszny Zakątek

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

V

Sąsiedzi, zadowoleni z zaproszenia do Marty i Jacka, okazywali nowym mieszkańcom osiedla niezwykłą życzliwość. Niejako przy okazji Cieślakowie po raz pierwszy mieli okazję zobaczyć, jak mieszkają inni, a wycieczki po obcych domach zmotywowały Jacka do zwiększenia tempa urządzania się we własnym. Wziął się za wieszanie przywiezionych ze starego mieszkania obrazów, montowanie plafonów w korytarzu i rozpakowywanie tego, co powinno być rozpakowane już dawno. Bambetle, które jeszcze nie znalazły swojego miejsca, zniósł do piwnicy. Marta stwierdziła, że zadba o idealny porządek, postawi na cięte kwiaty i smaczne jedzenie. Innych kwestii przeskoczyć się nie da.

Dom Stawskich okazał się dość sterylny. W pomieszczeniach dominowały biel, odcienie szarości i grafitów, nowoczesne meble, współczesna sztuka. Wszechobecny minimalizm. I ta czystość. W salonie Pauliny można było ad hoc zorganizować salę operacyjną. W żadnym z pokojów nie było ani jednej zbędnej rzeczy. Praktycznie, ale bezosobowo, uznała Marta, zwiedzając wnętrza.

Jackowi dużo bardziej podobało się u Sabiny. Marcin niestety był w pracy, więc mieli go poznać dopiero na przyjęciu. Marta skrzywiła się w duchu, bo wcale nie była pewna, czy jej mężowi bardziej podoba się design, czy pani domu. Czułaby się znacznie lepiej, gdyby gospodarz był obecny. W salonie Jońskich na głównej ścianie dominował śliwkowy odcień. Kryształowy żyrandol odbijał światło, rzucając na ściany kolorowe plamy. Urządzoną w purpurze i welurach sypialnię Sabina zaprezentowała gościom ze szczególną dumą, co nie umknęło uwagi Marty. W całym domu przeważał modernizm, ale bardziej miękki i przytulny niż u Stawskich. Zapewne dzięki kolorom i pewnej odwadze aranżacyjnej, podkreślającej swobodny charakter pani domu. W każdym pokoju znajdował się mocny, przykuwający uwagę akcent, który nikogo nie pozostawiał obojętnym.

U Borowiaków panował znacznie bardziej sielski nastrój. Klasyczne meble z prawdziwego drewna i stare obrazy w złoconych ramach przywodziły na myśl staropolskie dworki. Miękkie dywany, tapicerowane kanapy z miękkimi poduszkami sprawiały, że chciało się tam zostać na dłużej. Na komodach stało sporo rodzinnych zdjęć w ramkach i porcelanowych bibelotów, a wszędzie panoszyły się książki.

Każdy z tych domów był inny. Skrajnie. Istniało jednak coś, co je łączyło – pieniądze wydane na urządzenie wnętrz. Co do tego nie było żadnych wątpliwości.

Dlatego sąsiedzka życzliwość nie pomogła – Marta z Jackiem poczuli się odrobinę niepewnie. Teraz martwiło ich nie tylko to, że muszą utrzymywać się z jednej pensji, ale także fakt, że mogą tutaj po prostu nie pasować. I choć impreza dla nowych znajomych miała być przede wszystkim dobrą zabawą, nie potrafili nic poradzić na to, że kwadrans przed szóstą w sobotnie popołudnie ich serca biły odrobinę zbyt szybko.

Trema, która ich dopadła, szybko okazała się niepotrzebna.

Goście, w dobrych nastrojach, skomplementowali starania gospodarzy w kwestii wykończonych już wnętrz i z zainteresowaniem wysłuchali pomysłów na resztę. Służyli cenną radą i oferowali pomoc w razie potrzeby. Marta z Jackiem z ulgą schowali obawy do kieszeni i poddali się nastrojowi zabawy, zapominając, że jeszcze całkiem niedawno denerwowały ich podejrzenia, że zostaną ocenieni przez pryzmat stanu posiadania.

Postawiwszy ostatni półmisek na stole, Marta zaprosiła wszystkich do zajęcia miejsc. Jacek tymczasem zajął się alkoholem.

– Jakie to wino? – zainteresował się Krzysztof rozlewanym do kieliszków trunkiem.

– Czerwone wytrawne. Marta mówiła, że będzie najlepiej pasować do wołowiny.

– Ale włoskie, hiszpańskie, francuskie? Cabernet? Merlot?

Jacek spojrzał na etykietę. O ile lubił wino, o tyle nie wiedział o nim zupełnie nic. Wystarczało, że mu smakuje lub nie.

– Francuskie – oznajmił. – Cabernet sauvignon. A przynajmniej tak twierdzi ktoś, kto zaprojektował tę nalepkę. Miejmy nadzieję, że dobre. – Uśmiechnął się z nadzieją, że znany krytyk lubi francuskie wina.

Borowiak lubił. Dobre francuskie wina. Nieszczególnie natomiast przepadał za ignorancją, choć to spostrzeżenie na temat gospodarza zachował wyłącznie dla siebie. Jak większość innych uwag, o co poprosiła go przed wyjściem Małgorzata.

Wino okazało się chyba dostatecznie smaczne, mimo że wybrane bez krztyny znawstwa i za pomocą metody na chybił trafił, bo szybko znikało z kieliszków. Wszyscy chwalili serwowane potrawy, a Małgosia poprosiła Martę o przepis „na tę cudowną wołowinę”.

Jacek nie ukrywał podziwu, odkąd dowiedział się, że Marcin jest pilotem.

– To musi być fascynujące zajęcie – stwierdził z uznaniem.

Sam bał się latać i właśnie to sprawiało, że jego szacunek dla sąsiada rósł z każdą chwilą. Marcin mu imponował. Tak bardzo, że przy stole przyćmił nawet autora tak lubianych przez Jacka kąśliwych recenzji.

– Dla mnie z pewnością – przyznał teraz, dokładając sobie z półmiska duszonych marchewek.

– A dla mnie nieszczególnie... – westchnęła Sabina. – Wolałabym, żeby mój mąż robił coś bardziej... stacjonarnego.

– Nie można mieć wszystkiego, moja droga – wtrąciła Paulina tonem, jakim zazwyczaj upominała córkę.

– Kto tak powiedział? – Sabina uniosła idealnie wyregulowane brwi.

Nie znosiła, gdy ktoś wyznaczał jej granice.

– Moja praca w podatkach to przy lataniu flaki z olejem – stwierdził Jacek samokrytycznie.

– Ja bym tam nie miała nic przeciwko takiej nudzie – stwierdziła z zapałem Sabina.

Marcin uśmiechnął się pobłażliwie znad kieliszka.

– Naprawdę?

– Sabinko, nie masz pojęcia, o czym mówisz! – roześmiał się gospodarz.

– Nie przesadzaj, kochanie. Przecież lubisz swoją pracę – zauważyła Marta, stawiając na stole dzbanek wody z plastrami cytryny i miętą.

– Niby tak, ale gdzie jej tam do pilotażu! Czy choćby do recenzowania książek.

Wzrok Jacka zatrzymał się na Krzysztofie, a następnie spoczął na Grzegorzu.

– Ja jestem zwykłym dentystą – rozłożył ręce Stawski. – Moje zajęcie także trudno zaliczyć do pasjonujących. Zwykłe rzemiosło. W zasadzie to chyba możemy podać sobie dłonie? – dodał i odłożył sztućce. – Dentysta i podatki. Człowieka w końcu dopada i jedno, i drugie...

Roześmieli się wszyscy, oprócz Pauliny, która siedziała skwaszona.

– Wszystko w porządku? – zagadnęła ją uważna gospodyni. – Coś ci podać?

– Nie, dziękuję. Wszystko dobrze – odparła spokojnie Paulina, jednocześnie ukazując w uśmiechu rząd idealnie białych, jak sznur pereł zębów. Nie sposób było nie pomyśleć, czy to genetyczny prezent od przodków, czy efekt rzemieślniczej pracy męża. – Wydaje mi się, że i ty pracujesz? – zręcznie zmieniła temat. – A czym się zajmujesz konkretnie?

Małgosia i Sabina jak na komendę podniosły oczy znad talerzy, zupełnie jakby czekały na to pytanie.

Marta pogrzebała widelcem w talerzu, jakby wśród ciemnego sosu chciała znaleźć dobrą odpowiedź.

– Cóż... Od niedawna już niczym – stwierdziła zrezygnowana.

– Co masz na myśli? – zainteresował się Krzysztof.

– Spodziewacie się dziecka? – próbowała zgadnąć Małgorzata.

Marta przecząco pokręciła głową.

– Bank, w którym od pięciu lat byłam doradcą inwestycyjnym, został przejęty przez zagraniczny kapitał. Na górze zadecydowano o redukcjach. Niestety, między innymi zlikwidowano również i mój etat. Ot i cała historia.

– To wspaniale! – Twarz Sabiny zajaśniała.

Marta łypnęła na nią jak na niebezpiecznego szaleńca.

– No, mojej żony ta nowina aż tak nie zachwyciła... – próbo­wał załagodzić Jacek.

– Ależ ja nie miałam na myśli niczego złego... – dodała Sabina czym prędzej.

– Po prostu cieszymy się, że będziesz miała nieco więcej czasu na bliższe poznanie sąsiadek – pośpieszyła z wyjaśnieniami Paulina, zanim koleżanka zaplątała się na dobre.

– Poza tym należy ci się odrobina odpoczynku, nieprawdaż? – przyszła jej w sukurs Małgosia. – Może ta przymusowa przerwa paradoksalnie wyjdzie ci na dobre? – powiedziała pokrzepiająco.

– Może. Kto wie? – W głosie Marty zabrzmiało wahanie.

– Małgosia dobrze mówi – przytaknął Borowiak. – Jacek też pewnie skorzysta na pobycie żony w domu. Jeśli będziesz miał szczęście, taka wołowina będzie pojawiać się na twoim stole częściej – zwrócił się do gospodarza.

– Jakoś wątpię – niepewnie zaśmiał się Jacek.

– Nie martw się, Marta – pocieszał Marcin. – Sabina i dziewczyny na pewno nie pozwolą ci na nudę.

Marta ucieszyła się, że nikt nie potraktował jej jak nikomu niepotrzebnego nieudacznika. A tak się obawiałam! – odetchnęła. Niepotrzebnie martwiłam się, że sąsiedzi potraktują mnie jak parszywą owcę, tymczasem mam wrażenie, że z ich perspektywy nie mogło mnie spotkać nic lepszego!

– A w razie czego – dodał jeszcze Marcin – możesz liczyć na ciepłą posadkę u nas. Zdaje się, że potrzebujemy kogoś, kto wyjaśni mojej żonie, w co warto, a w co zupełnie nie warto inwestować.

Sabina zgromiła go wzrokiem.

– No wiesz?! Nie uważam, żeby...

Marcin delikatnie przyciągnął żonę.

– Nie dąsaj się, kochanie. Przecież wszyscy wiemy, że torebki to także inwestycja, prawda? – Powiódł wzrokiem po zebranych.

– Nie rób ze mnie głupiej gęsi! – odcięła się.

– Ej, to był tylko żart. – Marcin pocałował ją w policzek. Wyglądała na nieprzekonaną, więc dodał poważnie: – Naprawdę.

– Myślę, że jakoś sobie poradzę. A i Sabinie wcale nie trzeba doradzać – podsumowała Marta.

Sąsiadka spojrzała z wdzięcznością.

Po przepysznym obiedzie pani domu ponownie spróbowała podbić żołądki i serca gości, stawiając na stole efektowny, choć nieszczególnie pracochłonny (na szczęście nikt o tym nie wiedział) tort bezowy własnej roboty. Jacek zaparzył kawę, a Marta w duchu podziękowała teściowej za ślubny prezent w postaci pięknego kompletu porcelany na dwanaście osób. Wszyscy chwalili wypiek, wróżąc gospodyni ewentualną karierę we własnym cukierniczym biznesie, a nowe koleżanki nie omieszkały skomplementować gustownej zastawy. Porcelana najbardziej podobała się Małgosi, miłośniczce sielskiego, romantycznego stylu.

 

Podczas nalewania kawy powrócił temat nowego mercedesa Sabiny, która najwyraźniej na to czekała, bo zaczęła trajkotać jak nakręcona. Jackowi wóz bardzo się podobał, pomimo wściekle czerwonego lakieru.

– Pożyczysz mi go czasem? – zapytał dla żartu.

Ku jego zaskoczeniu sąsiadka nie widziała w tym żadnego problemu.

– Po prostu wpadnij, jeśli będziesz chciał gdzieś pojechać – odparła.

– Lepiej nie. – Jacek w popłochu wycofał się z pomysłu. – Jeszcze szefostwo uzna, że nie potrzebuję już żadnej podwyżki...

Prawdę mówiąc, zszokowały go nieco życzliwość i beztroska sąsiadki. Pomyśleć, że ot tak ktoś gotów jest pożyczyć wóz wart tyle kasy!

– Marta... – zagadnął gospodynię Grzegorz. – Powiedz, jak wam się tutaj mieszka?

– A wiesz, wspaniale. Wprawdzie to dopiero trzy tygodnie i ciągle się jeszcze oswajamy, ale nie mogłabym marzyć o lepszym miejscu. To mój osobisty raj na ziemi.

W jej głowie ponownie zamajaczył niepokój związany z możliwością utraty tego raju, ale odgoniła tę myśl. Nie chciała psuć sobie wieczoru.

– Hm, to świetnie... – odparł Grzegorz i odstawił filiżankę. – Bo prawdę mówiąc, nie sądziłem, że ktoś będzie w tym domu szczęśliwy.

– Tak? A dlaczego? Przecież to takie wspaniałe miejsce!

– No wiesz, po tamtej sprawie... Ale może to nam – spojrzał po gościach – trudno o dystans? Ktoś z zewnątrz zapewne patrzy na sprawę inaczej.

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz. – Uśmiech Marty zdradzał zakłopotanie.

– O Wioli. To znaczy o jej samobójstwie. Wioletta i Marek mieszkali tutaj przed wami i byli naszymi dobrymi przyjaciółmi. Więc kiedy ona się zabiła... Niełatwo było się z tego otrząsnąć.

W salonie zapadła cisza. Goście posmutnieli, ale Marta nie zwracała na nich uwagi. Jej pole widzenia nagle ograniczyło się do oczu własnego męża, który przygarbił się odruchowo. Jakby spodziewał się ciosu.

– Nadal trudno nam pojąć, co ją do tego popchnęło – ciągnął Grzegorz. – Przecież zawsze jest...

– Miała wygodne życie – wszedł mu w słowo Krzysztof. – Niejeden by się zamienił.

Marta chciała przełknąć ślinę, ale wnętrze jej ust było suche jak pustynia.

– Nic o tym nie wiedziałam – wykrztusiła. – Bo i skąd? Dlaczego?!

Pytanie zabrzmiało jak oskarżenie. Twarz Jacka poczerwieniała.

– Nie wiedziałaś?! – zapytała zdumiona Sabina.

– Uznałem, że ta wiedza nie jest ci do niczego potrzebna. No i że nie warto cię stresować – powiedział Jacek nieswoim głosem.

– Ktoś w moim domu poderżnął sobie gardło, a ja miałam pozostawać w błogiej nieświadomości?! – Marta podniosła głos.

– Powiesił się... – sprostował Krzysztof, grzebiąc widelczykiem w torcie.

Beza była idealna. Sypka i krucha.

Oczy Marty zrobiły się okrągłe jak spodki.

– Myślę, że czas na nas – powiedziała spokojnie Paulina, odkładając serwetkę. – Bardzo dziękujemy za miły wieczór.

– Wszystko było przepyszne – zapewniła gorliwie Małgosia i podniosła się z krzesła.

– Chyba niepotrzebnie wyskoczyłem z tym tematem... – zreflektował się Grzegorz poniewczasie.

– Przeciwnie – zaprotestowała słabo Marta.

Posłane mężowi spojrzenie Pauliny nie pozostawiało wątpliwości.

Marta uprzejmie podziękowała gościom za wieczór, kilkukrotnie zapewniając zakłopotanego Grzegorza, że nie ma mu tego za złe. Bo nie miała. Ale kiedy za sąsiadami zamknęły się drzwi, nie odwróciła się od razu.

Nie miała ochoty oglądać stojącego tuż za nią męża.

Pani Stasia była zadowolona, że przyjęcie skończyło się wcześnie. Mimo że Tamara spała już od godziny, ona marzyła wyłącznie o własnym wygodnym fotelu i kieliszku zeszłorocznej wiśniowej nalewki. Dlatego pożegnała się z pracodawcami uprzejmym: „Do zobaczenia w poniedziałek!” i poszła prosto do swojej jedenastoletniej skody octavii. Kiedy uruchomiła silnik, poczuła, że właśnie zaczął się weekend. Czas słodki jak miód. Sądząc po minie chlebodawczyni, szybki powrót Stawskich spowodowało wydarzenie dużego kalibru. Pani Stasia podziękowała Bogu, że w przeciwieństwie do gospodarza, ona mogła teraz opuścić dom.

Paulina, jak zwykle, zachowywała dystans i chłód, czego Grzegorz po prostu nie znosił. Wolałby, aby żona, jak inne kobiety, wrzeszczała, machała rękami, ale to byłoby poniżej jej godności. Nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić, otworzył lodówkę. Może napiję się mleka? – pomyślał.

– Tylko mi nie mów, że jesteś głodny – powiedziała Paulina tonem, jakim sąd ogłasza wyroki na pozbawionych morale oprawców. Zsunęła z ramion szary, zapinany na guziczki sweter. – Jak na jeden wieczór pochłonąłeś aż nadto kalorii. Jak tak dalej pójdzie, przestaniesz się mieścić w fartuch.

– Nie chce mi się jeść – stwierdził Grzegorz i zamknął lodówkę. – Jesteś na mnie zła?

– Masz talent do pakowania nas w niezręczne sytuacje.

– To nie moja wina, że Marta nie wiedziała nic o Wioletcie. – Grzegorz wsparł się dłońmi na blacie kuchennej wyspy.

– Racja. Ale czy musiała się dowiedzieć właśnie od ciebie? – Paulina przewiesiła sweterek przez ramię. – Jestem zmęczona. Idę pod prysznic.

– Chlapnąłem niechcący. Dobrze o tym wiesz.

– Czy również przypadkiem nazwałeś się „rzemieślnikiem”? Rzemieślnikiem! – Paulina wzięła się pod boki. Sweter wylądował na podłodze, więc go podniosła. – Jesteś najlepszym specjalistą stomatologii ogólnej w mieście. I dziwię się, że muszę ci o tym przypominać! – dodała i wyszła z kuchni.

Miała dość. Grzegorza, który skupił na nich uwagę w nieodpowiedni sposób, i w ogóle czyjegokolwiek towarzystwa. Poza tym ten ucisk w żołądku. Do tego ciemnego sosu Marta na pewno dodała mąki, pomyślała. Gdyby był lżejszy, teraz na pewno nie czułabym się tak źle.

Sabina rozsiadła się na kanapie w salonie i wzięła za przerzucanie kanałów. Miała ochotę na lekką komedię, lecz jak na złość nie było niczego takiego na żadnym programie. Same wiszące na gałęziach małpy, widowiskowe skoki z okien wieżowców w Nowym Jorku, w chmurze szklanych odłamków i bez najmniejszego szwanku, i poobwieszani złotymi łańcuchami raperzy. Co za pech!

Dobrze, że Paulina tak szybko zarządziła ewakuację. Można o niej powiedzieć różne rzeczy, ale zawsze trzyma rękę na pulsie. Sabina nie lubiła takich sytuacji. Gdy atmosfera stawała się tak gęsta, że można było kroić ją nożem, Sabinie zawsze zbierało się na płacz. Albo na ucieczkę. Albo na jedno i drugie. Teraz potrzebowała zapomnienia i jak najszybszego powrotu do właściwego jej dobrego nastroju.

– Ale palnął, co? – zagaił Marcin, przysiadając obok żony z kubkiem herbaty w dłoni.

– To dziwne, że Marta o niczym nie miała pojęcia...

– Trochę dziwne, ale w sumie to nawet rozumiem Jacka. Sam nie wiem, czy poinformowałbym cię o tak posępnej historii.

– Wolę nie myśleć, co tam się teraz dzieje.

– Ja również – przytaknął Marcin. – Marta miała mord w oczach.

Sabina, tknięta nagłym wspomnieniem, spojrzała na męża z ukosa.

– Dlaczego byłeś wobec mnie uszczypliwy? Zrobiłeś ze mnie durną lalkę, która wydaje kupę forsy na torebki. Dobrze się bawiłeś moim kosztem?

– Kochanie, daj spokój. Wiesz, że nie miałem nic złego na myśli.

– Nie rób tak już nigdy. Jeśli nawet wydaję pieniądze, to tylko po to, abyś miał miły dom, do którego możesz z przyjemnością wracać, i piękną żonę, którą możesz się pochwalić. Jeśli ci to nie odpowiada, wystarczy powiedzieć.

Determinacja Sabiny widoczna była gołym okiem, a Marcin zbyt dobrze znał żonę, by nie spodziewać się, że zapomni ona o doznanej przykrości. Wbrew pozorom potrafiła dużo znieść, ale tym razem granica wytrzymałości omal nie została przekroczona.

Marcin ujął dłoń żony i powiódł kciukiem po jej smukłych palcach.

– Jeśli kiedykolwiek powiem, że mi to nie odpowiada, uznaj, że oszalałem – powiedział.

– O której wraca Tomek?

Krzysztof ułożył się po swojej stronie łóżka. Do poduszki wziął starego dobrego Dostojewskiego. Nie zamierzał przed snem grzebać się w pracy.

– Zostaje po imprezie u Norberta. Nawet tak wolę. Przynajmniej spokojnie zasnę, zamiast nerwowo nasłuchiwać, czy jest już z powrotem.

– Nie zapominaj, że to dorosły facet.

– A kto przed chwilą pytał, o której ten dorosły facet wróci do domu? – odparła rozbawiona Gosia.

Uwielbiała przyłapywać męża na słabości charakteru, którą tak bardzo starał się ukryć.

– To było zwykłe pytanie – odął się Krzysztof i otworzył książkę. – „Generałowa była zazdrosna o swoje pochodzenie”.

– Ta wołowina naprawdę była wyśmienita. – Małgorzata założyła ręce za głowę. – Muszę koniecznie wziąć przepis od Marty. Wyglądało na to, że naprawdę ci smakowała...

– „Czymże więc dla niej było dowiedzieć się nagle...” Co mówiłaś?

– Pytałam, czy smakowała ci wołowina.

– A tak. Bardzo dobra.

– Szkoda tak miło rozpoczętego wieczoru... Mam nadzieję, że sobie wszystko wyjaśnią.

– „...i bez przygotowania, że ten ostatni z rodu książę Myszkin, o którym już coś niecoś słyszała, to wprost godny politowania idiota...”

– I jak ci się podobają Marta i Jacek? Sympatyczni, prawda?

– „...niemal nędzarz, i przyjmuje jałmużnę”1.

– Prawda?

– Owszem. Dobrali się. Doradca podatkowy i doradca inwestycyjny... – Krzysztof oderwał się od lektury. – Trochę to paradne, nie uważasz?

Pod ósemką brudne naczynia wciąż tkwiły w zlewie, jak posępne memento okoliczności wcześniejszego zakończenia imprezy.

Marta siedziała na dywanie w salonie i wzburzona kręciła głową.

– Może to i dobrze, że mnie zwolniono. Szybciej się stąd wyniesiemy. Jak niby mam tu teraz mieszkać? Chodzić po pokojach i zastanawiać się, w którym się powiesiła? – Wskazała na żyrandol.

– Właśnie dlatego o niczym ci nie powiedziałem... – Jacek przysiadł obok, ale Marta odsunęła się gwałtownie.

– Gdybyś mi powiedział, nigdy bym tutaj nie zamieszkała! Nigdy!

– A gdyby nie ta tragedia, nigdy – podkreślił Jacek z naciskiem – nie moglibyśmy sobie pozwolić na ten dom.

Marta spojrzała zaciekawiona, a Jacek zwietrzył szansę.

– Stać nas było, bo agent znacznie obniżył cenę. To była wyjątkowa okazja. Przez to, co się tu wydarzyło, nie było wielu chętnych.

– I ty się dziwisz?! – uniosła się Marta.

– Wcale się nie dziwię. Sam się wahałem. Rozważałem to naprawdę długo. I uznałem, że nie możemy przepuścić szansy. A wiesz, co było dla mnie najważniejsze? Twoje marzenie. Jeśli to zbrodnia, to proszę, krzycz na mnie do woli. – Jacek skrzyżował ręce na piersi.

Wyglądał na urażonego.

Pionowa zmarszczka pomiędzy brwiami Marty wygładziła się nieco, by wreszcie zniknąć zupełnie.

– Doceniam starania. Doceniam chęć sprawienia mi radości. Tylko... Nie jestem pewna, czy będę potrafiła nadal tu mieszkać.

– Zanim się dowiedziałaś, byłaś zachwycona.

– Zanim – podkreśliła.

– Martuś, to nie wina domu, że jakaś kobieta odebrała sobie w nim życie. Nie obrażaj się na miejsce, którym tak się cieszyliśmy. To była jej historia, nie nasza. My napiszemy tutaj zupełnie inną. Tylko daj nam szansę.

Marta dobrą chwilę rozważała słowa męża. Przesunęła dłonią po miękkim dywanie, jakby głaskała kota, po czym podniosła wzrok.

– Nie sądzisz, że powinniśmy sprawdzić, jak ma się Grzegorz? Paulina wydaje się dość surowa...

Jacek odetchnął z ulgą. Przygarnął żonę do siebie.

– Jakoś nie jest mi go żal.

Oboje wybuchnęli śmiechem i napięcie między nimi prysło jak bańka mydlana. Znów byli blisko. Tak blisko, jak bywa wyłącznie między ludźmi, którzy darzą się wzajemnym zaufaniem.

Gdyby jednak Marta znała szczegóły dramatu, który rozegrał się zaledwie rok temu w piwnicy tuż pod salonem, zapewne teraz nie zatonęłaby beztrosko w objęciach męża.

1 F. Dostojewski, Idiota, Media Amer.Com SA, Warszawa 2004, t. 1, s. 56 (przyp. aut.).