Zaciszny Zakątek

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

III

– Zawiera trafne i odkrywcze spostrzeżenia na temat kondycji moralnej współczesnego człowieka – przeczytał Krzysztof na tylnej okładce. – Jak myślisz, Gosiu, czy z takiego tematu da się wycisnąć cokolwiek odkrywczego? – Odłożył książkę na biurko, jakby nagle zaczęła cuchnąć.

– Nie czytałam, to nie wiem – odparła Małgorzata, podlewając dracenę na parapecie w gabinecie męża.

– Ludzie nie zmieniają się od wieków. Ciągle są tacy sami. Nieszczególnie wzniośli i niespecjalnie prawi – podsumował, otwierając terminarz.

– Myślę, że jesteś zbyt surowy – zaoponowała delikatnie.

– Albert Majewski. – Krzysztof ponownie sięgnął po książkę. – Rocznik 1974. Magister filologii romańskiej i doktor filozofii. Filozof! – Wzniósł oczy do sufitu. – Pewnego dnia pan Albert wstał i pomyślał: oto napiszę książkę i oświecę ludzkość!

– A może jego zamysł polegał na zupełnie czymś innym? Daj mu szansę. Nie możesz recenzować z takim nastawieniem. Kiedy nawet nie przeczytałeś choćby ­strony...

– Bo nie muszę! Zęby zjadłem na podobnej twórczości. Niestety, wiem, co mnie czeka, więc się irytuję. Chyba mam prawo do irytacji?

Małgosia starła palcem kurz z liścia.

– Skoro nic ci nie jest w stanie poprawić nastroju, pomyśl chociaż, ile ci za nią zapłacą.

– Tyle dobrego – mruknął Krzysztof i obrzucił publikację Alberta Majewskiego wzrokiem pełnym pogardy. – Muszę się zbierać. Wywiad w radiu jest o jedenastej.

– Będę trzymać kciuki. – Gosia uniosła zaciśnięte pięści. – Choć wiem, że dobrze wypadniesz. Jak zawsze. Może tylko...

– Tylko co? – Obrócił się na krześle.

– Tym razem spróbuj nie być zgryźliwy. I tak wszyscy znają twoją inteligencję. Nie musisz jej tak... – poszukała odpowiedniego słowa – ...efektownie podkreślać.

– Też mi coś! – odparł Krzysztof, wstając. – Nie zamierzam łasić się do nikogo. Jakie masz plany na dziś?

– Wyczyszczę tę srebrną zastawę po twojej mamie. Znowu zaczęła śniedzieć. Zawsze jest z nią mnóstwo roboty. Potem obejrzę pilates na płycie, którą dostałam pod choinkę od Tomka, i zobaczę, czy mi się spodoba. A jeszcze później jak zwykle zabiorę się za przygotowanie obiadu.

Oczami wyobraźni zobaczyła reakcję Krzysztofa na słowo „pilates”, więc wypowiedziała je, nie patrząc na męża. Fakt, ćwiczenia fizyczne nigdy nie pasjonowały Małgorzaty, ale skoro już dostała prezent, może warto spróbować?

– Nie połam się tylko – rzucił Krzysztof, cmokając żonę pośpiesznie w policzek.

Uśmiechnęła się zadowolona, że to jedyny komentarz na ten temat.

– Zrobię, co w mojej mocy. Miłego dnia!

Zadania zostały rozdzielone. Pani Stasia dowiedziała się, że Paulinie zależy na porządku w garderobie. Kolorystycznie i według rodzaju. Zazwyczaj jej chlebodawczyni sama dbała o to pomieszczenie, żywiąc do swoich ubrań stosunek szczególny, ale dzisiaj nie miała czasu i poinstruowała gosposię. Grzegorz po odwiezieniu Tamary do szkoły ma wstąpić do firmy zajmującej się wywózką śmieci i rozwiązać sprawę pobudek przed szóstą. Powinnam pojechać tam sama, pomyślała Paulina, ale przecież umówiłam się z nowym osobistym trenerem (poprzedni miał zbyt swobodny sposób bycia), mam sesję akupunktury i wizytę u terapeuty. Długo nie odczuwała potrzeby chodzenia do psychoanalityka, ale odkąd prawie na każdym spotkaniu towarzyskim jakiś znajomy wtrącał coś na ten temat, poczuła się gorsza i natychmiast zmieniła to niedopuszczalne, w jej pojęciu, niedopatrzenie. Traktowała sesje u terapeuty trochę jak spotkanie ze znajomym, na którym mówiła zdecydowanie więcej niż on i po którym za całkiem niezłą kawę musiała zapłacić horrendalny rachunek, ale było warto. Uczucie, że jest się naprawdę wysłuchanym i zrozumianym, było kojące. Nawet jeśli bywało kosztowne.

Sabina oplotła się ramieniem Marcina i wtuliła w niego, tak jak lubiła najbardziej.

– To co dziś robimy? – mruknęła.

– Ja najchętniej zostałbym w łóżku.

– Całkiem niezły pomysł. – Pocałowała go w szyję, nie zważając na kłujący zarost. – Mamy sporo do nadrobienia, prawda? Głowa już cię nie boli? – zapytała, przesuwając dłonią po jego torsie.

– Nie, na szczęście. Mówiłaś coś ostatnio, że masz problem z samochodem?

– Oddałam do mechanika i już wszystko działa. – Dłoń zatrzymała się na brzuchu.

– Aha. Czyli nie jest ci już potrzebny?

– Co mi nie jest potrzebne?

– Sprawny samochód? – Marcin zadzwonił kluczykami.

Nie miała pojęcia, jak znalazły się w jego dłoni.

– O matko! Żartujesz? – Sabina aż usiadła z wrażenia i zasłoniła usta.

– Wspominałaś już ze dwa razy, że masz problemy ze skrzynią biegów. My, piloci, wiemy, jak ważna jest sprawna maszyna...

Pisnęła jak mała podekscytowana dziewczynka.

– To dla mnie? Naprawdę? Jesteś fantastyczny!

Logo Mercedesa na kluczykach zdecydowanie powiększało radość.

– Czerwony, taki jak lubisz. Skórzane siedzenia, drewniane detale...

– Kiedy jedziemy go odebrać?

– Już stoi w garażu. Skąd wziąłbym kluczyki, kochanie? – Marcin spojrzał pobłażliwie. – Przyjechałem nim z salonu. Nie masz pojęcia, jakiego miałem stracha, że zauważysz. Tyle że będziemy musieli podjechać po moje auto.

Sabina wyskoczyła z łóżka i popędziła do garażu. Bose stopy ślizgały się po zimnych kafelkach w holu, ale nie zważała na takie drobiazgi. Otworzyła drzwi i oniemiała z zachwytu. Mówi się, że kobiety kochają diamenty, i to istotnie prawda, ale równie mocno uwielbiają luksusowe samochody. Reakcja Sabiny nie pozostawiała żadnych wątpliwości. Do końca życia będę chwaliła dzień, w którym poznałam mojego męża! – pomyślała, siadając na miejscu kierowcy. Przystojny, czuły, opiekuńczy i jeszcze potrafi robić tak cudowne niespodzianki! Przy takim zestawie zalet blednie każda wada!

– I jak? – Marcin uchylił drzwi po stronie pasażera.

– Wiesz, jak bardzo cię kocham? – Sabina aż klasnęła w dłonie. – To co, przejedziemy się?

– W piżamach?

– Dlaczego nie? Wskakuj!

Jacek ma rację, stwierdziła Marta. Należy zorganizować jakieś drobne przyjęcie i podziękować sąsiadom za miłe powitanie. Poza tym to świetna okazja, żeby lepiej się poznać.

Poranna droga do pracy idealnie nadawała się do obmyślenia szczegółów imprezy i menu na przyszły weekend. Wprawdzie w firmie Adam znowu ględził coś o domach, które stają się z czasem kulą u nogi – najwyraźniej miał na tym tle jakąś obsesję – ale Marta zignorowała te uwagi. Była zbyt pochłonięta zastanawianiem się, czy lepiej zorganizować standing party, czy może usadzić gości przy stole.

Po zaparzeniu mocnej kawy zajęła się przygotowaniami do spotkania, na którym miała przedstawić możliwości inwestycyjne, które oferował jej bank. Klient wydawał się perspektywiczny, gdyż środki na jego koncie znacząco wzrosły ostatnimi czasy. Marta wiele by dała za taki kapitał. Na przykład od razu spłaciłaby zaciągnięty na dom kredyt. Ale ponieważ w jej życiu nie zanosiło się na nic podobnego, pozostało jej jedynie doradzenie klientowi w kwestii pomnożenia i tak już imponującego stanu konta i powstrzymanie się od pytań, jak on, u licha, tego dokonał.

Z gabinetu dyrektora wyszła Weronika. Marta pomachała do koleżanki, przypomniawszy sobie, że kiedyś jadła u niej wspaniałe tartinki z suszonymi pomidorami i ricottą. Nie zaszkodzi zapytać o przepis, pomyślała. Weronika jednak przeszła obok, jakby była ślepa i głucha.

– Hej, chyba ktoś tutaj potrzebuje kawy?

– Kawa raczej nie pomoże.

Dopiero teraz do Marty dotarło, że coś się musiało stać.

– Ej, co jest? Dobrze się czujesz?

– Źle. – Weronika spojrzała jej prosto w oczy. – Nasz bank kupili Hiszpanie.

– Przecież wiem. Od dawna.

– Tyle że ja przestałam być tym Hiszpanom potrzebna. Właśnie dostałam wymówienie.

– Że co?!

– Przepraszam... Muszę na chwilę... – Weronika pośpiesznie opuściła pokój.

Marta stała jak słup soli, zagapiona na drzwi, za którymi znikła koleżanka. Stłumione trzaśnięcie kolejnymi drzwiami oznaczało, że Weronika schroniła się w toalecie. Adam z Sebastianem popatrywali to na siebie, to na Martę, skołowani podobnie jak ona. Każde myślało o tym samym, choć męska część tercetu czuła się znacznie mniej pewnie z powodu znacznie krótszego stażu. Mimo to Marta wiedziała, że koledzy mają przewagę i że polega ona na braku macicy, męża i trzydziestu dwóch lat. To ona powinna się bać. Bo ludzie, w tym także pracodawcy, zwyczajnie unikają potencjalnych kłopotów.

Tego dnia Marta Cieślak wracała wprawdzie do domu z przepisem na przepyszne tycie tarty z suszonymi pomidorami, choć w obecnej sytuacji wydawanie przyjęcia z okazji przeprowadzki zakrawało na ironię. Czy naprawdę powinna świętować zamieszkanie w wymarzonym domu, jeśli niedługo mogą go stracić? Zaraz po Weronice, dyrektor poprosił do swojego gabinetu także i Martę. Potraktował ją z przesadną uprzejmością, piejąc peany na cześć jej doświadczenia, kilku lat dobrej współpracy i niebywałych umiejętności interpersonalnych, by na koniec stwierdzić, że wierzy, iż z takimi walorami Marta z pewnością da sobie radę.

Gdzie indziej.

IV

– To niemożliwe! – Jacek podniósł głos. – Jakim cudem zwolniono ciebie, a zostawiono tego bufona Adama, który jest w firmie dopiero drugi rok i nie wie nawet połowy tego co ty? Do tego te jego okulary! – prychnął. – Czy jakikolwiek klient może traktować go poważnie?

– Niemożliwe, a jednak się stało. Można powiedzieć: prawdziwy cud – podsumowała Marta, opierając rozpalone czoło na dłoniach.

Pulsująca głowa wydała się jej cięższa niż zwykle.

Jacek postawił na stole gorącą herbatę, do której wcześniej dodał łyżeczkę soku malinowego, tak jak Marta lubiła najbardziej. Na blat zaczęły spadać małe krople. Jedna, dwie, trzy. Jacek pokręcił głową i usiadł obok.

 

– To ich strata. Pamiętaj. Przejdziesz do konkurencji i zgarniesz im wszystkich najlepszych klientów.

– Już to widzę! – Marta pociągnęła nosem. – Pleciesz bzdury, ale dziękuję.

– Nie martw się, Martuś. Zobaczysz, wszystko się ułoży.

– Uwielbiam ten twój optymizm. A co, jeśli nie? – Podniosła pełne niepokoju oczy. – I co z kredytem?

– Nie bądź jak moja matka i nie wymyślaj od razu najgorszego. – Jacek pogładził ją po dłoni.

Zimnej jak zawsze, gdy Marta czymś się martwiła lub stresowała.

– To nie czarnowidztwo. Raczej przewidywanie konsekwencji.

– Na razie zajmij się przewidywaniem, co podamy na imprezie w sobotę. Okej?

– Chyba nie chcesz teraz przyjmować gości?

– A dlaczego nie? Może to ostatnia okazja, żeby zrobić imprezę we własnym domu – powiedział rozbrajająco Jacek.

Marta wytarła oczy i na jej twarzy zagościł nieśmiały uśmiech. Żart był niezły, ale ona wiedziała, że kryje się pod nim obawa. Ale tak czy inaczej, Jacek miał rację. Na załamywanie rąk i rwanie włosów z głowy zawsze jest czas.

Następnego poranka Marta znów stała przed domem. Była zaledwie piąta czterdzieści, ale ona nie mogła spać. Kotłowały jej się w głowie plany działania i antykryzysowe koncepcje. Poprawiała w wyobraźni swoje CV i prowadziła hipotetyczne rozmowy o pracę. Wreszcie straciła cierpliwość i wyszła na ulicę.

Wczoraj tkwiła dokładnie w tym samym miejscu, na podjeździe, ale niedawne poczucie spełnienia i szczęścia wyparły świeże niepokój i żal. Obejrzała się przez ramię i zobaczyła klasyczną bryłę budynku, bez jakichkolwiek nowoczesnych udziwnień, ze skośnym dachem i brązową dachówką. Jeszcze niedawno Marta planowała powiesić w oknach delikatne firanki, choć to podobno było już passé. Wyobrażała sobie lato na tarasie za domem. Na trawniku chciała ustawić ławkę z miękkimi poduchami, na której miała czytać książki, popijać drinki i się opalać.

Wezbrała w niej złość. Czy naprawdę jedna decyzja jakiegoś gościa z centrali może jej odebrać to wszystko? Ot tak, po prostu? Pewien facet gdzieś w Madrycie przyszedł pewnego dnia do pracy, rozparł się w drogim skórzanym fotelu i postanowił sobie zdecydować o moim losie... Marta potrząsnęła głową, jakby chciała wytrząsnąć z niej przykre myśli.

– Widzę, że nie jestem sama... – usłyszała kobiecy głos.

Odwróciła głowę. Zupełnie tak samo jak ona, na chodniku przed domem stała sąsiadka. Smukła, wysoka kobieta z włosami w chłodnym odcieniu blond, spiętymi w schludny kok, wpatrywała się w Martę szaroniebieskimi oczami z wyrazem budującej solidarności.

– Marta, prawda? – odezwała się ponownie.

Marta przytaknęła.

– A ty... O ile pamiętam... – odparła niepewnie, gorączkowo próbując sobie przypomnieć imię nowej znajomej.

– Paulina. Paulina Stawska. Cieszę się, że wreszcie znalazł się ktoś, komu przeszkadza to równie mocno. Wysłałam wczoraj męża, aby zrobił z tym coś u źródła, ale nie liczę na sukces. On zawsze do wszystkiego podchodzi zanadto... Jak by to ująć? Dyplomatycznie? – Kobieta wykrzywiła usta.

– Nie bardzo rozumiem... – Marta ukryła zziębnięte dłonie w kieszeniach czarnego płaszcza.

– Prawda? Ja też nie. Doba ma tyle godzin! Czy śmieci naprawdę muszą być wywożone o piątej pięćdziesiąt? – Paulina spojrzała na zegarek.

Zaskoczona Marta uniosła brwi i otworzyła usta, ale Paulina nie pozwoliła wejść sobie w słowo.

– Jesteście tu nowi, ale zapewniam was, że to bardzo porządne osiedle. Dlatego tak trudno pogodzić się z tą plebejską mentalnością. Ale skoro obie postanowiłyśmy coś z tym zrobić, na pewno nam się uda. – Skrzyżowała ręce na piersi i zerknęła na zegarek. – Piąta pięćdziesiąt jeden. I jeszcze się spóźniają! – Pokiwała głową z niezadowoleniem. – A może nie? – dodała z nadzieją. – Czyżby interwencja Grzegorza odniosła skutek?

– A może po makulaturę przyjeżdżają o innej godzinie? – podsunęła Marta.

– Nie, nie. – Wskazujący palec Pauliny zatańczył jak samochodowa wycieraczka. – Od miesiąca zjawiają się we wtorki i środy o tej barbarzyńskiej porze. O, proszę! – Wskazała na koniec ulicy.

Śmieciarka właśnie skręcała przy pozbawionym liści rosłym dębie.

Zbliżała się powoli. Surowy grymas na twarzy Pauliny tężał z każdą chwilą, przywodząc na myśl zagniewane oblicze Królowej Śniegu. Marta obawiała się, że zaraz rozpęta się nieszczególnie przyjemna dyskusja, więc pod pretekstem uniknięcia spóźnienia do pracy (jeszcze mogła posłużyć się tą wymówką) wycofała się do domu.

– Tak łatwo się nie poddam, nie ma obawy! – zapewniła ją Paulina. – Co ja mówię! Ja się nigdy nie poddaję – dodała, bardziej chyba do siebie niż do sąsiadki.

Marta nie znała jej jeszcze, dlatego nie mogła wiedzieć, że obawa o awanturę była kompletnie bezzasadna. Paulina bowiem podczas sporu nie miała zwyczaju podnosić głosu. Komuś słuchającemu jej z boku trudno byłoby nawet domyślić się napięcia. Była zawsze opanowana, choć nieugięta i dosadna. A przy tym zimna jak stal. Miała coś takiego w oczach i tonie głosu, że ulegało jej wielu. Prawdopodobnie dla świętego spokoju i spokojnego snu bez koszmarów.

Marta, wkładając marynarkę, zastanawiała się, jak to możliwe, że godzina wywozu śmieci wywołuje w kimś tak krwiożercze instynkty. Zwykła błahostka, która urosła do takiej rangi, że kazała sąsiadce wstać o świcie i toczyć bój o sprawę. „Tak łatwo się nie poddam”, powtórzyła w duchu oświadczenie Pauliny. Cóż, skoro ona potrafi z takim zapałem walczyć o swoje, potrafię i ja, stwierdziła Marta, wrzucając telefon do torebki.

Małgorzata postawiła pośrodku okrągłego stołu porcelanowy czajniczek, w którym parzyła się właśnie malinowa herbata z lipą. Napar był jak wisienka na torcie, bo cała reszta, czyli filiżanki z niemal przezroczystej porcelany, malowanej w maki, ażurowe talerzyki i wybór własnoręcznie wykonanych maleńkich ciasteczek na eleganckiej paterze, już od dawna czekała na przyjaciółki. Jak co tydzień w środę Paulina, Sabina i Gosia spotykały się na herbacie. Raz u jednej, raz u drugiej. Sposób podania poczęstunku różnił się w zależności od domu. Ciastka u Pauliny, choć pieczone przez panią Stasię, zawsze wyglądały jak wyprodukowane maszynowo. Podane na designerskiej nowoczesnej porcelanie bez udziwnień. Inaczej rzecz się miała u Sabiny. Ona zawsze parzyła zwykłego earl greya w torebkach, w ogromnych kubkach z zabawnymi rysunkami i żenującymi (według Pauliny) napisami typu I’m hot!. Do tego zawsze podawała hojnie udekorowane kremem, bardzo kaloryczne, kolorowe babeczki, po które jeździła specjalnie do ulubionej cukierni (czterdzieści minut w jedną stronę). Małgorzata lubiła je bardzo, choć Paulina krzywiła się podczas jedzenia, narzekając, że zawsze brudzi sobie nimi czubek nosa.

Gosia wyjrzała przez okno; była za dziewięć jedenasta, więc koleżanki powinny zjawić się niebawem. Zastanowiła się, czy nie zaprosić na następną herbatkę także nowej sąsiadki. Miała chęć poznać ją bliżej. Wydawała się miła, ale o tej godzinie nigdy nie było jej w domu, podobnie zresztą jak jej męża. Pewnie oboje pracowali, bo wyjeżdżali bardzo wcześnie. Cóż, może przenieść herbaciane spotkania na godziny popołudniowe? – pomyślała Małgorzata, opierając się na zimnym kamiennym parapecie. Wzdrygnęła się natychmiast i schowała dłonie w kieszeniach dżinsów. Wsłuchała się w miarowe tykanie zegara po babci.

„Co za grzmot!”, ocenił Krzysztof, kiedy po śmierci staruszki Małgorzata zabierała pamiątkę z domu na wsi. Spojrzała wówczas na męża w taki sposób, w jaki nigdy nie zwykła na niego patrzeć. Zaskoczyła go tym spojrzeniem i pewnie dlatego osiągnęła cel. I choć zegar coraz częściej przystawał i wymagał nieustannych napraw, jego dźwięk koił nerwy Gosi jak nic innego. Kojarzył się jej ze spędzanymi u babci wakacjami, z małymi, ciepłymi dłońmi staruszki, pysznymi placuszkami drożdżowymi z konfiturą morelową i absolutną wolnością. Bo na wsi Małgorzata mogła robić, co dusza zapragnie. Nikt tak jak babcia Bogusia nie akceptował jej całkowicie, ze wszystkimi wadami i zaletami. Tylko babcia powtarzała jej jak mantrę: „Pamiętaj o tym, Małgoniu, i nie pozwól sobie wmówić, że jest inaczej. Jesteś wspaniała, piękna i mądra”.

Przez długi czas Gosia ulegała magii tych słów, choć w miarę wkraczania w dorosłość coraz mniej. Ale tykanie zegara zawsze jej o nich przypominało. Choć przez jeden ulotny moment...

Z zamyślenia wyrwał ją dzwonek do drzwi. Na pewno Paulina. Po pierwsze, dlatego że zawsze zjawiała się pierwsza, po drugie, Małgorzata nieustannie powtarzała, że może wchodzić bez dzwonienia, bo drzwi będą otwarte, lecz koleżanka dzwoniła mimo wszystko. Przycisk przytrzymywała ani zbyt krótko, ani zbyt długo, w sam raz. Nic dziwnego. Paulinę charakteryzowało zamiłowanie do precyzji.

– Wchodź, kochana. Czeka na nas prawdziwy herbaciany rarytas. – Gosia przywitała sąsiadkę jak zwykle serdecznie.

– Jak miło! Choć dzisiaj mam tak dobry humor, że nie zepsułby mi go nawet napar z siana.

– Naprawdę? – Małgorzata spojrzała zaskoczona. – Co takiego się wydarzyło?

– Rozmawiałam rano ze śmieciarzami i wydaje mi się, że tym razem perswazja odniesie skutek. Zatem już niedługo żaden trzaskający rumor nie zakłóci naszego snu.

– Podziwiam cię, naprawdę. – Gosia naciągnęła rękawy swetra z angory na dłonie.

Ten gest nabyty w wieku dojrzewania trwał przy niej niezmiennie przez lata. Kiedyś pozwalał ukryć poobgryzane paznokcie. Mimo że jej paznokcie były bez zarzutu od dawna, nawyk pozostał.

– Cóż, przyznam, że rzecz nie była prosta... Nawiasem mówiąc, nie byłam sama. Nasza nowa sąsiadka też na nich czekała. Zamieniłyśmy kilka słów.

– Ciekawe. – Małgosia uniosła brwi. – I jaka ona jest?

– Sam fakt, że uznała problem za istotny, wystawia jej najwyższą ocenę. – Paulina zadarła nieco podbródek.

W tej samej chwili otworzyły się drzwi.

– Halo? Jest tu kto? – rozległ się dźwięczny głos Sabiny.

– Wchodź! Jesteśmy w jadalni – odezwała się Małgosia.

– I jak? Widziałyście już? – wypaliła od progu przybyła.

– Trudno było nie zauważyć – odparła Paulina. – Jeździsz w tę i we w tę, zupełnie jakbyś utwardzała osiedlowe dróżki...

– Pozwól mi się nacieszyć. – Sabina nie traciła entuzjazmu.

– Jest czym. To piękny samochód. Prezent od Marcina? – próbowała zgadnąć Gosia.

– Uhm. W końcu będę mogła pozbyć się mojego rupiecia.

– Rupiecia? Ma zaledwie kilka lat...

– Co z tego, jeśli ciągle stoi u mechanika. – Odpowiedzią było wzruszenie ramion. – A ja nie mam czasu.

– Idealnie wybrałaś męża, trzeba przyznać. Spełnia twoje zachcianki, zanim zdążysz o nich pomyśleć. To cenna cecha – stwierdziła uszczypliwie Paulina.

Sabina popatrzyła na nią uważnie, sondując, czy sąsiadka mówi serio, czy kpi. Miała kłopot z właściwym wyczuwaniem jej intencji.

– Dzięki. Wiem. Ale i ty na Grzegorza chyba nie możesz narzekać?

– No skąd. A wiesz, że – zatarła ręce Paulina – chyba wspólnymi siłami rozwiązałyśmy problem śmieciarki. Właśnie mówiłam Małgorzacie.

– Jakiej znowu śmieciarki?

– Tylko nie mów, że jej nie słyszysz każdego ranka, bo to niemożliwe. Piąta pięćdziesiąt. – Spojrzenie Pauliny było jak stal.

– No, nie słyszę. O tej godzinie nic nie jest w stanie mnie obudzić. – Sabina założyła czarny kosmyk za ucho. – Absolutnie nic – dodała z tajemniczym półuśmiechem.

Paulina pokręciła głową. Stopień ignorancji i beztroski sąsiadki zdumiewał ją szczerze. Jak można żyć w taki sposób? Czy ona rzeczywiście nie przejmuje się niczym poza swoją fryzurą i głębokością dekoltu? Czasami, ale naprawdę czasami, Paulina chciałaby się z nią zamienić i zobaczyć, jak to jest. O nic się nie martwić, absolutnie niczym nie zaprzątać sobie głowy. Mieć mało kłopotliwego męża, który przez większość czasu lata gdzieś w przestworzach, i nie mieć córki, która zadaje miliony, często niewygodnych pytań. A za jedyne zmartwienie mieć kondycję własnej urody.

– Co się tak zamyśliłaś? – Małgorzata delikatnie dotknęła ramienia koleżanki.

– Ach... Myślałam właśnie, czy nie powinnyśmy następnym razem zaprosić Marty.

– A wiesz, że ja też się nad tym zastanawiałam? Ale ona, zdaje się, o tej porze pracuje.

– Chyba tak – potwierdziła Sabina. – Jej mąż wydaje się całkiem sympatyczny. Skoro kupił ten dom po... – urwała pod ciężarem spojrzenia koleżanek, jak zawsze, kiedy poruszała ten temat. – Chodzi mi o to, że chyba stać go na to, żeby utrzymać żonę. Skoro kupił dom na naszym osiedlu – dodała i spuściła wzrok.

 

– Często o niej myślicie? – wykrztusiła Małgorzata.

– Dosyć. – Sabina zapatrzyła się na paterę pełną kruchych słodkości.

– Zbyt często – wtrąciła Paulina.

– Wciąż trudno się z tym pogodzić, prawda?

– I właśnie dlatego powinnyśmy zaprosić Martę – stwierdziła autorytarnie Paulina, podając Małgorzacie filiżankę.

Pokój wypełnił słodki aromat malinowej herbaty.

Śmieciarka zatrzymała się na światłach i Patryk uznał, że to dobry moment na zamianę śniadań. Kanapka kumpla zawsze smakuje lepiej niż własna. Stare nawyki z podstawówki wciąż obowiązywały.

– Jak myślisz, może by wywrócić do góry nogami nasz plan wywozu i na Zielonego Dębu przyjeżdżać w ostatniej kolejności? – odezwał się Maciek, z zębami w sandwiczu z szynką.

– Chyba tak będzie najlepiej. Ile razy można słuchać o tym samym? – roześmiał się Patryk, odwijając papier śniadaniowy. Ser i pomidor. Nie jest źle, pomyślał, choć najbardziej lubił dni, kiedy trafiała się bułka z pastą z tuńczyka.

– To pewnie jakaś wariatka – podsumował Maciek z pełnymi ustami.

– „Czy nie sądzą panowie, że wasze narzędzie pracy wydaje zbyt donośne dźwięki?” – Patryka wzięło na przedrzeźnianie.

– Jesteś niezły! – Maciek parsknął okruchami. – Powinieneś grać w serialu!

– „Nasze osiedle powinno być dla waszej firmy priorytetem...”

– Już miałem palnąć, że właśnie dlatego przyjeżdżamy tam najwcześniej, ale dopadł mnie strach, że baba uśmierci nas wzrokiem. Widziałeś jej oczy? Słodki Jezu! Seryjny morderca patrzy na swoje ofiary bardziej przyjaźnie!

– No to z głowy. Będziemy tam jeździć na końcu. – Podjął decyzję Patryk.

– Może o późniejszej porze jej lekarstwa zaczną już działać! – zarechotał Maciek i wcisnął sprzęgło.