Wyrok na miłośćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Agata Kołakowska, 2018

Projekt okładki

Zbigniew Larwa

Zdjęcie na okładce

© ILINA SIMEONOVA/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8123-709-3

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

1

Październik 2017

Adam nie czekał na zielone światło. Wszedł na pasy z impetem, bez chwili wahania, nie rozejrzawszy się na boki. Zbliżające się do przejścia samochody zatrzymały się z piskiem opon. W powietrzu rozniósł się zapach palonej gumy.

– Debilu, gdzie ty masz oczy! – krzyknął przysadzisty kierowca audi, wychyliwszy się przez okno.

W spojrzeniach stojących na chodniku osłupiałych przechodniów jaśniało zakłopotanie. Prawdopodobnie podejrzewali, że Adam to osoba specjalnej troski albo zwyczajny wariat. Jego wygląd nie wskazywał na to jednak w najmniejszym stopniu. Nie miał na sobie szlafroka, kaftana bezpieczeństwa ani kapci, lecz elegancki grafitowy garnitur i krawat pod szyją. Obcasy wyglansowanych klasycznych półbutów miarowo stukały o asfalt.

Tyle że ten sprężysty krok emanował nerwowością i determinacją. Widzieli to wszyscy, którzy tego październikowego wieczoru znaleźli się na skrzyżowaniu Świdnickiej i Powstańców Śląskich.

Adam nie reagował na epitety dobiegające z różnych stron niczym osobliwy kanon ani na nawoływania, by jak najprędzej opuścił jezdnię, jeśli mu życie miłe. Zamiast wejść na chodnik po drugiej stronie, skierował się na środek skrzyżowania. Szedł przygarbiony, gestykulując energicznie. Minął przerywaną linię, która wymagała odmalowania, zacisnął szczęki i pięści. Parł naprzód.

Przed oczami miał wyłącznie mgłę, przez którą przebijały rozproszone światła samochodowych reflektorów. Zupełnie taką samą, jaką się miewa, gdy bardzo długo się płacze. Adam nie płakał. Choć mógłby. W głowie miał jednocześnie wszystko i nic. Dziś bowiem, siódmego października, miał być najpiękniejszy dzień jego życia. Niezwykła sobota, kiedy jego marzenie miało przybrać materialną formę. Miało nastąpić zwieńczenie wieloletniej pracy, zakończenie lat rozczarowań, frustracji i bezsennych nocy. Jego chwila, jego czas! A skończyło się na marszu przez skrzyżowanie i wstrzymywaniu ulicznego ruchu. Ludzie pokazywali go sobie palcami, a niektórzy nawet kręcili telefonami relację z tej szaleńczej szarży.

On nie widział ani ludzi, ani kamienic, ani sklepowych witryn, ani zatrzymujących się przez niego tramwajów. W pamięci miał wyłącznie czarną kurtynę, która punktualnie o dziewiętnastej rozsunęła się dostojnie, ukazując całe piękno teatralnej scenografii. Snopy światła padały na twarze aktorów. Okruchy kurzu wirowały w nich niczym miniaturowe tancerki. Muzyka uderzyła z mocą, sugestywna, najpiękniejsza, jaką kiedykolwiek mógłby sobie wymarzyć. Podkreślała piękne i ważne słowa.

Pierwsze dwie sceny spektaklu sprawiły, że na całym ciele Adama pojawiła się gęsia skórka, a jego gardło ścisnęło wzruszenie. W tamtej chwili miał pewność, że warto było przejść przez bagno trudności, niewiary i zwątpienia, by doświadczyć tego uczucia. Później zaczął nieco się dziwić, zaś w trakcie drugiego aktu jego poruszenie znikło nagle, jak ucięte dobrze naostrzonym nożem. Początkowo nie wierzył w to, co się dzieje; serce tłukło mu w piersi coraz szybciej. Niemal boleśnie. Aż w końcu zamknął oczy i zatkał uszy, by nie widzieć i nie słyszeć. W żołądku poczuł palącą wściekłość. Na języku upokorzenie. Nie miał pojęcia, z czego cieszy się ta cholerna widownia wokół. On, żeby przeżyć, musiał czym prędzej wyjść z budynku. I iść. Iść przed siebie.

Sygnał radiowozu początkowo dobiegał z oddali, z każdą sekundą jednak stawał się coraz wyraźniejszy i bardziej nieprzyjemny. Rzeczywisty.

Adam przystanął i spojrzał w stronę, z której dobiegało wycie i błyski świateł. Policyjnemu kogutowi wtórowały klaksony, którymi kierowcy, jak dotąd nieskutecznie, próbowali przepędzić pieszego z jezdni. Wprawdzie w tej chwili było mu wszystko jedno, ale jednak nie aż tak, więc pośpiesznie podążył ku chodnikowi, lawirując pomiędzy próbującymi omijać go samochodami. Nie potrzebował dodatkowych komplikacji. Musiał zdążyć umknąć przed gliniarzami, którzy nie zrozumieją kompletnie niczego.

Skierował się ku przystankowi tramwajowemu.

Zaintrygowanym przechodniom powoli opadały ramiona. Samozwańczy filmowcy opuścili komórki, nieco zawiedzeni, że przedstawienie najwyraźniej dobiega końca. Adam przyśpieszył kroku, a potem jednym susem wskoczył na chodnik.

– Ta szuja jeszcze mnie popamięta! – rzucił gniewnie i ruszył przed siebie.

Jakaś starsza pani, którą szturchnął, popatrzyła na niego ze zgrozą. Od lat martwił ją zanik kultury w narodzie.

Igor wyszedł z gabinetu. Zjechał windą na dół. Skinął na do widzenia ochroniarzowi.

Pan Zbyszek był czerwony na twarzy. Wciąż cały w emocjach, co nie było najlepsze dla jego ciśnienia.

– Panie dyrektorze, jak to się mogło stać? – zagadnął przejęty.

Igor przystanął niechętnie. Nie miał siły, a już tym bardziej ochoty na żadne rozmowy.

– Nie mam pojęcia.

– Nie chcę myśleć, co by to było, gdyby ogień się rozprzestrzenił…

– A tak tylko szlag nam trafił premierę! – podsumował dyrektor, patrząc na przesuwne drzwi, za którymi już od dawna było ciemno.

Jesień ledwo co zadomowiła się oficjalnie, ale już było jasne, że nie jest łaskawa i że żadnych odroczeń nie będzie.

– Niech się pan nie przejmuje – powiedział pokrzepiająco ochroniarz. – Przecież jest jeszcze jutrzejszy spektakl. Zagracie, jakby nic się nie stało.

Igor gapił się na sześćdziesięciolatka w czarnym uniformie, jakby miał do czynienia z dzieckiem, które niczego nie pojmuje.

– Panie Zbyszku, drugi raz nigdy nie jest pierwszym. I choćbyśmy stanęli na głowie, nigdy się takim nie stanie!

Ochroniarz splótł dłonie na wydatnym brzuchu i wzruszył bezradnie ramionami. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Zdawał sobie sprawę, ile czasu dyrektor spędził nad tym spektaklem. Przychodził pierwszy, wychodził ostatni, jeśli nie liczyć ochrony, rzecz jasna. Podobno zawsze taki był. Cały zespół teatru wiedział, że kiedy Igor Niesłony pracuje nad czymś nowym, nic innego nie jest ważne. I takiej postawy oczekiwał od innych, czego jednak wielu nie rozumiało.

Igor ruszył w stronę drzwi, które rozsunęły się niemal bezszelestnie.

Pan Zbyszek odprowadził szefa wzrokiem. Przecież najważniejsze, że nikomu nic się nie stało, pomyślał. Jednak Niesłony nie wyglądał na kogoś, komu ulżyło. Zajmowały go już zupełnie inne kwestie. Jak między innymi ta, gdzie wcisnąć w grafik dodatkowe przedstawienie, żeby niefortunna premierowa publiczność nie czuła się poszkodowana.

Szedł do samochodu, który zaparkował na końcu Bogusławskiego. W okolicznych pubach wciąż jeszcze siedzieli ludzie, śmiejąc się i popijając piwo. Dla większości z nich nic się nie wydarzyło – ot, chwilowe zamieszanie w budynku, do którego i tak nie zaglądali. Straż pożarna przyjechała i odjechała. Wciąż najważniejsze było to, że browar jest tani i niechrzczony, a dziewczyna z naprzeciwka uśmiecha się zachęcająco. Igor, stawiając kolejne kroki na pokrzywionych i popękanych płytach chodnika, myślał o tym, że zasadniczo powinien być zadowolony. Ostatecznie nikt nie ucierpiał, a on miał dostatecznie dużo czasu, by zaobserwować reakcję widowni. Jednak jego dusza perfekcjonisty, w chwili gdy rozległ się sygnał alarmowy i ktoś krzyknął zza kulis: „Pożar! Ludzie, pali się!”, nie przyjęła tego komunikatu do wiadomości. Chciał ryknąć na całą widownię: „Siedzieć! Przedstawienie jeszcze się nie skończyło! Musicie zobaczyć finał!”. Ale trwało to zaledwie sekundę, bo zaraz potem podano informację, że wykryto ogień, a on sam musiał koordynować ewakuację.

– Pożar na premierze! – mruknął pod nosem, wyjmując kluczyki z kieszeni skórzanej kurtki. – To mi się jeszcze nie zdarzyło!

Obok samochodu zobaczył jakąś postać. A raczej niewyraźną sylwetkę, bo do najbliższej latarni był kawałek, a i tak przepalała się w niej żarówka. Nie potrzebował jednak światła, by zauważyć, że ten ktoś, sądząc po wzroście mężczyzna, opiera się o jego SUV-a jak o swojego.

Igor poczuł, że spinają mu się wszystkie mięśnie. Choć nie był człowiekiem bojaźliwym, miał powody, by reagować nerwowo. Kilka lat temu dopadło go dwóch takich, niedaleko, pod kolejowym wiaduktem. Złamali mu nos i wybili dwa zęby. I mimo że podał policji dokładne rysopisy, wciąż nie znaleziono sprawców. Najwyraźniej nie było już na co liczyć.

Wspomnienie sprawiło, że przełknął ślinę. Od tamtego momentu patrzył na świat zupełnie inaczej.

Teraz nieśpiesznie zbliżał się do auta, czując w gardle dudnienie serca. Gdy jednak w ciemnej dotąd bryle rozpoznał Cezarego, starego kumpla z zespołu, z ulgą wypuścił powietrze.

– Czyś ty oszalał? – zapytał. – Przez chwilę myślałem, że mój dentysta znów będzie miał co robić.

– Jesteś taki cholernie sprytny… – wycedził Cezary, zawieszając się przy każdym słowie.

Do uszu Igora dotarły słowa, do jego nozdrzy zaś znajoma ostra woń alkoholu.

– Tak myślisz, prawda? – odezwał się ponownie Cezary, chwytając go za ramiona.

Niesłony spojrzał prosto w niebieskie oczy.

– Próbowałem cię zrozumieć – stwierdził raczej, niż zapytał.

 

– Co ty możesz rozumieć, sukinsynu? – kolega chwycił go za klapy kurtki i potrząsnął.

Dość silnie, jak na jego stan i wątłą posturę.

Igor chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył, bo przyjaciel zacisnął dłoń w pięść i wyprowadził cios prosto przed siebie. W twarz człowieka, za którego jeszcze rok temu gotów był ręczyć, a nawet oddać życie. Mimo że zawsze czuł się od niego gorszy, kochał go całym sercem.

Przed rokiem.

Igor syknął i złapał się za nos. Sądząc po znajomym tępym bólu, obawiał się, że być może znów został złamany, jednak kość wydawała się cała.

– Przesuń się! – odepchnął Cezarego i otworzył drzwiczki. A wsiadając, odwrócił się i oświadczył zimno: – Chyba nie sądzisz, że jesteś ode mnie lepszy? Nie po tym, w co próbowałeś mnie wpakować!

Ruszył z piskiem opon.

Cezary pozostał na środku chodnika.

Znieczulające działanie alkoholu zdawało się słabnąć. Znowu ten piekący ból w klatce piersiowej, pomyślał. Żarówka latarni za jego plecami wreszcie zgasła. Nie wiedział, co ze sobą zrobić, ale nie miał ochoty wracać do domu. Za dużo tam wspomnień. Jego trzypokojowe mieszkanie na drugim piętrze, w centrum miasta, opodal Wyspy Słodowej, kojarzyło mu się wyłącznie z wymyślnymi torturami.

I ze sporym kredytem.

– Jestem skończoną kretynką i nieuleczalnym tchórzem! – Marlena, owinięta kocem, opadła ciężko na kanapę w salonie siostry. – I nawet nie próbuj mnie przekonywać, że jest inaczej! – Ukryła twarz w dłoniach.

Rozpalona skóra na policzkach ocieplała jej chłodne palce.

Marta, jedenastoletnia siostrzenica, która właśnie oglądała talent show, wyczuła, że oglądany program niekoniecznie jest stosowny do sytuacji, i sięgnęła po pilota. Po czym troskliwie objęła ciotkę ramieniem.

– Kochanie, przynieś cioci chusteczki z łazienki – zwróciła się Elżbieta do córki.

– Nie, nie będę więcej płakać – zapewniła ją Marlena.

Elżbieta i Marta patrzyły na nią nieprzekonane. Ta pierwsza westchnęła i usiadła obok. Pogładziła Marlenę po plecach.

– Ja tam się cieszę – oświadczyła. – Przynajmniej nic ci się nie stało. Przecież wiesz, że w teatrze wybuchł pożar.

Marlena spojrzała na nią przez palce.

– Ogień szybko ugaszono. Nic by mi się nie stało. Ale naprawdę nie wiem, po kiego licha weszłam na stronę teatru i zaczęłam czytać opinie widzów. „Partia Miłości – chwyta za serce”! – wyrzuciła w powietrze.

– Wiem. Ale przecież ty sama…

Marlena zacisnęła wargi.

– Faktycznie, ciociu. To nie było mądre – podsumowała bezceremonialnie dziewczynka.

– Marta! – ofuknęła ją matka.

– Nie krzycz na dziecko. – Marlena przygarnęła siostrzenicę. – Przecież ma rację.

– Zabraniam wam tak mówić! – uniosła się Elżbieta. – Ty – zwróciła się do siostry – traktujesz świat bardzo zero-jedynkowo. A ja w nim widzę całą gamę szarości. Poza tym zachowujesz się, jakbyś jutro miała dokonać żywota. Jakby już nic więcej cię nie czekało! Mnie tam wcale nie dziwi, że w teatrze docenili twój dramatyczny talent!

Marlena wzruszyła ramionami.

– Ale to przecież komedia…

– Och, nieważne! – Zniecierpliwiona Elżbieta zamachała dłońmi w powietrzu. – Ogarnij się! A ty, młoda, myj się i spać!

– Mamo, muszę? – jęknęła jasnowłosa pannica. A kiedy okazało się, że negocjacje nie wchodzą w grę, wstała. – Co to za życie? – dodała naburmuszona. – Zawsze omija mnie najlepsze!

Kiedy zostały same, Elżbieta ujęła dłonie siostry.

– Wiem, o czym myślisz, ale to nie ma sensu! – powiedziała delikatnie, choć stanowczo. – Otworzę wino. Ty wprawdzie nie możesz, ale ja wypiję twoje zdrowie. Zadowolisz się herbatką z malinami. Zostaniesz dzisiaj u mnie na noc, ale pod warunkiem, że weźmiesz się w garść.

Ona zawsze wiedziała, jak wziąć mnie pod włos, pomyślała Marlena.

Propozycja zajęcia połowy łóżka, która zazwyczaj należała do szwagra, była kusząca. Dzięki Bogu, że Paweł, kierowca TIR-a, tak często bywa poza domem. Choć nie czuła się na siłach, by wziąć się w garść, była skłonna udawać tylko po to, aby poczuć w nocy przyjemne ciepło i usłyszeć kojący oddech siostry.

– No to dawaj tę herbatę! – rzuciła już nieco weselej, błogosławiąc w duchu swoje rzekome aktorskie zdolności.

Na coś się przydały, stwierdziła.

Igor dopiero teraz poczuł, jak opada na niego zmęczenie.

Otworzył drzwi do mieszkania i zdziwił się, że nie były zamknięte, bo Dorota zazwyczaj traktowała ich dom jak twierdzę.

W korytarzu paliło się światło. Na podłodze stały dwie walizki, a na nich leżał beżowy trencz.

– Jestem już! – zawołał. Głos wywołał w jego głowie nieprzyjemne wibracje, przez co opuchnięty już solidnie nos zabolał jeszcze bardziej.

Igor patrzył na bagaże i nie bardzo wiedział, o co chodzi. Po chwili usłyszał stukot obcasów. Nie lubił, jak Dorota chodziła po domu w butach, ale przestał już o to kruszyć kopie. Sam miał szereg przyzwyczajeń, z którymi próżno byłoby walczyć.

W przedpokoju pojawiły się smukłe nogi jego partnerki w eleganckich botkach. W swoim życiu napatrzył się wprawdzie na wiele kobiecych nóg, ale te Doroty były bezkonkurencyjne.

Podparła się pod boki i pokręciła głową.

– Nie ma co, ludzie cię kochają! – stwierdziła, zobaczywszy opuchniętą twarz.

– Ale jesteś czuła! Nie było cię w teatrze. Dlaczego? Niepokoiłem się. Co to za walizki?

– Owszem. Nie było mnie.

Zdjął buty i odwiesił kurtkę do szafy. Kilka pustych wieszaków zaczęło obijać się o siebie, wydając głuchy drewniany stukot.

– Dlaczego? Nie słyszałaś o pożarze?

Podeszła bliżej. Przypatrywała się jego nabrzmiałej i zaczerwienionej skórze.

– Właśnie dostałeś w twarz, a pewnie i tak najbardziej przejmujesz się tym, że ogień przerwał spektakl, prawda? Kto ci to zrobił?

Igor delikatnie dotknął nosa. Zrozumiał, że Dorota jest na coś wściekła.

– To już nieważne – odparł. – A owszem, przejmuję się tymi wszystkimi ludźmi, którzy wyszli z poczuciem niedosytu. To nie powinno mieć miejsca.

Dorota sięgnęła po płaszcz.

– Masz rację. Ja także wychodzę z takim poczuciem.

– Ale przecież… – zaczął Igor i urwał.

Wiedział, jaką podjęła decyzję.

Złapał się na tym, że chciał zareagować odruchowo, tak jak zazwyczaj reaguje się w takich sytuacjach. A przecież wcale nie zrobiło mu się przykro. Nie było mu nawet żal. Wiedział, że trochę czasu upłynie, zanim znów przyzwyczai się do mieszkania w pojedynkę, ale to jeszcze nie żaden dramat.

Patrzył, szukając w głowie odpowiednich słów. Miał przed sobą mądrą i bardzo ładną trzydziestosiedmioletnią kobietę, pracującą w dziale finansowym firmy ubezpieczeniowej, znającą dwa języki, włoski i angielski. Była dowcipna, dobra w łóżku i świetnie gotowała. I ambitna za trzech. Dwa razy w tygodniu trenowała tajski boks. Dużo czytała. Wiedział, że powinno być mu smutno. A nie było.

– Twoja rozpacz jest powalająca! – prychnęła zszokowana.

– Przepraszam… – Wyciągnął rękę, by ująć jej dłoń.

Ale ona już sięgała po uchwyty walizek. Nie potrzebowała pocieszenia.

To sprawiło, że poczuł w sercu szacunek. Zdawał sobie sprawę, że nie doceniał jej tak, jak na to zasługiwała. Ale gdy drzwi się za nią zamknęły, wyjął z kieszeni spodni komórkę i wybrał numer Jowity.

Dzisiaj dała radę, ale brakowało jej tego czegoś. Uważał, że stać ją na więcej. I właśnie to zamierzał jej przekazać.

Adam wspinał się po schodach.

Stąpał ostrożnie, niemalże na palcach, bo właśnie mijał mieszkanie Zofii. Nie wiedział nawet, kiedy aż tak przyzwyczaił się do jej obecności w swoim życiu. Początkowo zastanawiał się, czy sąsiadka spędza cały swój wolny czas przy drzwiach, by wychwycić moment jego powrotu do domu. Traktował to jak niegroźne dziwactwo, później objaw samotności, aż wreszcie zaczął to doceniać. Nie dalej jak dziś rano wyobrażał sobie, że zdaje jej relację z powodzenia dzisiejszego wieczoru, a ona słucha go jak urzeczona, z zarumienionymi policzkami, wtrącając co jakiś czas: „Adamie, to niesamowite!”. Ale w tej chwili ostatnią rzeczą, jakiej sobie życzył, było znajome skrzypnięcie drzwi i zobaczenie Zofii w jednej z tych jej sukienek. Nigdy jeszcze nie widział jej w spodniach. Uważał, że to dziwne i zapewne nieszczególnie praktyczne, choć zapewne sporą część mężczyzn wprawiłoby w zachwyt.

Tyle że on nie był jak większość.

Minął na wdechu drzwi z numerem czwartym. Postawił stopę na stopniu, starając się, by obcas nie wydał najmniejszego stuknięcia, i już miał wypuścić powietrze, kiedy usłyszał chrzęst zamka i przeciągłe skrzypnięcie. A później, jeżeli mu się nie wydawało, bo wciąż stał odwrócony plecami, także brzęk kieliszków.

– Dobry wieczór, Adamie! – odezwała się Zofia uroczyście. – Domyślam się, że możesz czuć się wycieńczony dzisiejszymi wrażeniami, ale specjalnie kupiłam szampana, żeby uczcić twój sukces!

Odwracał się powoli. Jak na zwolnionym filmie. Zaschnięte wargi zwilżył językiem.

– Jak mam ci to powiedzieć? – zapytał szeptem, mimowolnie zaciskając pięści. – Wszystko na nic! – gruchnął, aż echo poniosło się po starej poniemieckiej klatce schodowej.

Ręce sąsiadki zadrżały. Taca, na której stały kieliszki i butelka, niebezpiecznie zachybotała się, zadzwoniło szkło.

– Ale jak to? O czym ty mówisz?

Zszedł ze stopnia i wyciągnął dłoń po butelkę. Zdjął złotko, które złośliwie rwało się na małe kawałeczki. Podważył korek, który wystrzelił z hukiem, uderzając w poszarzały sufit. Piana polała się obficie, mocząc i palce Adama, i betonową posadzkę.

Mimo że Zofia nie wiedziała, o co chodzi, odruchowo podstawiła kieliszki. Patrzyła na Adama, na jego ściągnięte brwi. Zmartwioną twarz, zwykle tak bardzo zamyśloną. Wyglądał tak elegancko w tym garniturze; takim lubiła go najbardziej.

Adam usiadł na schodach i wychylił kieliszek. Kiedy alkohol, przyjemnie musując, ześlizgnął się po gardle, pomyślał, że jest gorzki. Nigdy dotąd nie pił gorzkiego szampana.

Sąsiadka zrobiła to samo, ale nie poczuła smaku. Była zakłopotana. Nie wiedziała, jak poprowadzić rozmowę.

– A wiesz, właśnie mówili w radiu, że jakiś szaleniec w centrum szedł środkiem skrzyżowania. Między samochodami! I zatrzymywał tramwaje! Kompletnie sparaliżował ruch. Pewnie jakiś wariat, albo… – zawiesiła głos. – …musiało mu się przytrafić coś naprawdę paskudnego.

Adam spojrzał prosto w jej duże, sarnie oczy. A potem sięgnął ponownie po butelkę i w milczeniu uzupełnił kieliszek.

2

Listopad 2016

Połatany asfalt ulicy Pretficza przeszedł w odcinek z kocimi łbami.

Adam nie łudził się już, że dożyje chwili, kiedy we Wrocławiu nie będzie na drogach kostki brukowej. Żyjąc w tym mieście, należało mieć w samochodzie dobre amortyzatory i nie zaciskać zbyt mocno zębów w trakcie jazdy. Mijając budynek Wojskowej Jednostki Logistycznej, pędził, na tyle, na ile pozwalała mu śliska nawierzchnia, w stronę placu Powstańców Śląskich. Gdy przejeżdżał obok okazałego budynku ZUS-u, ponownie dopadło go nieprzyjemne przeczucie, że na stare lata będzie jadał wyłącznie suche bułki. No, chyba że coś się zmieni, pomyślał, włączając prawy kierunkowskaz. Ale na to się nie zapowiada.

Powinien być w pracy za pięć minut. O ósmej piętnaście miał spotkanie z klientką, a znowu zaspał. Pamiętał dobrze czasy, gdy zaczynał współpracę z kancelarią Łoziński i Partnerzy, gdy dumni rodzice zadzierali wysoko brody i klepali go po plecach. Marzyli, że syn wyrwie się z rodzinnej Świdnicy i zostanie lwem wrocławskiej palestry. On, z tego, co pamiętał, dziesięć lat temu również wykazywał większy entuzjazm. A może miał więcej nadziei? Wierzył, że w Łozińskim będzie zarabiał pieniądze, bez których jednak nie daje się żyć, a gdzie indziej chwytał w garść sens życia. Obracał go w dłoniach i patrzył, jak się mieni. Sens życia jednak ciągle mu się wymykał, przez co Adam popadał w coraz większą frustrację i coraz gorzej znosił każdy dzień pracy w kancelarii.

Jakże go już nużyli ci rozwodnicy! Wszyscy byli tak bardzo przewidywalni. Rzecz jasna, nie mógł im dać tego odczuć. Dla nich ich sprawa była jedyna, skomplikowana i arcyważna. Znudzeni mężowie, zahukani pantoflarze, wyjątkowe kanalie. Zdesperowane żony, zachłanne spryciary, potulne i wdzięczne za każdy ochłap zranione myszki. Nauczył się ich rozpoznawać, gdy tylko przestępowali próg gabinetu. Znał ich grymasy na pamięć. Te uśmieszki półgębkiem, te zniecierpliwione cmokania. Nerwowe zaciskanie dłoni, drżenie warg, przygarbione sylwetki. I te łzy, zarówno prawdziwe, jak i te słabo odgrywane. Znał już to wszystko. Niczego już nie przeżywał, jak na początku, i w nic nie angażował się bardziej, niż wynikało to z obowiązków służbowych. Był jak maszyna. W dodatku całkiem skuteczna. Ludzie polecali go sobie, choć osobiście nie bardzo rozumiał dlaczego. Owszem, cieszył się, bo miał za co żyć, ale irytowało go, że ci wszyscy ludzie nie mają okazji poznać jego prawdziwej twarzy. Nieraz na sali sądowej podczas rozprawy marzył, że przerywa przedstawianie zgromadzonych dowodów małżeńskiej zdrady i skupia uwagę stron na czymś zupełnie innym – mięsistym, poruszającym, ciekawym. Pokazuje im owoce swojej prawdziwej pracy. Kto wie, może by to coś w nich zmieniło?, zastanawiał się czasem, prezentując sądowi zdjęcia mężów i żon w niewyszukanych pozach.

 

Na szczęście trafił na zieloną falę i dość szybko dojechał na miejsce. Na podziemnym parkingu był o ósmej siedemnaście.

Biurowiec, w którym mieściła się kancelaria, nie różnił się niczym od większości budynków tego typu. Znajdował się jednak całkiem blisko sądu, co miało znaczenie, choć dla Adama jeszcze większym plusem tego miejsca był fakt, że w drodze na lunch do ulubionej pobliskiej Kuchni Marche zawsze przechodził obok teatru muzycznego. Kiedy w południe zajadał zupę, wpatrywał się przez szybę na stojący vis-à-vis budynek i odpływał myślami w kierunku, o jaki jego klienci ani wspólnicy nigdy by go nie podejrzewali.

Wyjął kluczyki ze stacyjki, sięgnął po leżącą na siedzeniu pasażera skórzaną teczkę i biegiem ruszył do windy. Ucieszył go fakt, że jechał sam aż na piąte piętro, gdzie mieściła się kancelaria. Wpadł do recepcji, wymienił z siedzącą za biurkiem Dagmarą spojrzenia i już wiedział, że klientka przyszła o czasie.

– Cześć, budzik nie zadzwonił – sapnął, podążając w stronę swojego gabinetu.

– Stój! – zatrzymała go sekretarka. Wstała i podeszła do stojącej przy oknie szafy. Otworzyła drzwi i zdjęła z wieszaka szary krawat. – Znowu zapomniałeś.

Adam dotknął szyi.

– Faktycznie. Śpieszyłem się.

Pokiwała głową.

– Innym jakoś się to nie zdarza.

– Czyli trzymasz go specjalnie dla mnie?

Skrzyżowała ręce na piersi, co naraziło jej idealnie wyprasowaną białą koszulę na szereg zagnieceń.

– Podchodzę poważnie do swoich obowiązków – powiedziała. – Muszę dbać o wizerunek kancelarii.

Adam przełożył krawat przez głowę i docisnął węzeł.

– Jaka jest?

– Energiczna – odparła cicho Dagmara. – Wpadła jak burza. Jak zaraz się nie pośpieszysz, tyle ją będziesz widział.

Gabinet mieścił się na końcu pomalowanego na biało korytarza. Dekorator wnętrz chciał zapewne uzyskać efekt transparentności, ale sprawił, że Adam czuł się w pracy jak w przychodni. Nowoczesne, proste w formie meble podążały za trendami, lecz on oddychał z ulgą, gdy wracał do swojego zagraconego mieszkania.

Teraz popchnął przeszklone drzwi.

Pod ścianą na kanciastej grafitowej kanapie siedziała ubrana w czerwoną marynarkę sporych rozmiarów kobieta. Nie była gruba. Była atletyczna. Adam, ani specjalnie wysoki – miał sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu – ani postawny, poczuł się jeszcze mniejszy. W gabinecie unosił się duszący zapach perfum Dior Poison, który on znał aż za dobrze. Nie miał pojęcia, dlaczego tak wiele kobiet uznaje go za atrakcyjny i aż tak wiele spośród nich trafia do jego biura.

– Dzień dobry. Bardzo przepraszam za spóźnienie. – Podszedł do klientki. – Nigdy dotąd o tej porze dnia nie przytrafił mi się taki korek. Adam Mitoraj. – Wyciągnął dłoń na powitanie.

Szybko oszacował wiek klientki na pięćdziesiąt kilka lat. Sądząc po skórze na twarzy, zapewne korzysta ze sprawnych rąk lekarza medycyny estetycznej, pomyślał.

– Izabela Korczyńska. Właśnie miałam wychodzić.

Adam rzucił okiem na stojącą na stoliku filiżankę. Na samym jej dnie lśniła resztka kawy.

– W takim razie dobrze, że zdążyłem – powiedział. – Może ma pani ochotę jeszcze czegoś się napić? Może herbaty? Wody?

– Przejdźmy do rzeczy, proszę pana. Przyszłam do państwa kancelarii, bo podobno jest jedną z lepszych w mieście. Chciałabym to wreszcie poczuć.

Adam wskazał na krzesło przy biurku.

– Zapraszam tutaj. A zatem w czym mogę pani pomóc?

Pani Korczyńska usiadła, przedramiona ułożyła na podłokietnikach. Założyła nogę na nogę; granatowa spódnica napięła się. Prezentowała swobodę, jakby wpadała tutaj na poranną kawę codziennie. Adam po przeciwnej stronie biurka wpatrywał się w jej pociągnięte czerwoną szminką usta z lekko uniesionymi kącikami. Nie wygląda na desperatkę, tym bardziej na potulną myszkę, stwierdził. Obstawił, że chce puścić męża w samych skarpetkach dla zabawy, dla odmiany. Wyglądała na kogoś, kto stracił cierpliwość, jest znudzony rutyną.

– Przygląda mi się pan – zauważyła.

– Przepraszam. – Adam sięgnął po długopis i podsunął ku sobie notatnik.

– Żeby było jasne, mąż mnie nie zdradza – oświadczyła pewnym głosem klientka. – Ani ja jego, choć sama się dziwię.

Zaraz usłyszę dobrze sobie znaną śpiewkę o odchowanych dzieciach, co wreszcie da mi możliwość zaprzestania udawania dla dobra sprawy, westchnął w duchu Adam. Milczał. Czekał na ciąg dalszy.

– Po prostu… – Kobieta spojrzała za okno, za którym widać było przeszkloną elewację Arkad Wrocławskich. – Po prostu nie mogę już dłużej patrzeć, jak oblizuje łyżeczkę. Pakuje ją sobie do ust już przy śniadaniu, zaraz jak posłodzi herbatę miodem, i mamle… Mamle, jakby liczył, że pewnego dnia wreszcie ją rozpuści. Z łyżeczką w ustach smaruje chleb, z łyżeczką rozwiązuje krzyżówki i ogląda TVN24. Kiedyś nawet poszedł tak otworzyć drzwi sąsiadowi. Andrzej wciąż bagatelizuje problem, a ja, stawiając śniadanie na stole, mam ciśnienie sto osiemdziesiąt na sto. Tylko czekam na ten moment! Aż ją chwyci i zassie!

Choć nie wyglądała na paranoiczkę, w jej głosie zawibrowała desperacja i coś na kształt wstrętu.

– Pani Izabelo, czy uważa pani, że to wystarczająco poważny powód do rozwodu?

Pani Korczyńska nachyliła się ku Adamowi. Bujny biust naparł na klapy marynarki.

– Tak, zdecydowanie. Inaczej pewnego dnia nie wytrzymam i wcisnę mu tę łyżeczkę do gardła – wycedziła dobitnie.

– No tak… A tego wolelibyśmy uniknąć. – Adam wsparł dłoń na skroni. – Ale tak sobie myślę, że może warto byłoby spróbować choćby jeść osobno. Albo nie kłaść łyżeczek na stół?

Kobieta spojrzała na niego, jakby właśnie zwątpiła w renomę kancelarii.

– To nic nie da! Nawet jak wyjdę, wiem, że on siedzi, a z ust wystaje mu srebro. Upodobał sobie akurat srebrne łyżeczki z prezentu ślubnego. Uchowały się jeszcze dwie. A jak kiedyś je schowałam, zrobił dziką awanturę. Był przy tym tak bardzo żałosny…

– Widzi pani, rozwód musimy jakoś wiarygodnie umotywować przed sądem. Nie chcę być nietaktowny, ale czy to nie jest po prostu tak, że uczucie do męża się w pani wypaliło i szuka pani pretekstu, aby się rozejść? Często tak bywa, że gdy przestajemy kochać, zaczyna nas drażnić wszystko.

– Mnie to drażniło od początku!

– Ale mimo to wyszła pani za niego.

Kobieta wypuściła powoli powietrze.

– Bo myślałam, że jest mi to potrzebne do szczęścia.

– Nie było pod ręką nikogo, kto denerwowałby panią mniej?

– Owszem, był. Ale sięgał mi do biustu! Jak by to wyglądało? Nie chciałam śmieszności! A Andrzej był przystojny, elokwentny. Poza tym miał zadatki na świetnego chirurga. Ale, panie Mitoraj, ja nie przyszłam do psychologa, a do prawnika.

– Chcę poznać całe tło. Nawet nie wyobraża sobie pani, jakie informacje mogą okazać się nam przydatne. Czy mąż także chce się z panią rozstać? Czy możemy myśleć o rozwodzie bez orzekania o winie?

Klientka poprawiła misternie upięte kasztanowe włosy.

– On jeszcze nic nie wie. Ale pewnie się domyśla. Wydaje mi się jednak, że jeśli na odchodnym podaruję mu zestaw pozłacanych łyżeczek, zgodzi się na wszystko. – Zasznurowała usta. Po chwili spojrzała prosto w szare i nieco podkrążone oczy Adama. – Powiem panu, co mnie najbardziej rani. On od dawna nie podchodzi już do mnie z taką uwagą i pasją jak do żucia tego cholerstwa! – podsumowała z naciskiem.

Adam mocno zacisnął szczęki, żeby nie parsknąć śmiechem. Wiedział już dokładnie, z czym ma do czynienia, choć nic na to początkowo nie wskazywało. Pierwszy raz od dawna zdarzyło mu się pomylić w tej kwestii, choć w końcu okazało się, jak zazwyczaj, że związki to fabryka tych samych problemów, choć początkowo zapowiadało się ciekawiej. Rzadko który mąż wiedział, jak kochać swoją żonę. One początkowo to znoszą, potem się przyzwyczajają. Znaczna część brnie tak do końca, inne mówią głośno basta! Mogłyby tylko przy okazji buntu nie zlewać się tak tym Diorem, pomyślał, przechodząc do wyjaśniania klientce kroków, jakie podejmie w najbliższym czasie. Skądinąd wiedział, że jeden z wrocławskich chirurgów namiętnie żuje łyżeczki.