Wszystko co minęło

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział III

Nie jest łatwo mieszkać z kimś obcym. Wyzwanie wydaje się stokroć bardziej karkołomne, jeśli dysponuje się tak niewielkim metrażem jak Justyna. Jednak obietnica złożona Borysowi była ważniejsza niż wygoda i komfort. Sprawę potraktowała honorowo. Prawdopodobnie przyjęcie prawie nieznajomego mężczyzny pod swój dach było nierozważne, ale miała nadzieję, że tygodnie spędzone w jednej szpitalnej sali trafnie pozwoliły ocenić jego naturę. Ufała swojej intuicji. Poza tym mogła przecież żywić nadzieję, że nawet jeśli kiedyś był psychopatycznym mordercą, teraz po prostu o tym nie pamiętał.

W pierwszym tygodniu wspólnego zamieszkiwania zaliczyli kilka spektakularnych wpadek wynikających głównie z niedogrania logistycznego. Najbardziej krępująca miała miejsce pewnego poranka, kiedy Justyna, wstając zaspana do pracy, zupełnie zapomniała o Borysie i przedefilowała do łazienki kompletnie naga. W łazience był już Borys, który zwykł budzić się o świcie, co świadczyło o tym, że raczej zaliczał się do skowronków, nie zaś do ludzi sów. Zapomniał zamknąć się w łazience, co zaowocowało widokiem nagiej Justyny, a także poważną rozmową, kiedy wróciła tego dnia z pracy. Ustalili grafik obejmujący korzystanie rano z toalety oraz kuchni. Rozdzielili dyżury gotowania, prania i sprzątania. A w zasadzie zrobiła to Justyna, poświęcając swoją biurową przerwę na lunch na sporządzenie odpowiedniego grafiku w tabelce.

– Rozczula mnie twoja musztra – podsumował, kiedy z powagą wyłożyła mu zasady.

– Chyba byłeś zawodowym żołnierzem – zasugerowała, wręczając mu wydruk.

– Pudło. Podobno prowadziłem z żoną firmę. Handlowałem oknami.

– Może powinieneś do tego wrócić.

Podrapał się po głowie.

– Nie wiem. Nie pamiętam, czy lubiłem to robić.

– Chcesz się z nią rozwieść?

– Postanowiliśmy dać sobie czas. Ja mam się zastanowić nad sobą, nad tym, czego chcę. Najbardziej mi żal Zosi. Poświęciła dla mnie wszystko. Biegała po lekarzach, starała się pomóc, rozmawiała ze mną całymi godzinami. Wszystko po to, żebym przypomniał sobie cokolwiek. Na próżno. Ona nie chce się poddać, ale nie chcę nadużywać jej dobroci.

– Przecież jesteś jej mężem.

– Ale jej nie kocham. Przynajmniej nie czuję tego. Wyobraź sobie, że wmawiam ci, że kochasz sąsiada, który mieszka piętro niżej, tyle że ty o tym nie pamiętasz.

Justyna pomasowała dłonią policzek. Zamyśliła się. To naprawdę nie była prosta sprawa.

– Może powinieneś dać wam szansę… Poznać ją na nowo… tak jakbyście się spotkali po raz pierwszy.

– Nie wiem… zresztą ostatnio głównie czegoś nie wiem. To zbyt trudne. Ona ma przeżywać wszystko na nowo? Trochę to upiorne, nie sądzisz?

– Myślę, że jeśli bardzo cię kocha i poświęca tobie tyle czasu, energii i uczuć… może nie warto się poddawać. Ile to czasu minęło? Osiem, dziewięć miesięcy? Co będzie, jeśli kiedyś wszystko sobie przypomnisz, a jej przy tobie nie będzie? Jeśli pozwolisz jej odejść?

– A jeżeli pamięć nigdy nie wróci i przeżyję życie z kobietą, do której nic nie czuję?

– Może to się jeszcze zmieni. Skoro raz ją pokochałeś…

Borys wiercił się na kanapie. Po grymasie twarzy widać było, jak bardzo męczy go ta sytuacja.

– A ty? – wypalił.

– Co ja?

– Kochasz kogoś?

– Tak. – Skrzyżowała ręce na piersi. – Siebie, i to mi absolutnie wystarczy.

– A ten mężczyzna, który wtedy do ciebie przychodził… Mirek, tak? To chyba była miłość, skoro wyrzucany ciągle wracał.

– Do szpitalnej sali wracał nie kochający mąż, tylko wyrzut sumienia.

– Czyli jedno wyklucza drugie?

– W tym wypadku tak. – Wyprostowała się i poczuła, jak jej ciało się napina.

– Rozumiem… – odparł Borys, widząc, że stąpa po śliskim gruncie. – Jeszcze kogoś poznasz, przekonasz się – dorzucił na pocieszenie.

– Broń Boże! – Wzdrygnęła się. – Nie zrozum mnie źle. Nie bronię światu miłości, skoro ludzie chcą w nią wierzyć. Ja mam własną opinię na ten temat.

– W porządku.

– I wcale nie jestem zgorzkniała.

– Wcale tak nie myślę – zapewnił.

Justyna odwróciła twarz w stronę przedpokoju.

– To jest po prostu moja recepta na udane życie, jasne? – dokończyła.

– Tak jest. Zrozumiałem.

Justyna lubiła mieszkać sama i dobrze się czuła we własnym towarzystwie, ale musiała przyznać, że z Borysem także było miło. Kiedy miała ochotę na herbatę, nie musiała jej robić sobie sama. Albo gdy w telewizji leciała komedia, razem się śmiali i komentowali perypetie bohaterów. Zdawała sobie jednak sprawę, że za tymi wszystkimi miłymi momentami, za ich powtarzalnością, czai się niebezpieczne pragnienie, by się nie kończyły. Kawałek dalej zaczyna się przywiązanie, a wraz z nim w pakiecie, wcześniej czy później… cierpienie. Dlatego cieszyła ją myśl, że znajomy niebawem zniknie, a ona wróci do swojej bezpiecznej rutyny.

Dorota przez cały tydzień dawkowała kolegom z pracy szczegóły wieczoru urodzinowego. Chyba sądziła, że wszyscy niecierpliwie czekają na dalszy ciąg historii. Tutaj po prostu nie bardzo było dokąd uciec, a skoro siedzieli w jednym pomieszczeniu, chcąc nie chcąc, wysłuchali egzaltowanej opowieści o cudownej restauracji, wyśmienitej kolacji, wynajętym skrzypku, który grał tylko dla nich, pięknej bransoletce z diamentami w prezencie, a potem kąpieli w prawdziwym szampanie w płatkach róż. Cała opowieść ukwiecona była achami, ochami, napuszonymi epitetami i zachwytami nad Pawłem. Mieli wrażenie, że Dorota poszła na randkę z szejkiem arabskim, który używał banknotów jako chusteczek do nosa.

Jak potem Bartek wyjaśnił Justynie, najpewniej poszli do restauracji, w której jakiś student dorabiał, grając w kącie na skrzypcach. Wracając do domu, mijali kwiaciarnię, a Dorota wyprosiła kupno róży. W domu oskubała ją z płatków i wykąpała się w wannie, marząc o szampanie.

– Czasami lepiej uciec w świat fantazji, niż zmierzyć się z rzeczywistością – podsumował Bartek.

– Co masz na myśli? – zapytała zaintrygowana Justyna.

– Nic. Zupełnie nic – odparł z nieodgadnioną miną.

Wieczorem, kiedy kolacja w wykonaniu Borysa spektakularnie spaliła się na węgiel, postanowili coś zjeść na mieście. W lodówce zostało już tylko światło, a początkujący kucharz chwilowo zniechęcił się do kulinarnych eksperymentów. Justyna próbowała wycisnąć z niego, co szykował na kolację, ale milczał jak grób. Bąknął tylko, że nie może jej powiedzieć, gdyż raz na zawsze straciłaby wiarę w niego.

– W takim razie lepiej, że zjemy na mieście – skwitowała. – Wygląda na to, że zostało nam dane drugie życie.

– Mnie to chyba trzecie. Obawiam, się, że dobra passa niedługo się skończy – zaśmiał się.

– Korzystaj, póki możesz.

Kiedy przemierzali mokre po deszczu uliczki Starego Miasta, zapytała Borysa, czy lubi chińszczyznę. Zamyślił się, po czym odrzekł, że nawet nie pamięta, aby ją kiedykolwiek jadł. Weszli zatem do małej jak pudełko zapałek chińskiej knajpki. Właściciel oszczędzał na metrażu i oświetleniu, ale za to całe serce wkładano tu w jedzenie, o czym świadczyły tłumy gości przy stolikach. Widać szczęście uśmiechnęło się dzisiaj do Justyny i Borysa, bo w najciemniejszym kącie właśnie zwolniły się miejsca. Co prawda mieli zagwarantowane, że pod małym stolikiem będą uderzać się kolanami, a zawartość talerzy w tych ciemnościach pozostanie dla nich tajemnicą, ale ostatecznie nie przyszli tutaj, aby podziwiać jedzenie, ale by się nim delektować. Szybko zajęli więc wolne krzesła.

Okazało się, że azjatycka kuchnia przypadła Borysowi do gustu. Pałaszował, aż mu się uszy trzęsły. Kiedy oni zajęli się napełnianiem żołądków, para przy stoliku za nimi wymieniała czułe słówka i karmiła się nawzajem, używając pałeczek, z większym lub mniejszym powodzeniem. Nietrudno było zgadnąć, że kawałki makaronu, które spadały w dekolt kobiety, właśnie tam miały trafić. Ich dialogi nie pozostawiały wątpliwości, jak zamierzają spędzić resztę wieczoru.

Borys nachylił się ku Justynie.

– Nie mogę pojąć, dlaczego chcesz dobrowolnie z tego zrezygnować.

– Niby z czego? – zapytała, przełykając swoją wołowinę na ostro.

– No z tego. – Kiwnął głową w stronę migdalącej się parki.

– Z seksu nie rezygnuję. Bynajmniej – odparła spokojnie, mieszając widelcem w swojej miseczce.

– Nie o seks mi chodzi. O uczucie, pasję.

Justyna wymownie odchrząknęła.

– Jeśli chcesz spać dzisiaj pod mostem, to proszę, kontynuuj ten temat – oświadczyła.

– Kurczę, upierdliwy jestem, wiem. Po prostu jak na nich patrzę, to… myślę sobie, że to fajna rzecz.

– A ja mam wrażenie, że między nimi poza seksem nie ma niczego. Widać nie siedzisz dostatecznie blisko. Laska jest naiwna, a facet wcale nie lepszy w swoich prymitywnych aluzjach.

– Chyba przesadzasz.

– Może. Wszystko jedno. Możemy dokończyć kolację? Nie mam ochoty rozmawiać o czyimś popędzie.

W tym momencie krzesło za nią skrzypnęło, a siedzący na nim mężczyzna niechcący uderzył Justynę w plecy. Zmarszczyła brwi i odwróciła się.

– Przepraszam panią najmocniej! – odezwał się, zabierając z krzesła swoją kurtkę.

Kiedy się wyprostował, słabe światło lampy padło na jego twarz.

– Paweł, mąż Doroty – chciała powiedzieć do siebie, ale słowa zabrzmiały głośno.

Mężczyzna wyraźnie się zmieszał. Skinął tylko Justynie głową i rzucił kilka słów o siostrze, która wpadła z wizytą, i niemalże siłą wyprowadził swoją towarzyszkę z restauracji.

– Znasz go? – zaciekawił się Borys.

– To mąż mojej znajomej z pracy.

– Rozumiem, że to nie była twoja znajoma?

– Idealny mąż Doroty, półbóg w jej mniemaniu, właśnie poszedł się bzykać ze swoją „siostrą”.

 

Justyna wróciła do swojej wołowiny, a Borys nadal patrzył w stronę drzwi, za którymi przed chwilą zniknęła napalona parka. Jeszcze kilka minut temu patrzył na nich zafascynowany, teraz czuł niesmak.

– Jesz czy dumasz? – zagaiła, biorąc do ręki szklankę wody.

– Jem, jem. – Sięgnął ponownie po widelec.

– Sam widzisz, że są na tym świecie rzeczy, o których lepiej nie wiedzieć.

Borys kończył posiłek, a Justyna, choć udawała obojętność, myślała o Dorocie wpatrzonej w męża jak w obrazek. I nawet zaczęła jej współczuć. Przypomniały jej się słowa Bartka o życiu Doroty w świecie fantazji. On także wiedział.

Po obfitej kolacji postanowili wrócić do domu na piechotę. Z rynku dwadzieścia minut spacerem, czyli doskonały sposób na dotlenienie się przed snem. Nie uszli daleko, kiedy Justyna zobaczyła idącego z naprzeciwka Dawida. Wełnianą czapkę miał nasuniętą prawie na oczy, ale jego sprężysty krok był tak charakterystyczny, że rozpoznała go natychmiast.

– Przejdźmy na drugą stronę ulicy – powiedziała do Borysa konspiracyjnie, jednocześnie spychając go na prawo ramieniem.

– Słucham? Dlaczego?

– Bo tak. No, idź!

– Hej, kogo moje oczy widzą! – zawołał Dawid i ruszył w ich kierunku.

Justyna zgromiła Borysa wzrokiem, dzięki czemu już wiedział, że jest na niego zła, ale jeszcze nie wiedział za co.

Zawsze zadowolony z siebie Dawid w tym momencie przypominał stroszącego się pawia. – Tak właśnie myślałem – odezwał się, kiedy podszedł do nich.

– Czyli jednak ci się zdarza myśleć? Zadziwiające – odparła znudzonym tonem Justyna.

– Jak zawsze błyskotliwa. – Wyciągnął rękę do Borysa. – Dawid jestem.

– Borys.

– Byłem pewien, że kogoś ukrywasz – zwrócił się do koleżanki.

Justyna włożyła ręce do kieszeni płaszcza.

– Nikogo nie ukrywam.

– Jasne. To było jedyne racjonalne wytłumaczenie, dlaczego nie chciałaś się ze mną umówić.

– Naprawdę uważasz, że jedyne? – Popatrzyła na niego niemalże rozbawiona jego narcyzmem.

– To naprawdę fajna kobieta – szepnął do Borysa. – Też nie dałem się nabrać na ten chłodny dystans. Pilnuj jej, bo ja czyham w odwodzie. – Zaśmiał się. – Dobra, lecę. Mam dzisiaj randkę. Wybacz, Justyś, ale nie mogę wiecznie na ciebie czekać.

Kiedy odszedł dwa kroki, odwrócił się na pięcie.

– Nikt mi nie uwierzy! – zawołał.

– Naprawdę nie masz o czym opowiadać – zapewniła go Justyna.

– Przeciwnie! Robiliśmy w pracy zakłady na temat twojej orientacji. Zdaje się, że zgarnę dużo kasy.

– Słucham? Chyba coś źle zrozumiałam.

– Zabawne, nie? Nie mogłem pojąć, dlaczego obstają przy tym, że jesteś lesbijką.

– Może jestem? – Justyna maskowała totalne zaskoczenie nowiną.

– Proszę cię. – Wskazał wymownie na Borysa. – Mnie nie nabierzesz.

Zarechotał i odszedł, zacierając ręce.

Drogę powrotną przeszli w milczeniu. Borys czuł się winny, więc kiedy weszli do mieszkania, przeprosił ją bardzo za kłopot, który nieświadomie sprawił jej swoją osobą. Justyna zdumiona, że w ogóle pomyślał w ten sposób, zadarła głowę, by spojrzeć mu prosto w oczy

– To nie jest kłopot. Uwierz mi – zapewniła.

Z zeszytu w twardej oprawie

12.01.2012

Kilka dni temu, wracając z badań, zauważyłam żonę Borysa stojącą przy oknie na korytarzu. Przywitałam się z nią. Patrzyła na mnie przerażonym wzrokiem.

– Była już pani u męża? – zagaiłam.

– Nie mam siły tam wejść – odparła, z trudem wydobywając głos ze ściśniętego gardła.

– Ale dlaczego? Dziś jest w niezłej formie. Nawet humor mu dopisuje.

Kobieta odwróciła się ode mnie i zapatrzyła się przed siebie. Z obojętnością obserwowała zabawne harce jakiegoś ptaszka, który skakał po gałęzi, jakby próbował rozweselić tę smutną kobietę za szybą.

– Dlaczego pamięta słowa? Dlaczego pamięta, jak zapiąć koszulę? Dlaczego pamięta, jaki mamy rok? A nie pamięta swojego życia. Dlaczego… – głos jej zadrżał – nie pamięta mnie?

Nie wiedziałam, co jej powiedzieć. Istotnie był to jakiś okrutny żart losu.

– Co mówią lekarze? – zapytałam.

– Że mózg jest tajemniczym organem, a medycyna kryje przed nami jeszcze wiele zagadek. W dupie mam takie zagadki – wypaliła ostro, co może nie pasowało do tej filigranowej kobiety, ale podkreślało jej stan emocjonalny.

– Dają jakieś szanse?

– O tak, zdecydowanie – zakpiła. – Twierdzą, że pewnego pięknego dnia może sobie nagle wszystko przypomnieć. Nie mówią tylko, kiedy miałoby to nastąpić. Za rok? Za dziesięć? Albo w ogóle.

– Na pewno jest pani bardzo ciężko.

– Nie wiem, co powinnam robić. – Popatrzyła na mnie bezradnie. – Opowiedzieć Borysowi całe nasze życie? Jak przywołać uczucia, których on nie pamięta, nie czuje? Jak dalej żyć?

Chciałam odpowiedzieć na te wszystkie pytania, ale nie mogłam.

– Jest pani bardzo dzielna.

– Nie jestem dzielna. – Pokręciła głową. – Po prostu nie mam wyjścia. Kocham Borysa i zostanę przy nim, ale obawiam się, że któregoś dnia on mnie odepchnie. I co wtedy? Będę mu wmawiać, że dawny Borys, ten sprzed wypadku, nigdy by tak nie postąpił?

Brakowało mi słów i pomysłów na mądre, pokrzepiające zdania. Na pocieszenie, które daje nadzieje i koi serce. Dlatego uścisnęłam mocno jej dłoń. Uśmiechnęła się blado. Prawie niezauważalnie. A może tylko mi się wydawało?

Niedługo wychodzę do domu. Nie wiem tylko, gdzie jest mój dom. Mirek, muszę przyznać, wykazuje się uporem i ciągle mnie nachodzi, gorliwie przeprasza i zapewnia, że popełnił błąd. Faktycznie, to był błąd. Tyle że mój. Źle wybrałam życiowego partnera.

Borys jest zaniepokojony rozstaniem ze mną. Twierdzi, że to mnie zna najdłużej. Czuję do niego ogromną sympatię. Jest błyskotliwy i szczery. Widzę w nim piękną czystą kartę pełną szans. On twierdzi, że to obrzydliwa strona z wymazaną historią życia. Dla niego amnezja jest niewątpliwie tragedią. Dla jego żony także. Mnie ta historia inspiruje. Chcę, by moje życie było czystą kartą gotową do zapisania na nowo. Kto powiedział, że nie mogę? Tak właśnie zrobię.

To było wieczorem, po wyjątkowo niesmacznej kolacji, na którą składał się chleb z wyrobem dżemopodobnym. Borys twierdził, że choć stracił pamięć, kubki smakowe nadal zachował, i odstawił swój talerz, zadowoliwszy się cienką herbatą. Dżem musiał być wyjątkowo ohydny, skoro wzgardził nim nawet wiecznie głodny Borys; nieraz zjadał moją porcję obiadu, jeśli akurat nie miałam apetytu. Myślę, że chętni na zrzucenie kilku zbędnych kilogramów powinni się żywić jedzeniem szpitalnym. Efekty murowane.

– Z kim teraz będę jadał te ohydne kolacje? – odezwał się Borys, kiedy wspomniałam, że za dwa dni wychodzę.

– Pewnie niedługo z Zosią. W domu.

– Zgadza się… Wygląda na to, że nie mają powodu, żeby mnie tutaj dłużej trzymać. Na moją głowę już nic nie poradzą. Wysyłają mnie jeszcze na jeden gościnny występ na oddział neurologiczny i pewnie na tym koniec. Stracą swój ciekawy przypadek. A mnie wypuszczą w świat i przestanie ich interesować, jak sobie poradzę.

– Mam nadzieję, że dasz radę. Życzę ci wszystkiego, co najlepsze, bo bardzo mi pomogłeś – dodałam.

– Ciekawe jak? – prychnął. – Chyba jako pocieszający dowód na to, że może być gorzej, co?

Roześmiałam się.

– Ja już tam swoje wiem. Podsunąłeś mi pomysł, jak napisać swoje życie na nowo.

– Ja? Nie żartuj. Przecież ja nie mam zielonego pojęcia, co zrobić z własnym.

– Nic więcej ci nie powiem. Ale… gdybyś kiedyś potrzebował pomocy, możesz się do mnie zwrócić. Tyle że nie wiem jeszcze, gdzie będę. I zapamiętaj – pomogę ci tylko jeden raz. Nie pytaj dlaczego.

– Faktycznie zabrzmiało trochę zagadkowo.

– Ale dla mnie ma głęboki sens.

Po tej wymianie zdań włączyliśmy szpitalny telewizor. Obejrzeliśmy film, którego nie pamiętam, bo opracowywałam plan dalszego działania. Postanowiłam już nigdy w życiu nie wikłać się w żadne relacje. Aby nie definiowały mnie, nie oplątywały, by w końcu zadusić. Może dla kogoś moja deklaracja brzmi przerażająco i zgoła wariacko, ale dla mnie takie postanowienie było kojące niczym tabletka, która w końcu uśmierzyła nieznośny ból.

Rozdział IV

Można się było tego spodziewać. W biurze głównym tematem były od rana rewelacje Dawida i „partner” Justyny. Dorota z Lidką spoglądały na nową koleżankę jeszcze bardziej niechętnie niż zwykle. Zapewne obwiniały ją o straty finansowe poniesione w wyniku niewłaściwego obstawienia w biurowym zakładzie.

Justyna bynajmniej nie zamierzała dementować plotek ani wyprowadzać nikogo z błędu. Dla nich mogła być lesbijką. Albo żoną Borysa. Wszystko jedno. Dziwiło ją nawet, że wzbudza tak żywe zainteresowanie współpracowników, że ryzykują własne pieniądze, robiąc zakłady na temat jej życia osobistego czy orientacji seksualnej.

– Nie brałam w tym udziału – zapewniła ją Natalia, kiedy spotkały się w łazience.

– Miło z twojej strony – odparła Justyna, wycierając dłonie papierowym ręcznikiem. – Jedna rozsądna, która nie wywala pieniędzy w błoto.

– Ale wiesz… nie miej mi za złe tej uwagi. Szkoda, że mówisz tak mało o sobie. Twoja tajemniczość podsyca niezdrową ciekawość.

– Widocznie mam swoje powody.

– Boisz się zapeszyć?

– Nie bardzo rozumiem.

Natalia się uśmiechnęła.

– Zapeszyć szczęście… Długo jesteście razem?

Justyna westchnęła z rezygnacją.

– Dam ci dobrą radę. Nie wierz we wszystko, co mówi Dawid. W zasadzie nie wierz w nic, w żadne słowo, które wypływa z jego ust – odparła i wyrzuciwszy papier do kosza, wyszła z toalety.

Plotka o partnerze życiowym Justyny prędko się rozprzestrzeniła i dotarła do szefowej. Danuta lubowała się w opowieściach o miłości, szczególnie tych tajemniczych, więc jeszcze przed południem zwabiła Justynę pod byle pretekstem do swojego gabinetu. Szefowa oparła łokcie i swój obfity biust o biurko i świdrowała Justynę swoimi ciekawskimi oczkami.

– Opowiadaj. Kim on jest, co robi i w ogóle wszystko. Wiem, wiem, nie powinno mnie to interesować. Ale na Boga… jesteśmy prawie jak rodzina – wypaliła i rozłożyła szeroko ramiona.

– Nie sądzę.

– No, masz rację. Łączą nas zdecydowanie lepsze relacje. – Danuta zachichotała. – A więc?

– Masz do mnie jakieś uwagi służbowe?

– Och, nie bądź taka oficjalna. W końcu, po kilku miesiącach dowiadujemy się czegoś o tobie. Mnie bardzo cieszy szczęście moich pracowników. Lubię wiedzieć, że im się dobrze wiedzie.

– Problem w tym, że niczego się o mnie nie dowiedzieliście. Dawid może dobrze zna chiński, ale jest potwornym plotkarzem.

– W każdej plotce jest ziarno prawdy, czyż nie?

Justyna założyła nogę na nogę i odchyliła się nieco do tyłu.

– Nie wiem, dlaczego to robię… ale niech będzie. To był tylko znajomy – oświadczyła. – A Dawid dośpiewał sobie całą resztę. Chyba mu się nudzi… może potrzebuje więcej pracy? Pomyśl o tym.

– Ojej… – Twarz Danuty wyrażała ogromny zawód. Kiedy Justyna wstała, szefowa zreflektowała się. – Ale będę ci kibicować. Przecież… każdy z nas potrzebuje miłości. Wszyscy jesteśmy tacy sami, prawda? Ja jestem bardzo tolerancyjna. W końcu… kto zrozumie tak kobietę jak druga kobieta, prawda? – Mrugnęła do Justyny. – Sprytnie to sobie wymyśliłaś!

Justyna zastanawiała się, czy jednak nie wyjaśnić sytuacji, ale zrezygnowała. To nic nie da. Każdy obstawał przy swojej wersji. Dawid wierzył w jej związek z Borysem i tym tłumaczył sobie brak zainteresowania jego osobą. Bartek miał to w nosie, ale zapytany orzekłby, że Justyna musiała mieć naprawdę potworne doświadczenia z mężczyznami, skoro jest taka, a nie inna. Natalia snuła romantyczne wizje. Wierzyła, że po latach źle lokowanych uczuć Justyna w końcu znalazła miłość swojego życia i dlatego teraz ją chroni. Dorota z Lidką podejrzewały, że Borys jest ślepy, głuchy i stuknięty, skoro z nią wytrzymuje. Danuta zaś nie była już pewna orientacji Justyny. Choć każdy był przekonany, że rozszyfrował nową koleżankę, nikt nie zbliżył się ani o krok do prawdy.

Po wczorajszej ulewie świeciło piękne słońce i choć było zimno, Justyna z przyjemnością wyszła w południe z biura na lunch i wystawiła twarz do słońca. Podczas gwałtownych zmian pogody czuła nieprzyjemne pulsowanie w ręce, którą złamała podczas tamtego wypadku, ale błękitne niebo cieszyło ją tak bardzo, że nie zwracała uwagi na mały dyskomfort. Weszła do baru wegetariańskiego.

 

– Jak ci idzie tłumaczenie tej instrukcji obsługi? – zagaił Bartek, który niespodziewanie stanął obok niej.

– Sądziłam, że wolicie kanapkarnię przy Złotej.

– Cóż, nie jestem fanem zieleniny, zgadza się, ale przyszedłem tutaj za tobą, bo chciałem sprawdzić, jakie jeszcze tajemnice skrywasz.

– Nie zaczynaj.

– Żartowałem. Po prostu zapragnąłem odmiany.

– Akurat w moim towarzystwie? – Spojrzała na niego bez przekonania.

– Powiedzmy, że boli mnie głowa i nie mam ochoty na słowotok Dori. „Paweł to, Paweł tamto…”, oszaleć można. Zachowuje się jak… egzaltowana nastolatka.

– Chyba nie możesz tego znieść z innego powodu – zasugerowała Justyna, nakładając sobie na talerz sałatkę z rukoli, cykorii i tofu.

– Nie. – Na znak protestu uniósł obie dłonie. – Nie jestem w niej zakochany, jeśli to sugerujesz.

– Skąd ten pomysł? Nie to miałam na myśli. Raczej coś innego…

Bartek popatrzył na nią pytająco.

– Widziałam coś, czego nie powinnam… i zastanawiam się, czy ty także o tym wiesz.

– Nie mów, że miałaś spotkanie pierwszego stopnia.

– Nie spotkałam UFO. Ale chyba się domyślasz, co chcę powiedzieć.

– No dobra. Pewnie myślimy o tym samym…

– Widziałam męża Doroty z jakąś kobietą. Cóż, ich zachowanie było jednoznacznie.

– Z pewnością mówimy o tym samym. – Westchnął ciężko.

– Ona wie?

– Wie i nie wie jednocześnie. Dorota to temat na długą historię – oznajmił i chyba po raz pierwszy Justyna spostrzegła, że Bartka coś obchodzi, choć starał się to maskować.

Półgodzinny lunch wystarczył, by naszkicować Justynie nieco inny obraz Doroty. Otóż okazało się, że znali się jeszcze z liceum. Chodzili razem do klasy i przez trzy lata byli parą, co w życiu nastolatków stanowiło niemal lata świetlne. Ich drogi się rozeszły na studiach, a potem spotkali się w biurze Danuty. Bartek wyznał, że Dorota bardzo się zmieniła.

– Zawsze była energiczna i śmiała, ale raczej odgrywała pewną siebie. Na tyle umiejętnie, że uchodziła za dziewczynę przebojową i wyniosłą. Tylko nieliczni wiedzieli, że Dorota udaje. Pod maską kryła się bowiem zraniona dziewczyna pragnąca miłości jak niczego innego na świecie.

– I szukała miłości za pomocą wyrachowania i złośliwości? – zapytała Justyna z powątpiewaniem.

– Dorota, którą znałem, nie była ani wredna, ani złośliwa. Nie wiem, co wydarzyło się po drodze, ale wiem, co powodowało, że udawała kogoś, kim nie jest.

– Cóż takiego?

Bartek przez chwilę się wahał, ale w końcu postanowił opowiedzieć historię Doroty.

– Była jedynaczką, córeczką tatusia. Była zapatrzona w swojego ojca i uważała go za wzór prawdziwego mężczyzny. Pewnie jako dziecko po prostu go idealizowała. Dawał jej poczucie bezpieczeństwa i zapewniał szczęśliwe życie. Pewnego dnia wróciły z mamą wcześniej do domu i nakryły szanownego tatusia z obcą panią w łóżku. Jak się można domyślić, idealny ojciec wkrótce zniknął na zawsze. Wyjechał do innego miasta. Założył z tamtą panią rodzinę i miał jeszcze dwójkę dzieci. Dorotą się nie interesował. Zadzwonił ze dwa razy w jej urodziny, a potem pochłonęło go nowe życie. Odkąd je zostawił, Dorota już zawsze miała poczucie, że nie jest dość dobra. Że to przez nią ojciec odszedł. Stworzył nową rodzinę i postarał się o nowe dzieci. Ponieważ ona była niedoskonała. Tak tłumaczyła sobie rozwód rodziców. Matka starała się zapewnić córce szczęśliwe dzieciństwo. Chciała stworzyć jej normalny dom. Przez ich życie przewinęło się kilku przyszywanych „tatusiów”, ale oni także nie zagrzali długo miejsca, co nie poprawiało samooceny Doroty i utwierdzało ją w poczuciu własnej beznadziejności. Bardzo chciała udowodnić matce, sobie i światu, że jest coś warta i nie pozwoli się porzucić. Jej mama była dobrą i spokojną, ale niezbyt przebojową kobietą. Dorota postanowiła, że będzie inna. Przyjęła pozę pewnej siebie dziewczyny w nadziei, że to odmieni jej los. Ja widziałem w niej delikatność i kruchość. Coś, co przebijało się przez twardą powłokę. Jej wrażliwe „ja”. Teraz jest zupełnie inna. Jakby wykuta z kamienia. Jakby nałożony kostium stał się jej drugą skórą. Gdy poznałem Pawła, doznałem szoku. Kompletnie do niej nie pasował. To typ faceta, który nie wyróżnia się niczym szczególnym, ale z jakiegoś powodu przyciąga kobiety. Zresztą sama go widziałaś. Szału nie ma.

– Ma za to czarujący uśmiech – wtrąciła Justyna szczerze.

– I nic poza tym. A Dorota uchwyciła się go jak tonący brzytwy. Nie wiem dlaczego. On ją oszukuje i wykorzystuje. Skacze z kwiatka na kwiatek, już nawet się z tym nie kryje. Ona udaje, że tego nie widzi…

– Może go kocha.

– Mam wrażenie, że nie chce zostać sama, jak jej matka kiedyś. Ale na litość boską, ona może mieć każdego!

– Nie przesadzaj, specjalnie milutka nie jest.

– Właśnie, tego jeszcze nie rozgryzłem. Dlaczego stała się tak nieprzyjemna? Po co idealizuje swoje małżeństwo? Udaje, że żyje w bajce, a to raczej tani melodramat.

– Może wydarzyło się coś jeszcze. Coś, o czym nie wiesz. Ale… – zainteresowała się Justyna – nie wiem, dlaczego się tak nią przejmujesz.

– Nie jest mi obojętna przez to, co nas kiedyś łączyło.

– Porozmawiaj z nią.

– Już próbowałem. Wścieka się i krzyczy, żebym nie wtykał nosa w nie swoje sprawy.

– Posłuchaj więc tej rady. Nie uratujesz nikogo wbrew jego woli. Uwierz mi. Dorota może się uważać za szczęściarę, bo miała wspierającą matkę. Stała się zołzą z własnego wyboru i dobrze jej z tym. – Justyna spuściła wzrok. Nie chciała powiedzieć tak wiele, ale samo się powiedziało.

– Coś o tym wiesz? – Bartek popatrzył na nią przenikliwie.

– Wiem o zbyt wielu rzeczach. Nieważne.

Bartek składał papierową serwetkę w coraz mniejsze trójkąty. Kiedy kolejne zgięcie było już niemożliwe, zapytał:

– Wyskoczysz ze mną na piwo kiedyś wieczorem?

– Nie – odparła, wstając od stolika. – Ale dziękuję za propozycję. Muszę przyznać, że była to najciekawsza rozmowa, jaką przeprowadziłam z kimkolwiek z tego biura.

– Jakbyś zmieniła zdanie, daj znać. Pamiętaj, że kostium z czasem staje się drugą skórą.

– Czasami po to się go nakłada, prawda? – rzekła i sięgnęła po torebkę. – Może tak właśnie jest z Dorotą.

– A w twoim przypadku?

– Dorota w jednym ma rację. Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy – odparła, spoglądając na zegarek. Nałożyła płaszcz i ruszyła w stronę drzwi. Bartek zdecydowanie myślał zbyt przenikliwie.

Przez resztę dnia Justyna miała trudności z koncentracją. Głowę zaprzątała jej Dorota. Oczywiście nie zapałała do niej nagłą sympatią, ale znalazła cień zrozumienia. Także wychowała się bez ojca, więc zdawała sobie sprawę, jakie to trudne. Dorota przynajmniej wiedziała, co się z nim stało i dlaczego odszedł. Justyna jeszcze do niedawna zadawała sobie to pytanie. Od ośmiu miesięcy już o tym nie myślała. Trudne doświadczenia odmieniają człowieka. Cieszyła się, że nie przypomina Doroty. Nikogo nie udaje. Jest taka, jaka chce być.

Z zeszytu w twardej oprawie

Złoty łańcuszek z serduszkiem

5.12.1996

Traktuję go jak cenny skarb. Wykradłam łańcuszek z drewnianego pudełka na biżuterię mamy. Kiedyś trzymała tam kilka ładnych bransoletek ze srebra i dwa złote naszyjniki. Jeden dostała w prezencie od ojca, kiedy się urodziłam. Drugi był pamiątką po babci. Nie ma już po nich śladu, podzieliły bowiem los innych cennych rzeczy w domu, trafiły do lombardu, a pieniądze matka przepiła. Na wódkę, jak się okazuje, można zamienić bardzo wiele rzeczy. Złote naszyjniki, czas i uwagę, którą powinna poświęcić własnym dzieciom, kontakty z koleżankami, zainteresowania, wreszcie samą siebie, bo coraz mniej przypomina dawną mamę sprzed nałogu.

Cieszę się, że zabrałam ten łańcuszek, choć wiem, że mama szukała go jeszcze tego samego dnia. Pytała mnie i Baśkę, czy go nie widziałyśmy. Chyba pierwszy raz ją wtedy okłamałam. Nawet nie jestem pewna, czy nie było to pierwsze świadome kłamstwo w moim życiu. Całkiem późno jak na czternastolatkę. Później nadrobiłam zaległości. Kłamstwa i półprawdy weszły mi w krew. Kłamałam, żeby ją kryć. Wymyślnie i wielokrotnie. Kłamałam rodzinie, znajomym, sąsiadom, żebyśmy z Baśką mogły zachować twarz, choć przecież w zasadzie powinnam wołać o pomoc. Kłamałam nawet koleżankom, że nie mogą do mnie przyjść, bo mama źle się czuje. Faktycznie, czuła się źle. Tyle że nie rozłożyło jej przeziębienie, ale wódka.