Wszystko co minęło

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Agata Kołakowska, 2014

Projekt okładki

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Stephen Carroll/Trevillion

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-7961-602-2

Warszawa 2014

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Rozdział I

Justyna weszła do mieszkania i zamknęła za sobą drzwi. Klucze położyła na komodzie w przedpokoju. Beżowy trencz odwiesiła do szafy, w której wisiał samotnie wełniany płaszcz czekający na zimowe mrozy. Przyjrzała się sobie w lustrze. Jej czarne, krótkie włosy zmierzwił wiatr. Musiała przyznać, że taki swawolny nieład wyglądał interesująco. Przygładziła jednak rozwichrzone kosmyki i popatrzyła sobie prosto w oczy. Spojrzenie miała nieco zmęczone, ale silne. Nigdy wcześniej nie było w nim tyle blasku, determinacji i uporu. Uśmiechnęła się do siebie, a z lustra odpowiedziała jej uśmiechem śliczna dziewczyna o wystających kościach policzkowych, pełnych ustach i błękitnych oczach. Justyna usiadła na stołeczku i zdjęła botki, by zamienić je na ciepłe kapcie. Wzięła głęboki wdech i powoli wypuściła powietrze. Przymknęła oczy z rozkoszy na myśl o czekającym ją wieczorze. Miała zamiar owinąć się kocem, posłuchać arii operowych z Carmen i sączyć ulubione toskańskie wino.

Tydzień w pracy był wyjątkowo długi i męczący. Ale teraz miała przed sobą weekend. Prawie cały dla siebie, gdyby nie jutrzejsza impreza. Szefowa święcie wierzyła, że to świetny pomysł na integrację zespołu. Justyna nie podzielała jej zdania. Do biura tłumaczeń przychodziła zarabiać pieniądze i mieć kontakt ze swoim ukochanym angielskim, a nie na ploteczki lub, nie daj Boże, w poszukiwaniu przyjaźni.

Przyjechała do tego miasta, aby zacząć wszystko z czystą kartą. Wreszcie znalazła spokój. Teraz ona podejmowała decyzje. Nie zamierzała już być bezwolną trzciną, która pozwala miotać sobą wartkiemu nurtowi rzeki, jakim było do tej pory jej życie. Nie ograniczały ją żadne relacje. Żadne uczucia nie stanowiły zagrożenia. Nic nie mogło jej zranić. Tak wybrała. Tego właśnie chciała.

Weszła do kuchni i sięgnęła do dolnej szafki, w której trzymała wino. Chwilę przyglądała się etykiecie z wizerunkiem winnicy. Lubiła sobie wyobrażać, że mieszka w urokliwym zakątku Toskanii, a ta winnica należy do niej. Może kiedyś. Kto wie? Odkorkowała butelkę i usiadła z kieliszkiem wina na kanapie w salonie. Szara sofa, wieża z głośnikami stojąca na podłodze i telewizor na ścianie stanowiły całe wyposażenie pokoju. Wprowadziła się trzy miesiące temu, ale dotąd nie miała ochoty na zabawę w dekoratorkę wnętrz. Na razie wystarczał jej surowy wystrój i święty spokój. Z głośników popłynęła uwertura Carmen. Justyna przełączyła na Je disqueriennem’épouvante, arię Micaeli, swój ulubiony utwór z tej opery. Współczuła zakochanej w Don Jose bohaterce, której miłość życia wykradła tytułowa Cyganka. Micaela zrobiła wiele dla matki ukochanego, a jemu była skłonna wybaczyć. Zrobiłaby wszystko, aby wrócił do niej. Justyna też kiedyś taka była… Niewolnica uczuć, którą w zamian za miłość czeka jedynie cierpienie, pomyślała o nieszczęsnej Micaeli, wsłuchując się w przejrzysty sopran śpiewaczki.

Spojrzała na drzwi prowadzące na taras. Coś poruszyło się za szybą. Jej dwupokojowe mieszkanie mieściło się na parterze, co miało kilka minusów, ale także sporo plusów, choćby ten, że mogła na tarasie urządzić ogródek. Wstała z kanapy i podeszła do oszklonych drzwi. Wpatrywała się w listopadowy mrok, ale niczego nie dostrzegła. Pewnie jakiś ptak, uznała. Już miała wrócić na miejsce, kiedy z ciemności wyłonił się kot. Zrobił kilka dostojnych kroków, po czym usiadł, wbijając w nią świetliste spojrzenie. Justyna nigdy nie miała zwierząt. Z Basią, swoją siostrą, marzyła w dzieciństwie o psie albo kocie, ale ich pragnienie się nie ziściło. Teraz Justyna mogła przygarnąć jakiegoś zwierzaka, ale nie zamierzała się przywiązywać do żadnego stworzenia. Nie chciała odpowiedzialności za czyjeś życie ani smutku po jego śmierci, która wcześniej czy później i tak nadejdzie.

Szary, pręgowany kot nie wyglądał na zabiedzonego, więc raczej nie był bezdomny. Justyna przyniosła z kuchni kilka plasterków szynki. Kiedy otworzyła drzwi i rzuciła kotu przekąskę, ten uciekł. Nie zdziwiła mu się. Od ludzi należy stronić. Położyła wędlinę na kafelkach, na wypadek gdyby kocur zgłodniał, po czym zamknęła balkon. Zgasiła światło. W pokoju zrobiło się tak ciemno, że prawie nie można było dostrzec wyciągniętej przed siebie dłoni. Dopiero po chwili oczy przywykły do mroku. Zmysły się wyostrzyły, dzięki czemu opera zdała się Justynie jeszcze piękniejsza. Przymknęła powieki i ukołysana muzyką zasnęła.

Słońce jeszcze nie wstało, kiedy się obudziła. Wczoraj zasnęła tak wcześnie, że tuż przed szóstą czuła się już wypoczęta. Usiadła na kanapie i rozmasowała obolały kark. Trzeba było przenieść się w nocy do łóżka, jęknęła. I zapewne zrobiłaby to, gdyby przebudziła się choć na chwilę. Ale odkąd tutaj zamieszkała, spała jak zabita. Od dawna nie spała tak spokojnie.

Weszła pod prysznic i długo stała pod kojącym strumieniem. Woda masowała jej obolałe plecy. Później, ciasno owinięta frotowym szlafrokiem, zabrała się do smażenia obfitej jajecznicy. Ludzie często nie mają ochoty gotować tylko dla siebie. Od niedawna Justyna lubiła się rozpieszczać. Zmądrzałam, pomyślała, jedząc pyszną jajecznicę. Do śniadania wypiła kawę. A potem zrobiła sobie jeszcze jedną, po to tylko, by z filiżanką w dłoni patrzeć, jak wstaje słońce. Uchyliła drzwi i nabrała w płuca mroźnego powietrza, które jeszcze bardziej wyostrzyło aromat napoju. Spostrzegła, że z posadzki zniknęła szynka. Kot był nieufny wobec ludzi, ale dbał o własne potrzeby. Tak trzymać, uśmiechnęła się do siebie. Zamknęła drzwi, bo zrobiło jej się zimno.

Gdyby żyła swoim dawnym życiem, robiłaby teraz długą listę zakupów spożywczych, na które wybrałaby się zaraz po cosobotnim sprzątaniu mieszkania. Potem gotowałaby obiad dla siebie i męża, by wieczorem tradycyjnie wybrać się do kina. Teraz nie miała męża, planów spożywczych ani tym bardziej chęci na sprzątanie. Za to nabrała ochoty na zakupy. Potrzebowała nowych ubrań. Gdy zdecydowała się na nowe życie, obcięła krótko długie czarne włosy i wyrzuciła wszystkie ubrania. Wierzyła, że zewnętrzna zmiana pomoże jej w przemianie wewnętrznej. I nie myliła się, ale nowa szafa wciąż stała prawie pusta. Rajd po sklepach sprawiał jej przyjemność. Kiedyś ubierała się raczej zwyczajnie. Nie chciała się niczym wyróżniać. Liczyła się wygoda. Chodziła w dżinsach, prostych bluzkach, swetrach i butach na płaskim obcasie. Teraz polubiła żywe barwy, kobiece fasony, przylegające do ciała ubrania.

Zaczął się listopad, ale pogodą przypominał raczej słoneczny wrzesień. Porę roku zdradzały jedynie prawie gołe drzewa i morze liści na trawnikach. I wszędzie czuć było ten zapach. Żadna pora roku nie pachniała tak jak jesień. Przyjemnie otulała zapachem uschniętych liści i chłodnego powietrza. Justyna uwielbiała ten czas. Wykorzystując przypływ energii, spędziła pół dnia w galeriach handlowych. Kupiła tak dużo, że przydałby jej się tragarz. Najbardziej cieszyła się z czerwonej sukienki przed kolano, którą miała zamiar założyć na dzisiejszy wieczór. Zmęczona i głodna wpadła do małej, przytulnej restauracji, gdzie zamówiła tagliatelle z łososiem, śmietaną i kolendrą. Potem skusiła się jeszcze na deser i kawę z cynamonem. Kelner, widząc jej zadowoloną minę, nie musiał nawet pytać, czy jej smakowało. Wyglądała jak zadowolony kot po upolowaniu myszy. Ostatnio apetyt jej dopisywał, na szczęście bez szwanku dla jej szczupłej figury. Zadowolona z obsługi i najedzona do syta, zostawiła hojny napiwek i wyszła. Trochę jej się spieszyło, bo chciała uciąć sobie jeszcze krótką drzemkę, a potem przygotować się na imprezę, na której i tak nie zamierzała zabawić długo. Pokaże się, wypije drinka i ulotni się w jakieś przyjemniejsze miejsce. Nigdy wcześniej nie wychodziła sama wieczorami. Zawsze ktoś jej towarzyszył. Dziś miał być pierwszy raz i pewnie dlatego była taka podekscytowana.

Taksówkarz okazał się typem podrywacza. We wstecznym lusterku świdrował Justynę swoimi małymi oczkami i obsesyjnie przygładzał siwiejącego wąsa. Natarczywie zagadywał, siląc się na dowcip, i sądził pewnie, że jest czarujący. Jej małomówność w ogóle go nie zniechęciła. Wzrok wbiła w szybę, starając się nie słuchać tego słowotoku. Może myślał, że jest nieśmiała?

– To jak? Zgodzi się pani? – Do jej uszu przebił się nieustępliwy głos kierowcy.

– Słucham? – zapytała wyrwana z zamyślenia.

– Lubi pani wzbudzać napięcie, co? – Zaśmiał się rubasznie. – Pytałem, czy wybrałaby się pani ze mną na kawę?

– Kawy wypiłam dzisiaj aż nadto.

– Och, zatem jutro. Zresztą dzisiaj jest chyba zbyt późno na kawę – ciągnął, nie pojąwszy aluzji.

Justyna przygładziła włosy i zacisnęła usta, by równomiernie rozprowadzić szminkę. Spojrzała we wsteczne lusterko w poszukiwaniu wzroku kierowcy.

– Proszę na to nie liczyć – odrzekła spokojnie, patrząc mu prosto w oczy.

– Wiem, że nie jestem najmłodszy, ale zapewniam panią, że mam wiele zalet i nie mniej wigoru.

Justyna westchnęła.

– Brakuje panu z kolei taktu i racjonalnej oceny własnych możliwości – rzuciła bezlitośnie.

 

– Lubię inteligentne kobiety, więc te ostre słówka mnie nie zniechęcają. – Poprawił wąsa i szukał ponownie jej wzroku w lusterku, ale na próżno.

– Tak podejrzewałam.

– Może zamiast udawać niedostępną, otworzy się pani na nowe możliwości? Pójdziemy w jakieś miłe miejsce, potańczymy… Wypijemy drinka – nie poddawał się. Na szczęście dotarli do celu.

W milczeniu wyjęła z portfela kwotę, którą wskazał licznik. Taksówkarz patrzył wyczekująco w nadziei, że swoją namolnością zmiękczy klientkę. Justyna jednak uniosła kołnierz płaszcza dla ochrony przed zimnym wiatrem i otworzyła drzwi. – Ja wcale nie udaję – rzuciła do niego, zanim zatrzasnęła z hukiem drzwi samochodu.

– Takie zimne babska kończą same na stare lata! – zawołał za nią, otworzywszy szybę.

O niczym innym nie marzę, pomyślała w duchu, nawet się nie odwracając.

Bar, w którym zorganizowano firmowe spotkanie, nie różnił się niczym od tysięcy podobnych. Nawet nazywał się po prostu Bar. W środku było niewielu gości, może ze względu na pospolitość lokalu, a być może ze względu na wczesną porę – była dopiero dziewiętnasta. Oprócz sześciorga pracowników biura, dla których zsunięto trzy stoliki, przy barze siedziało tylko dwóch mężczyzn w średnim wieku popijających piwo, jeden najwyraźniej miał dość. Z rogu sali straszył okrągły podest, na którym stał mikrofon, przypominając Justynie o przerażającym punkcie dzisiejszego wieczoru, czyli karaoke. Obiecała sobie, że zanim pierwszy chętny dorwie się do mikrofonu, ona będzie już sączyć martini w innym lokalu, najlepiej po drugiej stronie miasta.

Ze starego życia Justyna pozostawiła właściwie tylko jeden element. Chciała mieć profesjonalny kontakt z angielskim. Wcześniej pracowała jako lektor w szkole językowej. Teraz zajmowała się tłumaczeniami, najczęściej dla firm i instytucji, ale była ze zmiany zadowolona. Najbardziej lubiła zlecenia na tłumaczenia telefoniczne, podczas których uczestniczyła w rozmowach biznesowych. Do pracy została przyjęta na miejsce dziewczyny, która postanowiła założyć własny biznes. Otworzyła kawiarnię, o której podobno zawsze marzyła, ponoć miała niezły start. Nigdy się nie poznały, ale Justyna była jej bardzo wdzięczna za ten dryg do interesów. Dzięki niej bowiem szybko znalazła nową pracę, co nie było proste w dzisiejszych czasach, w których osób biegle posługujących się angielskim wciąż przybywało.

Koleżanek z biura tłumaczeń nie ucieszyła ta zamiana. Okazało się bowiem, że Justyna nie jest tak otwarta i skora do ploteczek, jak dawna znajoma. Dawkowała informacje o sobie małymi porcjami, a właściwie prawie wcale. Wiedziały, że przyjechała skądś, mieszka gdzieś, sprawnie tłumaczy i gustownie się ubiera. Opanowała do perfekcji sztukę mówienia w taki sposób, aby w zasadzie nie powiedzieć nic. Myślały, że z czasem się wyrobi, ale na razie na to się nie zanosiło. Nie wiedziały, że Justyna chce po prostu zarabiać na życie, nie szuka przyjaźni i nie zależy jej na sympatii otoczenia.

Odmienną postawę prezentował Dawid, także nowy pracownik firmy. Uważał, że sama umiejętność władania chińskim, którą posiadł, powinna wszystkich zwalać z nóg, a szczególnie płeć piękną. Kobietom serwował swoje wyćwiczone uśmiechy i spektakularnie zarzucał idealnie wymodelowaną grzywką w odcieniu ciepłego brązu. W biurze nie musiał aż tak się wysilać, bo dziewczyny polubiły Dawida właściwie w momencie, w którym stanął w progu biura i zalał je potokiem słów, oczywiście na swój temat. Niewykluczone, że wpływ na ich przesadnie ciepłą reakcję miało rozczarowanie zdystansowaną i chłodną Justyną.

Stukot jej szpilek o posadzkę sprawił, że pierwszy odwrócił się właśnie Dawid. Obdarzył Justynę wytrenowanym uśmiechem sięgającym aż po siódemki. Wierzył, że ona tylko się z nim drażni. Zgrywa niedostępną, a w gruncie rzeczy śni o nim po nocach i wzdycha nad jego zdjęciem zrobionym ukradkiem telefonem komórkowym.

– A mówiłyście, że nie przyjdzie! – rzucił do zgromadzonych, podsuwając Justynie krzesło.

– Cóż za niespodzianka! – mruknęła z niechęcią Dorota, lustrując Justynę od góry do dołu. Po czym szepnęła coś na ucho siedzącej obok Lidce, a ta zachichotała.

Dorota, tłumaczka francuskiego, nie kryła swojej antypatii do Justyny. Uważała, że nowa zadziera nosa i prowadzi jakąś gierkę. Do tej pory Dorota zawsze była w centrum uwagi, a od kiedy dziwne, zdystansowane zachowanie Justyny stało się głównym tematem do biurowych, potajemnych rozmów przy kawie, poczuła, że jej pozycja jest zagrożona. I mimo że wierna Lidka (germanistka) robiła wszystko, aby poprawić nastrój przyjaciółce, w Dorocie narastała niechęć do nowej. Sytuacja przypominała Justynie licealne rozgrywki między nastolatkami.

Dorota i Lidka były w tym samym wieku. Obie miały po dwadzieścia dziewięć lat, farbowane blond włosy i podobny styl ubierania się, który można było scharakteryzować jako wierne odwzorowanie modowych stron z kobiecych magazynów. Lidka wykazywała pewne opóźnienie w wyłapywaniu trendów, co wynikało ze ślepego zapatrzenia w Dorotę. Jeśli ta zmieniła uczesanie, Lidka robiła to samo. Jeśli Dorota porzuciła upodobanie do dżinsów na rzecz obcisłych spódnic, Lidka postępowała identycznie. Podobnie było z podejściem do ludzi. Dorota oświadczyła, że nie lubi Justyny, bo uważa ją za podejrzaną, na co Lidka od razu przyjęła jej punkt widzenia. Naśladownictwo jest najczystszą formą uwielbienia, a szczerze powiedziawszy, wielbić Doroty bardziej niż Lidka chyba już się nie dało. W większości przypadków niestety kopiowanie przyjaciółki nie wychodziło Lidii na zdrowie, bowiem oprócz rażącej dysproporcji w pewności siebie, którego Lidce brakowało, różniło je jakieś dwadzieścia kilogramów wagi.

Temu wszystkiemu zza oprawionych w czarne grube oprawki okularów przyglądał się Bartek od hiszpańskiego. Dorota z Lidką podjudzały go do zawarcia paktu przeciwko Justynie, ale odmówił. Wcale nie dlatego, że zapałał sympatią do nowej. Bartek do wszystkiego podchodził na luzie. Nigdy się nie spieszył. Starał się nie przemęczać, a spiskowanie kojarzyło się mu z wysiłkiem. I choć nie rozumiał Justyny, bowiem sam był raczej rozmowny i otwarty, to jednak postanowił obdarzyć ją zwykłą tolerancją, bez przesady w żadną ze stron.

W Natalii Dorota i Lidka nawet nie próbowały szukać sojusznika. Podejrzewały, że ta trzydziestotrzylatka tak naprawdę jest zakonnicą i przychodzi do biura w ramach jakichś prac społecznych. Był to typ osoby, która nikomu nie zawadza i wszystkich traktuje serdecznie. Siedzi z nosem we włoskich tłumaczeniach, chodzi w workowatych swetrach i rozdaje życzliwe uśmiechy oraz oferty pomocy. Traktowały ją trochę jak osobę specjalnej troski. Pobłażliwie i niemal z litością, ale nigdy nie ośmieliłyby się powiedzieć Natalii w oczy, co naprawdę o niej sądzą, dość często bowiem korzystały z jej życzliwości. Natalia, dzięki swojemu serdecznemu podejściu do ludzi, miała sporo interesujących kontaktów, które mogły się przydać. Potrafiła załatwić wszystko i wszędzie, co stanowiło jej niewątpliwą zaletę. Dlatego Dorota z Lidką nieszczerze komplementowały jej ciotkowate swetry w nadziei na przyszłe profity.

– Widzę, że jesteśmy w komplecie – zaświergotała szefowa swoim odrobinę zbyt wysokim głosem. Danuta dobiegała pięćdziesiątki. Wygląd szedł w parze z wiekiem, choć garderoba już niekoniecznie. Kobieta czuła się młodo i najwyraźniej chcąc zatrzymać czas, ubierała się w stylu zgrabnej dwudziestolatki. I choć jej figurze niczego nie dało się zarzucić, efekt jej starań nierzadko był naprawdę komiczny. Nikt też nigdy nie słyszał, aby mówiła cokolwiek w jakimś obcym języku, ale przecież nie musiała, od tego miała wykwalifikowany zespół pracowników. Dzięki swojej barwnej i nieco ekscentrycznej osobowości jakoś udawało jej się utrzymywać firmę na rynku w dobrej kondycji. Danuta była wygadana, wesoła i otwarta na ludzi, czym na pewno wzbudzała ogólną sympatię.

Dorota nie pojmowała, co takiego szefowa zobaczyła w Justynie, by ją zatrudnić. Lidka tłumaczyła, że to po prostu kolejny kaprys Danuty, zaraz po zaproszeniu do biura wróżki, która przepowiadała pracownikom ścieżki ich przyszłej kariery, a także po zorganizowaniu dnia kulinarnego, gdy każdy z pracowników miał przynieść przygotowaną przez siebie potrawę typową dla kraju, którego językiem włada. Do Doroty jednak koncepcja Lidki nie przemawiała. Uważała, że wtedy działo się przynajmniej coś zabawnego, a nowa jest odpychająca i wyniosła.

Kiedy wszyscy zamówili drinki i przyniesiono przekąski, Danuta wskazała na podest z mikrofonem i zatarła z uciechy ręce. Mimo że Justyna nie znała jej tak dobrze jak reszta załogi, coś jej mówiło, że szefowa pierwsza wyrwie się na scenę, i to już wkrótce.

– Masz dobry słuch? – Bartek stuknął swoją szklanką z piwem o kieliszek wina Justyny.

– Dlaczego pytasz?

– Bo jeśli tak, będzie ci trudno znieść to, co niedługo nastąpi.

– Często się tak zabawiacie? – Skinęła głową w stronę podestu.

– Niestety, zbyt często.

– Cóż, pobawicie się beze mnie.

– A ty co? – wtrącił się Dawid. – Oddalisz się do swojej pieczary?

Justynę rozbawiła ta sugestia. Trafił chłopak w dziesiątkę.

– Jak chcesz, możesz tęsknić – odparła, nie patrząc w jego kierunku.

– Przejrzałem cię – orzekł Dawid, upiwszy łyk drinka.

– Czyżby?

– To wszystko obliczone jest na osiągnięcie określonego celu.

Justyna uniosła brwi w udawanym zdziwieniu. Jej twarz w dalszym ciągu wyrażała obojętność. Kiedy Dawid nie doczekał się odpowiedzi, pozwolił sobie dokończyć.

– Chcesz doprowadzić Dorcię do białej gorączki. Powalić szefową mrówczą pracą i profesjonalizmem, pewnie dla wynegocjowania atrakcyjniejszych stawek. I najważniejsze… zdobyć mnie. Ale… jeśli o mnie chodzi, nie musisz się trudzić aż tak bardzo.

Bartek wywrócił oczami. Według niego Dawid przekroczył już granice pewności siebie i zmierzał nieuchronnie w stronę desperacji. Zamiast słuchać kolegi, zainteresował się ofertą alkoholi, orzeszkami i swoim piwem.

Justyna wzruszyła ramionami.

– Skoro tak twierdzisz.

– Czyli zgadłem?!

Niewzruszona jego entuzjazmem wróciła do picia swojego wina.

– Wiedziałem! – Klasnął w dłonie, co zwróciło uwagę Doroty i Lidki.

Bartek odszedł na chwilę, a na wolnym krześle usiadła Natalia. Swój rudy warkocz przerzuciła na plecy i nachyliła się ku Justynie.

– Dawid ma specyficzne poczucie humoru.

– Ja nie żartowałem – prychnął. – Zawsze jestem śmiertelnie poważny!

– Z pewnością – uśmiechnęła się Natalia. – Fajnie, że przyszłaś – zwróciła się znowu do Justyny. – Wszyscy podejrzewali, że nie będziesz miała ochoty.

– Słusznie podejrzewali – odparła, patrząc w zielone oczy koleżanki. Dopiero teraz zauważyła piegi na jej nosie. – Potraktowałam to raczej jako program obowiązkowy.

– Rozumiem. Nie czujesz się tutaj jeszcze zbyt komfortowo, co? Nie przejmuj się Dorotą i Lidką. One w gruncie rzeczy wcale nie są złe.

– Nie muszę się czuć komfortowo. Dorotą, a tym bardziej Lidką, wcale się nie przejmuję. Ty z kolei… nie przejmuj się mną. To niepotrzebne.

– Chciałam tylko…

– Wiem. Ale to niepotrzebne – powtórzyła z naciskiem.

Natalia potarła czoło zakłopotana. Justyna czuła, że to dobry człowiek i ma dobre intencje. Nie pierwszy raz okazała nowej koleżance bezinteresowną serdeczność. Justyna jednak nie miała ochoty na przyjaźń z kimkolwiek. Fakt, że Natalia była dobrą duszą, nie miał wpływu na jej postanowienie. W pracy chciała pracować. To wszystko. Ukradkiem spojrzała na Natalię, która wyraźnie zmarkotniała.

– Nie bierz sobie tego do serca.

– Nie ma problemu – odparła ciepło Natalia.

Justyna popatrzyła na nią nieco zaskoczona.

– Idę po wodę. Chcesz? – zapytała Natalia, wstając z krzesła.

– Nie, dzięki. Mam wino. – Wskazała kieliszek.

– Miłej zabawy! – rzuciła, kierując się do baru, choć przecież musiała wiedzieć, że Justyna nie ma zamiaru się bawić. Natalia taka już po prostu była, że każdemu się starała powiedzieć miłe słowo, nawet jeśli narażała się przez to na nieprzyjemności. Justyna, patrząc na nią, poczuła nagle tkliwość. W tej kobiecie była delikatność, ufność i czysta wrażliwość. Delikatność, która musi przyjmować najcięższe ciosy i dotkliwe rany. Z czasem, pod takim naporem, delikatność staje się twardą i silną strukturą. Uważała, że przed Natalią jeszcze długa, bolesna droga, i współczuła koleżance tej podróży. Z kolei Natalia, podchodząc do baru, miała podobne uczucia dotyczące Justyny. Nie ośmieliłaby się jednak jej tego powiedzieć.

 

Jak się okazało, szefowa miała słabą głowę. Alkohol szybko wprowadził ją w upojny stan i ruszyła dziarskim krokiem w stronę mikrofonu. Z głośników poleciała melodia Jadą wozy kolorowe, a dla Justyny był to znak, że czas się oddalić. Nie chciała każdego kolejnego dnia pracy mieć przed oczami Danuty na rauszu wykonującej stary szlagier. Zamierzała w końcu wyluzować i naprawdę się zabawić. Kiedy cała załoga zaczęła wybijać rytm klaskaniem, ona wzięła torebkę i zniknęła za drzwiami. Złapała taksówkę i poprosiła kierowcę, by zawiózł ją do jakiegoś godnego polecenia lokalu.

Już po kwadransie siedziała na wysokim stołku przy kontuarze. Barman uśmiechnął się do niej serdecznie i zapytał, czego chciałaby się napić. Tak jak planowała, zamówiła martini i z ciekawością rozejrzała się po wnętrzu. W środku panował przyjemny półmrok. Salę oświetlały jedynie boczne światła. Było przytulnie i nastrojowo. Z głośników sączył się jazz, przeznaczony raczej dla uszu niezbyt wyrobionego słuchacza, ale Justynie przypadł do gustu, bo muzyka nie pchała się na pierwszy plan, ale stanowiła jedynie tło dla wieczornego relaksu.

– Sobotni odpoczynek przy drinku? – zagaił barman, gdy stawiał przed nią martini z pływającą w środku oliwką.

– Właśnie uciekłam z firmowej imprezy integracyjnej – wyjaśniła, biorąc do ręki kieliszek.

– W takim razie nie mogła pani znaleźć lepszej kryjówki. – Mrugnął do niej.

– Też nie cierpię takich imprez – wtrącił jakiś mężczyzna, zajmując stołek obok Justyny. Kiedy nie podjęła tematu, tylko sączyła dalej swojego drinka, zamówił whisky z lodem.

– Kobieca wersja Jamesa Bonda? – nieznajomy spróbował ponownie, wskazując na jej kieliszek.

– Raczej Robinsona Crusoe – odparła, odwróciwszy głowę w jego kierunku. Zobaczyła czterdziestoletniego blondyna o wesołych oczach. Był przystojny i nieźle ubrany, o czym świadczyła błękitna koszula dobrej jakości z podwiniętymi rękawami i narzucony na ramiona szary kaszmirowy sweter. Atrakcyjnej całości dopełniał niski, dźwięczny tembr głosu.

– Nie znosiłem tej książki – stwierdził niemal ze wstrętem.

– Dlaczego?

– Historia faceta i Piętaszka samych na bezludnej wyspie…

– Zależy jak się patrzy na tę historię. – Podparła podbródek na dłoni. – Mnie się podoba już sama myśl o bezludnej wyspie.

– Z tego co wiem, on próbował się stamtąd wydostać.

– Ja bym nie próbowała.

– Nie wygląda pani na odludka.

Justyna rozciągnęła usta w uśmiechu.

– Moi współpracownicy mają w tej kwestii zgoła odmienną opinię.

– Mają rację?

– Zdecydowanie. – Wyprostowała się.

Mężczyzna wyglądał na zaintrygowanego.

– Coś pani kręci…

– Jak pan uważa. Ludzie i tak zazwyczaj wierzą w to, co chcą.

– A pani w co wierzy?

– W miły wieczór z martini.

– O to mogę się postarać. – Skinął na kelnera.

Przy następnej kolejce przeszli na ty. Przy kolejnej opowiadali sobie dowcipy i zaśmiewali się do łez. Justyna się rozluźniła i poczuła swobodnie w towarzystwie nowego znajomego. Artur okazał się inteligentny i błyskotliwy. Miał świetną pamięć do żartów i oryginalne poczucie humoru. Później poszli do sąsiedniego klubu potańczyć, gdzie Justyna z przyjemnością odkryła, że tancerzem był równie wybornym, jak rozmówcą. Wieczór zakończyli w łóżku.

Justyna miała mocną głowę, więc decyzję o wspólnej nocy podjęła zupełnie świadomie. Ostatnim mężczyzną, z którym się kochała, był jej mąż. Ale to było w poprzednim życiu. Jej ciało wołało o pieszczotę, o chwilę rozluźnienia i rozkoszy. Zaprosiła Artura do siebie, bo chciała się poczuć bezpiecznie na własnym terytorium. Mężczyzna okazał się umiejętnym i pomysłowym kochankiem. Gdy po wszystkim padli na pościel wyczerpani, on mruknął jej do ucha zadowolony. Justyna rozkosznie zmęczona zasnęła pierwsza. Śniła jej się bujna zielonością i egzotycznymi kwiatami bezludna wyspa.

Obudził ją zapach kawy. Ten aromat o poranku kojarzył jej się z dzieciństwem. Zapytała kiedyś siostrę, czy ona też ma w pamięci wspomnienie ojca siedzącego przy kuchennym stole z kubkiem kawy w dłoni. To był jego poranny rytuał. Ale Basia nie pamiętała. A później… dom rano nie pachniał już niczym. Dlatego teraz, zanim Justyna otworzyła oczy, zobaczyła siebie, jak na bosych stópkach wpada do kuchni. Ojciec zazwyczaj wtedy nalewał już sobie ogromny kubek czarnej jak smoła kawy i mawiał:

– O, jest mój mały skowronek!

Ona się wtedy zaśmiewała i gramoliła ojcu na kolana, aby wtulić się w jego niedźwiedzie ramiona i wdychać zapach wody kolońskiej Old Spice zmieszanej z aromatem kawy. Kiedy te ramiona zniknęły, a wraz z nimi zapach porannej kawy, straciła poczucie bezpieczeństwa. Otrząsnęła się ze wspomnień. Nie miała już siedmiu lat. Zmarszczyła brwi i usiadła gwałtownie na łóżku. Zarzuciła koc na swoje nagie ramiona i poszła do kuchni. Narastała w niej złość.

– O, nie śpisz już. Przygotowałem kawę! – odezwał się Artur, widząc ją w progu.

– Nieproszony.

Ustawił na stole wypełnione po brzegi kubki i podszedł do niej.

– Chciałem zrobić coś miłego. Wczoraj było wspaniale.

– Dobrze to określiłeś: „wczoraj”. – Odsunęła się o krok.

Zmarszczył brwi.

– Jesteś zła, że się panoszę, tak? Przepraszam. Może faktycznie popełniłem małe faux pas, ale zamiary miałem dobre.

– Znasz przysłowie o dobrych chęciach. – Oparła ręce na biodrach.

– Do piekła chyba za to nie trafię, co? – próbował rozładować sytuację.

– Myślę, że już czas na ciebie – rzuciła oschle, patrząc mu prosto w oczy.

Artur z zakłopotaniem podrapał się po głowie. Wyglądał na zaskoczonego nagłą zmianą nastroju Justyny.

– A mówią, że to faceci obcesowo traktują kobiety. Zrobiłem coś nie tak? – zapytał niepewnie.

– Wczoraj wszystko było w jak najlepszym porządku. Ale to było wczoraj. Bez kontynuacji w dniu dzisiejszym. Poranną kawę wypijesz u siebie – powiedziała bez cienia emocji w głosie.

– Nie doceniłem cię. Faktycznie walisz prosto z mostu.

– Na nic się nie umawialiśmy. Było miło. Przyznaję. Zachowaj to w pamięci albo zapomnij, jeśli wolisz, i żyj dalej. Z dala ode mnie.

Artur odchrząknął. Skinął tylko głową i włożył kurtkę. Po chwili Justyna usłyszała zatrzaskujące się za nim drzwi. Wypuściła powstrzymywane w płucach powietrze i podeszła do kuchennego blatu. Jedną kawę wylała do zlewu. Drugi kubek wzięła w dłonie, podmuchała i upiła kilka łyków. Kawę parzy niezłą, stwierdziła z uznaniem.

Po śniadaniu nabrała ochoty na rozpakowanie wciąż nieotwartych pudeł, które od czasu przeprowadzki tkwiły pod ścianami pokoju. Najwyższy czas uczynić to miejsce bardziej moim, uznała. Czuła silną potrzebę zaznaczenia swojego terytorium. Jakby nieplanowana wizyta obcego zaburzyła harmonię i wewnętrzny spokój jej domu. Miała nadzieję, że układanie rzeczy, ponowna organizacja i porządki przywrócą zaburzony ład. Justyna rzuciła się w wir domowych porządków, zaplanowała trochę zmian aranżacyjnych. Pojechała nawet do sklepu meblarskiego, zamówiła kilka mebli do salonu i kupiła parę bibelotów do sypialni, aby ocieplić wnętrze. Nic wielkiego. Ceramiczna figurka tancerki, lampka nocna i pusta ramka na zdjęcia, w którą nie zamierzała wkładać żadnej fotografii. Miała przypominać Justynie o postanowieniu, którego dotrzymanie miało zagwarantować jej spokój i szczęście. Na koniec dnia czuła się zmęczona, ale zadowolona. Weszła do salonu i wtedy zobaczyła na podłodze jeszcze jedno pudełko. Zupełnie o nim zapomniała. Przełknęła ślinę. Usiadła na podłodze i powoli otworzyła pokrywkę.

Może powinnam to także wyrzucić, pomyślała, zaglądając do środka. Zostawiła za sobą już tak wiele, że i tych kilka rzeczy mogła chyba zostawić. W pudełku leżał złoty łańcuszek z serduszkiem, niebieski krawat, srebrny pierścionek z różowym oczkiem, list, breloczek do kluczy z motylkiem i gruby brulion w twardej oprawie. Wzięła do ręki łańcuszek i zakołysała zawieszonym nań pękatym serduszkiem. Poczuła bolesne ukłucie w sercu, więc odłożyła łańcuszek. Zamknęła pudełko malowane w róże. Otworzyła zeszyt na pierwszej stronie. Zobaczyła swoje, jakże odmienne od dzisiejszego, pismo. Tamtego dnia zaczęła pisać pamiętnik. Potem przestała, by po wielu latach powrócić do niego i opisać wszystko, wszystko sobie poukładać. Przelewała na papier emocje, które starała się ukrywać przed matką. Nie chciała jej obciążać swoim smutkiem, przecież mamie było wtedy wystarczająco trudno. Niebieski atrament w paru miejscach się rozmazał. Pamiętała, jak płakała, pisząc te słowa. Pamiętała prawie wszystko i to było właśnie jej największe przekleństwo…