We dnie, w nocyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Agata Kołakowska, 2015

Projekt okładki

Prószyński Media

Zdjęcie na okładce

© Stephanie Frey/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Katarzyna Kusojć

Agnieszka Ujma

ISBN 978-83-8069-769-0

Warszawa 2015

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

1

Anna, 12 i 13 lipca 2013

Miasto ledwie dyszy, umęczone upałem. Powietrze aż drży, błagając o solidną burzę jak o litość. A pośród tego ja, wracająca z pracy, całkiem rześka, jak chłodzona niewidzialną bryzą. Lekka i energiczna wśród opływającego mnie potoku zmęczonych i poczerwieniałych od skwaru ludzi. Pod kołami stojących w korkach samochodów topi się asfalt, a ja roztapiam się z rozkoszy na myśl o czekającym mnie dzisiaj wieczorze.

Otóż nie będę musiała robić nikomu kolacji ani długo zachęcać Zuzki do zjedzenia porcji warzyw. Nie usłyszę sprawozdania z kolejnego nudnego zebrania w korporacji Roberta. I nie będę musiała głupio przytakiwać, aby nie zorientował się, że nie słucham już od dawna. Nie będę też po raz setny zaganiać córki do mycia, a potem wciąż od nowa czytać jej tej samej książeczki o przygodach niesfornego żółwia (swoją drogą, naprawdę nie mam pojęcia, co moja Zuzia widzi w tej bajce…). Za to będę mogła wybrać wieczorny film według własnego gustu i zjeść podczas seansu całą paczkę chipsów, nie narażając się na wykład o ich dewastującym wpływie na ludzki organizm. Kto wie, może nawet wypiję zbyt dużo wina, a jutro wstanę zdecydowanie zbyt późno? Bo nikt nie będzie mnie budził z żadnego – ale to naprawdę żadnego! – powodu. Na pewno nie wybiorę się na spacer do parku ani tym bardziej na zakupy spożywcze. Nałożę za to na twarz maseczkę z glinki i spędzę niemal cały dzień w mojej najstarszej, za to najwygodniejszej pidżamie, czytając książkę. Później może zadzwonię do Hanki i wybierzemy się do kina na najbardziej romantyczną i przesłodzoną komedię, jaką tylko znajdziemy w repertuarze. I nikt nie będzie mi jęczał nad uchem, że to naiwne i uwłaczające mojej inteligencji…

Humor mam wyborny. Cała aż drżę. Czuję się jak kiedyś, za czasów szkolnych, w przeddzień wakacji. Przechodząc na światłach, uśmiecham się do siebie, co pani idąca z naprzeciwka odbiera najwyraźniej jako oznakę szaleństwa; przygląda mi się bacznie i przyśpiesza kroku. Weekend bez męża i córki czas zacząć! – piszczę w duchu. Niech żyją teściowie i ich mały domek nad jeziorem!

Kiedy w końcu wysiadam z autobusu, wybawiona wreszcie z odgrywania roli sardynki w puszce, postanawiam wpaść do osiedlowego sklepiku, gdzie szybko wybieram niezbędne mi wieczorem akcesoria. Białe wytrawne wino, chipsy paprykowe, oliwki i lody czekoladowe. Nie wiem, jak zareaguje na to mój żołądek, ale psychika już ma się całkiem nieźle, stwierdzam, pakując wszystko do nieekologicznej (co z pewnością wytknąłby mi Robert) siatki.

Nasze mieszkanie wita mnie wszystkimi możliwymi dowodami na to, że Robert z Zuzką próbowali się spakować. Smętnie porozrzucane ubrania na krzesłach w kuchni i na kanapie w salonie. Na środku przedpokoju porzucona walizka, której najwyraźniej zdecydowali się nie zabrać, a wokół niej uznane za zbędne buty. Całkiem słusznie, gdyż są to głównie kozaki. Zaglądam do pokoju Zuzi. Przeszło tamtędy zabawkowe tornado, bo lalki i pluszaki znajdują się wszędzie, tylko nie tam, gdzie powinny, czyli na białej komodzie obok okna. Aż trudno uwierzyć, że Robert uważa się za osobę poukładaną i doskonale zorganizowaną! Mimo to, nie wiedzieć czemu, sądzi, że to ja po nim wszystko powinnam sprzątać, układać i odstawiać na miejsce. Być może ludzie zorganizowani tak właśnie mają? Mają od tego swoich ludzi? Cóż, sama jestem sobie winna. Jak by nie było, zawsze po nim sprzątam. Nawet w tym przypadku nie umiem być konsekwentna… Jestem o krok od wściekłości na męża i resztę świata, ale nie! Tym razem nie popełnię tego błędu.

Zamykam pokój Zuzki. Buty kopię pod ścianę. Ubrania zbieram na jedną kupę i postanawiam spędzić czas wyłącznie ze sobą. I dla siebie. Próbujące się do mnie dobrać poczucie winy zagryzam lodami i zapijam winem. I jest mi cudownie.

Komórka rozdzwania się gdzieś w okolicy połowy paczki chipsów. Po drugiej stronie odzywa się nieco zachrypnięty głos starej dobrej przyjaciółki. Kiedy Hanka dowiaduje się, że trafił mi się wolny weekend, pyta kontrolnie, czy aby nie bredzę w malignie, po czym obwieszcza, że będzie za godzinę z porcją ostrego jak diabli jedzenia od Chińczyka. Rozważam przez chwilę, czy powinnam mieszać azjatyckie jedzenie z lodami, ale za bardzo je lubię. Poza tym zbyt zachwyca mnie odzyskana wolność i zbyt lubię towarzystwo Hanny, aby sobie tego odmówić. Odrzucam obawy. Nadal jest mi cudownie.

Siedzimy we dwie, ramię w ramię, na podłodze, prawie tak jak kiedyś. Jakbyśmy nie przekroczyły trzydziestki, jakbyśmy nie poczyniły tych wszystkich wyborów i jakbyśmy wciąż wierzyły, że wszystko się może zdarzyć. Wszystko, co dobre, rzecz jasna. Choć Hanka – spoglądam na przyjaciółkę – być może nadal wierzy. Ja niekoniecznie.

Miałam się nie poddawać niskim nastrojom!

Dostaję do ręki pałeczki i kartonowe pudełko. Ostre smaki powodują przypływ beztroski w mojej duszy. Chyba trochę rozumiem bulimiczki. Współczuję im, ale rozumiem. Tak samo jak alkoholików. Domyślam się źródła tych niszczących uzależnień i jestem przerażona. Ja nie mam nałogów, jeśli nie liczyć nadmiernego przywiązania do kawy. Żeby uzależnić się od rzeczy szkodliwych, chyba trzeba odwagi? Ja za bardzo się boję. I zbyt wielu rzeczy.

Miałam nie myśleć, napominam się w duchu. Jestem wolna i lekka. Wolna i lekka.

– Fajnie, co? – mówi Hania, sięgając po kieliszek wina.

Czarne, gęste włosy założyła za ucho.

– Super! – przytakuję, upuszczając ponownie do pudełka zbyt śliską (jak na moją umiejętność posługiwania się pałeczkami) nitkę makaronu.

– Pomyśl tylko, że ja mam tak codziennie. Żadnego faceta nudziarza, żadnego dziecka do niańczenia i żadnych teściów!

– I powiedz jeszcze, że to był twój świadomy wybór… – Ryzykuję, mimo wszystko nieco dotknięta.

– A twój? Ile w tym było decyzji, a ile popłynięcia z biegiem niezrozumiałych zdarzeń? – Hanka patrzy mi prosto w oczy.

Prostuję plecy, bo czuję się niepewnie.

– To, że zaliczyłaś tę swoją psychoterapię, nie znaczy, że ja też jej potrzebuję. Szczególnie teraz i tutaj, na moim dywanie.

Hania omiata wzrokiem mój nowy, wciąż jeszcze jasny dywan i wzdycha.

– Czasami myślę sobie o tobie… O dziewczynie, którą znałam kiedyś, i o kobiecie, którą jesteś teraz. I wiesz co? Nic mi się kupy nie trzyma. Gdybyś mnie wtedy zapytała, jak widzę twoją przyszłość, w życiu nie opisałabym niczego, co choć trochę przypomina twoje obecne życie…

– Ale co jest niby nie tak? – Odstawiam pudełko z jedzeniem.

– Nie mów, że nie wiesz, o co chodzi.

– Nie bardzo. No dobra, kiedyś chciałam zostać gwiazdą filmową, ale… Chyba udaje się to niewielu osobom, więc nie mam powodu, by się dręczyć.

Hanka rozkłada ręce.

– Zostać aktorką. To było twoje wielkie marzenie. Dlaczego nie zrobiłaś niczego w tym kierunku?

– Po prostu zmieniłam plany. – Wzruszam ramionami.

– Nie. Coś się zmieniło, tylko nie wiem dokładnie kiedy. Jakbyś w pewnym momencie zgubiła jądro twojego „ja” i nie potrafiła go odnaleźć. Jesteś inna.

– Co cię dzisiaj napadło? – Patrzę na Hankę, jakbym widziała ją po raz pierwszy. – To naturalne, że ludzie się zmieniają.

– Chyba nie aż tak bardzo?

– Zaczynasz mnie drażnić – stwierdzam.

Głos mam odrobinę zmieniony. Ręce skrzyżowałam na piersi.

– Chcę po prostu, żebyś była szczęśliwa. Tak jak planowałaś kiedyś.

– Niczego mi nie brakuje. Wszystko jest w porządku. Nie musisz się o mnie martwić. – Zaczynam mocno gestykulować. – Za to o siebie chyba powinnaś, co? Wierny pies i jedna przyjaciółka to trochę mało jak na życie dorosłej kobiety. Nie uważasz?

– Wiesz, przez co przeszłam. Nie śpieszy mi się do kolejnych damskich bokserów.

– Nie każdy taki jest.

– Jasne! Jak mogłam o tym zapomnieć? Są przecież jeszcze nudni informatycy z tendencją do bałaganiarstwa. – Klepie się w czoło Hanka.

Śmiejemy się obie.

To właśnie to. Nieważne, jakie słowa padają między nami. Zawsze, ale to zawsze jesteśmy ze sobą blisko. Łączą nas wspólnie przeżyte lata i wspomnienia. To solidny fundament, którego nic nie może zniszczyć. Ona pamięta, jaką byłam dziewczynką, jakim podlotkiem, jaką młodziutką kobietą. I zdaje się, chyba pamięta to lepiej niż ja. Hania, najbardziej pryszczata dziewczynka w naszej podstawówce… Nikt tak jak ona nie rozwiązywał zadań z matmy. Dla niej dramatem były pryszcze, dla mnie mój mózg, który za nic nie chciał współpracować z przedmiotami ścisłymi. Kiedy Hania przeniosła się do naszej szkoły, w piątej klasie, usiadłyśmy w jednej ławce i niemal od razu zapałałyśmy do siebie ogromną sympatią. Ja twierdziłam z pełnym przekonaniem, że widziałam już gorsze pryszcze, i podsuwałam jej coraz to nowe kosmetyki na skórę, które podkradałam bratu. Ona zaś, siląc się na powagę, mówiła, że nie jestem takim głąbem matematycznym, jak sądzę. Po czym litościwie rozwiązywała za mnie połowę zadań na sprawdzianach. Tak solidne podstawy koleżeńskiej relacji mogły się już tylko umacniać. Ale nasze edukacyjne drogi się rozeszły, bo wybrałyśmy inne licea. Hania postanowiła pójść za powołaniem i trafiła na profil biologiczno-chemiczny. Od ósmej klasy zarzekała się, że zostanie lekarzem i – uwaga! – zrea­lizowała plan. Jest internistką w prywatnej przychodni i uwielbia swój zawód, chyba nawet bardziej niż swojego psa. Co wydaje się mało prawdopodobne, jeżeli się wie, jak traktuje Zenka.

 

Ja marzyłam o aktorstwie, ale cóż, po maturze poszłam na polonistykę. No to teraz mam, co wybrałam – podobnie jak tłum humanistów wykonuję mało pasjonujący zawód za nieszczególnie fascynujące pieniądze, pracując jako sekretarka w firmie ogrodniczej. Zasadniczo nie mogę narzekać; mam całkiem sympatycznych kolegów w biurze i dobre warunki pracy. Tyle że w zasadzie to wszystko. Trudno mówić cokolwiek o pasji czy wyzwaniach. Najbliżej aktorstwa byłam podczas studiów, gdy przez jakiś czas pracowałam jako bileterka w teatrze. Lubiłam atmosferę tego miejsca, mogłam za darmo oglądać wszystkie spektakle, przyglądać się pracy zespołu. Jednak wszystko, co dobre, kiedyś się kończy… Po praktykach w szkole wiedziałam już na pewno, że nie powinnam zostawać nauczycielką. Sądzę, że do podobnego wniosku powinno dojść wiele wykonujących ten zawód osób, ale nie robi tego z jakichś tajemniczych przyczyn. Ja przynajmniej pochlebiam sobie, że miałam wystarczająco rozsądku i litości dla potencjalnych uczniów. Zatem gdzie najchętniej przyjmują absolwentki kierunków humanistycznych? – zadałam sobie pytanie. Otóż do biur wszelakiego rodzaju jako asystentki i sekretarki. Ja trafiłam do Zielonych Ogrodów. Pracuję tu, odkąd Zuzka poszła do przedszkola, a więc blisko dwa lata. I od dwóch lat nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że szefowa przyjęła mnie wyłącznie dlatego, że nasze córki są równolatkami. W trakcie rozmowy kwalifikacyjnej pogadałyśmy sobie o pociechach i dużo ładniejsze, i pewnie bardziej kompetentne, kontrkandydatki pozostały daleko w tyle. Od tamtej pory stanowię firmową forpocztę.

Teraz wyjadamy z Hanką lody do końca, omawiając tragiczną ofertę wakacyjnej ramówki telewizyjnej.

– Myślisz, że oni kiedyś się zorientują, że dorośli ludzie mają krótkie urlopy, a nie dwumiesięczne wakacje? Naprawdę mogliby nie traktować nas jak dzieci i puszczać coś innego niż powtórki – stwierdza Hanka, rozłożywszy się na kanapie.

– Nie sądzę. Plotą o mniejszej oglądalności, jakby naprawdę sądzili, że ludzie na wakacjach nie mają w pokojach telewizorów.

– Po prostu chcą, żebyśmy repertuar kabaretów znali na pamięć! – chichocze Hania w trakcie przełączania kanałów.

– To jak? Jutro kino? – zagaduję, znudzona.

Nie dość, że nie znalazłyśmy niczego, na czym można by oko zawiesić, to jeszcze widziałyśmy wszystko co najmniej pięciokrotnie.

– Aha. Piętnasta obok kas? No, spadam już. – Moja przyjaciółka odkłada pilota na stolik. – Muszę jeszcze wyprowadzić Zenka.

– Szkoda, że nie możesz zostać… – jęczę, podnosząc się z podłogi.

– Zwariowałaś? Korzystaj z wolnego łóżka! O, tak się rozłóż. – Demonstruje pozycję „na orzełka”.

– W porządku! – śmieję się. – Tak się zagadałyśmy, że zapomniałam zadzwonić do Roberta i Zuzki. – Przytomnieję.

– On też nie zadzwonił. Widać tak dobrze mu u mamusi, że zdążył o tobie zapomnieć. Tak to już z nimi jest – wzdycha filozoficznie Hania. – Ale przynajmniej cię nie bije – podsumowała na odchodnym.

Trudno uwierzyć, ale tej logicznej do bólu, poukładanej i niezwykle mądrej dziewczynie przytrafiła się zupełnie idiotyczna miłość. A raczej zaczadzenie. Obiekt był przystojny, uroczy, oczytany i podobno uwielbiał muzykę organową. Posiadał sieć restauracji, co, jak mawiał, wiązało się z licznymi stresami, napięcie odreagowywał zatem, zaglądając do kieliszka i bijąc partnerkę. Rzecz jasna, nie ujawnił prawdziwej twarzy od razu; zanim zaprezentował Hani swą osobowość i spektrum okrutnych zachowań, wytrzymał rok. A ona, nabierając się na ten niby-stres, usiłowała go tłumaczyć. I trudno się dziwić, bo porównanie Macieja z początku znajomości z jego obrazem z czasu późniejszego wcale nie było łatwe. Hanka, poważna pani doktor, motała się coraz bardziej w sieci toksycznego współuzależnienia, pokornie godząc się na rolę ofiary. Pewnej nocy przyjechała do nas zapłakana, w poszarpanej bluzce i z ogromnym sińcem na policzku; dopiero kiedy otarła się o wstrząs mózgu, przyznała, co tak naprawdę dzieje się w jej związku. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego zwlekała z tym tak długo, ale zaciągnęłam ją na obdukcję. Na szczęście na szpitalnej kozetce, jako pacjentka, nad którą ze zgrozą w oczach pochylał się lekarz, gdy dostrzegła wreszcie, że zmierza w tym samym kierunku, co kobiety nieraz widywane podczas stażu w szpitalu, zrozumiała, że to nie miłość. Że nikt, kto kocha, nie postępuje w ten sposób. Podziękowała Bogu, że związek z Maciejem nie był formalny, i rozstanie, choć trudne, przebiegło szybko. On błagał, przepraszał i gorliwie zapewniał, ale Hanka była nieprzejednana.

Jednak od tamtej chwili, a minęło już pięć lat, nie znalazła sobie nikogo.

Mój zamiar pospania do nieprzyzwoitej godziny został zniweczony skoro świt.

O ósmej odzywa się telefon.

Po drugiej stronie Robert i pilna potrzeba Zuzki, by zdać relację z wczorajszego popołudnia. Po tej ja, zirytowana na siebie, bo nie pomyślałam, aby wyłączyć komórkę, i na męża, który nie wpadł na pomysł, że być może chciałabym się wyspać. Na Zuzkę irytować się nie potrafię, choć relacja z pluskania w jeziorze w nowym kółku ratunkowym o kształcie ośmiornicy nie jest szczególnie pasjonująca, za to niewątpliwie urocza. Mimo że zaledwie wczoraj cieszyłam się, że nie muszę zaganiać dziecka do łazienki ani czytać mu nudnawej żółwiowej bajki, dzisiaj piskliwy głosik sprawia, że mięknę i, hm, tęsknię. Chętnie przytuliłabym drobne ciałko, wtuliła twarz w jasne, kręcone włosy i nacieszyła się zapachem… Choć niechętnie, muszę się przyznać, że tak ciepłe uczucia żywię wyłącznie do własnego dziecka; nigdy nie cierpiałam na nadmiar instynktu macierzyńskiego. A właściwie, jeśli chodzi o ścisłość, byłam go zupełnie pozbawiona. Po prostu uległam namowom Roberta, który w pewnej chwili, zupełnie jak gdyby ktoś uruchomił w nim tajemniczy przycisk z wizerunkiem wózka, zaczął nieustannie mówić o dziecku. Ja trwałam obojętna, ale on gadał i gadał. Ciągle i bez przerwy. Ta irytująca cykliczność doprowadzała mnie do szału, więc zaszłam w ciążę dla świętego spokoju, uznając, że lepsze nieco upierdliwe dziecko niż upominający się o nie mąż. Może powinnam się wstydzić, ale takie były fakty.

No i przejechałam się na własnych kalkulacjach. Okazało się, że rozwiązanie nie jest najlepsze, bo Zuzka urodziła się z zadatkami na śpiewaczkę operową światowej klasy. Natomiast zrekompensowała mi ciągłe wrzaski czymś absolutnie bezcennym – zrozumiałam, co oznacza bezwarunkowa miłość. I choć sądzę, że daleko mi do polukrowanej matki-wariatki, dla Zuzki jestem w stanie zrobić wszystko. To, czego sama dla siebie nie potrafiłabym nigdy. Mogę przekroczyć wszelkie granice, dosięgnąć niemożliwego i… nie spać kilka nocy z rzędu.

Siedząc na łóżku i słuchając cienkiego głosiku, jestem bliska pożałowania, że jednak z nimi nie pojechałam. Tyle że niemal natychmiast przypominam sobie kwestię, którą zawsze słyszę od Marii, matki mojego męża, gdy tylko znajduję się w jej pobliżu.

– A Robuś tak dobrze się zapowiadał! Myślę, że w bardziej sprzyjających warunkach szefowałby całej firmie…

Jak można łatwo się domyślić, ja mu tych warunków nie stworzyłam. Nie jestem ani prawniczką, ani lekarką, ani nie pochodzę z zamożnej rodziny. Ale skoro już – wbrew tym wszystkim okolicznościom – jesteśmy razem, dlaczego poszłam do marnej pracy za jeszcze marniejsze grosze, zamiast zostać z Zuzią w domu? W tych Zielonych Ogrodach świata chyba nie zbawię?

No, nie zbawię. Fakt.

W jakimś hormonalnym widzie sądziłam, że wraz z pojawieniem się na świecie Zuzki awansuję w oczach teściowej z kategorii nieudacznej i niepłodnej do równie nieudacznej, ale płodnej towarzyszki życia Roberta. Nic z tego. Okazałam się zaledwie średnio „udolną” matką egoistką. Wątpliwym wzorcem dla wnusi.

I choć nie jest to przyjemna świadomość, w jednym się z Marią zgadzam: faktycznie, nie chciałabym, aby córka poszła w moje ślady. Wolałabym, aby stanowiła moje przeciwieństwo. Im bardziej będzie ode mnie różna, tym lepiej dla niej.

Pełna niewesołych myśli, wlokę się do kuchni. Wolałabym czuć się lepiej we własnej skórze. Pijąc kawę, próbuję się zastanawiać, co by mogło zmienić ten stan rzeczy i… Mam! Maseczka z glinki!

Nakładam zieloną paćkę w łazience bez specjalnego przekonania, które od wczoraj ulotniło się jak sen złoty. Postanawiam dzielnie dotrwać do piętnastej, bo wiem, że obecność Hanki na pewno poprawi mi humor. Może mój nastrój wziął się z niewyspania?

Robert. Po co budził mnie o ósmej?!

Wegetuję jakoś do drugiej, przeskakując od kobiecych magazynów do książki i z powrotem. W końcu z ulgą opuszczam mieszkanie. Pośród ludzi jest mi lepiej, choć wcale nie jestem szczególnie towarzyską osobą. Raczej przeciwnie. Ale obserwując przechodniów, słuchając, o czym rozmawiają, przynajmniej nie myślę o sobie. A przecież weekend miał być dla mnie. Wyłącznie. Tymczasem okazuje się, że najlepiej się czuję, gdy jestem od siebie najdalej.

Doszłam do tego jakiś czas temu.

Zauważam go niemal pod samą galerią handlową, w której mieści się kino. Tak, to on. Na pewno. Serce przyśpiesza, ciśnienie krwi napiera na tył głowy. Kroki robią się szybkie, coraz szybsze, już prawie biegnę. Widzę go już po drugiej stronie ulicy. Zeskakuję z chodnika.

Pisk opon. Klakson. I jeszcze jeden. Patrzę w lewo. Tuż przy nodze zderzak. Weszłam prosto pod terenowe bmw, które miało okazję zaprezentować sprawne hamulce, a jego kierowca refleks i trzeźwość umysłu. Na pewno większą niż moja podczas wbiegania na jezdnię na czerwonym świetle… Pośpiesznie kiwam głową w podziękowaniu, że mnie nie rozjechał, choć szczerze mówiąc, jestem zła, że musiałam zwolnić.

Mężczyzna po drugiej stronie jest już daleko. Biegnę za nim, ignorując epitety o ślepej idiotce. O, widzę go! Na szczęście skośnooki turysta zapytał go o drogę. Tłumacz, tłumacz, zaklinam w myślach. Tłumacz jak najdłużej. Przechodzę obok nich wolniej, niż powinnam, patrząc na twarz, usta, podbródek. Te same rysy, mocna żuchwa. Inny kształt oczu. Inaczej wykrojone wargi.

To nie on. Nie on. Serce zwalnia. Pulsowanie w potylicy znika. A niemal wpadłam pod samochód… – myślę.

Kiedy to się skończy?

13 lipca 2013, 12 204 dzień służby

Siedzę za kierowcą.

Bardzo nie lubię siedzieć z tyłu, podobnie jak jazdy samochodem w ogóle, ale czasami muszę. Podobnie jak dzisiaj. Rezygnuję z osobistych upodobań i ignoruję zawroty głowy w imię lepszej sprawy. Auto prowadzi wyjątkowo autorytarny osobnik o najbardziej krzaczastych brwiach, jakie widziałem kiedykolwiek. Ze sposobu, w jaki zwraca się do rozmówcy przez telefon, wyciągam wniosek, że nie jest ani trochę uprzejmy. Ten ktoś po drugiej stronie próbuje coś wyjaśniać, ale mój sporych rozmiarów szatyn krzyczy w kółko:

– Nie będę tego słuchał, Wolański! Zrozum wreszcie, że jesteś od tego jak dupa od srania! I to wszystko w temacie! Słyszysz?

Dlaczego ludzie używają tak osobliwych porównań? Nie wiem i chyba nigdy tego nie pojmę.

Zatem jedziemy tak razem. Ja – niezadowolony ze środka lokomocji i zasłyszanej, pewnie bardziej siarczystej, połowy dialogu. I on – coraz bardziej czerwony na twarzy.

Zbliżamy się do skrzyżowania. Jestem coraz bardziej przejęty. Wypatruję uważnie, ale wciąż jej nie dostrzegam. Wsadzam głowę między przednie fotele i od razu mam lepszą perspektywę. Jest! Moja Ania! Jasne włosy o wciąż tym samym odcieniu, co w dzieciństwie…

Rozjuszony kierowca nie przestaje wrzeszczeć na Wolańskiego i mocniej naciska pedał gazu.

Anna patrzy na drugą stronę ulicy; nie śledzi bynajmniej świateł, a energicznie wkracza na jezdnię.

Znów słyszę o tylnej części ciała nieznanego mi Wolańskiego, po czym zauważam grozę sytuacji i zaczynam się szamotać. Może to naiwne, ale wierzę, że sprawię cud. Że to coś da…

I daje. Telefon wypada kierowcy z dłoni. Tyle się mówi o używaniu zestawów słuchawkowych, ale widać niektórzy mają je w nosie. Słyszę głośne „kurwa!”, a potem upragniony pisk opon. Mężczyzna przestaje skupiać się na Wolańskim, zauważa Annę.

Hamowanie jest tak gwałtowne, że niemal wypadam przez szybę.

Ona patrzy nieobecnym wzrokiem w naszą stronę, jakby nie docierało do niej niebezpieczeństwo. Na szczęście nic złego się nie stało; Ania żyje i nic jej nie jest. Musi tylko wysłuchać – zamiast Wolańskiego – kilku nieprzyjemnych uwag, ale ja wreszcie mogę opuścić ten nieszczęsny pojazd, a ona bezpiecznie pójść dalej. Uff, znów się udało, oddycham z ulgą.

 

Martwi mnie to jej nieustanne rozkojarzenie. Czy ona nie rozumie, jakie to ryzykowne? Gdyby trzydzieści trzy lata wcześniej dostał się jej bardziej sprawny stróż, może mogłaby pozwolić sobie na więcej? Nie wie, czym ryzykuje przez zwyczajny brak skupienia!

Pędzę za nią krok w krok. Na szczęście poszła do kina, więc mogę nieco odsapnąć. Chciałbym się zdrzemnąć, ale wiem, że lepiej nie ulegać pokusie. Wcale nie mam silnej woli, ale przynajmniej uczę się na błędach. Anna zasługuje na kogoś lepszego niż ja.

Trzynastego lutego 1980 roku na świecie urodziło się 224 640 dzieci. Przypadłem małej Annie Turskiej w wielkim losowaniu. Nie chciałbym myśleć, że mogła trafić gorzej, ale wiem na pewno, że mogło jej się bardziej poszczęścić. Archanioł Rafał znacząco wzruszył ramionami, gdy o 6:12, w godzinie jej narodzin, wyciągnął kartkę z moim imieniem. Bo owszem, posiadam imię. Brzmi nawet całkiem nieźle. Nie, nie zamierzam się przedstawiać; ludzie nie powinni znać anielskich imion. Gabriel, Michał i Rafał powinni im wystarczyć. Bo generalnie powinniśmy pozostać dla nich nieznani i tajemniczy. Większość nie ma pojęcia o naszym istnieniu, sporo o nas zapomniało, a część po prostu nie wierzy. Nieważne, i tak jesteśmy zawsze tuż obok. Tyle że, niestety, z lepszym lub gorszym skutkiem…

Myślę, że powinienem przyznać się uczciwie – poprzednia służba zupełnie mi nie poszła. Dlatego właśnie wtedy, o 6:12, opiekę nad kolejną ludzką istotą objąłem pokornie, choć z grymasem na twarzy. Mój kolega, stojący podczas losowania w pobliżu, szturchnął mnie znacząco, abym powitał nową podopieczną z większym entuzjazmem. Sęk w tym, że nie chodziło wcale o brak entuzjazmu, a raczej o strach. Mój strach. Zwyczajnie się bałem.

Bo miałem powód.

Krzysztof Konopka był prawym człowiekiem. Owszem, miał słabości i wady, jak każda istota ludzka, ale w swoim życiu nie skrzywdził nawet muchy. Moja służba przy nim nie okazała się jednak sukcesem. Jego matka, Elżbieta, od małego patrzyła na synka ze zgrozą.

– To dziecko chyba anioł stróż opuścił! – powtarzała łamiącym się głosem.

Tyle że ja wcale nie opuściłem malca. Po prostu nagminnie zdarzało mi się popadać w niekontrolowane drzemki… To trochę jak narkolepsja u ludzi, u mnie związana z mało komfortowym samopoczuciem. Co tu dużo mówić – nieustanne baczenie na każdy krok człowieka nudziło mnie okropnie. I zwyczajnie usypiało. A kiedy się budziłem, zazwyczaj było za późno. Krzysztof miał już rozbite kolano, skręconą kostkę, właśnie spadł z konaru drzewa lub został pobity przez szkolnych kolegów. Żałowałem szczerze tej mojej słabości i na comiesięcznym zebraniu stróżów obiecywałem poprawę, ale nie potrafiłem się przemóc.

Lata mijały, a ja traciłem nadzieję na wzmocnienie się mojej słabej woli. Za to modliłem się chyba najbardziej gorliwie ze wszystkich aniołów za dorosłego Krzysztofa Konopkę. Aby miał więcej rozumu i siły charakteru niż jego anioł stróż… Choć tak chciałem mu pomóc, licząc, że zaopiekuje się sam sobą lepiej niż ja. Bo Krzysztof Konopka miał dobre serce i bardziej niż on sam zajmowali go inni. Ludzie wykorzystywali go do cna, ale gdy potrzebował wsparcia, nie było przy nim nikogo. No jakże to, Konopka nie da sobie rady? – mawiali. On, który zawsze wszystkich wspiera? Najwyraźniej ma na to dostatecznie dużo siły.

A prawda była zgoła inna. Krzysztof czuł się niedoceniony i bardzo samotny. Pomocą pragnął zaskarbić sobie uwagę, lecz otrzymywał w zamian przysłowiową figę z makiem (podoba mi się to porównanie; jest niezwykle obrazowe, a ja bardzo lubię figi. To znaczy lubię na nie patrzeć, oczywiście. Wyobrażam sobie wtedy ich smak. Jestem przekonany, że są równie smaczne, jak ładne). Krzysztof Konopka, wyśmiewany od małego z powodu delikatnej konstrukcji psychicznej i pewnej nieudaczności, znalazł sobie w końcu żonę, która jednak, jak się okazało, była jak inni. Wykorzystywała męża, wydając bez umiaru jego ciężko zarobione pieniądze. Do dużego mieszkania, które odziedziczył po rodzicach, sprowadzała licznych kochanków. W końcu odeszła z jednym z nich, pozostawiając Krzysztofa w rozpaczy i z ogromnym poczuciem niższości.

Pewnego dnia, w przeddzień swoich czterdziestych piątych urodzin, Krzysztof wracał jak zwykle z pracy do domu. Właśnie przechodził obok starej kamienicy, gdy zauważył dwóch wyrostków szarpiących starszego pana; żądali pieniędzy. Staruszek błagał, by go zostawili w spokoju, mówił, że ledwie żyje z lichej emerytury. Krzysztof nie byłby sobą, gdyby nie postanowił ich powstrzymać. Popchnęli go na żywopłot. Życie uszło z niego szybko, wraz z dźgnięciem nożem prosto w jego dobre serce. Choć wtedy próbowałem mu pomóc. Naprawdę próbowałem! Wrzeszczałem za jego plecami i starałem się odciągnąć go stamtąd, tyle że on nie słuchał. Zapewne nie wierzył w swojego anioła stróża. Cóż, miał słuszność…

Nie musiałem modlić się o spokój jego duszy, bo całym swoim życiem zasłużył na niebiańskie szczęście. Ale poniosłem sromotną porażkę. Kiedy był czas na pracę z moim podopiecznym, na przekazanie mu wiary w siłę intuicji, siłę moich podszeptów, ja spałem. Sądziłem, że skoro ludzie mają siebie nawzajem, nie jestem im do niczego potrzebny, ale jak się okazało, byłem w błędzie. Nie byłem z siebie dumny.

A gdy zobaczyłem tę drobną, niewinną buźkę Ani, skrzywiłem się, zdjęty najszczerszym przerażeniem. Tak niedoskonały anioł jak ja i takie bezbronne maleństwo?

Piotr, 14 lipca 2013

Zawsze, kiedy patrzę na Dorotę, ogarnia mnie to uczucie. Zaczyna się w okolicy serca, rozlewając się ciepłem po żołądku. To piękna, mądra i bardzo dobra kobieta. Nie znam lepszego człowieka od niej. Gdybym mógł wybrać sobie matkę, chciałbym, żeby była nią właśnie ona. Tyle że Dorota nie jest moją matką, a żoną. Też dobrze. A może nawet lepiej.

Dziewczynki nie wiedzą nawet, jak ogromne mają szczęście. Urodziły się rok po roku – Ala ma prawie sześć lat, a Tosia pięć. Są tak samo piękne i bystre jak ich mama. Kocham je bezgranicznie. Bez tych trzech kobiet moje życie nie miałoby sensu.

Siedzę na kocu pod drzewem i patrzę na Dorotę bawiącą się z małymi w jeziorze. Rzut żółtą, plażową piłką do Ali. Ala odrzuca ją Tosi. Zbyt wysoko rzucona piłka przelatuje tuż nad głową siostry. Tosia biegnie po zabawkę, pokonując opór wody. Odzyskuje piłkę, rzuca ponownie.

Odkładam gazetę, z której i tak nie dowiem się niczego pozytywnego, i ruszam w kierunku rodziny. Pragnę śmiać się i uczestniczyć w zabawie. W życiu miałem dużo marzeń, z których większość się nie spełniła. A tymczasem okazało się, że od rodziny dostałem znacznie więcej, niż mógłbym sobie zamarzyć.

Trzymam się jej jak tratwy podczas dryfu po wzburzonym oceanie.

Zabawa kończy się wkrótce – Tosia zostaje ochlapana wodą przez Alę i wielka radość zamienia się w jeszcze większą obrazę. Proponuję Dorocie, żeby popływała, a nasza trójka powraca na koc. Tosia ma charakterek. Niełatwo przychodzi jej wybaczenie kawału i twardo ignoruje zaczepki siostry. Alicja przeprasza i przeprasza. Ja potwierdzam, że przecież to nic takiego. Że to był tylko dowcip.

– Mnie nie bawił – stwierdza Tosia, patrząc na mnie tak, że przez chwilę mam wrażenie, że rozmawiam z dorosłą Antoniną.

– W porządku. Ala nie powinna tak robić, ale już przeprosiła. Będzie super, jeśli jeszcze obieca, że to się nie powtórzy? – podsuwam, błagając Alę wzrokiem, aby zechciała ze mną współpracować.

– Więcej tego nie zrobię. – Ala skubie końcówkę jasnego warkocza.

Tosia zadziera głowę i patrzy w niebo. Milczy dłuższą chwilę, aż wreszcie spogląda na siostrę.

– No dobra. – Odpuszcza. Jej oczy się rozjaśniają. – Tato, idziemy na lody? – zagaja, jakby nie było tematu.

Biorę moje panny za ręce i zmierzamy do pobliskiego baru, gdzie przepłacamy za lody na patyku. Gdy wracamy, Dorota leży na kocu, opalając zgrabne ciało.