Szczęście na miarę

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

Cieszę się, że zechciała się pani ze mną spotkać. – Dagna przysunęła bliżej filiżankę z kawą. – Bo już obawiałam się, że się pani nie odezwie.

Pani Mariola rozdarła torebkę z cukrem i wsypała zawartość do swojego cappuccino.

– Nie ma sprawy. W moim wieku każda okazja do wyjścia z domu to nie lada gratka.

– Chyba pani przesadza.

– Może trochę, ale niewiele. Kariera zawodowa, z której swoją drogą niewiele wyszło, już za mną. Dzieci dorosłe, na stanie tylko jeden wnuczek. Został mi mój blog i uprawa kwiatów na balkonie.

Była zaskoczona, że ktoś zainteresował się artykułem napisanym przez nią lata temu. Chciała wyciągnąć od Dagny, o co chodzi, ale ta wolała rozmowę w cztery oczy.

Teraz przeszła do rzeczy. Podała kobiecie wydrukowany tekst.

– Pamięta to pani?

Dziennikarka spojrzała z zaciekawieniem, ale na jej twarzy nie pojawił się błysk przypomnienia.

– Nie bardzo, chociaż pamiętam ten cykl – stwierdziła. – To był wymysł naczelnego. Chodziłam od bazaru do hurtowni materiałów budowlanych. Konia z rzędem temu, kto zrobi z tego ciekawy kawałek! – Oparła łyżeczkę o spodek.

– Czy to było coś w stylu zakamuflowanej reklamy? Przedsiębiorcy za to płacili?

– Nie wydaje mi się. Ot, specyfika tamtych czasów. Dlaczego właściwie to panią interesuje? – Mariola Kot spojrzała na Dagnę. – Przecież to nic nieznaczący tekst.

– Chciałabym napisać o tym krawcu. Wiem z pewnych źródeł, że nie jest w porządku wobec swoich klientek.

Pani Mariola niemal zakrztusiła się kawą.

– A co złego może robić krawiec? Oszukiwać na materiale? – Roześmiała się.

To pytanie sprawiło, że Dagna poczuła się zawstydzona. Nagle zorientowała się, jak głupio zabrzmi, gdy powie, że pan Kittay wmawia kobietom, że szyje magiczne sukienki. Ta konstatacja sprawiła też, iż zaczęła wątpić, czy w ogóle warto się tym tematem zajmować. Naczelny będzie miał używanie, pomyślała.

– Cóż, zamierzam właśnie to zbadać – odezwała się. – Jak rozumiem, wtedy gdy powstał pani artykuł, nie słyszała pani o nim nic podejrzanego?

– Skoro ten tekst w ogóle nie zapadł mi w pamięć, to znaczy, że nie. I jeśli mogę coś poradzić, jako starsza koleżanka… Proszę to zostawić i napisać o czymś innym. To nie jest dobry temat. Szkoda, że wtedy nikt mi o tym nie powiedział.

Dagna podejrzewała, że dziennikarka wzięła ją za głupiutką gęś bez zawodowego wyczucia. Zresztą w tej kwestii nie miała w garści nic, co zmieniłoby to postrzeganie. Przecież nie mogła powiedzieć, że Lidka wierzy, iż uzyskała kredyt dzięki sukience od Kittaya. Doszła do wniosku, że nic tu po niej. Dopiła szybko kawę, uregulowała rachunek i pożegnała się, tłumacząc, że czekają obowiązki.

– Niech pani zagląda na mojego bloga! – zdążyła jeszcze powiedzieć pani Mariola. A Dagna pomyślała, że może i ona kiedyś tak skończy. Z mało popularnym blogiem i uprawą kwiatów na balkonie. Tylko, niestety, bez dzieci i wnuków.

Mirela snuła się po sklepie, czekając na kolejną falę klientów. W tygodniu do szesnastej ruch był umiarkowany, bo ludzie przychodzili na zakupy dopiero po pracy. Przetarła witryny, wyrównała koszule na wieszakach, a teraz układała krawaty. Kolorystycznie, tak jak zapewne zrobiłby to Leonard.

Z zaplecza wyjrzała Oliwia, mówiąc, że zaparzyła herbatę.

– Napij się, bo potem nie będzie kiedy – ostrzegła.

Mirela jedynie skinęła w odpowiedzi.

– Co jesteś dzisiaj taka zmarnowana? To przez wczorajsze wyjście?

– Możliwe – odparła, nawijając krawat na dłoń.

Umieściła go w ekspozytorze i razem z pozostałymi wsunęła pod szklaną ladę. Choć nie miała specjalnej ochoty na ten wypad, wybrała się z nowymi znajomymi na drinka. Nie chciała wyjść na starą sztywniaczkę. Poza tym Wiktor uważał, że dobrze będzie, jeśli zintegruje się z zespołem. Musiała przyznać, że w sumie było całkiem sympatycznie, ale i tak nie potrafiła nic poradzić na to, że czuła, iż nie pasuje do tego miejsca. Młodszych kolegów łączyły sprawy typowe dla ich wieku. Rozmawiali o ślubach, urządzaniu się, imprezach albo o kłopotach z małymi dziećmi. Do wszystkich tych tematów oczywiście mogła się przyłączyć, ale każda jej kwestia musiałaby zaczynać się od słów: „Za moich czasów…”.

– W takim razie musisz wychodzić z nami regularnie. – Oliwia się roześmiała. – W poprzedniej pracy nie mieliście takiego zwyczaju?

Rozbawiona pytaniem Mirela uśmiechnęła się. Przez dwadzieścia lat u Leonarda tylko raz się zdarzyło, że mieli wyjść na drinka. Miał to być tamten pożegnalny koniak.

– Jakoś się nie składało – odparła.

– A gdzie pracowałaś? Chyba nie wspomniałaś…

– U krawca. Szyliśmy sukienki. – Mirela oznajmiła to takim tonem, jakby opowiadała o najmilszym wspomnieniu z dzieciństwa.

– Serio? Potrafisz szyć? – podekscytowała się koleżanka. – Akurat jestem przed imprezką. Mogłabym coś u ciebie zamówić?

– Potrafię, ale niestety nie mam w domu maszyny.

– To może podasz mi namiary na tego krawca, jeśli jest godny polecenia?

Mirela już miała to zrobić, ale słowa zawisły na końcu języka. Zasada działania pracowni była prosta i niezmienna: polecała wyłącznie klientka i tylko jednej osobie. Oczywiście mogła złamać tę regułę. Leonard i tak by się nie dowiedział, a mógłby pozyskać zlecenie. Wiedziała jednak, jak poważnie podchodzi do ustalonego zwyczaju.

I może właśnie w tym tkwi błąd?, oświeciło ją. W czasach prosperity może chroniło go to przed zbyt dużym napływem klientek i sprawiało wrażenie, że pracownia jest dostępna tylko dla wybranych. Ale obecnie ta konwencja uszczuplała zamówienia. A to był powód, dla którego musiał ją zwolnić. Mimo wszystko nie chciała postępować wbrew Leonardowi, dlatego postanowiła, że najpierw z nim porozmawia.

– Wiesz, Oliwio, muszę pogadać z byłym szefem – odparła. – Wspominał, że być może niebawem zamknie zakład – skłamała.

– Serio? Gdyby świetnie szył, chyba nie musiałby zamykać? – zauważyła koleżanka. – Chyba jednak rozejrzę się po sklepach – dodała i przypomniała o stygnącej herbacie.

Mirela poszła na zaplecze, choć najchętniej wybiegłaby ze sklepu i popędziła prosto na Staromiejską. Czuła ekscytację. Oczami wyobraźni zobaczyła, jak przychodzi do pracowni przed dziewiątą i jak zawsze zaczynają z Leonardem dzień od filiżanki herbaty. W trakcie dnia wypijają ich jeszcze kilka. Są to takie ich małe przystanki pomiędzy rozmowami z klientkami, przymiarkami, pomiarami, wykrojami i szyciem. Jakże chętnie wymyślałaby kolejne wymówki, aby uchronić Leonarda przed pogawędkami z Marią. Kiedyś męczył ją afekt jego sąsiadki, lecz teraz myślała o tym z rozrzewnieniem. Wszystko, co składało się na pracownię, stanowiło jej codzienne szczęście.

Może uda się do tego wrócić?, myślała rozgorączkowana. Nie potrafiła uwierzyć, że najprostsze rozwiązanie znajduje się dosłownie na wyciągnięcie ręki. Miała nadzieję, że Leonard zechce z niego skorzystać.

Dagna miała już wejść do redakcji, ale usłyszała dobiegający z torebki dźwięk telefonu. Wydobyła go i spojrzała na wyświetlacz.

Marcin?, zdumiała się. Od kiedy wyprowadził się z domu, zadzwonił do niej zaledwie kilkakrotnie. W żadnej z tych rozmów nie okazywał skruchy i nie prosił o wybaczenie. Może teraz? Termin rozprawy rozwodowej był wyznaczony na wrzesień i Dagna sądziła, że spotkają się dopiero w sądzie.

– Tak? – Zadbała, aby jej głos zabrzmiał szorstko.

– Cześć, Dagna. Mam sprawę.

– Twoje sprawy już mnie nie interesują. – Odeszła w głąb korytarza, żeby nikt jej nie słyszał.

– Nie musisz być taka. Co się stało, już się nie odstanie.

– Bardzo wygodne stwierdzenie.

– Pamiętasz, jak rozmawialiśmy o mieszkaniu? Ustaliliśmy, że zostawię ci je w ramach… – Marcin odchrząknął. – …rekompensaty.

– Licha ta rekompensata.

– Niemniej jednak to nasza wspólna nieruchomość. Chciałbym, żebyś mnie spłaciła.

– Słucham?! Z czego niby miałabym cię spłacić? Mam sprzedać mojego starego opla? A może z tych dziesięciu tysięcy, które zaoszczędziłam na czarną godzinę?

Dagna weszła do toalety. Wolała, żeby nikt nie słyszał tej rozmowy.

– Przecież możesz wziąć kredyt. Albo sprzedajmy mieszkanie. Kupisz sobie kawalerkę. Umówmy się, po co ci trzy pokoje? Mieszkasz sama, nie masz dzieci. Nawet psa!

Zacisnęła zęby. Z trudem powstrzymywała się, by nie cisnąć telefonem o podłogę. Nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. Choć wiedziała, że rozwodzący się ludzie zdolni są do najróżniejszych świństw, miała nadzieję, że Marcin zna granice przyzwoitości.

– Dzieci? A ty niby je masz? – warknęła. – A psa nie chciałeś, bo twierdziłeś, że to kłopot!

– Takie uwagi są poniżej twojej godności! – pouczył zimno. – Moja sytuacja się zmieniła. Potrzebuję gotówki. Teraz jestem odpowiedzialny nie tylko za siebie. A dzieci Doroty traktuję jak własne – podkreślił.

– Skontaktuje się z tobą mój prawnik – wycedziła.

Zrobiło się jej gorąco. Odkręciła kran i opłukała twarz, nie bacząc na makijaż. Miała ochotę zadzwonić do Lidki i powiedzieć, żeby ta szykowała kanapę w salonie, bo wygląda na to, że niedługo się do niej sprowadzi. Przed wybraniem numeru przyjaciółki powstrzymała ją wyłącznie świadomość, co od niej usłyszy. „Idź do krawca. Co ci zależy!”.

Cholerny Kittay, recepta na wszystko! Na problemy finansowe i niewiernego męża!, Dagna zazgrzytała zębami do swojego odbicia w lustrze. Smugi tuszu, jak czarne łzy, spływały jej po policzkach. Targała nią złość i obezwładniająca bezsilność.

– A żebyś wiedziała, że pójdę! – powiedziała na głos. – Tylko po to, żeby go zdemaskować!

Miała dość mężczyzn wykorzystujących kobiece słabości.

 

Tym razem zamierzała zadziałać sprytniej. Skoro nie chce rozmawiać z mediami, nie będzie musiał. Pójdę tam jako klientka z polecenia przyjaciółki, postanowiła. Zresztą wszystko się zgadza. Tyle że tę przygodę, zamiast naiwną fascynacją, zakończę artykułem. I to świetnym! Zadziwię nie tylko Bogdana, ale nawet panią Mariolę.

Czuła, że jej obowiązkiem jest wykazanie, że wbrew różnym rojeniom szczęścia nie można kupić.

Nie zamierzała zwlekać. Pośpiesznie wytarła twarz i wróciła do redakcji. Wparowała do gabinetu naczelnego jak burza, ale zanim zdołała się odezwać, powstrzymał ją gestem dłoni.

– Coś pilnego? – zapytała, bo nie przestawał gapić się w komputer.

– Oglądam Cezara na wideokamerze. Wczoraj zainstalowałem. Biedaczysko, musi teraz siedzieć sam w domu. – Skrzywił się. – Mam nadzieję, że Przemek ma alergię na coś innego. Chcesz zobaczyć, jak goni piłeczkę? – zaproponował.

Przemek czy pies?, przemknęło Dagnie przez głowę.

– Bogdan, muszę wyjść wcześniej z pracy – powiedziała ze zbolałą miną, która miała powstrzymać szefa od zadawania pytań. – Wypadło mi coś pilnego.

– A wrzuciłaś przegląd najlepszych lodziarni na stronę? Słyszałem, że do Eskimosa ciągną się kilometrowe kolejki.

– Jeszcze nie, ale jest już gotowy. Przygotowałam też materiał o miejscach, które dawniej były popularne w naszym mieście.

– Zjadłbym loda… – Bogdan potarł brodę.

Pomyślała, że ścieżki awansu bywają czasem naprawdę zastanawiające.

– To co? Mogę iść? Poproszę Przemka, żeby opublikował to za mnie.

– Idź! – Bogdan machnął ręką, jakby odganiał muchę krążącą nad jego wyimaginowanym lodem.

Dagna od razu się ulotniła, żeby nie zdążył zmienić zdania albo nie wysłał jej do lodziarni. Podeszła do kolegi i poprosiła o przysługę. Obiecała, że odwdzięczy się przy najbliższej sposobności. A potem niemal wybiegła z budynku. Z tyłu głowy wciąż huczały jej myśli o możliwej konieczności sprzedaży mieszkania.

Do adwokata zadzwonię później!, odgoniła je. Teraz miała pilniejszą sprawę. Musiała zamówić sukienkę.

Leonard wyciągnął belę materiału i położył ją na stole. Pani Magda zaakceptowała projekt, mógł zatem zabrać się do pracy. Kończą się jedwabie, powinienem zadzwonić do hurtowni, stwierdził. Miał ulubioną, która sprowadzała tkaniny z Włoch, w dość przyzwoitych cenach.

Przeciągnął palcami po tkaninie. Lubił jej chłód, miękkość i fakturę. Zawsze podobała mu się legenda o odkryciu jedwabiu w ogrodzie cesarza chińskiego Huang Di. Jego żona Xi Lingshi wybrała się tam, by sprawdzić, co niszczy drzewa morwowe. Zauważyła białe larwy w kokonach i zabrała kilka do pałacu. Jeden z nich wpadł jej do wrzątku, a przędza zaczęła się rozwijać. Cesarzowa nawinęła ją na szpulkę, a z nici utkała szatę dla męża. Dlatego właśnie Xi Lingshi do dziś uznawana jest za patronkę tkactwa, do której modlą się tradycyjni wytwórcy jedwabiu.

Rozwinął belę ostrożnie. Chciał przystąpić do krojenia, ale wcześniej musiał rozprasować linie złożenia, inaczej nie zniknęłyby nawet po wypraniu. Włączył żelazko, odszedł na chwilę od stołu i włączył ulubioną stację, która nadawała głównie muzykę klasyczną. Pokój wypełniła aria Violetty z Traviaty, a on się uśmiechnął. Przepadał za Verdim. Trochę mniej niż za Mozartem, ale bardziej niż za Bizetem. Zaczął nucić pod nosem. Zatracił się w muzyce tak bardzo, że ledwie usłyszał dzwonek do drzwi.

– Nie przerywa się geniuszowi! – oznajmił w powietrze, zajęty udawaniem Verdiego, choć zamiast batuty trzymał w ręku radełko. W końcu jednak przyciszył radio i poszedł do przedpokoju.

Po drugiej stronie drzwi stała niewysoka blondynka. Wyglądało na to, że upał rozprawił się z jej makijażem, bo pod lewym okiem miała czarną plamę. Letnie spodnie i luźna bluzka w kropki, odnotował Leonard. Wydaje się znajoma, pomyślał.

– Pani w sprawie datków? – zapytał, podejrzewając, że reprezentuje którąś z organizacji charytatywnych, które dość często kwestowały w okolicy.

– Nie. Chciałabym skorzystać z pańskich usług – powiedziała Dagna.

Spostrzegła, że Leonard Kittay żadną miarą nie wygląda tak, jak go sobie wyobrażała. Sądziła, że jest wąsatym kościstym jegomościem z rozbieganym wzrokiem. Nie wiedzieć czemu, zawsze jawił się jej w roboczym fartuchu. Tymczasem stojący przed nią wysoki mężczyzna z pewnością wiedział, co to styl. Gdyby ubrać go we frak, kojarzyłby się z dostojnym dyrygentem Filharmoników Wiedeńskich.

– A była pani umówiona?

– Nie wiedziałam, że trzeba. Nazywam się Da…ria Krajewska. Poleciła mi pana moja przyjaciółka, Lidia. Niedawno szyła u pana sukienkę. Spodobała mi się.

Leonard nagle przypomniał sobie swoje nieudane wyjście na koniak i zrozumiał, dlaczego kobieta wydaje mu się znajoma. W jego uszach rozbrzmiał mu męczący śmiech dwóch paplających koleżanek.

– Spodobała się pani sukienka czy efekt? – Popatrzył podejrzliwie.

– A to nie to samo? – Drażniła się.

– Teraz jestem zajęty. Umówmy się na inny termin.

– Leonardzie, zrób wyjątek! – Z góry rozległ się donośny głos. Jak zwykle czujna Maria stała przy balustradzie. – Ta pani była tutaj, kiedy wyjechałeś. Niestety, musiała odejść z kwitkiem.

Dagna uśmiechnęła się do uczynnej sąsiadki z wdzięcznością.

Leonard wyszedł na klatkę.

– Właśnie takie są skutki nieumawiania się.

– Nie zachowuj się jak stary pryk, który upiera się dla zasady. – Maria wzięła się pod boki.

Zdezorientowany Leonard uniósł brwi. Po raz pierwszy sąsiadka wypowiedziała do niego słowa niepodszyte uwielbieniem.

– Chyba po to ma się muzę, żeby czasem jej posłuchać? – stwierdziła Dagna, puszczając oko do kobiety.

– Jaką muzę? – zapytał skołowany Leonard, na co Maria rozłożyła ręce.

– Mój drogi, najwyraźniej pewne sprawy są dla innych widoczne od razu.

Sapnął rozdrażniony.

– Nie wiem, o co wam chodzi, ale może to i lepiej. Niech pani wejdzie. Skoro fatygowała się pani już drugi raz…

Dagna przeszła przez niewielki korytarz, który łączył się ze sporym pokojem. Zauważyła, że jest tu całkiem przyjemnie. Z radia płynęła spokojna muzyka. Ciekawe, czy to sposób na naiwne klientki?, zastanawiała się. Przez duże otwarte okno do środka wdzierały się odgłosy bezskutecznie uruchamianego silnika.

– To sąsiad, kompulsywny mechanik – wyjaśnił krawiec.

Dagna minęła spore lustro i stół, na którym leżał jakiś materiał.

– Może wody? – Leonard wskazał na dzbanek na stoliku.

– Dziękuję, wolałabym przejść do rzeczy.

Na szczęście, pomyślał i poprosił, aby usiadła.

– Jakiej sukienki pani potrzebuje? – Sięgnął po notes.

– Jakiejkolwiek! – wypaliła bez namysłu. – Nie mam ich zbyt wiele.

– To bolączka współczesnych czasów – mruknął, zajmując krzesło naprzeciwko sofy. – Sporo kobiet twierdzi, że spodnie są wygodniejsze. – Jego wzrok ponownie spoczął na jej ubraniu. – Ale zapewniam, że nie dotyczy to moich projektów.

– Ale po turecku i tak się w sukience nie usiądzie.

– A po co siadać po turecku? Przecież nie ma pani sześciu lat.

Dagna mogła mu to wyjaśnić, ale nie przyszła tutaj, aby wdawać się w zbędne dyskusje. Zaczęła się zastanawiać, na jaką sukienkę wydać pieniądze, skoro i tak musi coś zamówić. Pomyślała o ślubie siostry. Kamila wprawdzie nie wyobraża sobie, żeby włożyć na siebie dzieło Kittaya, ale przecież ja nie muszę oglądać się na teściową, która pracowała w „Vogue’u”, stwierdziła.

– Moja siostra wychodzi za mąż. Uroczystość odbędzie się w Paryżu. Będę świadkową, więc przydałoby się coś stosownego.

– Paryż… Doskonale. Na kiedy szyjemy?

– Ślub dopiero w przyszłym roku – odparła.

– I już pani o nim myśli? Wiem, że kobiety są zapobieg­liwe, ale często zmieniają zdanie. Co gorsza, nieustannie manipulują przy swojej wadze, co nie jest w tym wypadku bez znaczenia. – Słowa zostały wypowiedziane beznamiętnie, bez podnoszenia wzroku znad notesu.

– Proszę się tym nie kłopotać – oświadczyła. – Podejmę ryzyko. Lubię być przygotowana.

– W takim razie jak ją pani sobie wyobraża? Jak się pani chce czuć?

Dużo pytań jak na jedną sukienkę, zauważyła Dagna.

– Ma być prosta. Nieprzyciągająca uwagi. Nie znam się na tkaninach, więc w tej kwestii nie potrafię niczego zasugerować. Ale to będzie latem, więc zapewne coś delikatnego. Co pozwoli na swobodne ruchy i oddech.

Leonard przetaczał w palcach ołówek.

– Ma nie przyciągać uwagi? Rzadko spotykam się z taką prośbą. Zazwyczaj klientki…

– Najwyraźniej jednak nie wie pan wszystkiego o kobietach – weszła mu w słowo.

Popatrzył przeciągle, jakby zastanawiając się, czy ją wyprosić.

– Najwyraźniej – przytaknął.

Miał wprawdzie na myśli Małgorzatę, ale zorientował się, że siedzi przed nim kobieta z charakterem. A wizerunek drobnej i eterycznej blondynki jest iluzją. Stało się jasne, że nie może ubrać jej w niebieskie tiule ani pastelowe szyfony. Zastanawiał się, co to powinno być.

Wizja nie zrodziła się od razu, jak zazwyczaj.

– Ma pan jakieś sugestie? – przerwała przedłużającą się ciszę.

– Będę potrzebować trochę czasu. Może kilku dni. Wydaje mi się, że jest pani osobą, której nie zadowolą rozwiązania oczywiste. Ale nie wiem wszystkiego o kobietach, więc mogę się mylić – dodał ironicznie.

Punkt dla ciebie!, pomyślała Dagna.

– W porządku. Ale proszę nie przesadzić. Tak jak wspomniałam, chciałabym, aby było to coś skromnego.

– Paryska moda często jest skromna, choć jednocześnie zapiera dech w piersi. To wielka sztuka osiągnąć taki efekt. – Leonard sięgnął po kartkę.

Pożałował, że nie ma z nim Mireli. To ona wydobywała z klientek życzenie, z którym tutaj przychodziły. Pomagała je formułować. Odsiewać.

– Proszę. – Podał gościowi przybory do rysowania.

Choć Dagna domyślała się, o co chodzi, zamierzała zabawić się sytuacją.

– Mam panu pomóc? Nie potrafię szkicować.

– To przyjaciółka nic pani nie powiedziała? – Wyprostował się. – Podobno mnie poleciła?

– Oczywiście wiem o wszystkim. Lidka w końcu dostała kredyt na mieszkanie, ale nie opowiedziała mi krok po kroku, co należy zrobić, aby uzyskać taki efekt. Normalnie powinna wynegocjować to z bankiem, ale ona zarzeka się, że pozytywnie rozpatrzono jej wniosek dopiero po włożeniu sukienki od pana.

– Cóż – bąknął. – Nic dodać, nic ująć. Proszę napisać w kilku słowach, o czym pani marzy. Życzenie zostanie wszyte w sukienkę.

– A potem co?

– A potem pani ją włoży i będzie nosić. Kto wie, może nawet spodoba się w Paryżu. – Sięgnął po miarkę.

Przynajmniej nie serwuje mi wymyślnych kłamstw, zauważyła. Ma więcej przyzwoitości niż szarlatani.

– Jest pan zbyt skromny. – Spróbowała wziąć krawca pod włos.

Odparł, że całkiem niedawno zdarzyło mu się słyszeć tę uwagę. A potem zapytał, czy może zdjąć miarę. W trakcie Dagna nie odezwała się ani słowem. Kiedy skończył, upewniła się tylko, czy to wszystko na dzisiaj. Zanotowała coś pośpiesznie na kartce i zostawiła ją na kanapie.

Leonard spojrzał na zapisek, dopiero gdy ją odprowadził.

– Chcę dawnego Marcina – przeczytał.

Nie wiedział, kim jest Marcin. I w przeciwieństwie do Mireli nie zamierzał dopytywać. Ostatecznie to nie miało znaczenia. Znaczenie miała wyłącznie sukienka.

Do nich właśnie sprowadzało się wszystko w jego życiu.

Choć Dagna powiedziała to Lidii, wcale nie zamierzała tego napisać. Ale gdy trzymała w dłoni pustą kartkę, poczuła smutek. Moje marzenie?, pomyślała gorzko. Jeszcze niedawno miała ich całe garście. Wszystkie wydawały się tylko kwestią czasu, pracy i zaangażowania. Mieli dojść do celu razem. I właśnie przez tę ostatnią refleksję całą sobą zapragnęła, aby było jak dawniej. Żeby Marcin znów był taki jak kiedyś. Żeby ją kochał.

Poczuła się śmieszna i słaba. Przecież nie sposób ot tak odwołać wyrządzonych świństw, dumała, wracając do samochodu. Nie wierzyła w to. I była pewna, że Leonard Kittay także w to nie wierzy. Widziała to w jego oczach, słyszała w brzmieniu jego głosu.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?