Szczęście na miarę

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– To nie może być to – oznajmił. – Jestem starym koniem i nie żyję złudzeniami.

– Ale coś jednak wytrąciło cię z równowagi?

– Masz rację. Może miłość, którą dostrzegłem w jej oczach, kiedy mówiła o Edwardzie? Widziałem, co straciłem. I co nigdy nie będzie mi dane. Nie jestem już młodzieniaszkiem. Szkoda zwijać się z tego świata w poczuciu, że ominął mnie jego sens. Ale ty tego nie zrozumiesz. – Potarł czoło.

– Hola, hola! Ile ty masz lat, człowieku? Wszystko jeszcze przed tobą. My z Felicją jesteśmy razem od siedmiu. I chyba sam widzisz, jak się dobraliśmy.

Leonard uśmiechnął się z przekąsem. Stach pocieszał go w ten sposób przez cały czas. Podejrzewał, że gdyby dożył osiemdziesiątki, usłyszałby od niego to samo. Wziął ze stołu talię kart i zaczął tasować. To był znak, że temat został zakończony.

Wrócę do domu i jak zawsze zajmę się szyciem. Życie zamieniłem na szycie, podsumował. I zabiorę z biurka ramkę z jej zdjęciem!, postanowił. Już chyba najwyższy czas.

Małgorzata poprosiła dzieci, aby następnego dnia wróciły do siebie. Opierały się, twierdziły, że to za wcześnie, ale przekonała je, że będzie często dzwonić. Chciała przestać czuć ich nieustanny nadzór. Wiedziała, że robią to z miłości, ale trzymanie się dla nich w garści kosztowało ją wiele wysiłku.

Kiedy Sylwia przyniosła jej podwieczorek, na tacy znalazła coś jeszcze. Stare zdjęcie, na którym była w żółtej sukience.

– Masz ją jeszcze?

– Na pewno gdzieś jest. Może na strychu, wśród starych szpargałów.

– Mieliście się kiedyś ku sobie z panem Leonardem?

– A skąd to pytanie?

– Tak czuję. Jaki mężczyzna szyje dla kobiety, która jest mu obojętna?

– Krawiec – rzuciła Małgorzata, siląc się na niedbały ton.

Sylwia się roześmiała.

– No tak. Ale wy znacie się całe życie, a uszył ci tylko tę jedną kieckę. Skoro byliście przyjaciółmi, to chyba mógł robić to częściej? Najwyraźniej coś sprawiło, że nie chciał. Albo nie powinien.

Małgorzata pomyślała, że jej córka jest zbyt bystra.

– Cóż, chyba nie ma sensu się wypierać.

– Wiedziałam! – Sylwia klasnęła w ręce.

– Nie odkryłaś żadnej sensacji. To było sto lat temu. Spotykaliśmy się z Leosiem, jeszcze zanim poznałam waszego ojca. Potem trzymaliśmy się razem i…

Córka patrzyła wyczekująco. A Małgorzata zorientowała się, że właściwie nie wie, jak dokończyć to zdanie. Z perspektywy lat nic nie było oczywiste.

– Odpłynęłaś – zauważyła Sylwia.

– Bo wyciągasz takie stare historie. A życie poszło dalej. I co najważniejsze, dało mi was. – Matka pogładziła ją po policzku. – Mojego Edzia i dzieci. A stara sukienka kurzy się gdzieś na strychu.

Teraz siedziała w pokoju i przyglądała się zdjęciu. Leonard lubił ją fotografować. To zostało zrobione na nadmorskim deptaku. Ma na głowie kapelusz. Przytrzymuje go ręką, aby nie zwiał go wiatr. Na ziemi stoi wiklinowy koszyk, z którego wystaje rąbek plażowego koca. Wysoko nad jej głową krążą mewy. W oddali widać spacerujących ludzi, po lewej nogę jakiegoś mężczyzny, który wszedł w kadr. Ale te wszystkie szczegóły są nieważne, choć zwykle mają to do siebie, że zmieniają wiele. Na zdjęciu zwraca uwagę głównie jej wyprężona postawa. Dumna, silna, pewna. Przekonana.

Tak właśnie się wtedy czułam, Małgorzata pogładziła opuszkiem palca chropowatą powierzchnię odbitki. Kolory są nieco wyblakłe, nie takie jak z pierwszego lepszego współczesnego telefonu. To było nasze lato! W brzuchu tętniło mi słodkie oczekiwanie przyszłości.

Zaśmiała się cicho, przypomniawszy sobie, że w pewnej chwili wiatr przybrał na sile i poderwał jej spódnicę, odsłaniając nogi i bawełniane majtki.

– Przytrzymaj ją! – poprosił Leonard. – Nie chcę, żeby wszyscy faceci się tutaj zlecieli.

Ona się nie zgodziła. Nie dlatego, że oczekiwała podziwu. Chciała jedynie, żeby zdjęcie oddało tę piękną sukienkę w pełnej krasie. Uważała, że była najładniejsza ze wszystkich, które do tej pory uszył. Wierzyła, że Leonard rozpocznie nią zupełnie nowy rozdział. Dobrze pamiętała, jak pewnego dnia przyszedł do niej z wielkim pudełkiem obwiązanym wstążką.

– Otwórz! Jest gotowa!

– Tak szybko? – zdziwiła się. Sądziła, że Leonard znajdzie czas na jej kreację, dopiero gdy zrealizuje wcześniejsze zlecenia.

– Przecież jest najważniejsza – stwierdził poważnie.

Wtedy dotarło do niej, ile dla niego znaczy.

Przymierzyła sukienkę od razu i pokazała mu się. Nikt dotąd nie patrzył na nią z takim zachwytem. I choć jej mąż, Edward, miał w sobie nieskończone pokłady czułości, to jednak nigdy nie spojrzał na nią w podobny sposób. W spojrzeniu Leonarda był… Absolut?

Bez wahania spakowała sukienkę na wyjazd. I choć przecież nie wierzyła w działanie życzeń wyszywanych na paskach materiału, nie miała podstaw, by wątpić, że jej pragnienie się ziści. Gdy Leonard poprosił ją o zapisanie życzenia na kartce, zachichotała.

– Ależ mnie nie musisz w ten sposób wabić do skorzystania z twoich usług!

– Chcę w końcu je poznać. Kiedy cię zapytałem, nie usłyszałem odpowiedzi.

Zrobiła poważną minę i poprosiła o ołówek. Usiadła przy biurku i nakreśliła jedno zdanie: „Na zawsze z Leonardem”.

– Mam nadzieję, że załatwione? – Podała mu kartkę.

Spojrzał na nią i uśmiechnął się szeroko.

– Teraz już nie ma wątpliwości!

Kiedy pozowała do zdjęcia, słońce igrało w jej jasnych włosach, a drobinki zagnanego z plaży piasku oblepiały skórę. Czuła się piękna i wybrana. Kochała Leonarda i wyobrażała sobie, że razem doczekają wnuków. Była o tym przekonana. Szeptała jej o tym także sukienka, trzepocząc na wietrze.

Na zawsze z Leonardem. Tak miało zostać.

5

Robert siedział po drugiej stronie stołu konferencyjnego i unikał wzroku Dagny.

Niby nic się nie stało, a jednak!, spostrzegła. Miała nadzieję, że za kilka dni mu przejdzie. Zgniatała w dłoniach wydruk artykułu o Kittayu. Znalazła go w kieszeni spodni i właśnie przerabiała na nieudolne origami.

– No dobra, to co mamy na dziś? – Naczelny rozpoczął zebranie.

Przemek, najmłodszy kolega w zespole, zrobił przegląd komunikatów prasowych i zaproszeń na konferencje. Nie było tego wiele.

– Z ciekawszych rzeczy został nam właściwie tylko protest w sprawie zwierząt hodowlanych – podsumował.

Skupiony Bogdan odruchowo szukał ręką pod stołem psiego łba, ale Cezar został w domu, bo Przemek wczoraj zgłosił alergię. Poprosił szefa, aby ten wstrzymał się z przyprowadzaniem pupila, do czasu aż testy wskażą przyczynę uporczywego kataru. Wszyscy podejrzewali, że jeśli diagnoza się potwierdzi, dla jednego z nich zabraknie miejsca w redakcji i najpewniej to nie wyżeł powinien się martwić.

– Ja mogę wziąć ten przegląd senioralnych zespołów muzycznych – zaproponowała Celina.

– Poważnie? Uważasz zjazd paru emerytów za interesujący? – wyraził dezaprobatę Bogdan.

– Nie paru! – odparła. – Wycisnę z tego, co się da. Pójdę w kwestie zachowania dobrej kondycji do późnego wieku, roli kontaktów społecznych i pogody ducha. Mamy lato, przecież nie zrobię ci teraz artykułu roku. – Uśmiechnęła się uroczo.

Nieźle kombinuje, doceniła Dagna. Załatwi sprawę do trzynastej, potem słodki poczęstunek dla pani redaktor i wolne. Zbyt długo znała Celinę, by wierzyć, że ta informacja naprawdę ją zaciekawiła.

– Zobaczymy. – Bogdan popukał długopisem w blat stołu. – Najwyżej to nie pójdzie. Ktoś ma jakieś propozycje? – Rozejrzał się po zespole.

Robert zaoferował, że może wziąć protest, a Przemek dodał, że zajmie się prośbą o interwencję w sprawie jakiegoś ozdobnego koguta w bloku.

– Podobno takie można trzymać w mieście, mimo że budzą pianiem całą okolicę.

– Będzie z tego sprawa, gdy w końcu ktoś go odstrzeli – mruknął Bogdan, ale przydzielił mu temat. – A ty, Dagna? Coś taka milcząca?

– Czekam na kolejne dziury w drogach – powiedziała i aż zastygła zaskoczona, że naprawdę powiedziała to na głos.

– Przecież możesz sama z czymś wyjść.

– Zazwyczaj moje propozycje są zbyt niszowe i nie mają szans nikogo zainteresować. Prawda? – Wyprostowała się. Nie wiedziała, skąd nagle wzięła się w niej ta buńczuczność. Jakby skrywanej emocji nagle znudziło się siedzieć w kącie. – Ale skoro mogę coś zaproponować, to może napiszę o zwierzętach w miejscu pracy. Dlaczego ludzie przychodzą z nimi do biura? – podsunęła przekornie. A w duchu zaczęła odliczać sekundy do zwolnienia.

Bogdan pocierał brodę, jakby rozważał ten temat. Celina zaś spoglądała nerwowo to na niego, to na Dagnę, jakby żałowała, że sama na to nie wpadła.

– Albo nie… – ponownie odezwała się Dagna.

– Dlaczego? To bardzo ciekawa kwestia – zareagował naczelny. – Zwierzęta łagodzą atmosferę, są dobrymi kompanami – powiedział.

– I w ogóle nie przeszkadzają w pracy! – wtrąciła Celina. Zaniepokojony Przemek odchrząknął znacząco. – Dagna, jeśli rezygnujesz, możemy się zamienić – zaproponowała. – Ty weźmiesz emerytów, a ja zwierzaczki.

– Co ty na to? – Bogdan patrzył wyczekująco.

Dagna czuła pod dłonią zmiętą kartkę, a w sercu buzującą złość. Nie chciała pisać ani o psach, ani o emerytach. Zależało jej na zajęciu się czymś naprawdę wciągającym i intrygującym. Czy ostatnio trafiłam na coś takiego?, zastanawiała się. Odważ się!, usłyszała w głowie, a potem zobaczyła dumną twarz muzy Kittaya i zadowoloną z siebie Lidkę.

To jest to!, uznała. Chcę poznać tego człowieka! Sprawdzić, co ukrywa krawiec, który tak skutecznie miesza kobietom w głowach.

– Właściwie to wolałabym zająć się zupełnie czymś innym – zaczęła. – W naszym archiwum wpadłam na cykl z końca lat dziewięćdziesiątych o lokalnych przedsiębiorcach. Napisano w nim o pewnym krawcu i jego zakładzie. Chciałabym zajrzeć tam po latach.

 

Bogdan ponownie potarł posiwiałą brodę.

– Jak to leciało? Twoje propozycje są niszowe i nie mogą nikogo zainteresować? – powtórzył zgryźliwie. – Chyba jednak coś w tym jest.

– Daj mi szansę. Jeśli nic z tego nie wyjdzie, nie będę miała pretensji o banalne tematy. Tyle że moja propozycja to nie jest sprawa na jutro. Potrzebuję czasu. Może warto byłoby dotrzeć do dziennikarki, która wcześniej o nim pisała? Znasz Mariolę Kot?

– Pierwsze słyszę. – Szef odchylił się na krześle. – Pewnie to nieznana w środowisku wielbicielka niszowych tematów – zarechotał złośliwie. – Umówmy się tak: zrobisz zlot emerytów, a w sprawie lokalnego szwacza masz wolną rękę. Pytanie, czy on jeszcze żyje – dorzucił z przekąsem. – Jak będziesz miała co pokazać, to się zgłoś. A ja nie będę mieć pretensji, jeśli sprawa spali na panewce – powiedział i przeszedł do dalszej części zebrania.

Po wszystkim Celina podziękowała za podsunięcie wybornego tematu i wręczyła jej informację przysłaną przez lokalne stowarzyszenie emerytów. Dagna rzuciła okiem na plan wydarzenia. Sporo występów artystycznych, wykład o użyteczności społecznej tego typu zrzeszeń, wymiana doświadczeń i przegląd strojów scenicznych.

– Śpiesz się, bo zaczyna się o jedenastej! – Celina poklepała ją po ramieniu.

Dagna chciała zapytać kąśliwie, czy nie trafiła ostatnio na doskonałą cielęcinę, ale darowała sobie. Ostatecznie miała powody do zadowolenia. Osiągnęła swój cel. Mogła zająć się wybranym tematem i liczyła, że sprawi, iż Bogdan wreszcie skończy z kroczeniem po linii najmniejszego oporu.

– Miłego dnia! – Uśmiechnęła się do koleżanki szeroko, bo poczuła coś jeszcze. Zapał, który niegdyś nie był dla niej wyjątkiem, ale normą.

Leonard już dawno nie brał miary. Prawie zawsze zajmowała się tym Mirela, ale teraz nie miał wyjścia. Na szczęście pani Magda nie należała do szczególnie wstydliwych. Opasał miarką jej talię, zanotował wynik, a potem przeszedł do bioder.

– Tylko niech mi pan nie mówi, ile wyszło!

– Zazwyczaj tego nie robię – odparł.

Miał na myśli zwyczaje Mireli. Dobrze wiedziała, czego nie lubią kobiety.

– I prawidłowo! Chyba tylko modelka podchodziłaby do takich pomiarów na luzie.

Pomyślał, że pani Magda mogłaby się zdziwić. Lata doświadczenia Leonarda dowodziły, że trudno trafić na kobietę naprawdę zadowoloną z siebie. Jeśli nawet wszystko wydaje się w porządku, zawsze znajdzie się jedna jedyna rzecz, do której można się przyczepić i powiększyć ją do niespotykanych rozmiarów. Jego zadaniem było znalezienie, lub wyczucie, tej rzeczy i podjęcie próby jej ukrycia. Niestety, nie zawsze było to możliwe. Kiedyś zdarzyło mu się gościć w pracowni wyjątkowo olśniewającą kobietę. Jedną z tych, za którymi ogląda się świat i które mogą wskazaniem jednego palca zdobyć wszystko. Poprosiła o uszycie prostej białej sukienki. Słusznie, bo przy swojej urodzie nie potrzebowała niczego więcej. Ani falban, ani plis, ani nawet intrygującego koloru. To był jeden z tych rzadkich przypadków, kiedy to osoba stwarzała ubranie. Leonard nie pamiętał jej życzenia. Zapewne było dość standardowe, bo taka kobieta musiała mieć wszystko: miłość, zdrowie i powodzenie. Gdy wróciła po odbiór kreacji, włożyła ją i stanęła przed lustrem. Mirela aż klasnęła.

– Wygląda pani jak bogini!

– W siedmiomilowych butach – odparła piękność, spoglądając na stopy.

Dopiero wtedy zauważyli, że jej pantofle, istotnie, miały nietypowy rozmiar. Lecz gdyby nie zwróciła im na to uwagi, tkwiliby w przekonaniu, że spotkali ideał. Tymczasem ideały nie istnieją. Ani, jak się okazuje, zadowolone z siebie kobiety.

Leonard zapisał liczbę centymetrów w notesie.

– Pani Magdo, czy to sukienka na specjalną okazję?

– Niekoniecznie. Ale marzę, że do tej szczególnej okazji mnie doprowadzi. Chcę zwrócić uwagę pewnego mężczyzny. W ogóle mnie nie zauważa, a mam przeczucie, że stworzylibyśmy udaną parę. Takie będzie moje życzenie. Bo pan o nie prosi? – upewniła się. – Tak mi przekazała przyjaciółka.

– Owszem. Pytanie tylko, czy warto się tak trudzić dla kogoś, kto pani nie dostrzega?

– Warto! Gdybym pokazała panu jego zdjęcie, nie miałby pan wątpliwości. Wygląda niemal jak George Clooney za najlepszych czasów. – Pani Magda zobaczyła niezrozumienie na twarzy krawca. – Taki amerykański aktor – dodała.

Leonard wzruszył ramionami. Niewiele mu to mówiło. Kochał kino, ale najczęściej oglądał europejskie filmy. Obiecał, że wstępny projekt wyśle klientce za dwa, trzy dni w mejlu. Oczyma wyobraźni widział jedwab w kolorze écru, który podkreśli nieco południową urodę trzydziestolatki. Planował sukienkę na ramiączkach, o nietypowej długości do połowy łydki. Z rodzaju tych, które się nosi, ale się ich nie czuje. W których się płynie. Które sprawiają, że kobiety zaczynają wierzyć. W siebie, w jutro, w drugiego człowieka. Był zadowolony, że zareagował na nagraną wiadomość, zanosiło się bowiem na udaną współpracę. Pani Magda była typem klientki, które lubił najbardziej, konkretnej i zdecydowanej. Nie miał prawa podważać jej marzeń, grzebać w nich. Dlatego skarcił się w duchu za pytanie o nieznajomego.

– Jak pan się z tym czuje? – zapytała, wkładając bluzkę. – Robi pan tyle dobrego. To musi być niezwykłe.

Leonard włożył ołówek za ucho. Poczuł, że umyka z niego energia. Nie spotkał się wprawdzie z tym pytaniem po raz pierwszy, ale w sumie zadawano je rzadko. Zazwyczaj klientki interesowały się wyłącznie sobą. Efektem, nie tym, kto im go załatwia. Ot, takie małe egoistki dbające o swój zamek z piasku. Ale nie wyróżniały się tym na tle innych ludzi. Wszyscy tak mają. Budują misternie, z zapałem, determinacją, a na koniec patrzą, jak się sypie.

– Ja tylko szyję – stwierdził przyciszonym głosem.

– Nieprawda. Aneta, moja przyjaciółka, będzie mieć upragnione dziecko! A przez lata się nie udawało! Już w to nie wierzyła.

To dla mnie zbyt wiele, stwierdził Leonard. Mimo że minęło już trochę czasu, pamiętał panią Anetę. Rozpłakała się tutaj, na jego sofie. Mirela musiała zaparzyć jej melisy i trzymać jej dłoń. Wtedy on pomyślał o Małgorzacie. Gdyby nie jej sugestia, może nigdy bym na to nie wpadł? Plan przysporzył mu klientek, ale te wszystkie sukienki i splątane z nimi sprawy zaczynały mu ciążyć. A przede wszystkim kłamstwo, które starał się od siebie odsuwać. Racjonalizować. Tłumaczyć. Lecz one wszystkie, nie wiedzieć czemu, uparcie twierdziły, że dzięki jego pomocy mają się lepiej. Może nawet na jakimś etapie zacząłby im wierzyć. Miały przecież swoje dowody. Ale nie mógł, ponieważ żółta sukienka zawiodła.

– Dobrze, kiedy ludziom dzieje się lepiej. Ale tak jak mówiłem, ja tylko szyję – wymigał się od odpowiedzi.

– Jest pan zbyt skromny! – Pani Magda sięgnęła po torebkę. – Jeśli mój ideał mnie dostrzeże, będę panu wdzięczna do końca życia.

Obróciła się na pięcie, a subtelny zapach jej perfum uniósł się w powietrzu. Wyszła szybkim, sprężystym krokiem kogoś, komu śpieszno do szczęścia.

Leonard podszedł do komputera i wpisał w wyszukiwarkę nazwisko amerykańskiego aktora.

– No tak, chyba jest po co szyć – uznał, patrząc na wybór zdjęć posiwiałego bruneta.

Pomyślał, że Małgorzacie pewnie też by się podobał. Choć aktor nie był podobny do jej męża, to jednak był w typie Edwarda. Tylko po co ja o tym myślę?, zirytował się, wyłączając komputer. Po ostatniej wizycie u Staszka zdjął ramkę z biurka. Zdjęcie Małgosi wylądowało w szafce. Stary kumpel nie mylił się, sugerując, że w tej sprawie jest coś, co nie daje Leonardowi spokoju. On sam nie potrafił zrozumieć swojego zachowania przed laty. Nigdy nie próbował nic wyjaśniać. Tłumaczyć. Mało tego, był na Małgorzatę zły. Urażony, że mogła dać wiarę. Zwątpić w niego, podać rękę pozorom. Wtedy uważał, że prawda sama się obroni. Ale prawda, wbrew temu, co się o niej mówi, jest cicha i nigdy nie wyrywa się do oświadczeń. Nie krzyczy: „To ja! To ja!”. Tylko czeka. I przez to wiele psuje.

Kiedy Dagna przyjechała do domu kultury, wydarzenie już trwało. Usiadła na widowni i obejrzała występ dwóch zespołów. Pierwszy skojarzył się jej z przedstawieniem wyrośniętych przedszkolaków ubranych w kapelusze z bibuły, za to drugi prezentował zupełnie inny poziom. Był ciekawą interpretacją starego szlagieru Violetty Villas.

Po oklaskach ruszyła, by porozmawiać z członkami zespołów i organizatorami przeglądu. Szukając dyrektorki domu kultury, zwróciła uwagę na mężczyznę kręcącego się w pobliżu sceny. Wyglądał trochę tak, jakby zaplątał się tutaj przypadkiem, ale fakt, że przeglądał nuty, sprawił, że podeszła.

– Dzień dobry, Dagna Zagórska – przedstawiła się. – Jestem z „Dziennika Miejskiego”. Czy pan towarzyszy może któremuś z zespołów?

– Tak, Chłopakom. O, tam stoją! – Wskazał na grupę dziarskich siedemdziesięciolatków. Dagnie ulżyło, że nie mają na sobie niczego z bibuły. – Może wyglądają niepozornie – dodał. – Ale za jakieś pół godziny pokażą, co potrafią. Janek Maj – zrewanżował się. – Prowadzę ten zespół.

– To pańskie hobby? Proszę nie odebrać mojego pytania niewłaściwie, ale to trochę nietypowe.

– Na co dzień uczę gry na saksofonie w szkole muzycznej. Ale że mój ojciec nie potrafił odnaleźć się po śmierci mamy, zacząłem szukać jakichś zajęć, którymi mógłby się zainteresować. Pochodzę z muzykującej rodziny, więc uznałem, że to chyba niezły pomysł.

Dagna zapytała, czy w Chłopakach śpiewa jego tata.

– No właśnie nie. Stwierdził, że nie będzie pajacował na stare lata, i wolał skupić się na działce. Za to ja się zaangażowałem. Panom nie pasował stary, przaśny repertuar, więc zaproponowałem nowy. Zajęliśmy się też stroną stylistyczną. Wolą skórzane kurtki od kolorowych marynarek. – Muzyk łypnął w stronę podopiecznych. Tak samo jak oni miał na sobie podarte dżinsy i trampki.

– Przyznam, że podejrzewałam, że czeka mnie tutaj wyłącznie nieziemska nuda.

Janek Maj poprawił jasną rozwichrzoną czuprynę i uśmiechnął się zawadiacko.

– W pierwszej chwili może się to wydawać nawet odrobinę żałosne. Ale niech pani poczeka na naszą wersję Metalliki. Panie w bibułach zrzucą kapelusze!

Dagna poprosiła, aby przedstawił ją zespołowi. Chciała podpytać jego członków o początki i o to, co dają im występy. Starsi panowie okazali się bardzo sympatyczni i wygadani. Do tego młodzi duchem, co tłumaczyło nazwę formacji. A ich wykonanie Nothing Else Matters dowiodło, że opiekun muzyczny ani trochę nie przesadzał. Swoją drogą dał całkiem niezły popis na saksofonie.

Po skończonym występie Dagna chciała pogratulować Chłopakom, ale zagadnęła ją dyrektorka domu kultury. Zaprosiła do bocznej sali, gdzie czekał poczęstunek. Urzędniczym tonem zaczęła pleść o zaszczycie, że może gościć w swoich progach to wydarzenie już po raz piąty. Po peanach przeszła płynnie do kwestii niedofinansowania i koniecznych remontów budynku. Musiała liczyć, że wzmianka w prasie coś zmieni w tej kwestii.

Przytłoczona słuchaniem długiej listy osiągnięć placówki Dagna wykorzystała dźwięk telefonu, aby się wycofać. Okazało się, że to tylko esemes, w dodatku od Roberta.

Nie jestem pewien, czy to ona, ale sprawdź, napisał. Poniżej znajdował się link do bloga Marioli Kot.

Od razu weszła na wskazaną stronę. Wyglądało na to, że pani Mariola nigdzie nie wyjechała i wciąż lubi pisać. Zamieszczone zdjęcie sugerowało wiek, który świadczył, że w latach dziewięćdziesiątych mogła pracować w gazecie.

Super!, ucieszyła się Dagna i zaniepokoiła jednocześnie. Robert postarał się dla niej, choć o nic go nie prosiła. Może przeszła mu złość i to gest na zgodę? Wolała tłumaczyć to sobie w ten sposób. Ruszyła do wyjścia.

– Pani redaktor! – usłyszała wołanie. Podszedł do niej Janek Maj, popijając kawę w plastikowym kubku. – Już pani ucieka?

– Muszę wracać do pracy.

– Ale nawet nie wiem, co pani sądzi o naszym występie.

– Był najlepszy! Jak dotąd – dodała.

– I to się nie zmieni! Zobaczy pani, że zdobędziemy Grand Prix!

Roześmiała się.

– Sprawdzę to! Do widzenia! – pożegnała się, bo w głowie miała już tylko Mariolę Kot i sprawę Kittaya.

Zamierzała jak najszybciej napisać tekst o przeglądzie, a potem skupić się na najważniejszym. Skontaktować się z dziennikarką, aby się upewnić, że to ona jest autorką artykułu. A potem zadzwonić do krawca i umówić się na wizytę. Jeśli chciała stworzyć dobry reporterski materiał, musiała zbliżyć się do tematu najbardziej jak to tylko możliwe.

 

Rozmowa z córką sprawiła, że Małgorzata usiadła w ogrodzie i zaczęła przeglądać fotografie z młodości. Kiedyś miała jeszcze pamiętnik z tamtego okresu, ale wyrzuciła go w trakcie jakichś wiosennych porządków. Uznała, że nie ma co go trzymać, skoro i tak do niego nie zagląda. A teraz by się przydał, pokiwała głową. Przeglądała albumy z pierwszych lat małżeństwa z Edwardem. Niektóre zdjęcia przedstawiały męża i jej ojca na rybach. Obaj przepadali za tymi wyprawami. I dogadywali się doskonale. Edek od początku spodobał się tacie. Uważał, że inżynier to dobry fach, który zapewni jego córce stabilne życie. Twierdził, że Edek to mężczyzna godny zaufania. Zupełnie inne podejście miał do Leonarda.

– Krawiectwo jest dla kobiet – powtarzał. – No, sama pomyśl, codziennie otaczają go wyłącznie klientki! Czy nie zapala ci się ostrzegawcze światło? – dopytywał.

– Ale ich nie podrywa! To tylko praca – broniła go.

Ojciec przybierał wtedy zagadkową minę.

– Lata lecą, fascynacja przygasa… Różnie bywa.

– Ufam mu! – podkreślała oburzona.

Gdy związek z Leonardem się rozsypał, ojciec bardzo się o nią troszczył. Irytował ją tym niezmiernie. Sądziła, że w duszy cieszy się z takiego obrotu spraw. A poza tym wyglądało na to, że miał rację.

Wyprostowała nogi i zadarła głowę, by spojrzeć w niebo. Kłębiaste chmury przetaczały się powoli.

– Edziu, jesteś tam? – wyszeptała.

Chmury w ciszy sunęły dalej. Westchnęła ciężko i spojrzała na telefon na stoliku. Znowu migała lampka powiadomień. Znajomi dzwonili. Pisali. Niepokoili się. Chyba czas zacząć reagować na przejawy ich troski i wsparcia? Ale wciąż miała ciężkie palce, ciało i myśli. Może chociaż po jednej osobie dziennie?, sięgnęła po komórkę i wyświetliła wiadomość od Leonarda.

Co ja właściwie wyprawiam?, skarciła się w duchu. Przejechał taki kawał drogi na jedno moje wezwanie, a ja wzięłam, co mogłam, i go zignorowałam!

Od razu nacisnęła zieloną słuchawkę. Cierpliwie wsłuchiwała się w dźwięk połączenia. Gdy wydawało się, że po drugiej stronie nikt nie odbierze, usłyszała znajomy głos.

– Halo?

– Leonardzie, to ja. Możesz rozmawiać?

– Zaraz mam klientkę. To coś pilnego?

Wyczuwała dystans. Dźwięczał w każdym słowie. A może to złość?

– Przepraszam, że się nie odezwałam – zaczęła. – Wydawało mi się, że tak będzie lepiej.

– Może miałaś słuszność.

Nie wiedziała, jak zareagować. Nie takiego Leonarda się spodziewała. Sądziła, że wystarczy zapukać, a znajdzie go takim jak zawsze. Dobrym, ciepłym, uważnym. Sądziła, że wytłumaczy się żałobą i wszystko będzie jak dawniej.

– Nie chciałam cię urazić. Po prostu w tym czasie…

– Być może zareagowałaś instynktownie. A instynktu trzeba słuchać.

– Co ty pleciesz? Bardzo chciałam cię jeszcze zobaczyć.

Podniosła się z krzesła. Pod stopami poczuła źdźbła trawy i ciepłą ziemię, ogrzaną słońcem. W powietrzu unosił się słodki zapach kwitnących hortensji. Krzyczące zewsząd lato stało się jeszcze bardziej przytłaczające.

– Ale nie zdecydowałaś się. Rozumiem. Myślę, że powinnaś teraz skupić się na sobie. Przepraszam, ale nie mogę dłużej rozmawiać. Trzymaj się – powiedział, zanim się rozłączył.

Małgorzata była skołowana. Miała wrażenie, że coś rozegrało się poza jej udziałem. Jakieś ukryte sceny, których nie dane jej było zobaczyć. Co on naprawdę myśli? Czego jej nie powiedział? Co nie nadawało się do wyjaśnienia w tym trudnym dla niej czasie? Leonard zawsze był w jej życiu, choć odległy jak statek dryfujący na widnokręgu – choć się nie zbliża, jest stałym elementem horyzontu. Uważała, że zawsze będzie tak płynąć w bezpiecznej odległości. A ona zawsze będzie mogła zadzwonić. Kiedy sobie przypomni, gdy trafi się jej gorszy dzień lub chwila melancholii. Okłamał mnie, podejrzewała. Wtedy, gdy siedzieliśmy w pokoju i utrzymywał, że dobra ze mnie przyjaciółka.

Małgorzata opadła na trawę, w jej oczach pojawiły się łzy. Zrozumiała, że straciła nie tylko męża, ale także Leonarda.

Stał przed biurkiem i patrzył na wymownie puste miejsce obok lampki. Drżały mu ręce. To było trudne, karkołomne zadanie.

Gdy zobaczył jej numer, serce jak zwykle podskoczyło mu w piersi. Przez sekundę ucieszył się, że zaraz znów ją usłyszy. Ale wiedział, że nie może sobie pozwolić na radość. Jeśli tego nie przetnie, znów będzie czekać na wieści od niej. Do końca swoich dni.

Wsparty o blat nie dowierzał, że się na to zdobył. Nie czuł jednak dumy ani zadowolenia. Raczej poczucie straty czegoś bardzo ważnego. Miał nadzieję, że Małgorzata wyjdzie na prostą i będzie szczęśliwa, a on wreszcie o niej zapomni. Żałował tylko, że nie wykorzystał ostatniej szansy, by zapewnić ją, że nic nie czuł do tamtej kobiety.

Na dole rozległ się dźwięk telefonu, ściągając go na ziemię. Leonard zszedł po schodach z nadzieją, że to nie w sprawie odwołania wizyty. Potrzebował teraz zajęcia.

– Pracownia krawiecka, słucham? – rzucił w słuchawkę.

– Dzień dobry, z tej strony Dagna Zagórska z „Dziennika Miejskiego”. Chciałabym napisać o pańskiej pracowni.

– Ale po co? – Zmarszczył brwi.

– Zainspirował mnie stary artykuł o panu. Sprawdzenie, jak się ma pański biznes po latach, mogłoby być dla czytelników ciekawe.

– U mnie nie dzieje się nic ciekawego dla gazet.

– Dziwne, bo tak się składa, że słyszałam co innego.

– To źle pani słyszała! Nie jestem zainteresowany! – Zirytowany odłożył słuchawkę.

Dagna odsunęła telefon od ucha. Nie była zaskoczona. Podejrzewała, że krawcowi będzie nie w smak pisanie o jego oszustwach. Na razie w tej sprawie nic nie szło gładko. Napisała mejla do pani Marioli, ale ta jeszcze nie zareagowała. Za to tekst o przeglądzie emerytów przeszedł bez żadnych uwag. Na ostatnią chwilę Dagna dodała adnotację o nagrodzonych zespołach. Janek Maj wiedział, co mówi. Chłopaki zajęli pierwsze miejsce.