Szczęście na miaręTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Co porabiasz? – Uszu Dagny dobiegło pytanie. A zaraz potem poczuła przyjemny aromat kawy. Robert postawił na jej biurku kubek z parującą zawartością. – Pomyślałem, że może masz ochotę.

– Dzięki. Akurat przyda mi się kofeina.

Spojrzał na ekran komputera.

– Przeglądasz archiwum? – zdumiał się. – Mało ci bieżących tematów z naszego pisemka?

– Chciałam coś sprawdzić.

– Od jak dawna tak przynudzamy? – powiedział rozbawiony.

Sięgnęła po kubek.

– To akurat można by zmienić. Ale nie wszystkim jest to na rękę. Po co się wysilać, lepiej podążać przetartymi szlakami. – Skinęła w stronę gabinetu naczelnego, skąd dobiegało przeciągłe wycie Cezara. Najwyraźniej domagał się wyjścia na spacer.

– Tak sobie pomyślałem… – zaczął. – Co powiedziałabyś na kino w piątek?

Dagna jęknęła w duchu. Miała to załatwić, a wciąż odwlekała.

– Robert, powinniśmy pogadać…

– Jasne! Kino nie sprzyja rozmowom – odrzekł niezrażony. – To może kolacja?

Wprawdzie Dagnie nie o to chodziło, ale przyjęła zaproszenie. Uznała, że na neutralnym gruncie łatwiej jej będzie wytłumaczyć nieporozumienie. Redakcja z pewnością się do tego nie nadawała. Jeszcze raz podziękowała za kawę, po czym przeprosiła, tłumacząc, że musi wrócić do pracy.

Skłamała. Artykuł na dziś był już gotowy. Jej uwagę zajmowało coś zupełnie innego.

W poniedziałek po powrocie do domu z ciekawości wrzuciła nazwę pracowni Kittaya do wyszukiwarki, lecz poza adresem nie znalazła niczego. Żadnych opinii klientów ani nawet strony internetowej. W dzisiejszych czasach była to rzecz rzadka, dlatego zafrapowana zaczęła przeszukiwać archiwum gazety. Lidka wspomniała jej, że zakład krawiecki działa od trzech dekad, więc można było liczyć na jakąś wzmiankę. Poszukiwania tak pochłonęły Dagnę, że nie poszła na obiad. W końcu jednak zrobiło się późno i żołądek zaczął dobitniej dopominać się o uwagę. Miała już zamknąć archiwum, ale wyszukiwarka wyświetliła wreszcie interesujące ją hasło w numerze z czternastego kwietnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku. Odczytała nagłówek: TE SUKIENKI ODMIENIAJĄ KOBIETY.

– Bingo! – Roześmiała się.

Obiad przestał być ważny. Powiększyła zeskanowany tekst.

Leonard Kittay założył pracownię w 1992 roku. Nie pochodzi z rodziny o krawieckich tradycjach, ale nie wyobraża sobie wykonywania innego zawodu. Rosnąca liczba klientek zdaje się potwierdzać jego umiejętności. – Te sukienki odmieniają kobiety – twierdzi Alina Kłos, którą spotykam w zakładzie na przymiarce. Zapytana, na czym ma polegać ta metamorfoza, uśmiecha się tajemniczo.

W mieście działa dziesięć punktów oferujących usługi krawieckie i dwie szwalnie. Ale pracownia Kittaya wyróżnia się wśród konkurencji tym, że w swojej ofercie ma szycie wyłącznie sukienek. Właściciel wyjaśnia powody, dla których zdecydował się na taki profil działalności, tłumacząc, że ten rodzaj garderoby uważa za najbardziej inspirujący. Jednocześnie zachęca zainteresowane panie do wizyty w zakładzie. – Sam tworzę projekty i dbam o wysoką jakość wykonania – podkreśla.

Dagna zmarszczyła brwi. Dalsza część tekstu przypominała raczej artykuł sponsorowany niż reporterski. Podejrzewała, że to może dlatego, iż ukazał się w cyklu „Poznaj lokalnego przedsiębiorcę”. Na dodatek powstał w czasach, kiedy drobny biznes traktowano jak pierwszą jaskółkę kapitalizmu.

Ciekawe, skąd u Lidki przekonanie o magicznych właściwościach tych kiecek?, zamyśliła się Dagna. Oferowana przez krawca garderoba była przez niego utożsamiana z ciekawym projektem i dobrym rzemiosłem. Nawet zadowolona pani Alina nie twierdziła, że dzięki sukience jej los się odmienił.

Sprawdziła, kto był autorem tekstu, lecz nic jej to nie powiedziało. Nigdy nie słyszała o Marioli Kot, choć pracowała w redakcji od siedmiu lat. Wydrukowała artykuł, zamierzając przy najbliższej okazji pokazać go Lidce. A potem wstała zza biurka i ruszyła napełnić żołądek.

Małgorzata leżała na łóżku i wpatrywała się w sufit. Choć było już po pogrzebie, nie czuła ani grama ulgi. Miała wrażenie, że zapada się w jakieś mroczne miejsce.

Może to i dobrze? Ukryję się tam przed światem na pozostałe mi lata, a potem zniknę na dobre, myślała. I znowu będziemy razem z Edziem.

Leonardowi wygadała się i wypłakała mu w rękaw. Opowiedziała, jak trudne były ostatnie tygodnie, jaki ból sprawiało jej cierpienie męża. Jeśli tylko Edward odzyskiwał na chwilę siły, powtarzał, że ją kocha. W ostatniej rozmowie poprosił, żeby wybaczyła mu wszystko co złe. Nie rozumiała, co niby miałaby mu wybaczać. Nie mog­ła wymarzyć sobie lepszego partnera i ojca dla dzieci. Uważała, że dostała ogromny prezent od losu.

Leonard pożegnał się zaraz po ceremonii. Przeprosił, że nie będzie go na stypie, i wycofał się, zostawiając to pole wyłącznie dla rodziny.

Małgorzata poczuła chłód, więc zacisnęła szczelniej poły szlafroka. Sięgnęła po stojącą na nocnej szafce herbatę, ale ta zdążyła już wystygnąć. Popatrzyła na bukiet margerytek; wciąż były świeże. Nie opadł ani jeden płatek. Kiedyś Leonard często przynosił jej kwiaty. Przychodził z wonnym bukiecikiem na każde niemal spotkanie. Odkąd powiedziała, że najbardziej lubi właśnie jastruny, nigdy o tym nie zapomniał. Zawsze był poukładany i metodyczny, a pod pozorną szorstkością prawdziwie romantyczny. Nie każdemu jednak pozwalał to dostrzec. Nie każdy chciał.

Powróciło wspomnienie czasu, kiedy otworzył pracownię. Najpierw mieściła się w wynajmowanym niewielkim lokalu w suterenie. Remont na niewiele się zdał; miejsce było zbyt wilgotne i ciemne, zarówno do pracy, jak i do przyjmowania klientów. Ale tylko na takie było go stać. Małgorzata, wówczas młoda nauczycielka polskiego, niedużo mogła pomóc, jednak w prawie nic w życiu nie wierzyła tak jak w talent Leonarda. Zdolności jednak nie wystarczały. Miał mało klientek, dlatego nieustannie zastanawiali się, jak je przyciągnąć.

– Musisz czymś się wyróżnić – powiedziała pewnego dnia. – Sprawić, że przyjdą akurat do ciebie!

– Nie wystarczy porządne szycie? – Podrapał się po głowie.

– Powinno, ale sam wiesz, że to tak nie działa. Najpierw w ogóle muszą się o tobie dowiedzieć. Trzeba też pamiętać, że kobieta, kupując sukienkę, kupuje coś jeszcze – podkreśliła Małgorzata.

– Co takiego?

– Nadzieję. Choćby na udany wieczór albo na zwrócenie uwagi obiektu swoich uczuć. Taki zakup to ufność w realizację planów i skrytych marzeń.

Uniósł brwi.

– Chyba przesadzasz…

– Wcale nie! – Objęła go. – Chodzi o to, żeby poczuć się lepiej. Sam opowiadałeś, że jako dziecko lubiłeś patrzeć na swoją mamę w sukienkach.

– Ale nie sądziłem, że mierząc je, ona sobie coś roi!

– Może nie zawsze. Ale czasami na pewno. – Roześmiała się. – Pomyśl o tym. – Pocałowała go w policzek.

Tak też zrobił, bo zawsze do wszystkiego podchodził poważnie. Gdy kilka dni później Małgorzata przyszła do pracowni, wykrawał akurat wąskie paski materiału.

– Po co ci one? – zainteresowała się. – Szyjesz kostiumy dla myszy? – Obrzuciła kontrolnym spojrzeniem podłogę.

Gryzonie były bolączką obskurnego lokalu.

Leonard chwycił materiał w dwa palce.

– Na tym będziemy wyszywać.

– Ale co?

– Te wasze nadzieje! Życzenia! Co tam w sobie nosicie. A potem zaszyję je w sukienkach. To będzie taki sekret pomiędzy nimi, mną i klientką.

Małgorzata aż usiadła z wrażenia. Leonard zawsze miał doskonałe pomysły, ale tym razem przeszedł sam siebie. Idea była niezwykła, a przez to intrygująca i tajemnicza.

– Genialne! To sprawi, że twoje sukienki staną się wyjątkowe. Każda kobieta zechce mieć własną.

– Na to liczę. – Uśmiechnął się zadowolony. – A ty? Co ty byś wyszyła dla siebie?

Małgorzata wyjęła z jego dłoni tkaninę i cofnęła się kilka kroków.

– Chciałbyś wiedzieć! – przekomarzała się.

– No powiedz! – Podszedł do niej. – Wiesz, że mam swoje sposoby, aby to z ciebie wyciągnąć. – Odgarnął kosmyk jej włosów.

Zmrużyła oczy. Pomyślała, że długo nie będzie się opierać, ale w tej samej chwili zabrzmiał dzwonek zawieszony nad drzwiami. Odsunęli się, sądząc, że może to jakaś klientka, ale do środka zajrzał Edward.

– Tak myślałem, że was tu znajdę. Idziecie? – zagadnął wesoło. – Szkoda marnować piątkowy wieczór w tej mysiej dziurze. Łap! – Rzucił siatkę Leonardowi. – Nowa dostawa pułapek!

Poznali go w klubie filmowym, dokąd uczęszczali raz w tygodniu. Imponowała im jego wiedza o kinie. Chętnie raczył ich ciekawostkami o najdłuższych filmowych pocałunkach, ciekawych miejscach ekranizacji, imponujących aktorskich gażach i kaprysach gwiazd. Mógł opowiadać godzinami. Polubili się i spędzali sporo czasu razem. Edek przedstawił im swoją dziewczynę, Natalię, wielbicielkę potańcówek, która niejednokrotnie miała wpływ na to, co robili w wolnym czasie.

– Dzięki! Nadejdzie dzień, że będę mieć większą pracownię w wyjątkowym miejscu – wieścił Leonard. – Bez jednego gryzonia! Ale teraz zbieramy się!

– A gdzie Natka? – zapytała Małgorzata.

– Coś jej wypadło – odparł Edek, wycofując się na zewnątrz.

Małgorzata nieraz zastanawiała się, czy Natalia już wtedy coś dostrzegała. Coś, o czym ona sama nie miała jeszcze pojęcia.

Drgnęła, wyrwana z zamyślenia, bo w drzwiach sypialni pojawiła się Sylwia.

– Mamo, potrzebujesz czegoś? – zagadnęła troskliwie.

– Nie, skarbie. – Małgorzata uniosła się na łokciu. – Albo może świeżej herbaty?

– Pewnie, zaraz zaparzę. Gdybyś czegoś chciała, wystarczy jedno słowo – dodała. – Mogę z tobą posiedzieć. Nie musimy nawet rozmawiać. Martwię się, bo prawie stąd nie wychodzisz.

 

– Jesteś kochana, ale właśnie tego mi teraz trzeba. Wypiję herbatę i może trochę pośpię. – Małgorzata postarała się o zalążek uśmiechu.

Kiedy córka wyszła, sięgnęła po telefon i jeszcze raz wyświetliła wiadomość, którą wczoraj dostała od Leonarda. Zawierała zdjęcie wzburzonych morskich fal.

Przyszedłem sprawdzić, czy morze wciąż tu jest. Jutro wracam. Daj znać, gdybyś chciała się jeszcze zobaczyć.

Nie odpisała, choć przecież tego pragnęła. Podejrzewała, że Leonard od dawna jest w pociągu. Może już nawet dojechał na miejsce?

Tak będzie lepiej, pomyślała. Niepotrzebnie go sobą absorbowałam.

Kółka walizki terkotały po krzywym chodniku.

Dobrze wrócić na stare śmieci, stwierdził Leonard, skręcając w Staromiejską. Zajmę się pracą i wpadnę w tryby rutyny. To przywróci mi spokój.

Miał mętlik w głowie. A był to stan, który praktycznie mu się nie zdarzał. Brakowało mu pewności, czy dobrze zrobił, że tam pojechał. Wciąż powracał do wspólnych chwil w salonie Małgorzaty i wiedział, że będzie się wśród nich ogrzewał jeszcze w trakcie jesiennych wieczorów. Chciał ją wesprzeć, ale zakłuł go brak reakcji na jego wiadomość. Tłumaczył sobie, że przecież ma do tego prawo, że w tym trudnym czasie ona może różnie reagować, ale nie potrafił nic poradzić na to, że smutek, niczym wosk, rozlał mu się w sercu. I stężał.

Wczoraj pod wieczór wybrał się na plażę. Z hotelu był to niecały kilometr spacerem. W sam raz, żeby rozprostować kości i trochę się dotlenić. Spodobał mu się zatarty w pamięci słony zapach wody, który unosił się ponad wonią igliwia. Piasek zabawnie spowalniał kroki i wydawał śmieszny piszczący dźwięk. Morze wciąż było na swoim miejscu. Choć nie czekało na niego, sprawiało takie wrażenie. Było wzburzone, porywcze. Białe grzywy fal rozbijały się z chlupotem o drewniane pale. Wiatr wichrzył idealnie uczesane włosy Leonarda i szarpał nimi we wszystkie strony.

Tylko raz byli z Małgorzatą nad morzem. Wkrótce po tym, jak wcielił w życie pomysł ze wszywkami. Wieść szybko rozniosła się po mieście, kobiety zaczęły go sobie polecać. Dzięki temu miał fundusze na dłuższy urlop. Choć tamtego roku lato było kapryśne, był to wyjazd jego życia. Wciąż miał przed oczami tańczącą na brzegu Małgosię, z mokrą sukienką przylepioną do skóry. Targnięty emocjami zrobił zdjęcie i napisał do niej. Czekał przez dłuższą chwilę z telefonem w ręce, a potem wolnym krokiem opuścił plażę.

Wreszcie dotarł na miejsce.

Bolek, mimo znaku zakazu, znów zaparkował przed wejściem!, pomyślał zirytowany.

Nieraz upominał go, podobnie jak pana Witka, który zdawał się rozbierać swoją starą skodę na części i składać ponownie. Ale teraz nie zamierzał robić nikomu uwag, bo zwiększyłoby to ryzyko spotkania z Marią. Choć i tak podejrzewał, że jest nieuniknione. Musiała mieć tajemny radar, którym wyczuwała każdy jego ruch.

Podniósł walizkę, żeby nie hałasować, i wszedł po cichutku na górę. Klucz w zamku przekręcał powoli, by nie wydał najmniejszego zgrzytu. Udało się!, odetchnął, wchodząc do środka. Zamknął drzwi i spojrzał na telefon stojący na szafce. Migała czerwona lampka świadcząca o nagranej wiadomości. Stacjonarny numer zachował z myślą o klientkach i tylko ten im podawał. Nacisnął przycisk.

– Dzień dobry, z tej strony Magda Grzybowska, dzwonię z polecenia przyjaciółki. Chciałabym umówić się na wizytę. Proszę o telefon. – Leonard usłyszał ciąg cyfr.

Cmoknął. Oddzwanianiem zajmowała się do tej pory Mirela. Jednak sprawy zawodowe postanowił odłożyć do jutra. A może zadzwonię do Staszka?, zastanowił się. Dobrze byłoby się spotkać, pograć w karty. Musiał podjąć jakieś działania, aby choć trochę wyprzeć z głowy ostatnie wydarzenia.

Chwycił walizkę, aby ją rozpakować, ale usłyszał energiczne pukanie. Szybkie, naglące. Typowe dla Marii. Psiakość!, zaklął bezgłośnie i przystanął w bezruchu, byleby tylko żadna deska parkietowa go nie zdradziła. Nie chciał gulaszu, miłych słów ani wieści o dwóch dniach z życia kamienicy. Tego, czego chciał, nie mógł mieć.

Każdy mierzy się z własnym rozczarowaniem, pokiwał głową.

Mirela czekała, aż klient wyjdzie z przymierzalni. Na sofie siedziała jego narzeczona, obok niej matka, teściowa i siostra. Wszystkie cztery miały doradzać mu w wyborze ślubnego garnituru. Mirela doceniała fakt, że młody mężczyzna liczy się ze zdaniem dam, ale to jury miało odrębne opinie na temat każdej kwestii dotyczącej przymiarki, a sam zainteresowany zazwyczaj żadnej.

W kieszeni spodni poczuła wibracje telefonu. Zerknęła ukradkiem na ekran. Pewnie któraś z klientek Leonarda, stwierdziła. Powtarzał jej, aby nie dawała im swojego prywatnego numeru, ale ona w jakimś sensie wiązała się z tymi kobietami. Lubiła ich słuchać, doradzać im, koić wątpliwości. Sporo myślała o ich życiu, a przy okazji także o swoim. Teraz nie mogła odebrać, ale zamierzała oddzwonić. Nie chciała, żeby Leonardowi uciekła okazja do zarobku.

– I jak te spodnie? – zwróciła się do przyszłego pana młodego.

Zasłona się rozsunęła.

– Sam nie wiem – bąknął, ogarniając wzrokiem rządek bliskich sobie kobiet.

Mirela poprosiła, aby się odwrócił.

– Zbyt opięte! – zawyrokowała matka.

– Mnie tam się podobają. – Narzeczona przywdziała filuterny uśmieszek.

– Spróbujmy z tymi. – Mirela podała kolejny egzemplarz. – Ten model różni się krojem.

– Tylko nie szare! – zastrzegła panna młoda. – Wolę granatowe.

– Granat jest sztampowy – oświadczyła teściowa pana młodego.

– Nie szkodzi – odparła dziewczyna. – Ślub to żadna awangardowa uroczystość.

Mirela uśmiechnęła się w duchu na to przeciąganie liny w przyszłej rodzinie i poszła spełnić życzenie narzeczonej.

Dnie upływały jej na przynoszeniu i odnoszeniu spodni i marynarek. Dopasowywaniu koszul i krawatów. Wszystko gotowe, trzeba było tylko dobrać ubranie do człowieka. Nic więcej. U Leonarda było zupełnie inaczej. Uwielbiała patrzeć na kobiety przychodzące do pracowni. W ich oczach błyszczały ciekawość i ekscytacja. Jakby miały przed sobą wspaniałą przygodę. Czasem bywały trochę niepewne. Często nieśmiałe. Przeważnie współpracowały, choć oczywiście miały swoje prośby i preferencje. Leonard zazwyczaj wiedział, jak pogodzić ich potrzeby z własną wizją, choć oczywiście zdarzały się także trudniejsze przypadki. Bywało, że na przeszkodzie porozumieniu stawały zahamowania, wpojone ograniczenia i kompleksy. Niekiedy wybujałe wyobrażenia. Gdy krawiec czuł, że się nie dogada, rezygnował.

– Najwidoczniej pani nie potrzebuje tej sukienki aż tak – tłumaczył.

– Jak to? Przecież czytał pan, co napisałam… – słyszał wtedy od klientek wymachujących kartkami, na których zanotowały życzenia.

– Tak jak powiedziałem – mówił spokojnie. – Proszę to jeszcze przemyśleć. Może to nie jest odpowiedni czas?

Czasami wracały, nieco skruszone. Otwierały się na to, co im proponował, licząc, że jeśli okażą trochę pokory, los je wynagrodzi. Niektóre trzaskały drzwiami. Oburzone. Na wszystkich, a w skrytości najbardziej na siebie.

Transakcja z zagubionym panem młodym, o dziwo, doszła do skutku. Narzeczona postawiła na swoim. Mirela wieściła jej dobrą pozycję w rodzinnej układance. Myślała o niej, jeszcze wracając autobusem do domu. Z pewnością należy do osób, które nie dają sobie w kaszę dmuchać, pomyślała.

Wyciągnęła telefon, bo przypomniała sobie o nieodebranym połączeniu. Okazało się, że dzwoniła pani Wanda, jej ostatnia klientka u Leonarda.

– Udało się! – pisnęła kobieta.

Mirela nie była pewna, czy dobrze usłyszała. Stojąca obok grupka młodzieży akurat wybuchnęła śmiechem.

– Czyli zrobiła pani wrażenie na rodzinnej uroczystości? Cieszę się! – zapewniła, zatykając jedno ucho.

– Pani Mirelo, co tam uroczystość! On odezwał się po latach! Mój Mirek!

Mirela zmrużyła oczy. Przypomniała sobie pasek materiału, na którym własnoręcznie wyszyła jej pragnienie. W trakcie pierwszej wizyty pani Wanda bardzo dużo opowiadała o synu, z którym była skonfliktowana. Nie kontaktował się latami, co z każdym rokiem coraz bardziej jej doskwierało. Mirela nie wyobrażała sobie, że mogłaby stracić więź ze swoją córką.

– Naprawdę? To wspaniała wiadomość!

– Jeszcze jak! Już myślę, komu polecić waszą pracownię. Czynicie cuda, drodzy państwo! I to błyskawicznie!

Mirela odwróciła się do szyby.

Autobus przejeżdżał przez most. Toczył się z głuchym świstem. W rzece odbijały się światła latarń wzdłuż promenady.

– Przekażę Leonardowi! – zapewniła, nieodmiennie zadziwiona rolą zbiegu okoliczności.

4

To naprawdę udany kot! – Dagna pochwaliła rysunek namalowany przez Zuzannę.

– Ciociu, to nie jest kot! – oburzyła się dziewczynka. – To myszka!

– No tak, rzeczywiście! Trochę zmyliły mnie te długie wąsy.

– Ale przecież tutaj jest ser z dziurkami! – Zuzia wskazała żółty placek na brzegu kartki.

Dagna się uśmiechnęła.

– Zgoda. To rozstrzyga wszystko.

– Kochanie, może namalujesz coś jeszcze? – zasugerowała Lidka, licząc na chwilę spokojnej rozmowy z przyjaciółką.

Dagna przyszła godzinę temu, ale do tej pory nie miały jak pogadać. Mała przepadała za przybraną ciotką i od razu zaciągnęła ją do zabawy. A potem przedstawiła wszystkie nowo nauczone wierszyki.

Teraz posłusznie pobiegła do siebie, ale po chwili wróciła z blokiem i kredkami. Usiadła na dywanie i zajęła się rysowaniem.

– Dobre i to. – Lidka mrugnęła, nalewając przyjaciółce wina. – No, to opowiadaj, co nowego.

Dagna zastanawiała się, od czego zacząć. Najpierw wspomniała o zaręczynach i planowanym ślubie Kamili, potem przeszła płynnie do niezręcznej sprawy z Robertem.

– Wczoraj poszłam z nim na kolację, żeby wszystko odkręcić – podsumowała, wzdychając. Wciąż miała w pamięci jego zawiedzione oczy.

– Ale po co odkręcać?! – zdumiała się Lidia. – Przecież nie musisz wiązać się z nim na stałe. Myślę, że dobrze by ci zrobił niezobowiązujący romansik – dodała ściszonym głosem.

– Chyba nie jestem na to gotowa. A już na pewno nie z Robertem – mruknęła Dagna. – Poza tym pracujemy razem i zaraz wszystko by się rozniosło. Wolę nie łączyć życia prywatnego z zawodowym.

– I jak on to przyjął?

– Niby dobrze. Powiedziałam i chciałam uciec, ale uważał, że nie ma powodu, dla którego nie moglibyśmy zjeść razem kolacji.

– Sensowny facet.

– Podejrzewam, że robił dobrą minę do złej gry. W końcu definitywnie rozwiałam jego nadzieje. Choć kto wie, może wciąż się łudzi? – Splotła dłonie.

Zbyt dużo myśli, zauważyła Lidka. A potem opowiedziała o swojej wizycie u matki. Zaznaczyła, że dawno tak nie wypoczęła, bo uszczęśliwiona babcia zagarnęła wnuczkę tylko dla siebie.

– No i hucznie świętowałyśmy mój kredyt! – dodała.

– Twoja mama też wierzy w cudowną moc twojej sukienki?

– Ona nic o tym nie wie. Poleciłam pracownię Kittaya tobie, a zatem nie mogłam nikomu więcej. I przestań wreszcie się nabijać! – Pogroziła palcem.

– Właśnie, skoro o tym mowa… – Dagna sięgnęła do tylnej kieszeni letnich spodenek. – Popatrz, co znalazłam w archiwum naszej gazety. – Rozłożyła kartkę na stole. – Ten „klub wybranych” musi chyba działać od niedawna – zakpiła.

– Co to ma być? – Lidia wzięła wydruk do ręki. – „Te sukienki odmieniają kobiety” – odczytała. – Sama widzisz! – powiedziała triumfalnie.

– Niestety, w tekście nie ma słowa o mocy, którą im przypisujesz. Choć owszem, pani redaktor Kot wychwala Kittaya, jakby zapłacił jej za reklamę. Gdzie tu dziennikarstwo?

Lidia zajęła się czytaniem. Skończyła, złożyła kartkę na czworo i oddała przyjaciółce. Miała nieco skwaszoną minę.

– To o niczym nie świadczy.

– Może chociaż o tym, że zaczynasz wierzyć w bajki, które czytasz Zuzce? – podsunęła Dagna.

Lidka sięgnęła po butelkę i nalała sobie ociupinę alkoholu.

– A po co w ogóle szukałaś o nim informacji?

– Jestem reporterką. To moje zadanie, znaczy węszenie w podejrzanych tematach. A tak szczerze, to trochę z nudów. Nawet zajrzałam tam na chwilę, ale było zamknięte.

– A widzisz! Ziarno zostało zasiane!

– Jakie ziarno, mamusiu? – wtrąciła się Zuza.

Lidka wyjaśniła jej, że to taka przenośnia, po czym podeszła do córki, żeby zobaczyć pierwsze efekty jej pracy twórczej. Dagna przypatrywała się im, sącząc wino. I nagle przypomniała jej się starsza pani na pasach. Ta, która dodawała jej odwagi. Nie zamierzała jednak opowiadać przyjaciółce o zwidach.

 

– Pokażesz mi ją? – odezwała się.

– Co takiego? – Lidia podała córce kredkę.

– Twoją sukienkę.

Lidka wsparła rękę na biodrze. Jej twarz ozdobił szeroki zawadiacki uśmiech.

– Czyli jednak! Nie wypieraj się! Zaczynasz poważnie o tym myśleć!

Dagna wywróciła oczami, ale ruszyła do sypialni za podekscytowaną gospodynią. Stanęły przed dwuskrzydłową szafą, jakby jej drzwi były wrotami do ukrytego skarbu. Lidka z namaszczeniem przekręciła kluczyk i otworzyła. Sięgnęła po jeden z wieszaków i wydobyła kreację.

– Oto i ona! – zaanonsowała uroczyście.

Dagna spojrzała na lejący się materiał w głębokim odcieniu granatu. Nie znała się na tkaninach, więc nie mogła po samym wyglądzie ocenić, z czego uszyto sukienkę. Subtelny dekolt w łódkę z pewnością eksponował długą szyję przyjaciółki, a marszczone skośnie fałdy musiały maskować niewielki brzuszek, na który od lat narzekała. Lidka twierdziła, że po ciąży nigdy nie wrócił do dawnego wyglądu. Może i coś w tym było, bo Dagna, mimo starań, nie zdołała wyciągnąć jej na basen czy do spa. Musiała przyznać, że sukienka wygląda elegancko i naprawdę porządnie.

– Może przymierzę? – zapytała.

Lidia przygryzła wargę.

– Przepraszam, ale nie.

– Widzę, że naprawdę masz do niej osobisty stosunek – zdziwiła się Dagna. – Inne ciuchy pożyczasz mi bez mrugnięcia okiem.

– Uważam, że w tym wypadku tak nie można. To nie jest przecież zwykła sukienka. Spójrz! – Wskazała na miejsce po wewnętrznej stronie spódnicy. – Tutaj znajduje się wszywka z moim życzeniem.

– Co takiego?

– Pokażę ci! – Lidka pobiegła po telefon, po czym wyświetliła zdjęcie paska materiału. – Każda klientka zapisuje swoje marzenie, a pani Mirela ręcznie je wyszywa. To się nazywa sztuka, co? Ja nawet tak ładnie pisać nie potrafię. No a później twoje życzenie zostaje ukryte w sukience.

– Nieźle!

– Pani Mirela to złota kobieta. Wysłuchała niemal całej historii mojego życia. Nie wiem dlaczego, ale poczułam się przy niej tak swobodnie, że wszystko się ze mnie wylało. Zresztą to ona doradziła mi ten kolor. Ja myślałam raczej o czerwieni, bo kojarzy mi się z siłą, ale ona zasugerowała, że potrzebuję teraz spokoju i stabilizacji. Granat ma w sobie właśnie taką energię. Gdy tylko zakładam tę sukienkę, czuję się jak po dobrej medytacji.

Dagna usiadła na krześle przy toaletce.

– Grunt to siła sugestii.

– Nie musisz być ciągle taka sceptyczna. Tym bardziej że widzę, jak krążysz wokół tego tematu. Powiedz lepiej, jakie życzenie chciałabyś sobie wyszyć?

– Gdybym w to wierzyła? To proste. Żeby Marcin opamiętał się i wrócił.

Lidka spojrzała poważnie. Wydawało się, że ma odmienną opinię na ten temat.

– Jeśli tego naprawdę chcesz…

– Wiem, że uważasz mnie za stukniętą, ale byłabym skłonna mu wybaczyć. Ten jeden raz! – zastrzegła.

– Jesteś stuknięta, ale i tak cię kocham. A skoro tak, chcę dla ciebie tego, czego ty sama chcesz. – Położyła przyjaciółce dłoń na ramieniu. – A zatem… Idź do Leonarda Kittaya!

Dagna się poderwała.

– Chyba Zuzka mnie woła? Pewnie skończyła rysunek! A może chce, żeby poczytać jej bajkę?

Leonard rzadko spędzał soboty poza domem. W ogóle rzadko wychodził. Obce mu były wszelkie włóczęgi nazywane spacerami. Ostatnia przechadzka nad morzem była sentymentalnym wyjątkiem. Po powrocie od Małgorzaty zdecydował się jednak zadzwonić do Stacha. Wyjaśnił, co się wydarzyło, a stary przyjaciel zaprosił go do siebie. Leonard odetchnął, gdy okazało się, że w ten weekend rodzina przyjaciela nie planuje zjazdu. Ale nawet gdyby było inaczej, i tak by go odwiedził, żeby uciec przed sobotnim przyjęciem u Marii.

Siedzieli w altanie ogrodowej i grali w karty. Przenieśli się tam po obiedzie, z dzbankiem orzeźwiającej lemoniady, którą przygotowała dla nich Felicja, żona Staszka. Była bystrą kobietą, która doskonale wyczuwała, kiedy przyjaciele chcą uciąć sobie pogawędkę w cztery oczy. W miłości Stanisław za pierwszym razem nie trafił najlepiej, ale druga strzała Amora była nader celna. Leonard nieraz zastanawiał się, dlaczego los nie podarował mu drugiej szansy. A może zwyczajnie jej sobie odmawiałem?, dumał.

Małgorzata się nie odzywała. Wypatrywał wieści od niej, choć wmawiał sobie, że tego nie robi. Próbował skupić się na pracy. Zadzwonił do klientki, która nagrała się na sekretarkę, i umówił wizytę. W czwartek i piątek przyjął dwie panie. Każde z tych spotkań zmęczyło go, bo nie miał przy sobie Mireli, swojego bufora bezpieczeństwa. Zrobił zakupy, wysprzątał mieszkanie, ale gdy tylko spuszczał myśli ze smyczy, przed oczami stawała mu Małgosia. To spotkanie nim tąpnęło. Spowodowało pęknięcie w dawno wybudowanych posadach życia.

– Wyglądasz na zmęczonego. – Takimi słowami przywitała go w piątek Mirela.

Zjawiła się rano, bo w nowej pracy miała drugą zmianę. Wpadła przekazać, że pani Wanda jednak doświadczyła niemożliwego.

– Przynajmniej ona – mruknął Leonard. A potem wyjaśnił, że wyjeżdżał, więc może stąd to zmęczenie.

– Ty? A dokąd? – zdumiała się.

– Nad morze. Na pogrzeb.

Mirela popatrzyła z troską i przejęciem. Może sądzi, że to Małgorzata odeszła?, pomyślał.

– Pożegnałem dawnego znajomego – wyjaśnił. – Ale ta wyprawa chyba nie była dobrym pomysłem.

– W takim razie może ci pomogę? – Rozejrzała się po pracowni.

Widział, że aż się rwie, żeby sięgnąć po belę materiału i rozwinąć ją na stole. Robić wykroje. Wycinać, zaznaczać kredą krawiecką. Fastrygować, obrębiać. Widział to w jej twarzy, w drobnych drgnieniach palców prawej dłoni, która w wyobraźni już chwytała igłę.

– Dam radę. Przecież nie ma tego wiele. A jak pierwsze dni pracy?

– Jedno twoje słowo i wracam! – Uśmiechnęła się. – Nawet Marii mi brakuje. Ale jej pewnie ulżyło, że wreszcie się przy tobie nie kręcę.

Wyszła z ociąganiem. Wydawało się, że zachłannie wdycha znajomy zapach. Nasyca się atmosferą pracowni. To między innymi tutaj stawała się tą osobą, którą jest dzisiaj. To tutaj się gubiła i odnajdywała. To miejsce ją naznaczyło, ale też ona naznaczyła je.

Leonard poczuł szturchnięcie. Stach szczerzył się, z zadowoleniem prezentując tabelę wyników rozgrywki w tysiąca.

– No, stary, chyba nie jesteś w formie!

– Po prostu dałem ci fory.

– Chciałbyś! – prychnął Staszek, składając karty. – To co, druga partia, czy powiesz wreszcie, co stało się u Małgorzaty?

Leonard zawahał się. Nie miał wprawy w mówieniu o sobie, ale jeśli chciał to zrobić, trafił pod właściwy adres. Ze Staszkiem znali się od szkoły średniej. I to jemu pierwszemu powiedział o uroczej blondynce, którą poznał. Przyjaciel szybko zaczął im wieścić długi związek i gromadę dzieci.

– Jesteście dla siebie stworzeni! – podkreślał. – Nie zepsuj tego!

Tyle że nie wszystko w życiu się układa.

– To było coś, znów ją zobaczyć. – Leonard wsparł się na podłokietnikach. – Ruszyły wspomnienia. Jakby odżył zapomniany świat. Długo rozmawialiśmy. A właściwie to ona mówiła. Ale było tak, jakbyśmy wcale nie przestali się widywać. Masz pojęcie? – Sięgnął po szklankę z lemoniadą. Kostki lodu zastukały o szkło. – Myślałem, że przed moim wyjazdem jeszcze się zobaczymy. Napisałem wiadomość, ale nie zareagowała. Do dziś – podkreślił.

– Jest w żałobie – zauważył przyjaciel.

– Oczywiście. Wiem. Ale i tak czuję żal. Pojechałem tam na jedno jej skinienie. I nagle przestałem być potrzebny.

– Wiele razy cię pytałem, po co utrzymujesz z nią kontakt? I proszę cię… – Staszek podniósł dłoń. – …nie serwuj mi tych andronów o przyjaźni. Cały czas na nią czekałeś albo… – urwał. – Albo coś nie daje ci spokoju. Może i jedno, i drugie? – dokończył, obrywając leżące na paterze winogrona.

– Bez przesady z tym czekaniem. Gdyby tak było, byłbym królem cierpliwości.

– Nie znam nikogo, kto miałby jej więcej.

Leonard odwrócił głowę. Nie chciał patrzeć w olbrzymie oczy przyjaciela, które konfrontowały go z niewygodnymi pytaniami. Czekałem?, zapytał sam siebie. Był przekonany, że to zamknął. Że Małgorzata jest dla niego bardzo ważna, że on wygląda wieści od niej i ceni sobie ich przyjaźń, ale niczego sobie nie roi. I na pewno na nic nie czeka. Bo nie ma prawa. Bo nie może. Bo… zawiódł. Poza tym przecież ona zasługiwała na to, co najlepsze. A on nigdy się najlepszy nie czuł.