Szczęście na miarę

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

Mirela siedziała w fotelu z kieliszkiem wina w ręku. Wokół niej na podłodze leżały zużyte chusteczki. Zamierzała je pozbierać, zanim wróci mąż, ale kiedy usłyszała zgrzyt klucza w zamku, nawet nie drgnęła. Przez weekend starała się pozytywnie nastawić do kolejnego tygodnia, ale pierwszy dzień w nowej pracy rozstroił ją zupełnie. Gdy tylko weszła do domu, sięgnęła po butelkę i pudełko chusteczek.

– Cześć kochanie! – zawołał Wiktor z przedpokoju.

Miał dobry nastrój, zresztą jak zawsze. Mirela znała go już ćwierć wieku i momenty, kiedy miewał gorszy humor, mogłaby policzyć na palcach dłoni.

– Jak ci minął dzień? – Wszedł do salonu i obrzucił spojrzeniem dywan. – Oj…!

– Właśnie tak – bąknęła.

– Nie mogło być przecież aż tak źle. – Przykucnął obok fotela.

– Tam nie ma żadnych wyzwań! Niczego inspirującego! Klienci podchodzą do garniturów, jakby przychodzili po ziemniaki. Właściwie liczy się tylko kolor i to, żeby nie piło w pasie. Nie wiem, jak to wytrzymam! W dodatku jestem najstarsza w zespole. Czuję się jak matrona!

– Doceniono twoje doświadczenie. Poza tym nie jesteś stara! Co to jest czterdzieści siedem lat? Nie możesz się załamywać po zaledwie kilku godzinach pracy.

– Ależ oczywiście, że mogę!

Wiktor pogładził ją po policzku.

– Płakałaś w czwartek. Teraz znowu. Szkoda twoich nerwów. Sama wiesz, że nie było już możliwości pracy u Leonarda. Zresztą nie do końca rozumiem twoje rozżalenie. – Wyjął kieliszek z jej dłoni i upił łyk. – Jasna sprawa, spędziłaś tam niemal pół życia i trudno się przestawić. Ale przecież Leonard to mruk. Do tego dziwak. Skąd to przywiązanie?

– Nie jest mrukiem, tylko czasem sprawia takie wrażenie. Masz rację, obiektywnie patrząc, ta praca miała swoje minusy. Ale to nie była tylko praca… – Mirela się zamyśliła. – Tam wydarzało się coś jeszcze…

Wiktor uniósł brwi.

– Czy zamierzasz powiedzieć mi coś, czego nie wiem?

– Proszę cię! Nie o to chodzi! – Klepnęła go w ramię. – W sumie to nawet nie potrafię wyobrazić go sobie z jakąkolwiek kobietą.

– To może z mężczyzną? – podsunął.

– To nie to! – Potrząsnęła głową. – On jest… Nie wiem, jak to określić. Jakby… osobny. To chyba właściwe słowo.

– Po prostu przywykł do samotności. A swoją drogą, pewnie żadna kobieta by z nim nie wytrzymała.

Mirela pomyślała o ramce z portretowym zdjęciem uśmiechniętej blondynki, które stało na biurku Leonarda. Czasami bywała u niego w mieszkaniu. Zawsze miał nieskazitelny porządek, jak w pokoju hotelowym podczas pierwszego dnia pobytu. Kapa na łóżku była idealnie wyrównana, żabki firanek w identycznych odstępach, a poduszki na sofie tak samo ułożone. Ani śladu kurzu, a nieliczne przedmioty na meblach ustawione jak pod linijkę. Niewiele było rzeczy czyniących tę przestrzeń osobistą, pozwalających odgadnąć, jakim jest człowiekiem. Jedyne wnioski można było wyciągać właśnie z pedantyzmu i z książek na półkach, wyłącznie klasyków i katalogów mody. No i to zdjęcie… Było jak złamanie panującej reguły. Ładna młoda kobieta patrzyła w obiektyw aparatu, jakby dobrze znała osobę fotografującą. W hipnotyzujących oczach zdawała się tlić tajemnica. Jak gdyby skrywały ich wspólny sekret. Kiedyś zapytała o nią Leonarda.

– To jest Małgorzata – odparł tylko, a w tonie głosu zabrzmiało ostrzeżenie.

Zrozumiała ten komunikat i nie drążyła. Wiedziała tylko, że to raczej nikt z rodziny, bo Leonard nie miał rodzeństwa.

– To co? Zjemy coś? – Wiktor sprowadził ją do rzeczywistości.

– Czemu nie, tyle że w lodówce prawie nic nie ma. Miałam zrobić zakupy, ale przez to wszystko zapomniałam.

– Żaden problem! Przecież wiesz, że jestem niezrównany w takich sytuacjach. – Podniósł się. – Przyrządzę zupę choćby na gwoździu!

Mirela uśmiechnęła się i zgniotła ostatnią chusteczkę. Nie były jej już potrzebne. Przynajmniej na razie.

Wiktor wcale się nie przechwalał. Mówił, jak jest. Zawsze wkraczał do akcji w momentach, kiedy ona rozkładała ręce. Potrafił doskonale pitrasić, ale także załatwić wszystko i dogadać się z każdym. Był typem osoby powszechnie lubianej. Tę cechę odziedziczyła po nim ich córka. Weronika od małego potrafiła odnaleźć się w każdej sytuacji. Była zdecydowana i nieustraszona. Mirela czasem zastanawiała się, jak to możliwe, że są tak różne. Ona sama bowiem zawsze tonęła w niepewnościach i do mistrzostwa opanowała dzielenie włosa na czworo. Tylko przy szyciu się nie wahała. To był jej teren, bezpieczna przestrzeń. Nie wyobrażała sobie, jak ograniczy się wyłącznie do handlu. W nowym miejscu pracy poprawki krawieckie zlecano na zewnątrz, więc nie mogła liczyć nawet na proste zwężenie spodni.

Znów pomyślała o Leonardzie. Zapewne siedzi teraz przy biurku i projektuje. Nie przestawał tworzyć nowych rysunków, nawet gdy planów było znacznie więcej niż klientek. Czasami Mirela miała wrażenie, że w wyobraźni ubiera każdą napotkaną na ulicy kobietę. Że szyje dla wszystkich kobiet świata.

Obrazy za oknem przesuwały się szybko. Prawie tak samo jak myśli Leonarda.

Wyjął telefon i sprawdził godzinę. Akurat zbliżał się czas jego wieczornej herbaty, ale nie było jak odprawić rytuału. Jeszcze kilkanaście minut i pociąg zatrzyma się na stacji.

Jak to będzie znów ją zobaczyć?, rozmyślał przez całą drogę. Kiedy w czwartek odebrał telefon od Małgorzaty, od razu wyczuł, że coś się wydarzyło.

– Przepraszam, że ci przeszkadzam… – wycedziła mokrym, przytłumionym głosem. – Ale nie wiedziałam, do kogo zadzwonić.

– Nigdy mi nie przeszkadzasz – zapewnił. – Co się stało?

– Edward umarł. – Rozpłakała się.

Przebiegł go zimny dreszcz. Nie wiedział, jak zareagować. Ani na ten komunikat, ani na łkanie dobiegające z drugiej strony łącza.

– Mój Boże… Wspominałaś ostatnio, że choruje, ale nie wiedziałem, że jest aż tak źle.

– Wtedy też nie miałam pojęcia. Wydawało się, że dzięki nowej terapii… – Głos się załamał.

Trudno było słuchać tej rozpaczy. Nie godził się na jej ból. Zapytał, co może dla niej zrobić, ale odparła, że nic.

– Ale doceniam to – dodała. – Jutro przyjadą dzieci. Będziemy załatwiać resztę formalności. A dzisiaj… Po prostu nie chciałam być sama.

– Jak się czujesz? Przepraszam! – zreflektował się. – To głupie pytanie.

– Wcale nie. Leosiu, ja tego nie przetrwam. I nawet nie chcę. Edward… Był dla mnie wszystkim. Całym moim życiem. Bez niego nic nie ma znaczenia.

Niestety, Leonard dobrze o tym wiedział. I nie było mu łatwo żyć z tą świadomością przez te wszystkie lata. Edward był wielką miłością Małgorzaty. To z nim dzieliła codzienność przez niemal trzy dekady i to z nim miała dzieci. Jemu zostały tylko listy, a potem sporadyczne telefony.

Marna namiastka, pomyślał.

W niedzielę Małgorzata zadzwoniła ponownie. Była dziwnie zdystansowana, jakby połknęła o jeden proszek uspokajający za dużo. Poinformowała, że pogrzeb odbędzie się we wtorek, a potem zupełnie spokojnie oznajmiła, że do tego czasu i tak postrada zmysły. Nadmieniła, że Sylwia i Marek starają się podtrzymywać ją na duchu. Dba też o nią przyjaciółka. Ją jednak, choć wszystkim jest wdzięczna, te ich wysiłki jeszcze bardziej męczą.

– Przyjedziesz? – zapytała ot tak, jak o pogodę albo o plany na wieczór. A przecież i dla niej to nie mogło być proste. Przerwanie lat niewidzenia się. I to w dodatku na pogrzebie jej męża.

– Jeśli tylko chcesz – zapewnił.

Przełożył poniedziałkowe spotkanie z klientką i pokonał pięćset kilometrów, w trakcie których przypominał sobie dawne czasy. Zatrzymywał kolorowe klatki wspomnień, które nawet po takim okresie sprawiały, że ogarniało go przyjemne ciepło. Ale falę przyjemności za każdym razem wieńczył bolesny skurcz w okolicy serca.

Pociąg zwolnił, bo wreszcie zbliżał się do celu. Leonard wstał i sięgnął po niewielką walizkę. Siedząca naprzeciwko dziewczyna uśmiechnęła się do niego uprzejmie. Skinął w odpowiedzi. Zauważył, że jest ubrana w dżinsy.

Nigdy nie pojmę, dlaczego one sobie to robią, pokiwał głową. Oczami wyobraźni ujrzał tę szatynkę w zwiewnej kreacji w maki. Pasek podkreśliłby drobną talię, a krótkie rękawy wyeksponowały smukłe ramiona. Ale wyminął współpasażerkę bez słowa, nie dzieląc się tymi spostrzeżeniami. Miał świadomość, że zapewne wzięłaby go za starego zboczeńca.

Na peronie roiło się od pasażerów. Leonard nie lubił tłocznych miejsc, dlatego lawirował między ludźmi, aby jak najszybciej opuścić stację. Były wakacje i nie mogło dziwić, że turyści przyjechali nad morze. On natomiast bojkotował je od dawna. A konkretnie od chwili, gdy dowiedział się, że Małgorzata wyjeżdża z Edwardem w jego rodzinne strony. Na zawsze.

Wyszedł przed dworzec i rozejrzał się za postojem taksówek. Marzył, aby znaleźć się już w hotelu i móc się odświeżyć. Zagadnął go wąsaty kierowca w przepoconej koszulce.

– To dokąd jedziemy? – Sięgnął po jego walizkę.

Leonard wyciągnął telefon, żeby sprawdzić nazwę hotelu. I dopiero wtedy zobaczył nieodebraną wiadomość od Małgorzaty.

Może zmieniła zdanie? Dotarło do niej, że jednak nie powinno mnie tu być?, dumał, wsiadając do auta.

Na szczęście obawy były płonne. Małgorzata pytała, czy już dojechał, i zapraszała na kolację.

– Pan na urlop? – Taksówkarz spojrzał we wsteczne lusterko.

– Na pogrzeb.

– Och, przykra sprawa. W zeszłym miesiącu chowaliśmy szwagra. Współczuję.

Leonard tylko pokiwał głową. Nie było sensu niczego wyjaśniać. Poprosił kierowcę, aby ten najpierw zawiózł go do kwiaciarni. Miał nadzieję, że trafi na taką, w której kupi bukiet margerytek.

Dagna siedziała przy komputerze w redakcji i gapiła się w okna kamienicy naprzeciwko. Mieściła się tam kancelaria prawna. Czasami przypatrywała się pracującym w niej ludziom w garniturach, ciesząc się, że ma pracę, w której może ubierać się swobodnie. Ale o tej porze nikogo już tam nie było.

 

Zupełnie jak tutaj!, zabębniła palcami o blat.

Dobiegający z korytarza jednostajny pisk zaczął się wzmagać. Po chwili otworzyły się szklane drzwi i weszła sprzątaczka.

– Myślałam, że wszyscy już sobie poszli – zdziwiła się, ciągnąc odkurzacz.

– Miałam dzisiaj więcej pracy. – Dagna zaserwowała jej drobne kłamstwo.

– Będę hałasować! – uprzedziła kobieta.

– Nie ma sprawy. I tak już powinnam się zbierać.

Wyłączyła komputer, na którym od godziny przeglądała wyłącznie bzdurne wiadomości i śmieszne zdjęcia kotów. Kiedy redakcja tętniła życiem, pragnęła tylko, by z niej uciec. Ale gdy pustoszała, wyprawa do domu stawała się już mniej pilna. Bo do czego niby miała się śpieszyć? Do pustych ścian i wspomnień poupychanych w każdym kącie?

Przez uchylone okno do biura wkradał się zapach lata, które jednak w tym roku mogło dla niej nie istnieć. Dagny nie cieszyło ani słońce, ani wizja nadchodzącego powoli sierpniowego urlopu. Od dawna nie spędzała go samotnie, więc nie miała pojęcia, co zrobi ze sobą w tym czasie. Niczego nie zaplanowała. Z Marcinem sporo podróżowali. Pociągały ich głównie dalekie kierunki. Byli w Kongu, Tajlandii, Japonii i Meksyku. Uwielbiała czas przygotowań do wypraw i wspólnie przeżywaną ekscytację. Nie wyobrażała sobie samotnego wyjazdu. Głównie dlatego, że nie byłoby z kim dzielić się wrażeniami.

Dzisiaj zajmowała się artykułem o wakacyjnych planach mieszkańców miasta, banalnym wypełniaczem przestrzeni w lokalnej gazecie. Nic ciekawego. Ani dla dziennikarza, ani dla czytelnika. Najpierw obdzwoniła lokalne biura podróży, potem ściągnęła jakieś dane ze strony Polskiej Izby Turystyki. Zrobiła dla czytelników sondaż na redakcyjnym portalu, aby wypowiedzieli się na temat swoich preferencji, po czym zebrała informacje o atrakcjach w regionie. Podejrzewała, że jutro zajmą ją letnie remonty dróg, a w środę artykuł ostrzegający o kolejnej fali upałów w powiązaniu ze zmianami klimatycznymi.

Sezon ogórkowy w pełni!, podsumowała.

Ale byli i tacy, którym to pasowało. Na przykład Darek, redakcyjny kolega, uwielbiał schematyczne tematy, powielane co roku. Celina też wydawała się zadowolona. Miała więcej czasu na zakupy w sieci i rozmowy z naczelnym o psach. Nie żeby miała na ten temat coś do powiedzenia – po prostu patrzyła na szefa cielęcym wzrokiem i przytakiwała mu w odpowiednich momentach, co komuś takiemu jak Bogdan wystarczało w zupełności. Ale Celina nie była głupia, tylko wygodna. Sprytnie mościła sobie nieinwazyjne miejsce pracy na długie lata.

– Co za wspaniałe, cudowne zwierzę! – piała z zachwytu, gdy Bogdan przychodził do redakcji z Cezarem.

Pewnego dnia przyniosła nawet spory kawałek cielęciny i podarowała naczelnemu, zaznaczając, że gdy tylko zobaczyła to mięso w sklepie, od razu pomyślała o jego futrzastym medaliście.

W redakcji jeszcze przez kilka dni niewybrednie sobie z tego żartowano, ale to Celina, nikt inny, wychodziła wcześniej do domu i nie dostawała dyżurów, których nikt nie lubił. Odbieranie telefonów od czytelników nie należało do wyjątkowych przyjemności. Ludzie najczęściej dzwonili, aby ponarzekać lub wylać trochę żółci. Nie miało to wiele wspólnego z dostarczaniem tematów, którymi gazeta mogłaby się pożywić. Darek nieraz kwitował dyżur stwierdzeniem, że najlepiej byłoby posadzić przy telefonie psychiatrę.

– Rozwiązanie idealne dla wszystkich! – podkreślał.

Dagna sięgnęła po leżącą na biurku torebkę i ruszyła do wyjścia. Mijając stanowisko Roberta, zaklęła w duchu. Lubiła go, był dobrym kolegą, tyle że od dłuższego czasu czuł do niej miętę. Cyklicznie zapraszał ją na kawę, ale ona zawsze odmawiała. Kiedy dowiedział się o jej rozwodzie, zapewnił, że może na niego liczyć. Ale Dagna nie zamierzała korzystać z jego uprzejmości. Tyle że w minioną sobotę samotność złapała ją we wnyki i raniła najczulsze miejsca. Do tego nie mogła spotkać się z Lidką, bo przyjaciółka pojechała z córką do babci. Otworzyła komunikator i zobaczyła, że tylko Robert jest on-line. Zapytała, co porabia, rozmowa popłynęła sama. Umówili się nad rzeką. Przechadzka przeszła we wspólny obiad, a potem wieczorne wino. Może to właśnie przez nie zaprosiła go do domu? Może dlatego pozwoliła się pocałować? Fatalny błąd! Nic więcej się nie wydarzyło, ale i tego było nadto. Wiedziała, że on odbierze ten gest jak uchylenie furtki. I nie myliła się. Dzisiaj pojawił się w pracy w doskonałym nastroju i podziękował jej za wspólny czas.

– Nie ma rady! Trzeba to będzie wyjaśnić – mruknęła do siebie.

– Co wyjaśnić? – Sprzątaczka przerwała wycieranie konferencyjnego stołu.

– Przepraszam, to nie do pani. Do widzenia!

Kobieta wzruszyła ramionami i powróciła do swojego zajęcia.

Dagna pośpiesznie zbiegła po schodach, jakby coś ją goniło. Z impetem wypadła na zewnątrz. Popołudniowe napęczniałe gorącem powietrze uderzyło ją w twarz. W starych murach kamienicy lipcowe temperatury nie były aż tak odczuwalne. Zastanowiła się, czy nie nadłożyć drogi i nie wstąpić do lodziarni, gdy usłyszała dzwonek telefonu.

– No cześć, Kamila! – powitała siostrę. – W końcu się odzywasz!

– I kto to mówi? Jak nie zadzwonię, ty nie dajesz znaku życia!

– A po co mam ci truć?

– Obchodzisz mnie. Po to! Co nowego?

– U mnie… Nic. – Znów pomyślała o Robercie i poczuła zażenowanie. – Nie wiem, co mam zrobić z urlopem.

– Przyjedź do mnie! Pójdziemy na imprezę, upijemy się! Myślę, że to ci się przyda. – Kamila się roześmiała.

Po studiach wyjechała do Francji, gdzie pracowała jako architekt. Zakochała się w przystojnym jasnowłosym Jacques’u i nie wyglądało na to, że zamierza wrócić.

– Pomyślę. Trudno uwierzyć, że jeszcze cię nie odwiedziłam.

– Ja uważam, że to granda! Mam niespodziankę! – oznajmiła Kamila po chwili. – Jacques mi się oświadczył! Ślub w przyszłym roku.

Dagna przystanęła na chodniku. To była naprawdę niespodziewana informacja. Nie dalej jak w zeszłym miesiącu Kamila martwiła się, że chyba nic z tego nie będzie. Wciąż nadaremnie czekała na deklarację i zastanawiała się nawet, czy nie zakończyć związku.

– Halo, Dagna? Jesteś tam? – rozległo się w słuchawce.

– Tak! Tylko mnie zatkało.

– A żebyś widziała moją minę! – Siostra zaczęła opowiadać o zaręczynach.

W pełnej emocji historii przewijały się most Aleksandra III, pełnia księżyca i cichy plusk Sekwany. Do tego łzy wzruszenia, ogromny diament i oklaski przypadkowych przechodniów.

– Gratuluję! – odezwała się Dagna. – Wiem, jak ci na tym zależało. Mam nadzieję, że będziesz z nim szczęśliwa i że cię nie zawiedzie – podkreśliła.

Chcąc nie chcąc, poczuła ucisk w gardle. Radość siostry przypomniała jej własne zaręczyny i pewność, jaką wtedy żywiła, że miłość przetrwa do końca ich dni.

– Ty też jeszcze będziesz szczęśliwa! – zapewniła Kamila. – Musisz tylko zapomnieć o tym skurczybyku. Nie był ciebie wart!

– Wcześniej podobno go lubiłaś.

– Ale to, co ci zrobił, zupełnie go przekreśla! – Kamila wzięła oddech. – Daguś, liczę, że pomożesz mi w wyborze sukni ślubnej! Mamy już nie ma, a bez ciebie sobie tego nie wyobrażam.

Dagna obiecała, że będzie na każde jej skinienie. Dla niej to także była doniosła chwila.

– Ale wcześniej… – dodała młodsza siostra. – Muszę wybrać coś na kolację z teściami. To musi być wyrafinowana rzecz. Matka Jacques’a przez lata pracowała w „Voque’u”.

Dagnie na myśl przyszła Lidka i jej ostatnie peany nad sukienką. Uśmiechnęła się pod nosem.

– Jest u nas taki jeden zakład krawiecki… – zaczęła.

– Proszę cię! – Kamila zachichotała. – Pani Roseline na pewno nie zachwyci byle jaka kiecka uszyta w naszej dziurze!

Dagna chciała wyjaśnić, że według Lidii to wcale nie taka zwykła sukienka, ale siostra zaczęła już rozwodzić się o szczegółach wymarzonego ślubu. A ona słuchała, przytakiwała i podsuwała propozycje. Skupiona na rozmowie nie zwracała uwagi, gdzie niosą ją nogi, więc gdy Kamila w końcu się rozłączyła, Dagna zorientowała się, że znajduje się przy znajomej kamienicy.

No ładnie!, pomyślała. Przecież to tutaj ostatnio przyprowadziła mnie Lidka.

Dobiegający z wnętrza bramy przyjemny chłód zapraszał, aby skryć się na chwilę przed upałem, Dagna postanowiła więc skorzystać i trochę się rozejrzeć.

Ciekawe, gdzie ta pracownia?, zastanawiała się, wchodząc na piętro. Chyba miała być pod dwójką?

Przy dwuskrzydłowych drzwiach zauważyła złotą tabliczkę. Kittay, odczytała nazwisko krawca. Nie Dior ani Versace!, uśmiechnęła się na myśl o przyszłej teściowej Kamili.

Miała już zejść na dół, gdy usłyszała czyjś głos.

– Pani do Leonarda?

– Ja tylko…

Kobieta stała u szczytu schodów, podparta pod boki.

– Wyjechał. Wróci w środę albo w czwartek. Zresztą chyba nie sądzi pani, że mistrz przyjmuje po dwudziestej?

– Mistrz? – Dagna powstrzymała prychnięcie.

– To wyjątkowy krawiec i niebywały mężczyzna! Zapewniam panią! Ale co ja mówię! Skoro pani tu jest, musi pani wiedzieć.

– Mniej więcej.

– Może coś przekazać?

– Pani jest jego sekretarką?

Sąsiadka wzniosła oczy ku niebu.

– Raczej muzą! Myślę, że tak nazywa się rola, którą odgrywam w jego życiu.

Dagna przygryzła wargę. Coraz trudniej było jej tłumić wzbierający chichot, ale poczuła niespodziewaną sympatię do tej przedziwnej kobiety. Ona pierwsza tego dnia sprawiła, że poprawił się jej nastrój. Odparła, że nie chce zostawiać żadnych wiadomości, pożyczyła kobiecie miłego wieczoru i pożegnała się, choć coś sprawiało, że w głębi duszy miała ochotę zostać tam jeszcze przez chwilę. Zastanawiała się, jakie muzy mieli sławni kreatorzy mody. Czy były wielkimi artystkami? A może uwodzicielskimi heroinami? Nie miała pojęcia. Czuła jednak podskórnie, że żadna z nich nie była tak oddana jak muza pana Kittaya.

Drobne płatki margerytek nieznacznie drżały. Podobnie jak ręce Leonarda, które ściskały bukiet.

Nacisnął dzwonek i czekał, prawie nie oddychając.

Dom Małgorzaty był niewielki, choć uroczy. Położony w cichej zielonej okolicy. Pośród drzew wesoło śpiewały ptaki, mając za nic emocje gościa i powagę sytuacji.

Wreszcie za szkłem witrażu dostrzegł niewyraźny cień. Wiedział, że to ona, a nie żadne z jej dzieci. Drzwi otworzyły się powoli i stanęła tuż przed nim. Na wyciągnięcie ręki, jak w niejednym z jego snów. Taka sama. Może parę kilogramów więcej, ale identyczny, pełen czułości wyraz twarzy. Duże szare oczy, teraz nieco przygas­łe, wołały „witaj” bez słów. Karminowe usta najpierw drgnęły nieznacznie.

– Jesteś…

– Przykro mi, że w takich okolicznościach.

– Mnie tym bardziej. Wejdź, proszę. – Cofnęła się w głąb korytarza. – Jak minęła podróż?

– Nie najgorzej. Choć się dłużyła. Ale mam miły hotel, więc sobie odpocznę.

– Cieszę się, że zgodziłeś się zajrzeć do mnie jeszcze dzisiaj. Sylwia przygotowała kolację. Zaraz podamy.

Leonard nie mógł się nadziwić, że po takim czasie rozmawiają o kolacji i niedogodnościach podróży. Składają zdania, które nigdy nie nadążą, nie wyrażą tego, co najważniejsze.

– Proszę, to dla ciebie. – Podał bukiet. – Lubisz je, prawda? To się nie zmieniło?

Uśmiechnęła się nieznacznie.

– To jedno się nie zmieniło. Dziękuję.

A potem podeszła bliżej i objęła go. Tak jak obejmuje się dawno niewidzianego przyjaciela. Kogoś, kto zna, kto rozumie, kto wie. Ale on stał usztywniony. Niepewny. Czuł jej ciepło i kruchość pod palcami. Bał się, że mu się wymknie, rozbije, stłucze. Chciał ją ochronić.

– Nie przyjechałem z myślą o kolacji. Przyjechałem dla ciebie – odezwał się cicho.

Pożałował, że to zrobił, bo rozluźniła uścisk i wysunęła się z objęć.

– Jesteś jedną z zagadek życia, Leonardzie – stwierdziła. – Chyba nigdy cię nie zrozumiem. Ale tak dobrze, że jesteś.

Poprowadziła go do salonu. A potem poznała ze swoimi dziećmi.

Niemal trzydziestoletnia Sylwia była czarującą kobietą, lecz wbrew temu, co podejrzewał, wcale nie była podobna do matki. Musiała wdać się w Edwarda. Miała hebanowe włosy i ciemną oprawę oczu. Młodszy Marek był jeszcze studentem. To w jego subtelnej twarzy Leonard odnajdywał ślad Małgorzaty. Przywitał się i podziękował za gościnę.

 

Sylwia nalała wszystkim po drinku i niebawem podano do stołu. Po pokoju kręcił się kot, a na parapecie wylegiwał drugi. Leonard pamiętał, że Małgosia chciała mieć koty. Czuł się trochę surrealistycznie, jakby ktoś nagle wrzucił go w środek jej życia. Bez uprzedzenia, bez wstępu, bez próby. Wiedział, że jest do tego nieuprawniony. Na szafce obok stały rodzinne zdjęcia. Widział uśmiechniętego Edwarda i podejrzewał, że jeśli ten patrzy na tę scenę z góry, ogarnia go niepokój. Niepotrzebnie. Małgorzata zachowywała się uprzejmie i serdecznie, ale była przygaszona. Nie było wątpliwości, że oddałaby wszystko, aby zmienić rozkład figur na szachownicy. Mieć ukochanego z powrotem. Rozumiał ją. On czuł się tak przez całe życie.

Marek podał mu koszyk z pieczywem.

– A więc przyjaźnił się pan z moimi rodzicami? – zagadnął.

– Owszem, ale bardziej z mamą. Znamy się od wielu lat, jeszcze z młodości.

– Mama kiedyś pokazywała mi stare zdjęcia – odezwała się Sylwia. – Miała na nich wspaniałą żółtą sukienkę. Mówiła, że to pańskie dzieło.

Żółta sukienka!, pomyślał. Nic go w życiu tak nie zawiodło.

– Zgadza się – przytaknął. – W tamtych czasach dopiero zaczynałem. Ale do tej pory prowadzę własną pracownię.

– Wspaniale! – Młoda kobieta upiła łyk wody. – Zapewne gdyby urodził się pan w Mediolanie albo Paryżu, byłby pan dzisiaj w zupełnie innym miejscu. Z wielką karierą na koncie.

– Tak pani myśli? – Potarł skroń. – Obawiam się, że to komplement na wyrost.

– Wcale nie – zaznaczyła Małgorzata. – Zawsze ci to mówiłam.

– Kariera to tylko iluzja – oświadczył. – Rzecz bez znaczenia. Prawdziwe życie rozgrywa się w czterech ścianach. Kiedy nikt nie patrzy.

– Ojciec chyba uważał inaczej. Tak się upierał, żebym wybrał dobre studia – zauważył Marek i sposępniał.

Małgorzata odetchnęła ciężko i zamrugała nerwowo. Zachęciła do jedzenia, ale atmosfera zgęstniała. Leonard rzucił uwagę o tłumie turystów, co pozwoliło pokonać niezręczność. Sylwia pilnowała, aby rozmowa dotyczyła już tylko bezpiecznych tematów.

Posiłek dobiegł końca. Młodzi posprzątali ze stołu i zostawili starych znajomych. Leonard przesiadł się na kanapę. Trzymał kieliszek wina, jakby ten był kołem ratunkowym. Wciąż nie mógł uwierzyć, że jest tutaj, przy Małgorzacie. Nie wiedział, jak ma z nią rozmawiać. Jakich używać słów.

– I tak jest cały czas. – Westchnęła. – Wszyscy udajemy normalność, dopóki ktoś nie wdepnie na minę. Wtedy wszystko upada, jak domino.

– Po co udawać? Przecież nie jest normalnie.

– To taka gra. – Usiadła obok niego. – Dzieci udają przede mną, żebym nie czuła się gorzej. Ja także staram się je chronić. Dlatego potrzebowałam posiedzieć z kimś z zewnątrz. Z kimś, kto się w tym nie kisi. Wtedy mogę choć przez chwilę markować, że sprawa mnie nie do­tyczy.

Leonard poczuł nieprzyjemne ukłucie.

– Czyli równie dobrze mógłby na moim miejscu być listonosz?

– Miałam na myśli ciebie. Przez te wszystkie lata zawsze mogłam się do ciebie odwołać. Teraz myślę, że zachowywałam się egoistycznie.

– W przyjaźni nie ma egoizmu.

– Uważam, że nie byłam najlepszą przyjaciółką.

– Widać nie taką najgorszą, skoro tu jestem. – Odstawił kieliszek i nachylił się ku niej. – No dobra, to teraz mów. O czym chcesz i jak długo potrzebujesz.

Małgorzata spojrzała, jakby miał szósty zmysł. Jakby wiedział, że cały czas czekała, aż ktoś jej na to pozwoli. Zachęci.

– Jesteś pewien?

Wyjął z kieszeni spodni paczkę chusteczek.

– Jak zawsze przygotowany. – Pokręciła głową.

A potem zgarbiła się i zakryła dłonią oczy. Zadrżały jej ramiona. Wiedziała, że nie utrzyma tego w sobie ani sekundy dłużej. Że rozpacz zaraz się przepełni, wyleje. Wreszcie mogła pozwolić sobie na słabość.

Miała przy sobie kogoś, kto ją uniesie.