PrzyjaciółkiTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Agata Kołakowska, 2011

Projekt okładki

Izabela Surdykowska-Jurek, Magdalena Muszyńska/Czartart

Zdjęcie na okładce

© Fotolia

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Eliza Czerwińska

ISBN 978-83-7839-817-2

Warszawa 2011

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

Myślałam, że szukanie męża przez Internet jest żałosne. Ale to, zdaje się, jest już zupełny upadek… W głowie Wiktorii pojawiło się wahanie, a palec wskazujący zawisł w niepewności nad lewym przyciskiem myszki.

Piotr, mąż Wiktorii, z pewnością by jej nie pochwalił. Uznałby ją za godną pożałowania i zyskał kolejny dowód na jej życiową niezaradność. Co gorsza, jest na tyle nierozgarnięta, aby chwalić się tym publicznie. Czy pomyślała chociaż, co się stanie, jeśli ktoś się domyśli, że za wszystkim stoi Wiktoria, żona Piotra Zalewskiego, szanowanego biznesmena, który na renomę swojej firmy pracuje ciężko od dziesięciu lat? Czy ona zamierza dorobek tych wszystkich lat obrócić w perzynę? I to po tym, co on dla niej zrobił?

Z pewnością uznałby, że jestem śmieszna, żałosna i chcę go zrujnować, pomyślała Wiktoria, i na jej ustach zagościł uśmiech, co zdarzało się ostatnio coraz rzadziej. Po czym, uzyskawszy absolutną pewność co do słuszności swojej decyzji, z impetem uderzyła palcem w myszkę. Kursor na ekranie komputera przeniósł impuls na przycisk „Wyślij”. Wyświetliło się potwierdzenie wykonania operacji.

Wiktoria wyłączyła komputer i poszła do sypialni dzieci, bo dochodzące stamtąd wrzaski wskazywały wyraźnie, że jej pociechy raczyły już wstać. Zajrzała do pokoju i zobaczyła, jak trzyletnia Milenka niezdarnie okłada o dwa lata starszego brata poduszką w baranki, Kuba zaś dzielnie odpiera jej wściekły atak, litościwie dając siostrze fory.

– Kto ma ochotę na omlet? – Wiktoria przerwała poduszkową wojnę.

Piski radości, natychmiastowe porzucenie broni i sprint na wyścigi w stronę kuchni najwyraźniej należało odebrać jako wyraz aprobaty dla zaproponowanego menu.

– Mamusiu, kiedy wróci tatuś? – zapytał Kuba, nadziewając na widelec kawałek ociekającego truskawkową konfiturą omletu.

Jak sobie o nas przypomni, cisnęło się Wiktorii na usta. Rzecz jasna, taka prawda o ojcu nie nadawała się dla dziecięcych uszu.

– Jak tylko załatwi wszystkie swoje sprawy, kochanie.

– Zawsze tak mówisz – malec najwyraźniej nie tego oczekiwał.

– Wiesz przecież, że tata jest bardzo zapracowany. Wróci, jak tylko będzie mógł.

– Obiecał, że zabierze mnie na konie.

Temat koni najwyraźniej przypadł do gustu Milence, bo natychmiast zaczęła się dopominać wycieczki do stadniny.

– Kubusiu, jak tata wróci, to pojedziecie, dobrze? A może… – zastanowiła się, nalewając sok do szklanek – może sami pojedziemy? Co wy na to?

– Pojedziemy razem z tatą – chłopiec skrzyżował ręce na piersi i wydął dolną wargę. Jego mina wyrażała brak zgody na jakiekolwiek próby negocjacji.

Wiktoria odnotowała sobie w głowie, że ma zmusić męża do wysiłku i zabrania, koniecznie!, dzieci do stadniny. One tak na to liczą, chyba znowu ich nie zawiedzie? Są przecież jakieś granice. Z dzieciństwa dobrze pamiętała, że nie ma nic gorszego niż niedotrzymane obietnice. Zawód, jaki ogarnia dziecięce serce, jest straszliwym uczuciem, a utrata wiary w rodzica – chyba jeszcze gorszym. Dlatego Wiktoria obiecała sobie, że ona zawsze dotrzyma danego dzieciom słowa. Szkoda tylko, że Piotr ma to wszystko w nosie, pomyślała z żalem.

Po śniadaniu, którym w jej przypadku była czarna jak smoła kawa, Wiki zapakowała dzieci do samochodu i odwiozła do przedszkola. Teraz będzie miała kilka godzin dla siebie. Włożyła do bagażnika strój sportowy i obrała kurs na klub fitness. Wcale nie dlatego, że uległa modzie na tego rodzaju aktywność fizyczną czy obsesji na punkcie wyglądu. Po prostu skupienie, jakiego wymagało zapamiętanie kolejności i kombinacji ćwiczeń aerobowych, zajmowało jej umysł na tyle, że nie musiała po raz setny analizować, jak bardzo utknęła w swoim małżeństwie i jak to się mogło stać. W takich przypadkach myśli się najczęściej, że „przecież miało być tak pięknie”. Ale naprawdę tak miało być i nic nie zapowiadało wywrócenia życia do góry nogami. I utkwienia w tym idiotycznym położeniu, gdzie niby wszystko jest takie samo, ale wygląda jakoś inaczej.

Przyglądając się z boku obrazowi małżeństwa Wiktorii, oprawionemu w złote ramy, trudno było dostrzec niedoskonałości, odpryski farby czy, nie daj Boże, znamiona falsyfikatu. Dla postronnych ten związek i życie, jakie prowadzili Wiki i Piotr, były spełnieniem snu o wygodnej egzystencji. Mieszkali w luksusowym apartamencie, mieli dwa samochody (terenowy dla niej, duży i elegancki dla niego), jeździli przynajmniej dwa razy w roku na zagraniczne wakacje, zatrudniali panią do sprzątania i nianię w razie potrzeby. Wiktoria brała prywatne lekcje angielskiego i hiszpańskiego, chodziła do kosmetyczki i fryzjera tak często, jak tylko potrzebowała, bądź gdy miała taki kaprys. Dwójka słodkich pociech uczęszczała do prywatnego przedszkola, gdzie spędzała kilka przedpołudniowych godzin, i miała na wyciągnięcie ręki prawie wszystko, czego dusza zapragnęła. Na to wygodne życie zarabiał Piotr. Prowadził własną firmę architektoniczną, co wymagało od niego częstych wyjazdów. Nieobecność wynagradzał dzieciom furą prezentów, a żonie – biżuterią.

Tak widzieli ich życie inni. Wiktoria nikomu się nie przyznała, że bajka, której tak jej niektórzy zazdrościli, to w rzeczywistości tani dramat psychologiczny, a książę na białym koniu to zapatrzony w siebie, nieczuły na potrzeby rodziny Ktoś. Tak. Ktoś. Bo Wiktoria Piotra od dawna już nie poznawała.

Kiedy zobaczyła go po raz pierwszy w pubie, od razu wpadł jej w oko. Wysoki brunet o proporcjonalnej sylwetce i ładnie wyrzeźbionym ciele. Wydawał się taki swobodny, rozluźniony. On także szybko zwrócił na nią uwagę. Umówili się na randkę, podczas której Wiki utonęła w zimnej toni jego stalowych oczu. Już wtedy prowadził firmę, ale wówczas interesowały go jeszcze sztuka, literatura. Kochał muzykę. Marzyli o wspólnym życiu, domu wypełnionym dziecięcym śmiechem i kuchni rozgrzanej ciepłem domowego ogniska. A może tylko ona marzyła? Przecież to niemożliwe, aby czuły, ciepły człowiek zmienił się w robota o kamiennym sercu, pozbawionego wyższych uczuć. Chyba że dla niego ciepło domowego ogniska oznaczało cicho zachowujące się dzieci, kiedy wraca do domu ze służbowych podróży, i żonę, która tworzy mu idealne warunki do rozwoju, usuwa wszelkie przeszkody i nie oczekuje troski, czasu, a nawet (o zgrozo!) uwagi.

Kiedy wyjeżdżała wraz z mężem z rodzinnego miasta, nie odczuwała żalu. Czymże bowiem były dawne życie i stare znajomości wobec obietnicy nowego początku? Od czasu do czasu dzwoniła do koleżanek, ale szybko przestała opowiadać o kolejnych podróżach i zakupach do nowego domu. Nie wiedziała, czy to one nie chciały słuchać, czy po prostu tak wyszło. A może to odległość sprawiła, że niezauważalnie wyrósł między nimi mur, cegła po cegle, aż niedawne przyjaciółki przestały odczuwać potrzebę kontaktu? Relacje, zażyłość zostały ucięte. I nie wiadomo, czy przyczyną był diametralnie różny poziom życia, zawiść, oddalenie, czy brak woli podtrzymywania kontaktów. Może wszystko po trochu?

Teraz Wiktoria mieszka w stuosiemdziesięciometrowym apartamencie, który od jakiegoś czasu jest dla niej bardziej złotą klatką niż pełnym ciepła schronieniem. Jeździ samochodem, którego nigdy nie lubiła; wolałaby coś mniejszego i bardziej zwrotnego. Chodzi na lekcje języków obcych, poci się na aerobiku, obcina włosy częściej, niż trzeba, i wklepuje kremy u kosmetyczek tylko po to, aby wypełnić jakoś czas, zagłuszyć myśli i przyspieszyć bieg dni. Czuje się permanentnie samotna, bo mąż poświęca czas wyłącznie pracy. Dla Wiki i dzieci już mu go nie wystarcza. Kiedy mąż wraca do domu, serce Wiktorii przez chwilę bije szybciej, z nadzieją, że to jej dawny, kochany Piotr. Optymizm gasi rzucana od progu uwaga:

– Zrobiłabyś coś z tym mieszkaniem. Czy tu wszędzie muszą się walać zabawki? Zmęczony człowiek nawet przejść spokojnie nie może!

Samotny, nieopatrznie zostawiony na podłodze samochodzik strażacki Kubusia zablokował jego ojcu drogę do kuchni.

I Wiktoria zaczyna odliczać dni do kolejnego wyjazdu męża, choć przecież jeszcze przed paroma sekundami tak za nim tęskniła.

Karolina siedziała przy biurku i bezwiednie stukała długopisem o plik leżących przed nią kartek, straszących kolumnami liczb, które należało przeanalizować i wysnuć z nich wnioski do zaprezentowania w raporcie. Jej nieobecny wzrok zawisł na wordowskim pliku, myśli podryfowały w zupełny bezczas, a umysł beztrosko się zawiesił. Pewnie z przepracowania, bo Karolina miała w zwyczaju wyrabiać dwieście procent normy. Wysoko zawieszała poprzeczkę zarówno sobie, jak i innym, co nie przysparzało jej zwolenników. Kto bowiem lubi być surowo oceniany? Karolina jednak nie znosiła bylejakości i przeciętniactwa. Zawsze równała w górę, nie w dół, i tego oczekiwała od innych.

 

Kiedy przywołała w końcu niesforny umysł do porządku, dziewczyna zaczęła wmawiać sobie, że wcale nie jest znudzona. Chwilowy spadek formy może się przecież zdarzyć każdemu? Zdjęła marynarkę, która pełniła ostatnio rolę pancerza chroniącego przed korytarzowymi plotkami i intrygami koleżanek z biura, i poszła zaparzyć zieloną herbatę. W kuchni nie natknie się na nikogo; wszystkie poszły na lunch. Karolina dobrze wiedziała, że i tak nie zdążą niczego zjeść, bo ich usta będą zbyt zajęte komentowaniem jej życia i snuciem kolejnych fascynujących domysłów. Z ich punktu widzenia była wyjątkowo antypatycznym typem. Przyszła sobie, taka młoda, dwudziestopięcioletnia, w rozmiarze 36, o niebotycznie długich nogach, po dobrych studiach ekonomicznych, z najlepszą średnią na roku – i na dodatek miała czelność osiągać wyniki lepsze od nich! Na domiar złego większość facetów w pracy (i to było chyba gorsze niż zawodowe sukcesy) nie przechodziła obok niej obojętnie, lecz z wyrazem twarzy nieodmienne przypominającym psi pysk po tygodniu głodówki, rozanielony na widok wielkiej kości pokrytej sporą warstwą mięsa.

Karolina postawiła na biurku parujący kubek i pozwoliła sobie na chwilę relaksu. Włączyła przeglądarkę, a nieprecyzyjne kliknięcie przeniosło ją na portal z darmowymi ogłoszeniami. Szukam przyjaciół, przeczytała. Że co? Rany, to mają i taki dział?, zdziwiła się podejrzliwie. Pewnie z anonsami erotycznymi. Ku własnemu zaskoczeniu nie znalazła na stronie ofert upojnych i mokrych nocy w objęciach DzikiegoOgiera69. Na ekranie wyświetliło się za to kilka zdań wysłanych tego samego dnia o 6.20.

Cześć!

Jestem tu nowa. Wszyscy znajomi zostali tam, skąd wyjechałam. Odległość, jak się jednak okazuje, nie sprzyja żadnym relacjom – nie tylko miłosnym. Może to śmieszne, ale po prostu szukam koleżanki. Czy któraś z Was ma ochotę na wspólny wypad do kina? Albo nie. W kinie nie da się rozmawiać. Może kawiarnia?

Pozdrawiam

W.

Albo jest bardzo odważna, albo zdesperowana, pomyślała Karolina, kiedy przeczytała ogłoszenie. Ironia maskowała jednak pewność, że sama chętnie zamieściłaby podobne ogłoszenie, gdyby tylko nie traktowała tego jak przyznania się do słabości, do jakiegoś braku… Do niezaradności? Zamknęła przeglądarkę. Zapewne to jakaś krańcowa wariatka, pomyślała. Kto normalny szuka znajomych w Internecie? No kto? Przecież każdy ma znajomych. Jeśli się o nich zabiega w sieci, to znak, że z poszukującym coś jest nie w porządku. Ale przecież ta cała W. napisała, że się przeprowadziła i w nowym miejscu po prostu nie ma przyjaciół. To normalne, zwykłe, życiowe. Sama też ich nie masz, prawda upomniała się o uwagę. Korporacja to nie miejsce na sentymenty, tu się nie rodzą prawdziwe przyjaźnie. Tym bardziej trudno o nie wyjątkowo ładnym i zdolnym kobietom. Przedstawicielki płci pięknej nie znoszą konkurencji, a faceci widzą w nich jedynie smakowity kąsek.

A co tam! Odpowiem. W Karolinie przeważyły spontaniczność i silna potrzeba odnalezienia bratniej duszy. Przysunęła bliżej klawiaturę i zabrała się do pisania.

Nie, nie, nie! Już chwilę później wcisnęła energicznie klawisz backspace. To głupie. Nie będę robić z siebie ofiary losu. Nie ja!, pomyślała i wróciła do pisania raportu. Tamto ogłoszenie wymazała z pamięci.

W małym mieszkanku na poddaszu starej kamienicy Marta wyłączyła komunikator internetowy, w który przed chwilą jeszcze wpatrywała się z nadzieją. Patrzyła na ikonki przy imionach znajomych, modląc się gorąco, aby któraś zmieniła kolor na zielony, obwieszczający dostępność chętnego do rozmowy. Jednak nikogo nie było w sieci. Pewnie wszyscy są teraz w barze, śmieją się i piją piwo! Dziewczyna odetchnęła głęboko i pogrążyła się we wspomnieniach. Jeszcze pół roku temu była w Londynie. Wprawdzie zmywanie garów w knajpie nie sprawiało jej przyjemności, a brak możliwości samorealizacji i porzucona pasja aktorska sprawiały, że coś w środku jej duszy wyło przeraźliwie, ale wtedy przynajmniej była z nimi. Z dobrymi znajomymi, z którymi można było pójść na imprezę. Z koleżankami, które wspierały ją, gdy wypłakiwała im się w rękaw. Wszyscy się pukali w głowę, kiedy oświadczyła, że wraca do Polski. Pytali, do czego chce wracać. A ona nie umiała odpowiedzieć nic ponad to, że dłużej nie wytrzyma, że czuje się jak zdrajca własnych marzeń. Liczne castingi, na których bywała w ciągu sześciu miesięcy, jakie minęły od powrotu do kraju, zaowocowały jedynie, jakże wybitnymi!, rolami ciała porzuconego w leśnym rowie i przechodnia mijającego główną bohaterkę. Aby mieć za co żyć, dorabiała to tu, to tam. Klaskała w teleturniejach. Dorywczo opiekowała się pociechami sąsiadki. Dawała dzieciom korepetycje z angielskiego. Wszystko to było za mało. Dlatego ostatnio wpadła na pomysł, że będzie wyprowadzać psy. Kiedy miała zamieścić swoje ogłoszenie: „Twego pupila na spacer chętnie wyprowadzę”, w lewym rogu ekranu zauważyła tekst: Jestem tu nowa. Wszyscy znajomi zostali tam, skąd wyjechałam…

– Ciekawe… – pomyślała i odpisała bez chwili wahania.

Za Karoliną zatrzasnęły się drzwi wynajętej kawalerki. Włączyła telewizor, żeby stworzyć wrażenie, że ktoś jeszcze jest w domu. Że nie jest sama. Nalała wody do czajnika i otworzyła lodówkę, w której były tylko resztka mleka, cytryna i zeschnięty kawałek sera. Głód przykleił jej żołądek do kręgosłupa i ssał uporczywie, nie dając o sobie zapomnieć.

Trzeba by zrobić jakieś zakupy, bąknęła pod nosem, i sięgnęła do górnej szafki, gdzie powinno stać jeszcze pudełko z resztką płatków śniadaniowych. Kiedy ostatni zbożowy okruszek wypadł w na talerz, a leniwa kropla mleka z kartonu postanowiła jednak puścić się w dół i wykonać bohaterski skok bez spadochronu do talerza, Karolinie przypomniało się przeczytane ogłoszenie.

Ciekawe, co robi teraz ta dziewczyna? Może podobnie jak ja siedzi w domu, a towarzystwa dotrzymuje jej prezenter programu informacyjnego? A może już ktoś do niej napisał i siedzą sobie teraz w jakiejś miłej knajpce, świetnie się bawiąc?, pomyślała i rozpoczęła poszukiwania wina, które ostatnio kupiła.

Otworzyła butelkę i włączyła komputer. Udawała przed sobą, że chce jedynie sprawdzić pocztę, choć nie czekała na żadną wiadomość. Potem, jakoś tak przypadkiem, weszła na znajomy już portal ogłoszeniowy i stronę z anonsem niejakiej W. Litery, oczywiście niemal bez udziału Karoliny, poukładały się w wiadomość.

Hej,

jeśli jesteś jakąś świruską, to po prostu nie odpisuj na tę wiadomość. Oszczędźmy sobie czasu, nerwów i rozczarowań.

Jeśli jednak Twoje klepki są na swoim miejscu – daj znać. Chętnie się wybiorę na kawę.

Karolina.

Nie zdążyła jeszcze dopić lampki wina, kiedy komputer krótkim dźwiękiem zasygnalizował nadejście nowej wiadomości.

Cześć!

O ile mi wiadomo, moja psychika jeszcze jako tako funkcjonuje. Ale, rzecz jasna, stan ten zawsze może ulec zmianie. Podobno w życiu wszystko jest możliwe. ;)

Jeśli miałabyś chęć się spotkać, przyjdź do kawiarni Pod Borówką w piątek o 18.00.

Wiktoria.

PS 1. Przyjdzie jeszcze jedna dziewczyna – Marta. Resztę ofert odrzuciłam, bo nie miałam chęci na szalone uniesienia z MłotemPneumatycznym123 ani SzalonymKowbojem25.

PS 2. Jestem brunetką. Założę turkusowy sweter. Jako znak rozpoznawczy. :)

Do zobaczenia,

W.

Palce Karoliny szybko wystukały odpowiedź.

Zatem do piątku.

Poznasz mnie bez problemu – będę ubrana jak sztywniara – przyjdę prosto z pracy.

Po chwili Karolina schowała twarz w dłoniach. Co ja najlepszego narobiłam, pomyślała, z niedowierzaniem kręcąc głową.

Rozdział 2

Dzień dobry. Dzwonię z ogłoszenia w sprawie wyprowadzania psów.

– Dzień dobry! – przywitała się radośnie Marta, bo wyglądało na to, że szykuje się zlecenie.

– Jak rozumiem, pani wyprowadza psy na spacer, czy tak?

– Tak, zgadza się.

– A jak wygląda sprawa z kotami? – zapytał kobiecy głos w słuchawce.

– Jak dotąd nie wyprowadzałam żadnego kota, ale jeśli pani kotek lubi spacery, to mogę się tym zająć.

– W zasadzie to nie chodzi o spacer.

– A o co? – spytała Marta, trochę zbita z tropu.

– Widzi pani, muszę nagle wyjechać, a nie mam na miejscu rodziny ani nawet sąsiadki, której mogłabym zaufać. Chodziłoby dosłownie o kilka dni opieki.

– Czyli mam przychodzić i dokarmiać zwierzaka, tak?

– Ykhm… – kobieta zawiesiła głos. – Szczerze mówiąc, Teodor jest niezmiernie towarzyski. Kiedy zostaje sam, popada w depresję. Raz ledwie uszedł z życiem, kiedy nieopatrznie zostawiłam go na jedną noc. Gdy wróciłam, nie było z nim kontaktu, wyobraża sobie pani? Leżał na podłodze i udawał nieżywego, a jak w końcu na mnie spojrzał… Proszę mi wierzyć… Nikt nigdy nie spojrzał na mnie z takim wyrzutem. Tego się nie zapomina. No i od tamtego czasu już go nie zostawiam, ale teraz sprawa jest podbramkowa, więc gdyby pani była tak uprzejma… – przeszła w końcu do meritum, a wszystko na jednym wdechu. – Gdyby była pani tak miła i przygarnęła go do siebie. Najwyżej na cztery dni. No, może na pięć. Góra na tydzień!

Po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza. Marta doskonale zdawała sobie sprawę, że nie powinna się na to zgodzić. Przebywanie z kotem na świeżym powietrzu jakoś by jeszcze zniosła, ale sam na sam w mieszkaniu, przy jej alergii? Przecież się zakicha na śmierć! Wysmarka sobie mózg. Swędzące potwornie oczy wytrze dokumentnie, tak że pozostaną tylko smutne puste oczodoły. Nie, byłaby nierozsądna, gdyby przystała na takie rozwiązanie.

– Wie pani, ja w zasadzie – podjęła próbę odmowy – nie mogę się zgodzić. Choć owszem, bardzo chciałabym pani pomóc… Ale widzi pani, ja mam alergię na koty i nie najlepiej znoszę ich towarzystwo. Ciągle kicham i oczy mi łzawią…

– Nie zna pani Teodora. On nigdy nie przyprawiłby pani o łzy. To prawdziwy dżentelmen, tylko nieco nadwrażliwy.

– Myślę, że problem nie tkwi w kocim charakterze, tylko w kocie jako takim. Dżentelmen czy nie, i tak by mnie uczulał – Marta zaryzykowała asertywność.

– No to trudno – kobieta westchnęła ciężko. – Zatem Teodor będzie musiał sobie poradzić sam… – dodała cienkim głosem; w gardle słychać było wzbierające łkanie.

– Jak to sam? Chyba nie zamierza pani zostawić go samego na cały tydzień?! – oburzyła się Marta, ignorując łzy rozmówczyni.

– Jeśli pani mi nie chce pomóc, to ja nie mam innego wyjścia – chlipnęła kobieta.

– A nie może go pani po prostu zabrać ze sobą? – Marta spróbowała się chwycić ostatniej deski ratunku.

– Teodor ma chorobę lokomocyjną. Bardzo źle znosi podróże.

Marcie opadły ręce. Wyglądało na to, że Teodor będzie miał się świetnie. Ona – nieco gorzej. Trudno. Żal jej było zwierzaka, więc pukając się w czoło, odparła:

– Dobra, niech będzie. Biorę to zlecenie. Ale za tydzień to będzie kosztowało jakieś… – zawahała się, próbując oszacować uszczerbek na zdrowiu w wyniku kontaktu z wrażliwym Teodorem – …myślę, że jakieś dwieście złotych. Sto przed wyjazdem i drugie sto przy odbiorze kota. Może być?

– W porządku. Zatem jesteśmy umówione – kobiecie najwyraźniej poprawił się nastrój, bo jej głos przeszedł w wesoły szczebiot. – Zatem przywiozę go jutro. Jaki to adres?

– Już jutro? – zdziwiła się Marta.

– Tak, tak! Jutro wyjeżdżam. To gdzie to jest?

Marta podała adres i umówiły się, że właścicielka przywiezie kota z samego rana, o ósmej. Cóż, pieniądze nie przychodzą mi najłatwiej, pomyślała Marta i postanowiła pójść do apteki, aby wyposażyć się w spore opakowanie tabletek przeciwalergicznych.

Wiktoria, siedząc w kawiarni Pod Borówką, zastanawiała się, co ona tu, do licha, właściwie robi. Chyba oszalała. A jeśli te, wydawałoby się, miłe dziewczyny, które odpowiedziały na jej anons, w rzeczywistości są psychopatycznymi mordercami porywającymi autorki ogłoszeń? Potem wywożą je za miasto, gwałcą, zabijają z wyjątkowym okrucieństwem, a ich organy wewnętrzne rozwieszają na pobliskich drzewach? Ależ Piotr miałby używanie! Zdobyłby w końcu niezbity dowód na jej życiową niefrasobliwość. „Ofiara z ogłoszenia” – życiowy sukces Wiktorii! Jej wybujała fantazja wyhamowała z gwałtownym piskiem, w drzwiach kawiarni stanęła bowiem niewysoka śliczna dziewczyna o długich, kręconych rudych włosach i porcelanowej cerze. Dziarskim krokiem zbliżała się do stolika.

– Cześć. Jestem Marta. Wiktoria, prawda?

W tym samym momencie tuż za plecami Marty stanęła smukła i zgrabna kobieta o czarnych, długich włosach. Rzuciła radośnie:

– O, jesteście już? – jak gdyby wszystkie znały się od dawna. – Karolina, miło mi. – Wyciągnęła rękę do powitania. – Ty zapewne jesteś Wiktoria? No, a ty musisz być Marta.

 

– Trafiłaś bez pudła – Wiki rozluźniła się na dobre, bo żadna z dziewczyn nie wyglądała, choćby w najmniejszym stopniu, na seryjnego zabójcę.

– Bardzo ciekawe miejsce – zauważyła Karolina, rozglądając się po wnętrzu. – Na dodatek w moich kolorach. Uwielbiam takie barwy – rzuciła i rozsiadła się na kanapie obok Wiktorii.

W kawiarni dominowały przełamane różem fiolety i głębokie granaty. Ciemnoszafirowe obicia kanap zachęcały do wielogodzinnych pogawędek. Motyw borówki pojawiał się na gdzieniegdzie zawieszonych obrazach. Wyrysowany został także na niewielkich okrągłych stolikach. Lokal rozjaśniały trzy kryształowe żyrandole sporych rozmiarów.

– Nazwa brzmi dość trywialne, swojsko, a w środku stylowe, niebanalne miejsce – wtrąciła Marta.

– Najważniejsze, że mają przepyszne ciasta i wyśmienitą kawę – powiedziała Wiktoria, odbierając od kelnerki kartę.

– Trochę to dziwne, nie sądzicie? – zwróciła się do dziewczyn Karolina. – Niedawno nie wiedziałyśmy nawet o swoim istnieniu, a teraz, jak gdyby nigdy nic, siedzimy razem w kawiarni.

Wszystkie trzy popatrzyły po sobie.

– Kompletnie irracjonalne – przyznała Marta.

Wiktoria oparła brodę na dłoni.

– Niejeden powiedziałby nawet, że ocieramy się o skrajną desperację – dodała.

Karolina odetchnęła, kiedy zorientowała się, że nie tylko ją peszy nietypowa sytuacja.

– Już was lubię – podsumowała wymianę podobnych, jak się okazało, opinii.

Złożyły zamówienie, a Wiktoria opowiedziała w skrócie nowym koleżankom o swoim dotychczasowym życiu. O tym, że skończyła psychologię, ale nie miała okazji pracować w zawodzie. O tym, jak w trakcie studiów poznała Piotra i zakochała się w nim na zabój. O osiem lat starszy, zrobił na niej spore wrażenie zaradnością i pewnością siebie. To, że z sukcesem prowadził własną firmę, imponowało jej i zapewniało przy okazji dostatnie życie. Po ślubie urodziła dwójkę dzieci, które są dla niej wszystkim. W sumie nie można powiedzieć, aby w życiu czegoś jej brakowało. Oczywiście, poza brakiem przyjaciółek od serca oraz – czego nie powiedziała na głos – zainteresowaniem ze strony męża. Ale to, ma nadzieję, niedługo się zmieni.

– A nie próbowałyście się logować na Naszej Szkole? Nie chciałyście odnawiać kontaktów? – zapytała Marta, pociągając łyk cappuccino.

– Odnawiać kontaktów? Nie rozśmieszaj mnie – zaśmiała się Karolina. – Jedyne, co możesz uzyskać, nawiązując taki kontakt, to wyświechtany tekst, że musicie się koniecznie zobaczyć, tyle że nie teraz, bo kogoś boli krzyż, ma nawał pracy, nieżyt nosa, przeżywa wewnętrzny kryzys lub musi iść z psem do psychologa. Ale jak tylko znajdzie czas, na pewno się odezwie.

– I nigdy się nie odzywa… – dopowiedziała rozbawiona Wiktoria, bo opowieść Karoliny przypominała jej własne doświadczenia.

– A ja właśnie miałam zamiar się zalogować – Marcie nieco zrzedła mina.

– Daruj sobie – chórem odparły dziewczyny, wybuchając śmiechem. Rzadka zgodność myśli, jak na nowo poznane osoby, wyprawiła je w doskonały nastrój.

– Myślałam początkowo, że będziesz zadzierała nosa – zwierzyła się Marta po chwili, patrząc Karolinie w oczy.

– To pewnie przez te formalne ciuchy. Typowy strój początkującego rekina bankowości – powiodła wzrokiem po własnym ubraniu. Biała koszula, grafitowa spódnica, szpilki. Trochę sztywne, ale eleganckie. – Kiedyś marzyłam, by tak się ubierać. Teraz wolę ciuchy z odrobiną fantazji, szaleństwa. Ale w świecie liczb na fantazję ani szaleństwo nie ma miejsca – dodała. – Wiecie, w mojej rodzinie się nie przelewało. Pochodzę ze wsi – wyznała Karolina szczerze. – Pewnego dnia obiecałam sobie, że moje życie będzie wyglądać inaczej. Nie chciałam trwać w wiecznym strachu, czy wystarczy mi do pierwszego, w ciągłej niepewności o byt. Postanowiłam, że choćby nie wiem co, zdobędę jak najlepsze wykształcenie i coś osiągnę. I jak na razie – całkiem nieźle mi idzie. Mam dobrą pracę. Bywa nużąca, fakt, ale ją lubię. A najważniejsze, że do wszystkiego doszłam sama, bez niczyjej pomocy.Tego właśnie niektórzy nie lubią. Wręcz nie mogą znieść. Ale nie mają bladego pojęcia, ile mnie to wszystko kosztowało – podsumowała, przeczesując palcami lśniące włosy.

– Pewnie jeszcze bardziej nie znoszą cię za twój wygląd – wtrąciła Marta.

– Nie potwierdzam i nie zaprzeczam – roześmiała się Karolina. – Znajome z pracy nie mogą zdzierżyć, że skupiłam na sobie uwagę lowelasów z firmy. Jakby mnie to w ogóle obchodziło – wzruszyła ramionami. – Efekt jest taki, że nie mam koleżanki, choćby do wieczornych plotek przy winie.

– A facet? Masz kogoś? – drążyła zaciekawiona Wiktoria.

– Miewam – uśmiechnęła się rozbrajająco Karolina. – Szczerze mówiąc, z kimś się spotykam. Poznaliśmy się kilka miesięcy temu i jak na razie jest fajnie. Ma na imię Piotrek.

– Twój też jest Piotr? – zaśmiała się Wiktoria. Po czym dodała: – Wyobraź sobie, że mój mąż nie znosi, jak się do niego zwracam zdrobnieniem. Ani „Piotrek”, ani „Piotruś” nie wchodzą w rachubę. Twierdzi, że już dawno wyrósł z krótkich spodenek. Trochę to dziwne, jak dla mnie.

– Cóż. Mogę go zrozumieć. Ja też nie cierpię, gdy ktoś mówi do mnie Karolcia. Brr… – skrzywiła się z obrzydzeniem. – Ale muszę sprostować. On nie jest mój. To nie jest żaden związek. Ot, po prostu miło i bez zobowiązań spędzamy czas. I, zdaje się, obojgu nam to pasuje.

– Chcesz powiedzieć, że to nic poważnego? – dopytała Marta, a wyraz jej twarzy odzwierciedlał bezbrzeżne zdziwienie lekkim podejściem nowej koleżanki do kwestii relacji damsko-męskich.

– On nie wygląda na kogoś, komu zależy na poważnym związku.

– A ty nie chciałabyś? – Wiktoria patrzyła zaciekawiona.

– Mnie jest dobrze tak, jak jest. Zresztą znamy się dopiero od kilku miesięcy, więc o czym tu mówić?

– Wiesz, kobiety potrafią już od pierwszego spojrzenia marzyć o sielskim domku na przedmieściach i gromadce słodkich dzieciaków – zauważyła przytomnie Marta.

– Ja raczej nie należę do kobiet tego typu. Poza tym najwyraźniej oboje mamy podobne potrzeby. I jakoś tak to wszystko zgrabnie się toczy – zaśmiała się Karolina, rzucając okiem na wyświetlacz komórki, która właśnie zaczęła dzwonić. – O proszę, o wilku mowa – rzuciła rozbawiona.

– Nie odbierzesz? – zapytała Marta, widząc, jak odkłada komórkę na stół.

– Kochana, nie można być zbyt otwartą. Facetom trzeba się wymykać, wtedy bardziej się starają.

– A widzisz, czyli jednak ci zależy – stwierdziła z satysfakcją Marta.

– Raczej nie chcę, aby zaczął obniżać loty. Całkiem niezłe, dodam – powiedziała po chwili z tajemniczym uśmiechem.

– Ej, nie bądź aż tak okrutna. Odbierz – zachęciła ją Wiki.

Karolina wahała się przez chwilę, ale w końcu odebrała natrętnie brzęczący telefon.

– Cześć. Mówiłam przecież, że będę zajęta wieczorem – powiedziała do słuchawki, siląc się na srogi ton. Po chwili zachichotała rozbawiona. – Co byś mi zrobił? Gdzie? Aa, kostkami lodu… Cóż będziesz musiał wytrzymać jakoś do naszego spotkania. Nie, dzisiaj nie dam rady. Pożałuję? No, ja myślę! – zaśmiała się znowu. – To pa. Pa.

Wiktoria i Marta spojrzały po sobie. Wiktoria nagle się rozmarzyła. Co by dała, aby jej mąż zechciał ją tak uwodzić! W Marcie Karolina wzbudziła mieszankę przerażenia i podziwu. I nie wiadomo, które uczucie brało w niej górę. Karolina uśmiechała się rozbrajająco, a w myślach kupowała już obłędny koronkowy gorset, który widziała ostatnio na wystawie w galerii, a w którym świetnie by wyglądała podczas zaplanowanych przed chwilą zabaw z lodem.

Wiktoria, która zaczęła snuć gorzkie refleksje na temat swojego pożycia małżeńskiego, zwróciła się do Marty, by uwolnić się od tych myśli.

– A ty co porabiasz w życiu? Też jesteś boginią seksu, panią i władczynią męskiego rodu?

– Chyba niezupełnie – przyznała Marta. Wzięła głęboki oddech i odparła: – Jestem po szkole teatralnej. Pracowałam rok na zmywaku w Londynie, aż poczułam, że nie po to studiowałam, aby tak łatwo się poddać. I wróciłam, by zawojować polską scenę.

– I jak ci idzie? Gdzie możemy cię zobaczyć? – zapytała wyraźnie zaintrygowana Karolina.