Kolejny rozdziałTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zadzwoniła do niego przeszłość.

Maciej wpatrywał się w ekran z niedowierzaniem. Przewinął tekst do początku i ponownie przeczytał kilka pierwszych zdań. Jego oddech przyśpieszył znacząco, serce tłukło się w piersi niemal boleśnie. Na zmianę zalewały go fale to gorąca, to zimna.

W tekst wszedł jak w masło. Historia wciągnęła go bezlitośnie jak morski wir, a każde kolejne zdanie sprawiało, że czuł się coraz bardziej nieswojo. Rzecz napisano bardzo sprawnie – autor wiedział, jakich użyć słów i jak sprawić, by czytelnik pragnął więcej. Tarski pragnął więcej, a mimo to nie potrafił pozbyć się nieprzyjemnego uczucia. Początkowo dość odległego, coraz wyraźniejszego w trakcie lektury.

Zacisnął zęby i zabrał się do wyliczania: „Warski” brzmi prawie jak „Tarski”, mam czarną skodę, nie mam kondycji, w piątek lało i jadłem chińszczyznę. Do tego uprawiam seks z koleżanką, który istotnie chciałbym już sobie odpuścić, a w piątek nie poszedłem do roboty. A Milewska, Maciej nerwowo potarł nos, wciąż nie przysłała mi książki.

Wygląda na to, że ktoś ze mnie zadrwił, stwierdził. Zrobił sobie żart, któremu poświęcił mnóstwo czasu i inwencji.

Czując palenie w żołądku, przeczytał zawartą w mejlu krótką wiadomość. Nadawca nie podał swojego imienia ani nazwiska. Adres, z którego została wysłana korespondencja, także ich nie zawierał. Nadawcą był niejaki XYZ. Niezbyt to twórcze, stwierdził Maciej.

Jeśli fragment spotka się z Pana zainteresowaniem, z przyjemnością prześlę kolejny. Z uszanowaniem, XYZ, odczytał i poczuł, że się gotuje.

Teoretycznie mógłby uznać, że to zwyczajny tekst z oryginalnym chwytem, który ma sprawić, że redaktor zwróci na niego uwagę. Że wejdzie w tę zabawę, która sama w sobie mogłaby być czymś nowym w jego rutynowej wydawniczej egzystencji. Jednakże Maciej miał poważne przesłanki, żeby nie pójść tym tropem myślenia. Fabuła była mu dziwnie znajoma. Nie, nie był to, broń Boże, plagiat. No, chyba że splagiatowano jego życie. Zdawało się wyzierać z każdej karty. Tak, mógł to być kuriozalny przypadek, ale Tarski bardzo w to wątpił. Wskazywała na to choćby forma, w jakiej dostał tekst. Ten ktoś, kto go wysłał, założył, że on zechce przeczytać więcej. Albo autor był pewny siebie, albo wiedział, kogo opisuje.

Maciej sięgnął po telefon; fragment o pisarce i jej zaległościach wobec wydawnictwa pozwalał sądzić, że to sprawka Kaliny. Tylko skąd wiedziałaby o Karolinie?, zadumał się. Owszem, kumplują się, ale Karola zarzeka się, że trzyma tę sprawę wyłącznie dla siebie.

– Pewnie plotki w firmie roznoszą się szybciej, niż myślałem, i zataczają szerokie kręgi – mruknął pod nosem, wybierając numer Milewskiej.

A może ona po prostu miała fart, trafiła w zbieżne z jego życiem fakty i ta satyra na redaktora wyjątkowo jej się udała?, pomyślał jeszcze.

Tak, czy inaczej, wcale nie było mu do śmiechu. Był wściekły.

– Kalina, to ja, Maciej – zaczął twardo. – Zapewne spodziewałaś się tego telefonu.

– Owszem, ale niekoniecznie o dwudziestej drugiej. O tej porze jeszcze nie dzwoniłeś – zauważyła niezadowolona i poprawiła poduszkę.

– Ale teraz mam powód. Choć inny niż zazwyczaj.

– Doprawdy? – zdumiała się i ułożyła wygodniej. – Aha, zanim cokolwiek powiesz, posłuchaj. Ruszyłam z książką. I myślę, że będzie to naprawdę ciekawa rzecz.

– Masz na myśli tekst, który mi przysłałaś, droga pani XYZ? Naprawdę sądziłem, że pojechałaś do pensjonatu, by spędzić czas produktywnie, a nie zabawić się moim kosztem.

Kalina zmarszczyła brwi.

– O czym ty mówisz?

– O pierwszym rozdziale, który znalazłem w skrzynce. Główny bohater to redaktor Marcin Warski. Mówi ci to coś?

Kalina poszukała zdumionym wzrokiem Wiktora, ale mąż ze słuchawkami na uszach słuchał muzyki.

– Nie bardzo…

– No tak, cóż innego mogłabyś powiedzieć…? Naprawdę nie musisz tworzyć dalszych części, szkoda twojego cennego czasu. Zajmij się książką, na którą czekam.

– Boże, Maciek, nie wiem, co dostałeś i od kogo! Ale na pewno nie ode mnie. Niczego ci nie wysłałam. Wróciłam do domu późnym popołudniem, a wieczór spędziłam nad grą planszową z rodziną. Możesz mi wierzyć lub nie, ale nie jesteś epicentrum mojego wszechświata – zakończyła poirytowana.

– To nie ty? – Tarski stracił całą pewność siebie.

– Nie! – warknęła. – A swoją drogą jestem ciekawa, co dostałeś, że aż tak cię poruszyło. To musi być chyba coś dobrego?

– Tak bym tego nie określił – rzucił Maciej, po czym życzył Kalinie spokojnej nocy i się rozłączył.

Odłożyła telefon na nocną szafkę i zamyśliła się nad rozmową, którą właśnie odbyła i z której zrozumiała niewiele.

– Coś się stało? – Wiktor wyjął słuchawki z uszu.

Miał nawyk słuchania przed snem muzyki klasycznej. Wyciszała go i ułatwiała zasypianie.

– Właściwie to nie wiem – powiedziała Kalina. – Tarski sądzi, że wysłałam mu jakiś tekst. Chyba dla żartu. Był bardzo zirytowany i sugerował, żebym nie trwoniła czasu na głupoty.

– Co takiego? – zdumiał się Wiktor.

– Niczego mu nie wysłałam. Serio. Zresztą po co?

– A dlaczego on myśli, że to ty?

– O to nie zapytałam… – Kalina potarła policzek. – Zadzwonię do niego! – Chwyciła telefon.

– Nie rób tego!

– Daj spokój! Jestem ciekawa.

Tarski wciąż siedział przed komputerem, zagapiony na zdania, które wiernie odzwierciedlały jego życie. Tętno mu szalało.

Gdy zobaczył na wyświetlaczu komórki, kto dzwoni, rozluźnił się nieco. A jednak!, z ulgą wypuścił powietrze.

– A zatem? – powiedział wesoło.

– Dlaczego sądzisz, że dostałeś ten tekst ode mnie?

– Dlaczego, dlaczego… – Przeciągnął się Maciej. – Jest w nim zarówno twój zmysł obserwacji, jak i specyficzne poczucie humoru, lekko ironiczne. No i ten fragment o pisarce, do której nieustannie wydzwania główny bohater, niecierpliwie oczekujący na powieść.

– I po tym wnosisz, że to ja?

– Mam nosa, prawda? W końcu robię w książkach od lat.

– Najwidoczniej przytępił ci się węch, bo nie ode mnie dostałeś mejla. Ale cokolwiek w nim jest, muszę przyznać, że mnie zaintrygowało. Może wkurzasz też inną pisarkę? – Kalina zachichotała i zamilkła, czując, że powiedziała o jedno słowo za dużo.

– Kalina, ale ja naprawdę rozumiem, że ludzie plotkują, a do ciebie mogło dojść co nieco. Nie musisz wycofywać się rakiem. Wiem, ostatnio cię irytowałem, więc utarłaś mi nosa. Przyznaję, udało ci się. Podskoczyło mi ciśnienie i poczułem się naprawdę nieswojo.

– O jakich plotkach mówisz?

– O Karolinie chociażby. Przepraszam, w twoim tekście chodzi o Kamilę.

– O jakiej znów Karolinie?

– Tej z działu promocji…

– Nie wiem, co się dzieje z Karoliną, i nie wiem, co robiła w tekście jakaś Kamila. Zapewniam cię, że nie mam pojęcia, o czym mówisz. A nawet gdybym wiedziała coś, czego nie powinnam, na pewno nie informowałabym cię o tym w takiej formie.

Tarski zacisnął dłoń i poczuł pod palcami suchą skórę. Gdybym miał żonę, zapewne dbałaby o to, żebym kremował dłonie, pomyślał bez związku z tematem. Coś w tonie głosu Kaliny przekonało go, że ona mówi prawdę. Poza tym wydawało się, że naprawdę nie wie, o co chodzi z Karoliną.

– Przepraszam cię Kalina, po prostu… Z jakiegoś powodu, łącząc to wszystko w całość, pomyślałem, że to ty.

– A co takiego jest w tym tekście?

– Nie ma o czym mówić – rzucił pośpiesznie Maciej. – Dobrej nocy. I cieszę się, że ruszyłaś z książką. Czytelnicy na to czekają.

Spłoszył się i wycofał. Nie miał zamiaru błaźnić się przed Milewską jeszcze bardziej.

Kalina dość szybko zasnęła, choć jeszcze przez chwilę zastanawiała się, dlaczego Tarski sądzi, że ona jest skłonna do takich dowcipów. Maciej przeciwnie, nie spał jeszcze długo. Myślał, czy odpisać nadawcy, czy pozbawić go satysfakcji i milczeć. Trawiła go jednak ciekawość: po pierwsze dalszego ciągu, po drugie osoby autora, a po trzecie chciał się upewnić, czy fabuła to przypadek, czy celowe działanie. To wszystko wydawało mu się tak kuriozalne, że w końcu się roześmiał i po drugiej w nocy zdecydował się wyłączyć komputer.

Rozdział 5

Dochodziło południe.

Kalina niechętnie oderwała się od pracy, bo pisało się jej naprawdę dobrze, ale lodówka nie zawierała niczego, z czego można było ugotować obiad dla rodziny. Zapisała zatem zmiany w pliku, zanotowała pomysł na nowy poboczny wątek, po czym zeszła do holu. Narzuciła na siebie kurtkę, a już na zewnątrz zorientowała się, że zapomniała zadzwonić do siostry. Ostatecznie powiedziałam jej przecież, że zadzwonię, jak wrócę, a nie, że zrobię to w niedzielę, pocieszała się z nadzieją, że ta zwłoka nie narazi jej na kolejną porcję wymówek. Obiecała sobie, że nadrobi niedopatrzenie zaraz po powrocie z zakupów.

Jechała powoli osiedlową drogą, która żadną miarą nie zasługiwała na miano ulicy. Konwaliowa pozbawiona była asfaltu i usiana wertepami, w których gromadziła się woda. Dojazd do domu w jesienne słoty przypominał udział w legendarnym Camel Trophy.

Gdy Kalina mijała sąsiadujący z jej posesją dom Stachowiaków, zauważyła machającą Dagmarę. Sąsiadka wyrzucała akurat śmieci. Przy tej mało poetyckiej czynności wyglądała bardzo malowniczo, z powiewającymi na wietrze rudymi lokami. Kalinę te włosy nieodmiennie zachwycały i żałowała, że nie jest malarką i nie potrafi ich oddać na płótnie. Zatrzymała się i odsunęła szybę.

– Cześć, piękna! – przywitała się. – Mało kto wygląda równie imponująco z workiem pełnym śmieci.

– Hej, nie żartuj sobie! Co tam u ciebie? Może wpadniesz wieczorem na herbatę?

Kalina cmoknęła niezadowolona.

– Chętnie, ale tymczasem wpadłam w rytm pisania i chcę to wykorzystać. Mój redaktor, zdaje się, traci już przeze mnie zmysły.

 

– Wykończyłaś biedaka? – roześmiała się Dagmara, podtrzymując włosy, które wiatr nawiewał jej na twarz. – Nie widziałyśmy się trochę, ale z tego co słyszę, nie próżnujesz.

– Przejrzałaś mnie. Masowo doprowadzam ludzi do szaleństwa.

– Daj znać, jak znajdziesz chwilę.

– Teraz wybieram się na zakupy. Potrzebujesz może czegoś? Miałybyśmy okazję pogadać.

Dagmara zawahała się, ale w końcu machnęła ręką.

– Robota może zaczekać. Wiesz, akurat przygotowuję biznesplan dla przedsiębiorstwa z branży budowlanej, ale w sumie się nie pali.

Przed urodzeniem bliźniaków pracowała w firmie konsultingowej, ale na macierzyńskim doznała olśnienia i stwierdziła, że to, co robi dla kogoś, może robić na własną rękę i na własnych warunkach. Gdy Pola z Antkiem poszli do szkoły, biznes ich matki rozkręcił się na tyle, że Dagmara mogła przebierać wśród klientów i decydować się na co bardziej intratne prace. Biuro urządziła w domu, więc często spotykały się z Kaliną na południowej kawie czy szybkim drugim śniadaniu. Kalina nie zaryzykowałaby nazwania ich relacji przyjaźnią. Miała w swoim życiu wiele bliskich koleżanek, ale czuła, że żadna z nich nigdy nie była tą jedyną, wyjątkową, najbliższą, z którą łączyłoby ją porozumienie dusz. Zastanawiała się czasem, czy to nie dlatego, że zbyt dużo wymaga od ludzi.

Pojechały do pobliskiego marketu i gawędziły, klucząc wśród sklepowych alejek. Kalina opowiadała o wyjeździe do Sadkowa i nagłym zwrocie w jej książkowej koncepcji. Dagmara narzekała, że prawie nie widuje męża, który znów wyjechał na budowę. Tym razem do Konstancji, gdzie odpowiadał za powstanie luksusowego apartamentowca.

– Wpada dwa razy w miesiącu i zanim zdążę się nim nacieszyć, wyjeżdża – westchnęła.

– Przynajmniej nikt ci nie rozrzuca skarpet po domu – zauważyła Kalina, wkładając do koszyka filet z łososia. – Chyba że Antek opanował już tę umiejętność.

– Jeszcze nie – roześmiała się Dagmara. – Ale zniosłabym nawet te skarpety, bo tęsknię. Wiesz, samotne wieczory, puste łóżko. Dzieciaki też chciałyby mieć tatę na co dzień.

– Rozumiem, ale co zrobić? Taka praca. To kiedy teraz Paweł przyjeżdża? Może umówimy się we czwórkę na wino?

– Nie wiem jeszcze. A wino? Nie obiecuję, bo chcę się nacieszyć mężem.

– Jasne. – Uśmiechnęła się Kalina. – Chyba naprawdę doskwiera ci tęsknota. W takim razie w kwestii spotkania pozostaje liczyć, że po Niemczech trafi na jakąś budowę w Polsce. No, chyba że nacieszysz się wystarczająco i postanowisz się podzielić mężem ze znajomymi.

– Zobaczymy. – Dagmara założyła gęste włosy za ucho, ale zaraz wypadły.

Wróciły do domów objuczone siatkami, choć Dagmara pojechała do sklepu bardziej dla towarzystwa. Gdy się żegnały, Kalina obiecała, że odezwie się, gdy tylko znajdzie trochę czasu na plotki i kawę.

Wniosła zakupy do kuchni i od razu zajęła się obieraniem ziemniaków i przygotowaniem surówki, aby przed przyjściem Wiktora i Julki włożyć rybę do piekarnika. Uwielbiała proste obiady, które nie wymagały długich przygotowań, a ona mogła ponownie zasiąść przy biurku. Otworzyła plik i w tym samym momencie zadzwonił telefon.

Kalina od razu zorientowała się, o czym zapomniała, ale było już za późno.

– Cześć, siostro – usłyszała kwaśny ton. – Podobno miałaś nie zapomnieć do mnie zadzwonić.

– Wyobraź sobie, że miałam to zrobić zaraz po powrocie z zakupów, ale usiadłam do pracy i…

– …wyleciało ci z głowy. – Alina wpadła jej w słowo. – Twoja rodzona siostra z zasady ci z niej wypada.

Kalina ścisnęła mocniej podłokietnik.

– No dobrze – powiedziała. – Skoro już ustaliłyśmy, że cierpię na wybiórcze zaniki pamięci, mam propozycję. Może wpadniecie do nas w sobotę? Zrobię coś dobrego na obiad. Dzieciaki spędzą trochę czasu razem.

– A nie będziesz zajęta? Ostatnio mówiłaś, że jesteś.

– Bo jestem. Ale skoro proponuję spotkanie, to znaczy, że znajdę czas. – Głos Kaliny stwardniał.

– Świetnie! Kroi się prawdziwe święto! – stwierdziła z przekąsem Alina. – Upiekę ciasto, więc nie musisz się kłopotać deserem. Choć tak ci mogę ulżyć.

– Dzięki. To miłe z twojej strony.

Po ustaleniu szczegółów rodzinnego spotkania zakończyły rozmowę, a Kalina zapisała w notatniku: „Kupić ciasto”. Choć Alina twierdziła, że je przywiezie, ona znała własną siostrę na wylot i wiedziała, że lepiej się zabezpieczyć. I nie pozwolić jej po raz kolejny wpędzić się w niezręczną sytuację.

Maciej siedział w redakcyjnej kuchni, zajadając kanapkę. Wczoraj wieczorem był skołowany i nieco przestraszony, ale dzisiaj od rana miał niezłą zabawę. Zaczepiał ludzi i sondował, który z rozmówców mógłby mu wyciąć taki numer. Najpierw obstawił kolejno wszystkie koleżanki z działu promocji, które być może, powodowane solidarnością jajników, zabawiły się jego kosztem, ale nie wyczuł niczego.

Teraz naprzeciwko niego przy stoliku zasiadł Darek, kolega z działu handlowego. Milczał podejrzanie z głową pochyloną nad kubkiem z kawą, jak przy inhalacji. Brak słów w jego wąskich ustach był nietypowym zjawiskiem, gdyż zazwyczaj mówił, nawet gdy nie miał do powiedzenia nic rozsądnego. Współpracownicy już dawno nauczyli się potakiwać głową w trakcie nielicznych przerw w tych przewlekłych monologach. Darek albo nie miał o tym pojęcia, albo miał to w nosie.

Tarski zauważył, że teraz nie je – jak zwykle do kawy – drożdżówki, jest odległy i nieswój. Był zatem przekonany, że ma go na widelcu. Zatarł dłonie, a jego przesuszona skóra wydała cichy szelest.

– Powiedz mi, Darek, myślałeś kiedyś, żeby napisać powieść?

– Ja? – mruknął cicho tamten, obejmując kubek dłońmi.

Maciej rozparł się na krześle, napawając się chwilą.

– No ty, ty.

– W życiu! Nie mam zdolności. I nigdy mnie do tego nie ciągnęło. Wystarczy, że upycham na rynku czyjeś książki.

– To interesujące, ale jakoś ci nie wierzę…

– Co z tobą? – Darek obrzucił kolegę spojrzeniem spode łba. – Cierpisz na brak propozycji, że na mnie się wieszasz?

– Tak tylko dumam. – Tarski bujał się na krześle.

W czasach dzieciństwa doprowadzał tym matkę do białej gorączki.

– Nie sądziłem, że jestem tematem twoich rozmyślań. Myślałem, że Karolina ci wystarcza.

Krzesło zastygło w bezruchu.

– Wybacz, nie trzeba być Einsteinem, żeby dodać dwa do dwóch – ciągnął Darek. – Od tamtej imprezy Karolina inaczej się przy tobie zachowuje, a ty gapisz się ciągle na jej tyłek. Nie ty jeden wprawdzie, ale ty robisz to nieustannie. Poza tym wystarczy posłuchać, co ona mówi w twoim towarzystwie. Jakie aluzje rzuca.

– Kto by pomyślał, że ty słuchasz kogokolwiek!

Darek upił łyk kawy i wytrzymał wzrok Tarskiego.

– A zatem to prawda?

– Nie ma czegoś takiego jak prawda. Wszystko jest względne.

– Lawirujesz, czyli prawda.

Skoro Darek wie o Karolinie, to kolejny powód, by podejrzewać właśnie jego, pomyślał Maciej. A z drugiej strony – zdolności literackie u handlowca?

Nachylił się nad stołem.

– Nie życzę sobie drugiego rozdziału, panie XYZ – powiedział z udawaną powagą, rodem z dobrych filmów sensacyjnych.

Darek wybałuszył i tak już nieco wyłupiaste oczy.

– Że co?

– Zabawiłeś się i wystarczy. Naprawdę. I jeśli mogę cię prosić, trzymaj język za zębami!

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz. Myślałem, że to ja źle się czuję, bo ząb mnie napiernicza od pierwszej w nocy, ale widzę, że z tobą jest znacznie gorzej.

– Czyli twierdzisz, że nie jesteś niejakim XYZ?

– Nie! ABC też nie. Kurde, Maciek, może zadzwonię po pogotowie? Kto wie, może to jakiś udar czy co? – Darek podniósł się z krzesła i bacznie przyjrzał twarzy rozmówcy. – Podobno opada wtedy jeden kącik ust…

– Odwal się! Nic mi nie jest! – Odepchnął go Tarski. – I po prostu… – powiedział niepewnie, żeby nie zabrzmiało to jeszcze bardziej niedorzecznie. – Po prostu zapomnij o tej rozmowie.

– Aha. – rzucił Darek z nic nierozumiejąca miną.

Zirytowany Maciej wyszedł z kuchni. Rozbawienie ulotniło się gdzieś, czuł się jak kretyn. Wciąż nie był pewien, czy to nie dzieło jego rozmówcy, choć zdumienie tamtego przeczyło podejrzeniom. No, chyba że jest obdarzony nie tylko talentem literackim, ale i aktorskim, stwierdził.

Wrócił do siebie, zrezygnowany opadł na dobrze wysiedziane obrotowe krzesło i pomyślał o Karolinie. A może to ona?, przyszło mu do głowy. Nie, ona jest na taki numer zbyt dojrzała, doszedł do wniosku.

Myśli te nie poprawiły mu nastroju, ale trzeba było zająć się pracą. Na tym obszarze Tarski czuł się znacznie pewniej, jeśli nie liczyć nerwowości, która pojawiała się, ilekroć w ciągu dnia sprawdzał skrzynkę pocztową.

Po czternastej usłyszał pukanie do drzwi i do gabinetu wkroczyła Karolina. Zmartwienie na jej twarzy było mocno nietypowe.

– Darek mi mówił, że nie najlepiej się czujesz – powiedziała, zamknąwszy za sobą drzwi.

– Boże, co to za papla! – westchnął Maciej.

– Co ci jest? – Karolina podeszła do biurka i pogładziła go po głowie.

Po karku Tarskiego przebiegł przyjemny dreszcz. Odzwyczaiłem się od takich czułych gestów, pomyślał. Podniósł wzrok, próbując dojrzeć w oczach dziewczyny nieznany dotąd wyraz.

– Nic takiego. Dostałem głupiego mejla i próbuję dociec, od kogo.

– A co w nim było?

Maciej nie ustawał w wysiłkach, by wyczuć, czy Karolina nie pyta zdawkowo. I pojął, że marny byłby z niego śledczy. Wszyscy, z którymi rozmawiał do tej pory, wydawali się wiarygodni.

– No cóż… – westchnął. – Ktoś wie o tym, co nas łączy.

– Przecież nas nic nie łączy – roześmiała się. – No, prawie nic – uściśliła.

– Mowa jest właśnie o tym „prawie nic”.

Karolina poprawiła grzywkę.

– I to cię tak martwi? Myślę, że wie o tym sporo osób. Nawet jeśli o tym nie mówi – uprzedziła pytanie. – Pewnych rzeczy nie da się nie zauważyć.

– Wiem. Darek mnie właśnie o tym poinformował.

– To może on do ciebie napisał? Wiesz, jaki jest. Sprawdziłby się jako przekupka na targu.

– Może. Ale forma wiadomości raczej temu przeczy.

– A jaka to forma?

Tarski się zawahał. Nie wiedział dlaczego, ale coś go blokowało.

– To powieść – powiedział niechętnie. – Prawdopodobnie w odcinkach.

– Żartujesz? – zaśmiała się. – Pokaż!

– Skasowałem tego mejla. – Odsunął się.

Karolina wzięła się pod boki.

– Nie wierzę, że pozbyłbyś się takiej gratki!

– No dobra, przejrzałaś mnie. Ale nie chcę, żebyś to czytała.

– Jest tam aż tyle o mnie?

– W zasadzie jest jedynie wzmianka. O mnie jest znacznie więcej. I nie pokażę ci go właśnie z tego powodu.

– Jak zawsze tajemniczy! – prychnęła Karolina. – Skoro tak, to martw się dalej sam. Ja wracam do pracy. Obawiałam się, że może coś ci dolega, a ciebie po prostu zajmują redakcyjne gierki.

– Skąd wiesz, że to wyszło stąd?

– A niby skąd? Chyba że mówiłeś komuś o nas. Ja o tym nie rozpowiadam, bo nie ma się za bardzo czym chwalić. – W głosie dziewczyny brzmiała wibrująca złość.

Tarski zaniemówił.

Czy warto w tym dłubać?, zadumał się. Czy rozpatrywanie tego ma jakikolwiek sens? Przecież jeśli nie poproszę o kolejny rozdział, po prostu go nie dostanę i sprawa się zakończy równie nagle, jak się zaczęła.

Myśl ta uspokoiła go na tyle, że mógł w spokoju ducha powrócić do pracy.

Musiał przejrzeć kilka rozdziałów wspomnień popularnej aktorki, bardziej zainteresowanej, by całość brzmiała imponująco i barwnie niż autentycznie. Nie ma widać, bidula, pojęcia, że czytelnik nie jest zainteresowany czytaniem relacji z pilniczkowania jej ego. Na szczęście Tomek Stec, ghostwriter, z którym Tarski współpracował od wielu lat, choć nie miał z gwiazdą łatwego życia, dysponował wystarczającymi pokładami cierpliwości i dyplomacji i umiejętnie lawirował między zachciankami aktorki a dobrem książki.

Po obiedzie Kalina zabrała się do sprzątania ze stołu i ładowania zmywarki. Julka poszła na górę odrabiać lekcje; sądząc po jej uciemiężonej minie, najpewniej miała sporo zadane z matematyki. Wiktor parzył kawę, a resztę popołudnia miał zamiar spędzić na lekturze prasy. W pracy nie miał najprzyjemniejszego dnia, bo jednemu z klientów trudno było pogodzić się z negatywną oceną jego zdolności kredytowej. Pragnął, zdaje się, zmienić ten stan rzeczy, wyciągając Wiktora zza biurka za krawat, ale ochrona pojawiła się na czas. Wprawdzie takie sytuacje zdarzały się bardzo rzadko, ale jeśli już następowały, wytrącały go z równowagi na długo.

 

– Widziałam się dzisiaj z Dagmarą – odezwała się Kalina, wyrzucając rybią skórę do śmieci.

– O! I co u nich? Dawno nie widzieliśmy się z Pawłem.

– Kieruje teraz budową za granicą. A Daga narzeka na samotność.

– Nic dziwnego. Ale przynajmniej on tam godziwie zarabia.

– Zaprosiłam ich do nas przy najbliższej okazji, ale nie wiadomo, czy wpadną. Kiedy już są razem, nadrabiają czas. – Kalina uśmiechnęła się filuternie. – Za to w sobotę wpadnie do nas Alina.

– Z całą rodziną? – Wiktor aż się wyprostował. – Nie mam nic przeciwko Jackowi, ale twoja siostra… Sama wiesz, jaka potrafi być.

– Raczej jaka jest, a nie jaka potrafi! – Poprawiła go Kalina ze śmiechem.

– Dobra, damy radę. Julka lubi chłopaków. Przynajmniej dzieciaki będą miały frajdę.

– Nie wiem tylko, czym ich podjąć. Wiesz, chcę zrobić coś efektownego, ale niezbyt pracochłonnego. Mam nadzieję, że Alina się nie pozna na moim lenistwie.

Wiktor spojrzał na żonę.

– Zrób to, na co masz ochotę. Czasami mam wrażenie, że się jej boisz…

– To nie tak – odparła Kalina pośpiesznie i urwała. W stwierdzeniu Wiktora mogła być odrobina prawdy. Nie chciała tego drążyć, więc zmieniła temat. – Jutro jadę do miasta na wywiad. Znów dzwoniła do mnie ta dziennikarka z magazynu „Style”.

– Mówiłaś kiedyś, że za nią nie przepadasz.

– Wiem. Ale mam przeczucie, że dopóki się nie zgodzę, ona nie przestanie dzwonić. A tak zrobię to raz i będę miała z głowy.

– To odbierzesz Julkę z francuskiego?

– Nie wiem, ile to potrwa… – powiedziała Kalina przepraszająco.

– Jak zwykle za długo – odparł Wiktor, biorąc z blatu dwie wypełnione kawą filiżanki. – W takim razie ja to zrobię.

Pogładziła go po policzku.

– Kochany jesteś!

– Chodź, napijemy się.

Wiktor miał czasami dość faktu, że spora część okołodomowej logistyki należała do jego obowiązków. Kalinie zawsze coś wypadało, jakieś zajęcia, spotkania, wywiady. Albo pisała książkę i warczała, żeby jej nie rozpraszać. Bywała wtedy nieznośna, przenosiła emocje z kart książki na domowników. Gdy robiła się naprawdę nie do wytrzymania, nabierał ochoty, by jej wykrzyczeć, że on ma w nosie jakieś fikcyjne postaci, że prawdziwe życie toczy się tutaj, w tym domu, na Konwaliowej 14. Ale zanim zdążył to zrobić, Kalina kończyła pisać i na chwilę stawała się bardziej przewidywalna i spokojniejsza. Do czasu, gdy zaczynała nową powieść.

Czasem żałował, że nie ma zwyczajnej żony, bo pamiętał czasy sprzed wybuchu bestsellerowego szaleństwa. Ich życie wyglądało wtedy zupełnie inaczej. A teraz bywało tak, że randka z własną żoną wymagała wpisania w grafik. Mimo że Wiktor przywykł do stania za plecami Kaliny, dwa kroki z tyłu, zdarzało się, że było to męczące.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?