Igraszki z losem

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Agata Kołakowska, 2016

Projekt okładki

Zbigniew Larwa

Zdjęcie na okładce

© David & Myrtille/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Katarzyna Kusojć

Agnieszka Ujma

ISBN 978-83-8097-754-9

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Część pierwsza

Rozdział 1

Cyganka powolnym krokiem wyszła z bramy kamienicy, która lata swojej świetności wyraźnie miała za sobą. Przystanęła pośrodku chodnika, wsparła dłonie na bujnych biodrach, spojrzała w prawo, później w lewo. Zadarła głowę i spojrzała w niebo.

Było błękitne, przejrzyste. Bez jednej chmury. Pierwsze takie od początku kwietnia. W powietrzu unosił się zapach bzu. Dorodny krzak kwitł na pobliskim skwerku, gdzie okoliczni mieszkańcy zwykli wyprowadzać swoje psy, a zagubieni życiowo popijali tanie wino.

Kobieta przymknęła oczy i wystawiła pomarszczoną twarz do słońca. Kok ze splecionych ciasno włosów trzymał się mocno. Cyganka uśmiechnęła się do własnych myśli, po czym włożyła dłonie w kieszenie długiej spódnicy i ruszyła w kierunku budynku z czerwonej cegły.

W hali targowej panował poranny rozgardiasz. Kwiaciarki układały kwiaty, które dostawcy przywieźli o trzeciej nad ranem. Pośpiesznie wypisywały czarnymi flamastrami na szarfach wieńców pogrzebowych: „Żegnaj na zawsze…”, i układały ślubne wiązanki. Na stoiskach z warzywami sklepikarki w skupieniu eksponowały szklarniowe pomidory i skrapiały wodą sałaty. Pani Maria, której stanowisko znajdowało się najbliżej wejścia, budowała piramidy z dorodnych jabłek, układając je rumieńcem do klienta i wierząc, że niemieccy turyści zechcą skosztować słodkich polskich owoców. W końcu halę odwiedza naprawdę sporo wycieczek, pomyślała. Ludzie przyjeżdżają, żeby podziwiać imponujące paraboliczne żelbetowe łuki, a przewodnicy rozwodzą się o zamyśle architekta, z pasją opowiadając o historii tego miejsca. Dzierżawcy stoisk znają ją na pamięć, ale nie przestają uśmiechać się zachęcająco, bez cienia znużenia, do gości.

Na tysiącmetrowej powierzchni kłębią się ludzie, towary, zapachy. Słodka woń róż miesza się z ziemistym zapachem buraków, waniliowym aromatem wypieków i drzewnym wędzonych wędlin. Pełno tu rozmów, śmiechów, wesołych zaczepek, pokrzykiwań, gwaru, nad wszystkim zaś góruje gruchanie gołębi, które nieproszone zakradają się do wnętrza z nadzieją na smakowite kąski. Przeganiane wzlatują z trzepotem skrzydeł i sadowią się na zabytkowych łukach hali, jak na gałęziach.

Cyganka, przechodząc jej środkiem do wejścia głównego, przegoniła ptaka, który zaplątał się pod jej stopy. Skinieniem głowy przywitała znajomego sprzedawcę ryb.

Mało kto tu za nią przepadał; mawiano, że drażni klientów.

Już ona dobrze wie, co mają na myśli straganiarze! Zna te spłoszone spojrzenia, gdy podchodzi, oferując wróżbę. Jedni przyśpieszają wtedy kroku, rzucając lękliwe: „Nie, dziękuję”, inni wbijają wzrok w bruk, udając, że niezmiernie ciekawią ich nierówności kostki, a starej Cyganichy po prostu nie ma. Z kolei ona, żeby zarobić, musi być nieustępliwa, czego ludzie nie lubią jeszcze bardziej. Czasami zastanawia się, czy to ona tak ich przeraża, czy bardziej możliwość usłyszenia kilku słów za dużo.

– Möchten Sie Ihre Zukunft wissen? – mamrocze pod nosem, widząc, że pod budynek podjeżdża autokar z niemiecką rejestracją. Nauczyła się trochę języka, żeby wykorzystywać takie okazje.

Teraz wyjęła ręce z kieszeni, przygładziła ciemne włosy i ruszyła energicznie ku wysypującej się z autobusu grupie starszych ludzi. Niewiele starszych od niej samej, zatem niezbyt zainteresowanych zerknięciem w przyszłość. Mimo to nie mogę nie spróbować szczęścia, pomyślała.

Leszek wyciągnął dłoń po telefon, gdy tylko budzik wydał pierwszy dźwięk.

Melodia, która codziennie wyrywała go ze snu, irytowała go nawet bardziej niż fakt, że trzeba podnieść głowę z poduszki. Spojrzał w okno – błękitna połać nieba rozwiewała złudzenia. Pogoda poprawiła się w końcu. Podobno na tę poprawę czekało wielu, ale on nie za bardzo. Odpowiadało mu, że jeździ do pracy w strugach deszczu, gdy mokre ulice wyglądają jak po pedantycznym sprzątaniu; wszędzie mokro, wilgotno i chłodno. Taka aura odpowiadała nadzwyczajnie jego stanowi ducha.

Odchylił kołdrę i postawił stopy na zimnej drewnianej podłodze; parkiet w jodełkę własnoręcznie układał jego dziadek. Leszka cieszyło, że był jego jedynym wnukiem, bo w przeciwnym wypadku byłby teraz bezdomnym albo wciąż mieszkał u matki. A to zakrawałoby na wariactwo. Wystarczy chyba, że codziennie widują się w pracy?

Zerknął do najniższej szuflady nocnej szafki, w której trzymał skarpety. Podejrzewał wprawdzie, że to dość niestandardowe miejsce na taką zawartość, lecz uważał tę lokalizację za wygodną. Nawiasem mówiąc, każdy dzień zaczynał właśnie od wyboru tej części garderoby – zawisał przez chwilę nad kłębowiskiem niesparowanej bawełny i był bardzo zadowolony, gdy udawało mu się wybrać najbardziej podobne do siebie egzemplarze. Miał niemal pewność, że w ciągu dnia nie przydarzy mu się już nic równie satysfakcjonującego.

Dzisiaj miał być w pracy dopiero na dwunastą, zatem nie musiał się śpieszyć. Poszedł pod prysznic, a w zasadzie wszedł do wanny i próbując manewrować deszczownicą, jak zwykle zalał całą podłogę, pralkę i jeszcze białą szafkę na przeciwległej ścianie. Czysty i orzeźwiony, spocił się nieco, wycierając mokre kafelki. Wrócił do sypialni i otworzył dwuskrzydłową szafę. Wybrał nieco sprane, za to najwygodniejsze, granatowe dżinsy i sweter khaki, który ostatnio wydawał się coraz bardziej opięty, choć Leszek wolał myśleć, że to raczej efekt nieodpowiedniego prania niż podjadania ciastek. Mama ciągle powtarza, żeby ograniczać cukier, ale czy nie powinienem mieć czegoś z życia? – zbuntował się w duchu, wciągając brzuch. A choćby i cholernego ciastka z kremem?

Powietrze, z niemałą ulgą, wypuścił w kuchni. Na śniadanie zjadł dwie kanapki z żółtym serem – ten zestaw znudził mu się już dawno, ale że przyzwyczajenie to druga natura, głupio mu jakoś było z niego rezygnować – i z kubkiem kawy poszedł do dużego pokoju. Odsłonił brązowe zasłony, które zawsze zaciągał pod wieczór, w neurotycznej obawie bycia podejrzanym przez sąsiadów z naprzeciwka. Podwórko-studnia wręcz zachęcało do takiej aktywności.

Piętro niżej, vis-à-vis, u Malinowskich, tuż przy drzwiach balkonowych stała klatka z papugą; mąż pani Ireny zawsze ustawiał ją w tym miejscu przed wyjściem do pracy, jakby pragnął w ten sposób umilić pierzastej pupilce czas spędzony bez niego.

Leszek wyszedł na niewielki balkon i spędził tam chwilę, popijając kawę oraz wgapiając się w kolorowe ptaszysko. W pewnej chwili odniósł wrażenie, że papuga uniosła łebek i spojrzała oskarżycielsko, speszył się, odwrócił wzrok i wszedł do mieszkania. Nie miał siły na jakąkolwiek konfrontację, nawet z ptakiem.

Wczorajszy wieczór spędził w pubie na spotkaniu po latach z kumplami z technikum samochodowego. Okazało się, że Wojtek skończył politechnikę i buduje mosty. Ma żonę, dwie córki, psa rasy buldog i dom pod miastem. Tomek pozostał przy samochodach i otworzył własny warsztat. Twierdził, że wciąż lubi pogrzebać pod maską i solidnie ubrudzić się smarem, ale większość zleceń robią za niego pracownicy. Nie może narzekać. Stać go na zagraniczne wakacje, utrzymanie rodziny na poziomie i prywatne lekcje tenisa dla syna. Natomiast zachowanie Krzyśka, który przez cały czas wydawał się wycofany i milczący, napawało Leszka irracjonalną nadzieją. Zapytany w końcu, jak mu się wiedzie, Krzysztof wyznał, że wybór samochodówki był jego życiowym błędem. Do szkoły poszedł pod presją ojca, który chciał, żeby syn miał fach w ręku, po maturze jednak postawił się i wylądował na psychologii. Teraz w prywatnym gabinecie słucha o ludzkich problemach.

– Macie pojęcie? Cały dzień z wariatami! To, oczywiście, opinia mojego taty – podsumował, drapiąc się w skroń. – Ale ja mam z tego ogromną satysfakcję. Lubię pomagać ludziom.

Na takie dictum kąciki wąskich ust Leszka opadły zupełnie, przygarbił się. Co miał powiedzieć starym kolegom? Że prowadzi z matką sklepik z ciastkami w hali targowej? Że nie ma żony ani nawet dziewczyny? I ani jednego dziecka? Psa, kota, nawet papugi? Że mieszkanie odziedziczył po dziadku, i dobrze, bo na inne nie byłoby go stać? Że nie spędza wakacji na południu Europy, nie widział Paryża ani Barcelony, a na urlop jeździ do Jastarni, gdzie w zaprzyjaźnionym pensjonacie Muszelka może każdego roku liczyć na rabat?

Cóż, nie potrafił kłamać. Powiedział, jak jest.

– Co jak co, ale nie ma to jak rodzinny biznes – powiedział Wojtek, klepiąc go po ramieniu. – Przynajmniej masz słodkie życie. – Dorzucił, jakby mimochodem, nieszczególnie zabawną uwagę.

Reszta kumpli tylko pokiwała głowami, marnie kryjąc zakłopotane zdumienie. Leszek był niemal pewien, że Krzysiek przygląda mu się bacznie.

Zasadniczo trzydziestosiedmioletni Leszek Pokora nie zastanawiał się zbytnio nad swoim życiem, spokojnym i niczym specjalnie się niewyróżniającym. Nie miał i nie robił niczego, co według współczesnych trendów powinien robić i mieć. Chodził do banalnej pracy, wracał do pospolitego mieszkania, jadał zwyczajne i niefotogeniczne obiady. Czasem wybierał się do kina czy na piwo z kolegą. Nie miał wielkich ambicji ani genialnych planów. Jeździł dwunastoletnią skodą octavią. Nie posiadał niczego, czego mogliby pragnąć inni, ale rozumiał, że widać takie właśnie jest jego przeznaczenie. Leszek po prostu miał być przeciętny. Zwyczajny do bólu. Szarak. Wokół, jak zauważał, było takich wielu.

 

„Takich wielu”. Właśnie to go pokrzepiało. Wystarczyło rozejrzeć się od czasu do czasu po hali targowej. Wśród ziemniaków i wędlin próżno było szukać wzniosłości i spektakularnych osiągnięć. Tam nie było złudzeń, tylko proza życia. Leszek był z tym pogodzony, ale czasami… Wstawał kolejnego dnia i patrząc w okno, tuż po wyłączeniu budzika, a przed wyborem skarpetek, czuł ucisk w sercu. Czy to żal, tęsknota, czy raczej pragnienie? – zadawał sobie pytanie. Po wieczorze w gronie dawnych kolegów poczuł to znowu – jakby uderzenie w splot ­słoneczny, które aż zapierało dech w piersi. Aby odegnać to uczucie, sięgnął po pilota i włączył telewizor. Liczył, że potok słów ulizanego prezentera stacji informacyjnej zagłuszy szum jego własnych myśli.

Wysłuchawszy kompletnie zbędnych informacji, wstał z kanapy i poszedł do kuchni; choć do umycia miał tylko mały talerz, kubek, łyżeczkę i nóż, nie potrafiłby wyjść z domu bez pozostawienia czystych naczyń. Leszek nauczył się tego od matki i stosował w dorosłym życiu, nawet jeśli czynność wydawała mu się nieco absurdalna. Z wieszaka w przedpokoju zdjął granatową ortalionową kurtkę, założył adidasy i wyszedł.

Jadąc do pracy, jak zwykle obserwował ludzi na ulicach. Fascynowali go zwłaszcza ci wyglądający na zadowolonych, bardzo czymś pochłoniętych lub zaangażowanych. Przypatrywał się mężczyznom w garniturach, wymachującym skórzanymi teczkami w rytm szybkich kroków. Lubił patrzeć na kobiety, rozmawiające z ożywieniem przez telefon, podkreślające wagę słów krótkimi gestami dłoni. Kiedyś nawet spowodował stłuczkę, wjeżdżając w tył eleganckiego audi, zamyślony, jak by to było, gdyby to on prowadził życie któregoś z obiektów obserwacji.

Zauważył, że dzisiaj słonecznymi promieniami zachwycają się wszyscy wokół, tylko nie on. Mieszkańcy miasta podnieśli wyżej głowy, chodzili bardziej sprężyście, z tajemniczymi uśmiechami na ustach. Zmiana była uderzająca – nie dalej jak wczoraj snuli się smętnie, skryci pod parasolami, a czekając na zielone światło na przejściach, nerwowo przestępowali z nogi na nogę z niesmakiem na twarzach.

Leszek dotarł wreszcie na miejsce i postawił octavię na parkingu przed halą. Sprawdził godzinę na wyświetlaczu samochodowego radia; do zastąpienia mamy w sklepie pozostał jeszcze kwadrans, w sam raz, żeby zajść do niewielkiej kawiarni po przeciwnej stronie ulicy.

Ktoś, kto o niej nie wiedział, przegapiłby ją z łatwością, niepozorną, wciśniętą pomiędzy aptekę a kantor z wściekle migającym na czerwono szyldem. Czy straciłby przez to coś niezwykłego? Niespecjalnie. Wnętrze było dość pospolite, urządzone w oczywistych odcieniach brązu, a serwowana kawa nie wybijała się ponad przeciętność. Sam Leszek wstępował tutaj wyłącznie z powodu Ady, młodej kobiety, z którą uwielbiał zamienić kilka słów przed rozpoczęciem pracy. Nie, nie był w niej zakochany, choć niewątpliwie mogła się podobać. Miała klasyczną, nienachalną urodę. Na bladych policzkach gościły urocze rumieńce. Była niewysoka, zgrabna; pod firmową koszulką zaznaczały się drobne piersi. Mówiła szybko, miłym głosem. Leszek najbardziej lubił patrzeć, jak krótkim dmuchnięciem odgania opadającą na czoło czarną grzywkę. Zaś w jej zielonych migdałowych oczach dostrzegał coś, co odnajdywał także we własnych, gdy dłużej gapił się w lustro. I właśnie to sprawiło, że zapałał do Ady szczególną sympatią. Wydawało mu się, że ona lubi go także. A przynajmniej nigdy nie dawała odczuć, że jest inaczej.

Wszedł do, o dziwo, pustej dzisiaj kawiarenki, Ada zaś wstała zza kontuaru i uśmiechnęła się tak, jakby od rana czekała właśnie na niego. Leszek przywitał się i choć był już po kawie, poprosił o espresso na wynos. Gdy podała mu tekturowy kubeczek, zwracając uwagę, by trzymał go ostrożnie, bo jest gorący, zapytał:

– Jak się udała randka?

Ada wzruszyła ramionami.

– Tak samo jak ta przed dwoma tygodniami i ta w zeszłym miesiącu.

– Przykro mi. Może chociaż pogoda poprawi ci humor?

– Wiosna to czas samobójców.

Zdziwiony Leszek uniósł brwi.

– No, pomyśl tylko – ciągnęła Ada. – Wokół robi się zielono, wszystko kwitnie, ptaki śpiewają… A ty uzmysławiasz sobie, jak bardzo ciebie to nie dotyczy.

– Nie zabiłbym się z powodu wiosny…

Dziewczyna przetarła dłonią kontuar. Leszek patrzył na nią z napięciem i już otwierał usta, ale go uprzedziła.

– Nie martw się – oznajmiła. – Nie zamierzam ze sobą skończyć, choć wielu zapewne położyło już na mnie krzyżyk. Jakieś trzy czwarte rodziny i większość koleżanek. Kto robiłby ci kawę?

– No właśnie – odparł Leszek, unosząc kubeczek. – Muszę już iść. Jak się spóźnię, będzie gadania na pół godziny. Mama ma na pierwszą umówioną wizytę u lekarza.

– Mam nadzieję, że to nic poważnego?

– Nie sądzę. Ludzie miewają różne pasje. Moja mama zwiedza gabinety lekarskie.

– Pozdrów ją ode mnie – roześmiała się Ada. – Wpadnę do ciebie po pracy. Odłóż mi, proszę, jedną drożdżówkę. Tę z kruszonką i konfiturą malinową.

– Będę pamiętał – rzucił Leszek w drodze do wyjścia.

Znalazł się na ulicy z poczuciem, że zupełnie nie rozumie życia.

Ada miała przecież wszystko, by czuć się szczęśliwą, spełnioną i zadowoloną osobą. Zawsze była uprzejma, uśmiechnięta i pomocna. Znali się od dwóch lat, lecz przez ten czas jej życie nie zmieniło się ani o jotę, choć marzyła o tym tak bardzo.

Leszek przywitał się w hali ze starszym panem na wózku inwalidzkim, który prosząc przechodniów o wsparcie, szczerze wyznawał, że zbiera pieniądze na swoje koty. Podejrzewał, że zwierzaki pana Juliana mają się lepiej niż on sam, ale staruszek już taki był, że w pierwszej kolejności dbał o czwórkę podopiecznych, a dopiero później o siebie.

– Cześć, Leszek! – zawołała wesoło Lidka, wymachując liściem asparagusa. – Piękny dzień! I w końcu przestało nas zalewać.

Leszek spojrzał na betonową podłogę bez śladu mokrych plam.

– Wreszcie nie będziecie musiały lawirować pomiędzy wiadrami – powiedział.

Ostatnie ulewy najbardziej dotknęły właśnie kwiaciarki, które ratowały sytuację, jak się tylko dało, podstawiając kubły. Zabytkowy dach nie grzeszył szczelnością. Turyści, rzecz jasna, nie byli wtedy przyprowadzani w newralgiczne rejony budynku. Zapewne trudno byłoby im uwierzyć, że można tak zwlekać z konserwacją zabytku. Tymczasem było można. Przecież to nie urzędnikom lało się na głowy, a jakimś anonimowym kwiaciarkom. I dopóki ktoś nie dostał cegłą w głowę, nie było co liczyć na pośpiech w tej sprawie. Lidka żartowała nawet, że chyba czas najwyższy przychodzić do pracy w kasku.

Stoisko Leszka i jego mamy Haliny znajdowało się tuż przy ścianie, po prawej od wejścia głównego do hali. Po sąsiedzku, po lewej był sklep wędliniarski, z drugiej strony pomieszczenia gospodarcze. Na górze szklanej frontowej ściany pawilonu wymalowano napis czerwoną farbą: „Pieczywo i ciasta”, równie pozbawiony polotu jak cała budka. Jednak mimo niewątpliwego braku finezyjnej reklamy stoisko cieszyło się niesłabnącym zainteresowaniem klientów. I nic dziwnego, bo Pokorowie zawsze oferowali świeże produkty dobrej jakości. Pachnący chleb z chrupiącą złotą skórką, bułeczki, razowe i pszenne, które po przekrojeniu utrzymywały formę, nie zmieniając się w żałosne placki. Do tego pyszne domowe ciasta, zamawiane u znajomych gospodyń, które miały rękę do wypieków i pamiętały jeszcze cudowne przepisy. Nic wymyślnego: drożdżówki, szarlotki, serniki, ciasta z galaretką, owocami, makowce, ale wykonane tak, że niejednemu przywodziły na myśl najrozkoszniejsze smaki dzieciństwa.

Na pomysł otwarcia sklepu z wypiekami wpadł ojciec Leszka. Józef Pokora prowadził wprawdzie zakład dekarski i ani myślał o handlu, lecz jego żona nie potrafiła zagrzać miejsca w żadnej pracy. Jej twardy charakter sprawiał, że wcześniej czy później popadała w konflikty, albo z załogą, albo z szefostwem. A że w domu, pozbawiona zajęcia, stawała się coraz bardziej nieznośna, mąż postanowił wykupić dla niej stoisko na hali i zaproponował prowadzenie interesu. Ruch okazał się strzałem w dziesiątkę – na pewno dla Haliny, która mogła wreszcie poczuć się panią na włościach, lecz mniej dla Leszka, który od piątej klasy technikum, w wielkiej tajemnicy przed kolegami, pomagał jej w każdą sobotę. Wtedy nie podejrzewał jeszcze, że utknie w sklepie na dobre. Kiedy jednak na łożu śmierci ojciec ujął jego dłoń i powiedział słabym głosem:

– Synu, pomagaj matce. – Leszek tylko skinął głową, połykając łzy.

I dotrzymywał złożonej obietnicy na każdym polu; od tamtej chwili własna ścieżka zawodowa przestała się liczyć. Nie zastanawiał się nad tym, co naprawdę chciałby robić, zrozumiał, że odtąd jego dni będą biec pośród zapachu lukru i wanilii. Ale nigdy nie czuł, że się poświęca, bo prawda była taka, że nigdy nie miał skonkretyzowanego pomysłu na życie. Poniosło go ono, więc płynął na tej fali, na którą rzucał go nurt. Nie myślał, czy to dobrze, czy źle. Tak po prostu było. Czasem tylko dopadała go refleksja, czy aby nie dlatego odeszła Magda. Może trudno jej było z mężczyzną, który sprzedaje ciastka? Leszek musiał przyznać, że nigdy nie widywał mężczyzn w roli sprzedawców słodkości. Być może właśnie to ją przerosło? – dumał, wspominając związek sprzed siedmiu lat.

– Jesteś wreszcie! Ile można na ciebie czekać? – Pani Halina popukała w tarczę niewielkiego zegarka na swoim pulchnym nadgarstku.

– Jest zaledwie dwie po dwunastej – zdumiał się Leszek. – Myślę, że zdążysz. W przychodni zawsze są jakieś poślizgi.

– Znów byłeś na kawie? – Matka wskazała na tekturowy kubek. – Po co, skoro mamy czajnik? Głupio wydajesz pieniądze.

– Lubię tę kawę.

– A może po prostu podoba ci się ta cała Ada? Bądź mężczyzną i umów się z nią wreszcie, zamiast wydawać fortunę!

– Z nikim nie będę się umawiał. Podobno się śpieszysz? – Leszek wszedł na zaplecze, żeby odwiesić kurtkę.

Pani Halina weszła za synem i sięgnęła po błękitny dwurzędowy płaszcz.

– Była grupka turystów – oznajmiła. – Wyobraź sobie, że wykupili wszystkie drożdżówki z malinami! Nie mam pojęcia, co się im akurat w nich spodobało…

– Wszystkie? – Leszek zamarł z białym fartuchem w ręku.

Choć matka nalegała na noszenie służbowych uniformów, on uważał, że to zbędne. Wystarczył rzut oka, żeby zobaczyć, że wszystko w sklepie jest higieniczne i świeże.

– Co do jednej!

– To niedobrze… – Podrapał się po głowie.

– Dlaczego? Powinieneś być zadowolony, choć ja także uważam, że mamy ciekawsze wyroby. Jak na przykład te bułeczki z budyniem i migdałami… – Pani Halina ponownie spojrzała na zegarek. – Ale się zagadałam! Miłego dnia, kochanie!

Leszek założył fartuch, pozostawiając niedopięte dwa ostatnie zatrzaski, zły, że nie została obiecana bułeczka dla Ady. A taką miałem nadzieję, że poprawię jej nastrój po fiasku kolejnej randki! – pomyślał, rozglądając się po półkach. Mogę zaproponować jej te z dżemem truskawkowym, ale to już nie będzie to samo.

Dzień mijał powoli, odliczany w rytm sprzedawanych bochenków i kruchych ciasteczek. Leszek wymieniał z klientami zwyczajowe uprzejmości. Tym stałym do zakupów dokładał gratis cynamonowe serca, a oni uśmiechali się, wdzięczni za miły gest, i obiecywali, że niedługo wrócą. Był pewien, że tak właśnie zrobią, gdyż wracali od lat. Chudli, tyli, zmieniali fryzury, stan cywilny, rodzili dzieci, przeprowadzali się, tracili zdrowie i je odzyskiwali. Koleje ich losów przesuwały się przed sklepową witryną jak sceny w osobliwym przedstawieniu. Niezmienny był tylko on, jedyny stabilny punkt w tej karuzeli zdarzeń.

Tak właśnie się czuł.

Kiedy dochodziła siedemnasta trzydzieści, zaczął wy­glądać Mireli. Zawsze po pracy wpadała po pieczywo, zazwyczaj w towarzystwie dzieci: pięcioletniej Zosi i ośmioletniego Tobiasza, pogodnych i dobrze wychowanych. I nic dziwnego, bo ich mama była typem osoby, u której na próżno by szukać wad. Na pewno jakieś miała, jak każdy, ale Leszek nie dostrzegał najmniejszej. Mirela była ładna, zawsze elegancka i zadbana, z uprzejmym uśmiechem na twarzy. Kupowała u nich od półtora roku; podobno wtedy właśnie przeprowadziła się do większego mieszkania w nowoczesnym apartamentowcu w pobliżu. Twierdziła, że nigdzie nie można dostać tak dobrego pieczywa.

– Cieszę się, że was znalazłam – powiedziała kilka miesięcy temu, z uśmiechem tak ujmującym, że Leszek przez chwilę naprawdę poczuł, że jego praca ma sens.

 

Zauważył klientkę z oddali. Jej jasne włosy do ramion falowały w rytm energicznego kroku. Chwilę później do uszu Leszka dobiegał stukot czarnych szpilek. Mirela prowadziła za rękę córkę w czerwonej spódniczce i kremowym sweterku z kwiecistą aplikacją.

– Dzień dobry! – przywitała się mała, wspinając się na palce.

– Dzień dobry, Zosiu. Gdzie zgubiłaś brata? – Leszek skinął mamie dziewczynki na powitanie.

– Wcale nie zgubiłam. Jeszcze jest na treningu.

– Ach, to dzisiaj dzień karate. A jak tobie minął dzień w przedszkolu?

– Super! Mieliśmy lekcję tańca, a potem byliśmy na placu zabaw.

– W takim razie na pewno lepiej niż mnie. A pani?

Mirela założyła włosy za ucho.

– Ja również zdecydowanie wolałabym spędzić go na placu zabaw – westchnęła.

– W takim razie potrzeba paniom czegoś na poprawę humoru. – Doszedł do wniosku Leszek. – Postawiłbym na babeczki z orzechami. – Wskazał złociste wypieki na przedzie lady.

– Jeśli będzie mi pan nieustannie poprawiał nimi humor, przestanę się mieścić w ubrania – stwierdziła Mirela z uśmiechem.

– Nonsens! Jedna babeczka jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Prawda, Zosiu?

Mała z zapałem pokiwała głową. Cztery babeczki wylądowały w kartonowym pudełku.

– Coś jeszcze?

– Pokrojony razowiec i dwie drożdżówki z makiem. – Kobieta zmrużyła oczy i dotknęła skroni.

– Czy wszystko w porządku? – zatroskał się Leszek.

– Tak, tylko głowa mnie boli od rana. Muszę wziąć jakieś proszki, bo oszaleję…

– Na ból głowy dobry jest spacer.

– Nie mam czasu na takie luksusy.

– Na chwilę spaceru? Coś mi się wydaje, że ma pani za dużo rzeczy na głowie.

– Co zrobić? Takie życie. – Mirela uśmiechnęła się blado i zapłaciła za zakupy.

Pożyczyła udanego popołudnia i oddaliła się równie energicznie, jak przyszła. Mała Zosia ze wszystkich sił starała się dotrzymać kroku matce, więc niemal biegła.

Leszek dobrze pamiętał, jak pewnej soboty Mirela zjawiła się po ciasto do popołudniowej herbatki dla gości tuż po porannej wizycie w siłowni. Była blada jak ściana. Co ona wyprawiała na tym fitnessie, że doprowadziła się do takiego stanu? – zastanowił się przelotnie, a zaraz potem dostrzegł zniszczony manicure. Po raz pierwszy, odkąd przychodziła do sklepu.

– Przepraszam za paznokcie – speszyła się kobieta. – Nie miałam czasu doprowadzić ich do porządku…

– A to ma jakieś znaczenie? – zdziwił się Leszek, zdecydowanie bardziej przejęty podkrążonymi oczami klientki, na które dopiero wtedy zwrócił uwagę.

– Wszystko ma znaczenie – odparła. – W dzisiejszym świecie absolutnie wszystko.

– To znaczy?

– Długo by mówić. Niech się pan cieszy, że nie jest kobietą.

Nie do końca rozumiał, co Mirela miała na myśli. W byciu kobietą nie widział nic złego, wręcz przeciwnie. Płeć przeciwna fascynowała go szczerze: uroda, gracja, zachowanie. Te kobiece rytuały, zagadkowość, emocjonalna natura. Miał ochotę dopytać klientkę, ale ta oświadczyła, że jest umówiona z kosmetyczką, później jedzie po syna na trening karate, a jeszcze należałoby ogarnąć mieszkanie przed przybyciem gości. Wprawdzie na Leszka oko bardziej przydałby się jej sen, ale obawiał się, że taką uwagą tylko się wygłupi, więc zmilczał.

Zaraz po Mireli, tak jak obiecała, pojawiła się Ada. Rozejrzała się po ladzie w poszukiwaniu ulubionych drożdżówek.

– Wiedziałam, że znikną. Dobrze, że poprosiłam cię o odłożenie! – Zatarła ręce.

Leszek wsparł dłonie o kontuar.

– Zabijesz mnie…

– Zapomniałeś? – jęknęła zawiedziona.

– Gdy przyszedłem, już wszystkie były sprzedane jakiejś wycieczce. Pojęcia nie mam, dlaczego turyści uparli się akurat na nie.

– Bo są najlepsze!

– Skąd mieli to wiedzieć? – zapytał Leszek przytomnie. – Na pewno nie masz ochoty na nic innego?

– Nie. Poproszę tylko pół pszennego chleba. Widać nie mam szczęścia nie tylko do mężczyzn… – westchnęła Ada.

Leszek, zły, że z drożdżówkami wyszło tak głupio, chyłkiem włożył do siatki Ady kilka małych babeczek z budyniem, licząc, że może jednak poprawią one dziewczynie humor.

– Jakie masz plany na weekend? – zapytał, wydając resztę.

– Jutro mam na popołudnie. A w niedzielę może pójdę do kina.

– Na co?

– Obojętne. – Machnęła ręką Ada. – Wszystko lepsze od obiadu u rodziców i wytykania mnie palcami.

– Wywinęłaś się kinem? Nie mieli pretensji?

– Gdzie tam! – Włożyła dłonie w kieszenie czarnych spodni. – Od dwóch dni symuluję zapalenie krtani. Choć to dość karkołomne zadanie – wychrypiała teatralnie.

– Jesteś całkiem niezła! – roześmiał się Leszek.

Odchodząc, Ada pożyczyła mu udanego weekendu, wiedząc, że tym razem w sklepiku dyżuruje w sobotę pani Halina.

A Leszek przez chwilę zastanawiał się, co musiałoby się wydarzyć w weekend, aby mógł uznać go za udany. Wyobraźnia niemal natychmiast podsunęła mu obraz Magdy, która staje w drzwiach po tych wszystkich latach i oznajmia, że oto wróciła. Że popełniła błąd i że tęskniła za Leszkiem tak bardzo…

Mogę być zatem pewien, że koniec tygodnia udany nie będzie! – westchnął w duchu.

Dzień kupiecki kończył się o dziewiętnastej.

Po zamknięciu Leszek odłożył zwroty do skrzynek, pozamiatał podłogę, zabezpieczył towar, zamknął sklep i poszedł do domu z nadzieją, że przebierze się w pidżamę i zalegnie na kanapie z kubkiem herbaty.

Przechodząc przez halę, minął się z Cyganką, która niosła w siatce warzywa i, zdaje się, jakieś mięso. Widać i dla niej był to długi dzień, choć sądząc po zakupach, raczej udany, uśmiechnął się pod nosem. Lecz gdy spotkały się ich spojrzenia, Leszek odniósł wrażenie, że kobieta zatrzymała na nim wzrok zdecydowanie zbyt długo, i aż przeszył go dreszcz. Spuścił oczy i przyśpieszył kroku.

Nieprzyjemne odczucie minęło, dopiero gdy uruchomił silnik i wyjechał z parkingu.

Małego Leszka mama często straszyła Cyganami. A raz, gdy był wyjątkowo niegrzeczny, zapowiedziała nawet, że jeśli się nie uspokoi, zaraz przyjdą go zabrać. Strach, jaki poczuł, gdy chwilę po jej słowach zadzwonił dzwonek do drzwi, pamiętał do dziś. Wtedy ukrył się pod stołem w dużym pokoju. Siłą rzeczy teraz nie reagował aż tak nerwowo, ale może to właśnie z powodu tamtego doświadczenia w pobliżu Romów czuł się nieswojo.

Kiedy parkował przed blokiem, zobaczył panią Malinowską idącą chodnikiem z wypchanymi siatkami. Wyskoczył z auta i podbiegł do sąsiadki.

– Pomogę, pani Ireno. – Odebrał od niej zakupy.

– Jaki pan uprzejmy… – Spojrzała i roztarła zaczerwienione dłonie.

– Czemu pani to nosi? Mąż, zdaje się, kończy pracę o szesnastej. Nie mógłby pomóc?

Pani Irena tylko machnęła ręką.

– Czyści klatkę papudze – powiedziała. – Będę zadowolona, jeśli się okaże, że przy tym wszystkim nie narobił bałaganu w całym mieszkaniu.

– Jak narobi, to chyba posprząta?

Sąsiadka roześmiała się i podciągnęła rękawy granatowego swetra.

– Może. Jeśli kiedyś wyrosną mi pióra i zakrzywiony dziób.

– Proszę wpaść do mnie na kawę. Jestem w domu przez cały weekend.

– Panie Leszku, jeśli znajdę czas, to może… Choć wątpię. Jutro przesadzam kwiaty na balkonie i myję okna. W niedzielę córka wpada na obiad. Będzie sporo gotowania, bo poprosiła o gołąbki. Ale dziękuję za zaproszenie.

Leszek nie miał w zwyczaju przyjaźnić się z sąsiadami. Znajomość z panią Ireną zawarł przypadkowo. Pewnego dnia w oknie mieszkania naprzeciwko po raz pierwszy zobaczył papugę, a dwa dni później ptaszysko znalazło się u niego na balkonie. Pani Malinowska zapomniała o mężowskich napomnieniach i nie zamknęła klatki, a ptaszysko o wdzięcznym imieniu Dziubuś wykorzystało okazję, by polatać po okolicy. Leszek złapał je i odniósł spanikowanej kobiecie w poszewce na poduszkę, a gdy wspólnymi siłami wpakowali papugę z powrotem do klatki, nie potrafił powiedzieć, czy strachu bardziej najadł się ptak, czy pani Malinowska. Wdzięczna kobieta zaproponowała kieliszek domowej nalewki. Takie przeżycia łączą, więc od tamtego wydarzenia odwiedzali się czasem. Podczas tych spotkań pani Irena opowiedziała Leszkowi sporo o sobie: że ma dwudziestotrzyletnią córkę Dagmarę, że jest mężatką od ćwierć wieku, że mąż pracuje w firmie ochroniarskiej, a ona zajmuje się domem. Podobno Ryszard Malinowski nie życzył sobie, żeby żona pracowała. W jego domu rodzinnym panował patriarchat i taką odziedziczył wizję własnej rodziny. Lecz o ile wcześniej sąsiadka, pochłonięta dzieckiem i obowiązkami domowymi, nie zwracała uwagi na brak zajęcia poza domem, o tyle teraz poczuła pustkę. I nie chodziło wyłącznie o sprawy zawodowe; Leszek dostrzegał to aż nadto wyraźnie. Ilekroć okazywał kobiecie zwykłe ludzkie zainteresowanie, gdy wychodziło na to, że wcale nie jest gorsza od papugi, pani Irena się ożywiała. Jaśniały jej oczy i na szyję wypełzały wypieki.