Uśpione morderstwo

Tekst
Z serii: Panna Marple #12
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nie przyznałaby się do tego otwarcie, ale trochę się bała iść spać. Kiedy w końcu wstała, zgasiła światło i otworzyła drzwi do holu, uświadomiła sobie, że odczuwa lęk przed wejściem na schody. Przebiegła je pośpiesznie, przemknęła przez korytarzyk i otworzyła drzwi do swojej sypialni. Znalazłszy się w środku, odetchnęła głęboko. Strach minął jak ręką odjął. Z sympatią rozejrzała się po pokoju. Czuła się tu bezpieczna; bezpieczna i szczęśliwa. Tak, tu już jej nic nie groziło. (A co ci mogło grozić, idiotko? – strofowała się w myślach.) Popatrzyła na rozłożoną na łóżku pidżamę i stojące pod nim kapcie.

Naprawdę zachowujesz się jak sześciolatka! Powinnaś mieć filcowe kapciuszki haftowane w króliczki.

Położyła się do łóżka z uczuciem ulgi i wkrótce zasnęła.

Następnego ranka miała do załatwienia kilka spraw w miasteczku. Wróciła do domu w porze lunchu.

– Szafka w pani pokoju jest już otwarta – poinformowała pani Cocker, podając jej delikatnie podsmażoną solę z tłuczonymi ziemniakami i marchewką w śmietanie.

– Och, to dobrze – odparła Gwenda.

Była głodna i z apetytem zjadła lunch. Po wypiciu w saloniku kawy poszła na górę do swojej sypialni. Przeszła przez pokój, otworzyła drzwiczki szafki w rogu... i nagle wydała z siebie stłumiony okrzyk przerażenia.

Wnętrze szafki wyłożone było tapetą, którą na ścianach zastąpiono żółtawą farbą. Okazało się, że pokój był niegdyś wyłożony wesołym papierem w kwiatowy deseń, który tworzyły małe bukieciki szkarłatnych maków na przemian z bukiecikami błękitnych chabrów.

* * *

Przez długą chwilę Gwenda stała w miejscu i wpatrywała się w szafkę, po czym niepewnym krokiem podeszła do łóżka i usiadła.

Oto znajdowała się w domu, w którym nigdy przedtem nie była, w kraju, którego nigdy przedtem nie odwiedzała. Zaledwie dwa dni temu leżała tu w łóżku, wyobrażając sobie, jakie chciałaby mieć ściany w tym pokoju – i okazuje się, że tapeta, którą sobie wyobraziła, jest identyczna z tą, jaka niegdyś znajdowała się tu na ścianach.

W głowie kłębiły się jej najdziwniejsze wyjaśnienia tej zagadki. Dunne, „Eksperyment z czasem” – patrzenie w przyszłość zamiast za siebie.

Mogła sobie tłumaczyć jako zbieg okoliczności ścieżkę w ogrodzie i drzwi w salonie – ale to nie dało się tak prosto wyjaśnić. Nie może być jednak dziełem przypadku, iż wyobraziła sobie tapetę o tak szczególnym wzorku, a następnie okazało się, że właśnie taką był niegdyś wyłożony ten pokój... Nie, musi być jakieś wytłumaczenie, którego nie zna i które... ją przeraża. W tym domu co chwila przekonywała się, że patrzy nie tyle w przyszłość, co właśnie w przeszłość, że przywraca domowi jego dawny wygląd. W każdej chwili mogła zacząć widzieć jeszcze coś – coś, czego wcale nie chce oglądać. Ten dom ją przeraża. Ale czy to dom budzi jej przerażenie, czy ona sama? Nie ma najmniejszej ochoty być jedną z tych, co to „widzą”...

Odetchnęła głęboko, nałożyła kapelusz i płaszcz, po czym szybko wymknęła się z domu. Poszła na pocztę, gdzie nadała telegram następującej treści:

WEST, 19 ADDWAY SQUARE CHELSEA LONDYN. CZY MOGĘ ZMIENIĆ ZDANIE I PRZYJECHAĆ DO WAS JUTRO. GWENDA.

I opłaciła odpowiedź.

ROZDZIAŁ TRZECI

„Twarz jej zakryjcie...”

Raymond West i jego żona dokładali wszelkich starań, by młoda żona Gilesa czuła się w ich domu dobrze. Nie było ich winą, że wydali się Gwendzie nieco przerażający. Raymond ze swoim dziwnym wyglądem drapieżnego kruka, z rozwianymi włosami i nagłymi okrzykami w trakcie niezrozumiałej dla niej konwersacji sprawiał, że zaniepokojona Gwenda spoglądała na niego oczami okrągłymi jak spodki. Oboje z Joan zdawali się porozumiewać jakimś własnym językiem. Gwenda nigdy dotąd nie obracała się w towarzystwie intelektualistów i nie znała obowiązujących w nim norm.

– Zaplanowaliśmy, że zabierzemy cię na kilka przedstawień – oświadczył Raymond, kiedy Gwenda popijała gin, myśląc jednocześnie z żalem, że po podróży wolałaby zostać poczęstowana filiżanką herbaty.

Słysząc o teatrze natychmiast się rozpromieniła.

– Dziś wieczorem pójdziemy na balet do Sadler’s Wells, a na jutro, z okazji urodzin mojej absolutnie niesamowitej ciotki Jane, przewidzieliśmy wyjście na „Tragedię księżny Amalfi” z Gielgudem. W piątek natomiast musisz zobaczyć „Oni maszerowali bez stóp”. To tłumaczenie z rosyjskiego; niewątpliwie najwybitniejszy utwór ostatniego dwudziestolecia. Wystawiają to w małym Witmore Theatre.

Gwenda z wdzięcznością przyjęła te propozycje dostarczenia jej rozrywki. Na musicale i tym podobne spektakle będzie przecież mogła chodzić z Gilesem po jego przyjeździe. Wzdragała się nieco na myśl o sztuce „Oni maszerowali bez stóp”, ale być może też się jej spodoba – choć zazwyczaj te „najwybitniejsze” przedstawienia nie budziły jej zachwytu.

– Z pewnością będziesz zachwycona moją ciotką Jane – oświadczył Raymond. – Jest, że tak powiem, doskonałym okazem swojej epoki. Wiktoriańska do szpiku kości. Wszystkie komódki w jej domu mają nogi owinięte perkalem. Mieszka w wiosce, w której nigdy nic się nie dzieje, przypominającej stojącą wodę.

– Raz coś się tam wydarzyło – wtrąciła sucho Joan.

– Był to zaledwie dramat namiętności, prymitywny, pozbawiony wszelkiej subtelności.

– Ale kiedy się to działo, byłeś nim ogromnie zafascynowany – przypomniała mu żona, robiąc oko.

– Czasem bawi mnie także gra w wiejskiego krykieta – odparł z godnością Raymond.

– W każdym razie ciotka Jane odegrała znaczącą rolę w rozwikłaniu tego morderstwa.

– Och, bo ona nie jest głupia. „Uwielbia wszelkie zagadki”.

– Zagadki? – zdziwiła się Gwenda.

Raymond zatoczył ręką szeroki łuk.

– Wszelkiego rodzaju. Na przykład, dlaczego żona sklepikarza wzięła parasolkę idąc na zebranie parafialne, jeśli była ładna pogoda. Albo czemu cząstka marynowanej krewetki znalazła się w tym, a nie innym miejscu. I co się stało z komżą proboszcza. Wszystko to stanowi smakowite kąski dla ciotki Jane. Jeśli masz więc jakiś życiowy problem, Gwendo, to wystarczy, że jej o tym powiesz, a zapewniam cię, że znajdzie rozwiązanie.

Raymond roześmiał się. Gwenda przyłączyła się do niego, ale nie do końca szczerze. Następnego dnia została przedstawiona ciotce Jane, czyli pannie Marple. Była to sympatyczna starsza pani, wysoka i chuda, z rumianymi policzkami i niebieskimi oczami, przestrzegająca dość wyszukanych form zachowania. W jej niebieskich oczach często zapalały się iskierki.

Po wczesnym obiedzie, w czasie którego wypito toast za zdrowie ciotki, wszyscy goście udali się do Teatru Królewskiego. Prócz solenizantki, Joan, Raymonda i Gwendy w towarzystwie było jeszcze dwóch panów: starszy malarz i młody adwokat. Malarz skupił całą swoją uwagę na Gwendzie, a adwokat zajmował się Joan i panną Marple, której spostrzeżenia zdawały się bardzo go bawić. W teatrze układ uległ jednak odwróceniu. Gwenda usiadła w środku rzędu, między Raymondem a adwokatem.

Zgasły światła; rozpoczęło się przedstawienie.

Było wyśmienicie grane i ogromnie się Gwendzie podobało. Dotychczas widziała niewiele naprawdę dobrych spektakli teatralnych.

Akcja zbliżała się do końca i nadszedł moment najwyższego napięcia. Ze sceny rozległ się głos aktora, przepełniony tragizmem skrzywionej i perwersyjnej umysłowości:

– „Twarz jej zakryjcie. W oczach mi się mąci. Młodo umarła...”[2]

W tym momencie Gwenda krzyknęła.

Zerwała się z miejsca, po omacku wymijając pozostałych widzów dotarła do przejścia, a stamtąd do wyjścia. Pędem pokonała schodki w górę i wybiegła na ulicę. Ale i tam się nie zatrzymała. W ślepej panice na wpół szła, na wpół biegła po Haymarket.

Dopiero przy Piccadilly zauważyła przejeżdżającą ulicą wolną taksówkę, zatrzymała ją, wsiadła i podała adres domu w Chelsea. Na miejscu wysupłała drżącymi palcami pieniądze, zapłaciła taksówkarzowi i weszła na schody. Służący, który otworzył drzwi, rzucił jej spojrzenie pełne zdumienia.

– Wcześnie panienka wróciła. Źle się panienka czuje?

– Ja... nie, to znaczy tak... jest mi słabo.

– Czy potrzeba panience czegoś? Może trochę brandy?

– Nie, dziękuję. Położę się od razu do łóżka.

Wbiegła na schody, unikając dalszych pytań.

Ściągnęła ubranie, pozostawiła je rzucone na podłodze i wsunęła się pod kołdrę. Leżała rozdygotana, z mocno bijącym sercem, wpatrując się w sufit.

Nie usłyszała, kiedy wrócili pozostali domownicy, ale po jakichś pięciu minutach otworzyły się drzwi i do pokoju wkroczyła panna Marple. Pod pachą ściskała dwa termofory, a w dłoni filiżankę.

Gwenda usiadła w łóżku, usiłując powstrzymać drżenie.

– Och, panno Marple, tak mi strasznie przykro. Nie wiem, co... to było okropne z mojej strony. Czy bardzo się na mnie rozgniewali?

– Nie martw się o nic, moje drogie dziecko – odparła panna Marple. – Weź te termofory i otul się ciepło.

– Kiedy ja właściwie nie potrzebuję termoforów.

– Ależ owszem, potrzebujesz. O, tak jest dobrze. I napij się herbaty.

Herbata była gorąca, mocna i przesłodzona, ale Gwenda wypiła ją posłusznie. Nie drżała już tak bardzo.

– A teraz połóż się i śpij – poradziła panna Marple. – Przeżyłaś zapewne jakiś szok. Ale porozmawiamy o tym jutro. Niczym się nie martw. Po prostu się wyśpij.

Otuliła Gwendę kołdrą, pogładziła ją z uśmiechem i wyszła.

Na dole Raymond rozmawiał z Joan.

– Co się u licha stało tej dziewczynie? – pytał z irytacją. – Rozchorowała się czy co?

’ – Mój drogi Raymondzie, nie mam pojęcia, po prostu krzyknęła! Przypuszczam, że było to dla niej trochę zanadto macabre.

 

– No cóż, Webster faktycznie jest nieco przerażający. Ale nie przyszłoby mi na myśl... – przerwał, kiedy do pokoju weszła panna Marple. – Wszystko z nią w porządku?

– Myślę, że tak. Po prostu przeżyła ciężki szok.

– Szok? Wskutek oglądania dramatu jakobińskiego?

– Myślę, że musi się za tym kryć coś więcej – odparła w zamyśleniu panna Marple.

Śniadanie podano Gwendzie do łóżka. Wypiła kawę, do której skubnęła kawałek grzanki. Kiedy wstała i zeszła na dół, Joan malowała już w swoim studiu, a Raymond pracował w gabinecie. W salonie była jedynie panna Marple. Siedziała przy oknie, z którego rozciągał się widok na rzekę, zajęta robótką na drutach. Przywitała Gwendę pogodnym uśmiechem.

– Dzień dobry, moja droga. Mam nadzieję, że czujesz się dziś lepiej.

– Och tak, całkiem dobrze. Zupełnie nie rozumiem, jak to się stało, że zrobiłam wczoraj z siebie taką skończoną idiotkę. Czy oni są... czy oni są na mnie wściekli?

– Och, nie, moja droga. Oni to doskonale rozumieją.

– Co rozumieją?

Panna Marple spojrzała na Gwendę znad robótki.

– Że ubiegłej nocy przeżyłaś jakiś silny szok. Czy nie byłoby lepiej – dodała – żebyś mi o tym opowiedziała?

Gwenda przemierzała nerwowo pokój.

– Myślę, że powinnam raczej pójść do psychiatry czy do kogoś takiego.

– W Londynie są, oczywiście, doskonali specjaliści od chorób psychicznych. Czy jesteś jednak zupełnie pewna, że to konieczne?

– Cóż... Wydaje mi się, że popadam w obłęd... Z pewnością popadam w obłęd.

W tym momencie do salonu weszła niemłoda pokojówka z tacą, na której leżał telegram dla Gwendy.

– Posłaniec chciałby wiedzieć, czy będzie odpowiedź, proszę pani?

Gwenda rozerwała kopertę. Telegram został przesłany z Dillmouth. Przez chwilę patrzyła na niego z taką miną, jakby nie rozumiała ani słowa, po czym zgniotła go w małą kulkę.

– Bez odpowiedzi – odparła machinalnie.

Pokojówka wyszła.

– Mam nadzieję, że to nie była żadna zła wiadomość, moja droga?

– To od Gilesa... mojego męża. Zdecydował się lecieć samolotem. Będzie tu za tydzień.

W głosie Gwendy zabrzmiało zakłopotanie i przygnębienie. Panna Marple zakasłała dyskretnie.

– No cóż... to z pewnością... bardzo miłe, prawda?

– Miłe? Teraz, kiedy nie jestem pewna, czy nie zwariowałam? Jeżeli jestem szalona, to nie powinnam była przecież wychodzić za mąż za Gilesa. I ten dom, i w ogóle wszystko. Och, już sama nie wiem, co robić.

Panna Marple poklepała sofę zapraszającym gestem.

– A może byś tak usiadła tu przy mnie, moja droga, i po prostu opowiedziała mi, o co tu chodzi?

Gwenda przyjęła zaproszenie z uczuciem ulgi. Wyznała starszej pani dokładnie wszystko, poczynając od pierwszego wrażenia, jakie odniosła patrząc na Hillside, i opisała kolejno incydenty, które początkowo budziły jej zdumienie, a potem zaczęły ją martwić.

– I doszło do tego, że zaczęłam się bać – skończyła. – Myślałam, że przyjeżdżając do Londynu uwolnię się od tego wszystkiego. Ale, jak pani widzi, nie mogę się uwolnić. To coś towarzyszy mi i tu. Ubiegłej nocy... – zacisnęła powieki i głośno przełknęła ślinę, przypominając sobie tamto wydarzenie.

– Ubiegłej nocy? – podpowiedziała jej panna Marple.

– Boję się, że pani w to nie uwierzy – Gwenda mówiła teraz bardzo szybko. – Pomyśli pani, że jestem histeryczką, dziwaczką albo kimś takim. To się stało całkiem nagle, tuż przed zakończeniem. Patrzyłam na przedstawienie z przyjemnością. I ani razu nie pomyślałam o domu. A potem to przyszło... zupełnie bez powodu... kiedy on powiedział te słowa... – Zacytowała cichym, drżącym głosem: „Twarz jej zakryjcie. W oczach mi się mąci. Młodo umarła”. – Wtedy z powrotem znalazłam się tam, na schodach, patrzyłam w dół między słupkami balustrady i zobaczyłam ją. Leżała wyciągnięta... i martwa. Miała złote włosy, a jej twarz była cała... cała sina! Nie żyła, zaduszono ją, a ktoś mówił te słowa w taki sam okropny, bełkotliwy sposób... i widziałam jego ręce... szare, pomarszczone... nie ręce – łapy małpy. To było potworne. Nie żyła...

– Kto? – spytała łagodnie panna Marple.

Gwenda odpowiedziała natychmiast, bez zastanowienia.

– Helen...

ROZDZIAŁ CZWARTY

Helen?

Przez moment Gwenda wpatrywała się w pannę Marple, po czym odgarnęła włosy z czoła.

– Dlaczego ja to powiedziałam? – spytała. – Dlaczego powiedziałam „Helen”? Nie znam żadnej Helen! – Opuściła z rozpaczą ręce. – Widzi pani? Jestem szalona! Wymyślam jakieś historie! Widzę to, czego nie ma. Najpierw chodziło tylko o tapety... ale teraz już pojawiają się zmarli. Czyli jest ze mną coraz gorzej.

– Nie spiesz się tak z wyciąganiem wniosków, moja droga...

– Albo to wina tego domu. Może jest nawiedzony... zaczarowany, czy coś w tym rodzaju... Widzę rzeczy, które się w nim zdarzyły... a może takie, które dopiero mają się wydarzyć... co byłoby jeszcze gorsze. Zapewne zostanie tam zamordowana jakaś kobieta o imieniu Helen... Nie rozumiem tylko jednego: jeśli nawiedzony jest dom, dlaczego widzę te okropności, kiedy jestem od niego daleko. Nie, to raczej ja staję się niepoczytalna. Lepiej będzie, jeśli udam się do psychiatry od razu... jeszcze dziś.

– Hm, no cóż, oczywiście, moja droga Gwendo, zawsze to można zrobić, jeśli wyczerpie się wszelkie inne możliwości, ale uważam, że o wiele lepiej jest najpierw rozważyć najprostsze i najzwyklejsze wyjaśnienia. Pozwól, proszę, że wyjaśnię do końca fakty. Przygnębiły cię trzy incydenty. Sprawa ścieżki w ogrodzie, której istnienie przeczuwałaś, choć ją zasypano i posadzono na niej kwiaty; zamurowane drzwi i tapeta, której wzór bezbłędnie odgadłaś, co do najdrobniejszych szczegółów, choć jej nie widziałaś. Mam rację?

– Tak.

– A zatem najprostsze, najnaturalniejsze byłoby wyjaśnienie, że kiedyś już widziałaś te rzeczy.

– Ma pani na myśli poprzednie wcielenie?

– Ależ nie, moja droga. Chodzi mi o twoje obecne wcielenie. O to, że to mogą być twoje wspomnienia.

– Ale ja, panno Marple, nigdy przedtem nie byłam w Anglii. Aż do ubiegłego miesiąca.

– Czy jesteś tego zupełnie pewna, moja droga?

– Oczywiście, że tak. Całe życie spędziłam w pobliżu Christchurch w Nowej Zelandii.

– Tam się urodziłaś?

– Nie, urodziłam się w Indiach. Ojciec był oficerem armii brytyjskiej. Matka umarła w rok czy dwa po moim urodzeniu i wtedy tata oddał mnie na wychowanie jej krewnym w Nowej Zelandii. Sam umarł kilka lat później.

– A pamiętasz podróż z Indii do Nowej Zelandii?

– Właściwie nie. Mam tylko bardzo mgliste wspomnienia z pobytu na statku. Na przykład, że miał okrągłe okna – to znaczy iluminatory. I że był tam mężczyzna w białym mundurze, z czerwoną twarzą, niebieskimi oczami oraz jakimś znakiem na brodzie, zapewne szramą. Lubił podrzucać mnie do góry i pamiętam, że czułam wówczas jednocześnie przerażenie i zachwyt. Ale to tylko takie fragmenty.

– A pamiętasz swoją nianię albo hinduską piastunkę?

– To nie była Hinduska. Miałam angielską nianię. Pamiętam ją, ponieważ została ze mną przez pewien czas, póki nie ukończyłam pięciu lat. Potrafiła wycinać kaczuszki z papieru. Tak, była na statku. Nakrzyczała na mnie, ponieważ się rozpłakałam, kiedy kapitan mnie pocałował, a mnie się nie podobał jego zarost.

– To bardzo interesujące, moja droga. Odnoszę wrażenie, że mylisz ze sobą dwie różne podróże. W jednej kapitan miał zarost, w drugiej zaś – czerwoną twarz, a na brodzie bliznę.

– To prawda – przyznała Gwenda. – Faktycznie chyba coś mi się myli.

– Prawdopodobnie po śmierci twojej matki ojciec zabrał cię najpierw do Anglii i mieszkałaś właśnie w Hillside. Sama powiedziałaś, że od chwili, kiedy tam weszłaś, wydawało ci się, że to twój dom. I sypiasz zapewne w swym dawnym pokoju dziecinnym.

– To faktycznie był pokój dziecinny. W oknach są kraty.

– No widzisz? A na ścianach miał tę ładną, wesołą tapetę z makami i chabrami. Dzieci doskonale zapamiętują, jakie były ściany w ich pokojach. Ja sama pamiętam bladofioletowe irysy na ścianach, choć tapetę zmieniono, gdy miałam zaledwie trzy lata.

– I dlatego pomyślałam natychmiast o zabawkach, o domku dla lalek i szafkach na klocki?

– Tak. Podobnie wygląda sprawa łazienki. Wanny z mahoniową obudową. Powiedziałaś mi, że kiedy ją zobaczyłaś, przyszły ci na myśl pływające w niej kaczuszki.

– Faktycznie – powiedziała w zamyśleniu Gwenda – od razu wiedziałam, gdzie co jest: kuchnia, bieliźniarka. I ciągle byłam przekonana, że z salonu są drzwi do jadalni. Ale przecież to jest zupełnie niemożliwe, że przyjechawszy do Anglii kupiłam dom identyczny z tym, w którym mieszkałam tak dawno temu!

– To nie jest niemożliwe, moja droga. To tylko wyjątkowy zbieg okoliczności, a takie przecież się zdarzają. Twój mąż chciał, abyście mieli dom na południowym wybrzeżu, szukałaś więc w tym rejonie, natrafiłaś na taki, który poruszył wspomnienia i przyciągnął twoją uwagę. Był odpowiedniej wielkości i oczekiwano za niego rozsądnej ceny, więc go kupiłaś. Nie, to wcale nie jest tak absolutnie nieprawdopodobne. Gdyby chodziło tylko o to, że, jak to się mówi (zapewne słusznie), ten dom jest nawiedzony, myślę, że zareagowałabyś inaczej. A przecież nie wyczułaś w nim żadnej przemocy czy niechęci z wyjątkiem, jak mówiłaś, jedynego szczególnego momentu, kiedy zamierzałaś zejść ze schodów i spojrzałaś z góry na hol na parterze.

W oczach Gwendy ponownie pojawił się cień przerażenia.

– Ma pani na myśli, że to... to z Helen... też jest prawdą?

– No cóż – odparła bardzo łagodnym tonem panna Marple – tak właśnie myślę, moja droga... Musimy uznać, jak sądzę, że jeśli pozostałe sprawy są wspomnieniami, wspomnieniem jest także i to...

– Że naprawdę widziałam leżącą tam kobietę, która została zamordowana... uduszona?

– Nie przypuszczam, abyś wówczas wiedziała, że została uduszona. Nasunęło ci się takie skojarzenie pod wpływem wczorajszego przedstawienia, ponieważ odpowiada twojemu dorosłemu rozumieniu znaczenia sinej, konwulsyjnie wykrzywionej twarzy. Myślę, że bardzo małe dziecko, ledwie mogące zejść po schodach, potrafi zdać sobie sprawę z przemocy, śmierci, zła i skojarzyć je z określonymi słowami. Uważam bowiem, że morderca wypowiedział te słowa. To musiał być bardzo silny wstrząs dla dziecka. Dzieci to takie dziwne małe stworzenia. Jeśli się czegoś bardzo przestraszą, zwłaszcza gdy tego nie rozumieją, nie rozmawiają o tym. Zamykają to w sobie. Pozornie być może nawet zapominają. Ale wspomnienia tkwią głęboko w ich pamięci.

Gwenda wciągnęła głęboko powietrze.

– I sądzi pani, że mnie przytrafiło się coś takiego? Dlaczego więc teraz nie przypomniało mi się wszystko naraz?

– Nie da się uruchomić pamięci na życzenie. Często gdy człowiek usiłuje to zrobić, wspomnienia chowają się jeszcze głębiej. Wydaje mi się jednak, że mamy kilka wskazówek sugerujących, że coś takiego naprawdę się zdarzyło. Na przykład, kiedy przed chwilą opowiadałaś mi o swoich wczorajszych przeżyciach w teatrze, użyłaś bardzo wymownego określenia. Powiedziałaś, że wydawało ci się, jakbyś patrzyła „między słupkami balustrady”. Otóż normalnie patrzy się na dół nie „między” słupkami, tylko ponad nimi. Jedynie dziecko patrzy w taki sposób.

– Jakie to inteligentne spostrzeżenie – stwierdziła Gwenda z uznaniem.

– Takie drobiazgi są bardzo istotne.

– Ale kim była Helen? – spytała Gwenda ze zdziwieniem.

– Powiedz mi, moja droga, czy jesteś zupełnie pewna, że to była Helen?

– Tak... To niesamowicie dziwne, ponieważ nie mam pojęcia, kim była ta „Helen”, a jednocześnie wiem, naprawdę wiem, że to właśnie Helen tam leżała... Jak mam się dowiedzieć czegoś więcej?

– Hm, myślę, że trzeba się najpierw dowiedzieć, czy jako dziecko faktycznie byłaś kiedykolwiek w Anglii albo czy mogłaś tu być. Twoi krewni...

Gwenda przerwała pannie Marple w pół zdania.

– Ciotka Alison. Jestem pewna, że ona będzie wiedziała.

– To napisz do niej pocztą lotniczą. Poinformuj ją, że zaistniały pewne okoliczności, w związku z którymi koniecznie musisz wiedzieć, czy byłaś kiedykolwiek w Anglii. Pocztą lotniczą powinnaś dostać odpowiedź jeszcze przed przyjazdem twojego męża.

– Och, dziękuję, panno Marple. Jest pani dla mnie taka dobra. I mam nadzieję, że to, co pani sugeruje, jest prawdą. Bo wtedy wszystko byłoby w porządku. To znaczy, nie byłoby w tym nic nadnaturalnego.

 

Panna Marple uśmiechnęła się.

– Myślę, że wszystko okaże się zgodne z tym, co przypuszczamy. Zamierzam pojutrze wybrać się do moich starych znajomych w północnej Anglii. Za jakieś dziesięć dni będę wracała i zatrzymam się w Londynie. Jeśli będziesz tu wtedy z mężem lub jeśli otrzymasz do tego czasu odpowiedź na swój list, pamiętaj, że ogromnie chciałabym się dowiedzieć szczegółów.

– Ależ naturalnie, droga panno Marple. Poza tym bardzo bym chciała, żeby poznała pani Gilesa. On jest taki cudowny. I zrobimy sobie wielką naradę na temat całej tej sprawy.

Gwenda najwyraźniej czuła się podniesiona na duchu.

Panna Marple wyglądała jednak na mocno zafrasowaną.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Morderstwo z przeszłości

Jakieś dziesięć dni później panna Marple weszła do małego hoteliku w Mayfair, gdzie entuzjastycznie przywitali ją młodzi Reedowie.

– To mój mąż, panno Marple – zawołała Gwenda. – Giles, nie potrafię ci opisać, jaka dobra była dla mnie panna Marple.

– Jestem szczęśliwy, że mogę panią poznać, panno Marple. Słyszałem, że Gwenda wpadła w taką panikę, że niewiele brakowało, a kazałaby się zamknąć w domu wariatów.

Łagodne, niebieskie oczy panny Marple z sympatią przyglądały się Gilesowi. Bardzo przyjemny młody człowiek, wysoki i jasnowłosy, o rozbrajającym nawyku mrugania powiekami z nieśmiałości. Zwróciła też uwagę na wyrażającą zdecydowanie brodę i mocną szczękę.

– Wypijmy herbatę w małym saloniku, tym ciemnym – zaproponowała Gwenda. – Nikt tam nie zagląda. A potem pokażemy pannie Marple list od ciotki Alison. Tak – dodała, kiedy panna Marple spojrzała na nią bystro. – Otrzymałam list, z którego wynika, że było niemal dokładnie tak, jak pani przypuszczała.

Tuż po herbacie na stole pojawił się list od panny Alison Danby:

Najdroższa Gwendo,

Bardzo się zmartwiłam wieścią, że miałaś jakieś nieprzyjemne przejścia. Prawdę mówiąc, zupełnie wypadło mi z pamięci, że faktycznie jako małe dziecko przez krótki czas mieszkałaś w Anglii.

Twoja matka, a moja siostra Megan, poznała Twojego ojca, majora Hallidaya, kiedy pojechała odwiedzić naszych znajomych, mieszkających wówczas w Indiach. Pobrali się i Ty się tam urodziłaś. Niespełna dwa lata po urodzeniu Ciebie Twoja matka zmarła. Był to dla nas ogromny wstrząs. Napisaliśmy wtedy do Twojego ojca, z którym utrzymywaliśmy kontakt listowny, ale którego nie znaliśmy osobiście, błagając go, aby powierzył nam opiekę nad Tobą, jako że bylibyśmy szczęśliwi mając Ciebie, a jemu – młodemu oficerowi w wojsku – mogło być trudno opiekować się małym dzieckiem. Twój ojciec odrzucił jednak naszą propozycję i powiadomił nas, że rezygnuje z wojska i zabiera Cię do Anglii. Miał nadzieję, jak pisał, że kiedyś przyjedziemy go tam odwiedzić.

Domyślam się, że w drodze do domu Twój ojciec spotkał młodą kobietę, zakochał się w niej i zaraz po przyjeździe do Anglii pobrali się. Małżeństwo to nie było, jak sądzę, udane i, o ile wiem, mniej więcej po roku się rozpadło. To wtedy Twój ojciec napisał do nas z pytaniem, czy nadal chcielibyśmy stworzyć Ci dom. Nie muszę chyba mówić, jacy byliśmy szczęśliwi z tego powodu. Zostałaś przysłana do nas pod opieką angielskiej niani. Równocześnie Twój ojciec przepisał na Ciebie większość swojego majątku i zasugerował, żebyś przybrała prawnie nasze nazwisko. Przyznam, że wydało nam się to trochę dziwne, ale uznaliśmy, że miał dobre intencje – chciał, żebyś się stała w jeszcze większym stopniu członkiem naszej rodziny. Nie postąpiliśmy jednak zgodnie z tą sugestią. Mniej więcej rok później Twój ojciec zmarł w szpitalu. Przypuszczam, że zdecydował się oddać nam Ciebie pod opiekę, gdy dowiedział się czegoś złego o swoim zdrowiu.

Niestety nie potrafię Ci powiedzieć, gdzie mieszkałaś w czasie swojego pobytu z ojcem w Anglii. Pisząc do nas z pewnością podał swój adres, ale działo się to przecież osiemnaście lat temu i trudno byłoby pamiętać takie szczegóły. Wiem, że gdzieś w południowej Anglii – i mam wrażenie, że mogło to być Dillmouth. Wydawało mi się co prawda, że miejscowość nazywała się Dartmouth, ale te nazwy są dość podobne. Zdaje mi się, że Twoja macocha ponownie wyszła za mąż, ale nie przypominam sobie jej imienia ani nawet nazwiska panieńskiego, choć Twój ojciec wspomniał je w liście, kiedy informował nas o swoim ponownym ożenku. Chyba trochę niechętnie przyjęliśmy wiadomość o tak szybkim zawarciu przez niego kolejnego małżeństwa, choć to oczywiste, że na pokładzie statku bardzo szybko nawiązuje się bliskie związki uczuciowe, a możliwe też, że Twój ojciec uważał to za korzystne ze względu na ciebie.

Zapewne głupio zrobiłam nie wspominając Ci o twoim pobycie w Anglii, chociaż go nie pamiętasz, ale – jak Ci już wspomniałam – cała ta sprawa umknęła mi z pamięci. Zawsze wydawały nam się ważne jedynie śmierć Twojej matki i – będący jej następstwem – Twój przyjazd do nas.

Mam nadzieję, że teraz wszystko się już wyjaśniło.

Ufam, że Giles będzie mógł wkrótce dołączyć do Ciebie.

Rozłąka zaraz po ślubie musi być trudna dla Was obojga.

Wszystkie inne wieści przekażę Ci w następnym liście, jako że ten wysyłam w pośpiechu, w odpowiedzi na Twój telegram.

Twoja kochająca Cię ciotka

Alison Danby

PS Nie napisałabyś, co to za przykrości cię spotkały?

– Widzi pani? – odezwała się Gwenda. – Było niemal dokładnie tak, jak pani przypuszczała.

Panna Marple wygładziła kartkę listu.

– Tak... no tak. Zdroworozsądkowe wyjaśnienie. Wiecie, doszłam do tego, że bardzo często właśnie takie podejście jest słuszne.

– Jestem pani ogromnie wdzięczny, panno Marple – powiedział Giles. – Biedna Gwenda czuła się naprawdę przygnębiona, a i mnie niepokoiła myśl, że Gwenda mogłaby być jasnowidzem, chorą psychicznie albo czymś w tym rodzaju.

– Żona o takich talentach mogłaby być bardzo kłopotliwa – zażartowała Gwenda. – Chyba że żyłbyś naprawdę bez grzechu.

– Co właśnie robię – odparł Giles.

– A dom? Co czujesz na myśl o domu? – spytała panna Marple.

– Och, wszystko w porządku. Jedziemy tam jutro. Giles nie może się doczekać, żeby go zobaczyć.

– Nie wiem, czy zdaje sobie pani z tego sprawę, panno Marple – powiedział Giles – ale wygląda na to, że w naszych rękach znalazła się zagadka związana z morderstwem doskonałym. Dokładnie na naszym progu czy raczej w głównym korytarzu.

– Tak, rozważałam to – przyznała panna Marple w zamyśleniu.

– A Giles wprost uwielbia historie kryminalne – dodała Gwenda.

– No cóż, uważam, że to jest historia kryminalna. Ciało uduszonej pięknej kobiety, leżące w korytarzu. I nic o tej kobiecie nie wiadomo prócz jej imienia. Oczywiście wiem, że to się zdarzyło blisko dwadzieścia lat temu. Po tak długim czasie z pewnością nie ma już żadnego tropu, ale można przynajmniej się rozejrzeć, poszukać jakichś powiązań. Śmiem nawet twierdzić, że nie da się rozwiązać tej zagadki...

– Myślę, że dałoby się – przerwała mu panna Marple.

– Nawet po tych osiemnastu latach. Tak, myślę, że to jest do zrobienia.

– A w każdym razie nie zaszkodzi spróbować, prawda?

Giles zamilkł, z rozpromienioną twarzą oczekując odpowiedzi.

Panna Marple poruszyła się niespokojnie. Jej twarz miała poważny, niemal surowy wyraz.

– Otóż może to okazać się bardzo szkodliwe – ostrzegła. – Radziłabym wam... tak, z całego serca radziłabym, abyście pozostawili tę sprawę w spokoju.

– Zostawić? Naszą własną zagadkę kryminalną, naturalnie jeśli to było morderstwo?

– Myślę, że to było morderstwo. I właśnie dlatego nie ruszałabym tego. Morderstwo nie jest... nie jest czymś, co można traktować lekkomyślnie.

– Ależ panno Marple – zaoponował Giles. – Gdyby wszyscy myśleli tak jak pani...

– Och, wiem – przerwała mu. – Są sytuacje, kiedy po prostu trzeba się tym zająć... kiedy oskarżana jest osoba niewinna... podejrzenia padają na różnych ludzi... albo gdy chodzi o niebezpiecznego przestępcę, który może znowu zaatakować. Ale musicie zrozumieć, że to morderstwo w dużym stopniu należy do przeszłości. Zapewne nawet nie wyszło na jaw, bo gdyby było inaczej, szybko dowiedzielibyście się o nim od waszego starego ogrodnika lub kogoś z sąsiadów. Morderstwo, popełnione nawet bardzo dawno temu, jest zawsze sensacją. Nie, najwyraźniej w jakiś sposób pozbyto się ciała i sprawa nigdy nie budziła żadnych podejrzeń. Czy jesteście pewni... czy jesteście zupełnie pewni, że postąpicie mądrze, rozgrzebując to wszystko na nowo?