Uśpione morderstwoTekst

Z serii: Panna Marple #12
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WROCŁAW 2015



Tytuł oryginału

Sleeping Murder

Projekt okładki

MARIUSZ BANACHOWICZ

Fotografia na okładce

© FLAVIA BOTTAZZINI

Redakcja

ANNA ROJKOWSKA

Korekta

JANINA GERARD-GIERUT

Redakcja techniczna

NATALIA WIELĘGOWSKA

Sleeping Murder Copyright © 1976 Agatha Christie Limited.

All rights reserved. AGATHA CHRISTIE, MISS MARPLE and the Agatha Christie

Signature are registered trade marks of Agatha Christie Limited in the UK and/or elsewhere. All rights reserved.

Polish edition published by Publicat S.A. MMII, MMXV (wydanie elektroniczne)

Translation by Prószyński Media.

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Wydanie elektroniczne 2015

ISBN 978-83-271-5292-3

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Rozdział 1. Dom

Rozdział 2. Tapeta

Rozdział 3. „Twarz jej zakryjcie...”

Rozdział 4. Helen?

Rozdział 5. Morderstwo z przeszłości

Rozdział 6. Próby dedukcji

Rozdział 7. Doktor Kennedy

Rozdział 8. Urojenia Kelvina Hallidaya

Rozdział 9. Nieznany czynnik?

Rozdział 10. Historia choroby

Rozdział 11. Mężczyźni w jej życiu

Rozdział 12. Lily Kimble

Rozdział 13. Walter Fane

Rozdział 14. Edith Pagett

Rozdział 15. Adres

Rozdział 16. Maminsynek

Rozdział 17. Richard Erskine

Rozdział 18. Powój

Rozdział 19. Pan Kimble przemawia

Rozdział 20. Helen jako dziewczyna

Rozdział 21. J.J. Afflick

Rozdział 22. Lily jedzie na spotkanie

Rozdział 23. Który z nich?

Rozdział 24. Małpie łapy

Rozdział 25. Postscriptum z Torquay

Przypisy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dom

Gwenda Reed stała na molo, lekko drżąc.

Doki, baraki urzędu celnego i widoczna z tego miejsca część Anglii łagodnie kołysały się jej przed oczami, unosząc i opadając.

I właśnie w tym momencie podjęła decyzję, której konsekwencją stały się niezwykłe wydarzenia.

Nie pojedzie promem do Londynu, choć to sobie wcześniej zaplanowała.

Właściwie dlaczego miałaby tam jechać? Nikt na nią nie czeka, nikt nie spodziewa się jej przyjazdu. Dopiero przed chwilą zeszła z rozhuśtanego, trzeszczącego statku (ostatnie trzy dni, kiedy płynęli przez zatokę do Plymouth, dały się jej zdrowo we znaki) i ponowne znalezienie się na rozkołysanym pokładzie było ostatnią z rzeczy, na jakie miałaby w tej chwili ochotę. Pójdzie do hotelu, pewnie i solidnie stojącego na twardym gruncie. I położy się do wygodnego, stabilnego łóżka, które nie będzie kołysało i trzeszczało. Wyśpi się, a rano – ależ tak, naturalnie, co za doskonały pomysł! – wynajmie samochód i powoli, bez pośpiechu, pojeździ sobie po południowej Anglii w poszukiwaniu domu – ładnego domku, jaki zgodnie z tym, co zaplanowali z Gilesem, ma dla nich znaleźć. Tak, to wspaniały pomysł.

Dzięki temu zobaczy trochę Anglii, o której Giles tyle jej opowiadał, a której ona sama jeszcze nie widziała na oczy, choć – jak większość Nowozelandczyków – nazywała ją swoją ojczyzną. W tej chwili Anglia nie przedstawiała się zbyt atrakcyjnie. Dzień był szary, zanosiło się na deszcz i wiał ostry, przenikliwy wiatr. Plymouth, pomyślała Gwenda, posłusznie przesuwając się do odprawy paszportowej i celnej, nie jest zapewne najlepszą wizytówką Anglii.

Następnego ranka jej wrażenia diametralnie się zmieniły. Świeciło słońce. Za oknem rozciągał się atrakcyjny widok.

A świat przestał się wreszcie kołysać i chwiać. Stał w miejscu. W końcu dotarła do Anglii – ona, Gwenda Reed, dwudziestojednoletnia młoda mężatka. Termin powrotu do Anglii jej męża nie był jeszcze pewny. Być może Giles przypłynie za parę tygodni. Niewykluczone jednak, że zjawi się dopiero za pół roku. To właśnie on zasugerował, żeby Gwenda przyjechała tu wcześniej i rozejrzała się za jakimś odpowiednim dla nich domem. Oboje uważali, że byłoby dobrze mieć gdzieś stałą przystań. Praca Gilesa wiąże się co prawda z koniecznością podróżowania i czasami Gwenda będzie mu towarzyszyć, może się jednak okazać, że warunki będą dla niej nieodpowiednie. Zresztą obojgu podobał się pomysł posiadania jakiegoś własnego gniazdka. Ponadto Giles odziedziczył ostatnio trochę mebli po ciotce, kupienie domu wydawało się więc posunięciem rozsądnym i praktycznym.

Ich sytuacja materialna była całkiem dobra, perspektywa dużego wydatku nie stanowiła zatem problemu.

Początkowo Gwenda wzbraniała się przed samodzielnym wyborem.

– Powinniśmy to zrobić razem – przekonywała męża.

Ale Giles zbył żartem jej obawy.

– Nie na wiele bym ci się przydał – powiedział ze śmiechem. – Jeśli jakiś dom spodoba się tobie, to możesz być pewna, że mnie też. Chciałbym tylko, żeby miał kawałek ogródka. I nie był jednym z tych nowoczesnych paskudztw. No i wcale nie musi być bardzo duży. Najlepiej, gdyby znajdował się gdzieś na południowym wybrzeżu. W każdym razie niezbyt daleko od morza.

– Masz na myśli jakieś konkretne miejsce? – spytała Gwenda.

Ale Giles powiedział, że nie. Rodzice osierocili go we wczesnym dzieciństwie (oboje z Gwendą byli sierotami) i wakacje spędzał u różnych krewnych, wskutek czego nie czuł się przywiązany do żadnego szczególnego miejsca. Zresztą miał to być dom Gwendy. Jeśli zaś chodzi o wspólny wybór, załóżmy, że sprawy służbowe zatrzymają go jeszcze przez sześć miesięcy. Co by robiła przez cały ten czas? Tułała się po hotelach? Nie, musi znaleźć dom i urządzić go po swojemu.

– Chodzi ci o to – wytknęła mu Gwenda – żebym zrobiła wszystko sama!

Ale w gruncie rzeczy pomysł wyszukania domu oraz urządzenia go – miło i przytulnie – na przyjazd Gilesa całkiem się jej podobał.

Byli zaledwie trzy miesiące po ślubie, a Gwenda bardzo kochała swojego męża.

Zjadła zamówione do łóżka śniadanie, po czym wstała i ułożyła plan działania. Dzień spędziła na zwiedzaniu Plymouth, które bardzo się jej spodobało. Następnego dnia zaś wynajęła wygodnego daimlera z kierowcą i wyruszyła w podróż po Anglii.

 

Pogoda dopisywała i wycieczka sprawiała Gwendzie dużą przyjemność. W Devonshire obejrzała kilka wystawionych na sprzedaż rezydencji, żadna jednak nie przypadła jej do gustu. Zresztą nie musiała się przecież spieszyć; mogła spokojnie szukać dalej. Bez trudu nauczyła się czytać między wierszami w entuzjastycznych opisach domów, dostarczanych przez pośredników, co pozwoliło jej oszczędzić przynajmniej kilku bezowocnych prób.

Mniej więcej po tygodniu, we wtorek wieczorem, samochód, którym podróżowała, zjechał krętą drogą ze zbocza wzgórza i dowiózł ją do Dillmouth, mijając na obrzeżach tego ciągle jeszcze uroczego nadmorskiego kurortu widoczną między drzewami małą, białą wiktoriańską willę, przeznaczoną na sprzedaż.

Gwenda poczuła natychmiast dreszczyk emocji – zupełnie jakby rozpoznała miejsce, którego szukała. To jej dom! Była tego zupełnie pewna. Mogłaby naszkicować ogród, wysokie okna – och, tak, dom był właśnie taki, jakiego pragnęła.

Dzień miał się ku końcowi, spędziła więc noc w pobliskim hotelu Royal Clarence i z samego rana udała się do agencji nieruchomości, której nazwa widniała na tablicy informacyjnej przed willą.

Niedługo potem, dzierżąc w dłoni upoważnienie do oględzin posiadłości, stała w długim staromodnym salonie z dwoma francuskimi oknami wychodzącymi na wyłożony płytami chodnikowymi taras, za którym rozpościerał się porośnięty kwitnącymi krzewami ogródek skalny, stromo opadający ku rozległym trawnikom. A między drzewami, rosnącymi na skraju ogrodu, widać było morze.

To coś dla mnie – pomyślała Gwenda. – To mój dom. Czuję się tak, jakbym znała wszystkie jego zakamarki.

W tym momencie drzwi się otworzyły i do salonu weszła kichając wysoka, melancholijna kobieta. Była najwyraźniej zaziębiona.

– Pani Hengrave? Mam zezwolenie od panów Galbraitha i Penderleya. Ale może przyszłam zbyt wcześnie.

Pani Hengrave, wydmuchawszy nos, stwierdziła ponuro, że nie ma to najmniejszego znaczenia, i zaczęła oprowadzać Gwendę po domu.

Był dokładnie taki, jak potrzeba. Nie za duży. Niezbyt komfortowy, ale mogli sobie przecież z Gilesem zrobić jedną albo nawet dwie dodatkowe łazienki. Także i kuchnię można unowocześnić. Na szczęście jest bieżąca woda. Zmieni się zlew i wstawi nowe sprzęty...

W plany i projekty Gwendy wdzierał się monotonny głos pani Hengrave, relacjonującej szczegóły ostatniej choroby zmarłego majora Hengrave’a. Gwenda nieuważnie słuchała opowieści, pilnując się jedynie, by we właściwym momencie wyrazić współczucie i zrozumienie. Wszyscy krewni pani Hengrave mieszkają w hrabstwie Kent i namawiają ją, żeby przeniosła się gdzieś bliżej nich... to major tak ogromnie lubił Dillmouth, przez wiele lat był tu sekretarzem Klubu Golfowego, ale ona...

– Tak... naturalnie... okropne przeżycie... najzupełniej zrozumiałe... Tak, szpitale są właśnie takie... oczywiście... z pewnością jest pani...

Drugą połową świadomości Gwenda pośpiesznie rejestrowała: tu postawię bieliźniarkę; myślę, że... Zgadza się. Pokój dwuosobowy – ładny widok na morze – spodoba się Gilesowi. O, ten mały pokoik też się przyda – Giles mógłby tu sobie urządzić garderobę... Łazienka – przypuszczam, że wanna ma mahoniową obudowę – och, tak, ma! Cudownie!

I stoi na samym środku! Tego nie będę zmieniać – to arcydzieło tamtych czasów! Jaka ogromna wanna! Na obudowie można by położyć przybory toaletowe. I łódeczki... i malowane kaczuszki. I udawać, że się jest na morzu... Już wiem: zamienimy ten ciemny dodatkowy pokój na dwie naprawdę nowoczesne łazienki, zielone, z chromowaną armaturą – rury nad kuchnią powinny być w porządku – a tę zachowamy taką, jaka jest...

– Zapalenie opłucnej – mówiła pani Hengrave. – Po trzech dniach rozwinęło się w obustronne zapalenie płuc...

– To straszne – współczująco stwierdziła Gwenda. – Czy na końcu tego korytarza nie ma aby jeszcze jednej sypialni?

Była – i to dokładnie taka, jaką sobie Gwenda wymarzyła: niemal okrągła, z dużym oknem w wykuszu. Oczywiście trzeba będzie ją odnowić. Jest co prawda w zupełnie niezłym stanie, ale dlaczego ludzie pokroju pani Hengrave tak ogromnie lubią ten musztardowo-herbatnikowy odcień farby?

Znów przeszły przez korytarz. Gwenda mruczała pod nosem, skrupulatnie zapisując w pamięci:

– Sześć, nie, razem z tą małą jest siedem sypialni i poddasze.

Deski podłogi lekko trzeszczały pod jej stopami. Czuła się już tak, jakby ten dom należał do niej, a nie do pani Hengrave. Ta melancholijna wdowa była tu intruzem – kobietą, która pomalowała pokoje na kolor musztardowo-herbatnikowy i której podoba się fryz z glicynii w salonie. Gwenda zerknęła na zapisaną na maszynie kartkę papieru, którą ściskała w dłoni. Były na niej informacje dotyczące tej posiadłości i ceny.

Przez ostatnie dni zdążyła się zorientować w cenach domów. Kwota, jakiej żądano za ten, nie była wysoka – dom wymagał co prawda modernizacji, ale mimo to... Zauważyła też przy cenie uwagę „do uzgodnienia”. Pani Hengrave widocznie bardzo zależy na przeniesieniu się do hrabstwa Kent, do „swoich”...

Miały właśnie zejść na dół, kiedy nagle Gwenda poczuła, że ogarnia ją fala irracjonalnego przerażenia. Było to porażające uczucie, które minęło niemal równie szybko, jak się pojawiło. Pozostawiło jednak ślad.

– W tym domu... nie straszy, prawda? – spytała.

Pani Hengrave stojąca stopień niżej i zbliżająca się w swej opowieści do momentu, w którym pan Hengrave zaczął szybko tracić siły, spojrzała w górę z miną świadczącą, że czuje się urażona.

– Nic mi o tym nie wiadomo. Dlaczego pani o to pyta?... Czyżby ktoś sugerował coś takiego?

– Nigdy pani nie odczuła ani nie widziała tu niczego, co... Czy nikt tu nie umarł?

Niezbyt fortunne pytanie – pomyślała Gwenda o moment za późno – zapewne bowiem major Hengrave.

– Mąż mój umarł w szpitalu Świętej Moniki – oświadczyła chłodno pani Hengrave.

– Och, naturalnie. Wspomniała już pani o tym.

– W domu zbudowanym jakieś sto lat temu – kontynuowała pani Hengrave tym samym lodowatym tonem – zgony wydają się czymś naturalnym. Jednakże panna Elworthy, od której mój drogi mąż nabył ten dom siedem lat temu, cieszyła się doskonałym zdrowiem, planowała nawet wyjazd za granicę i zajęcie się pracą misjonarską. I nic nie wspominała o żadnych zejściach w jej rodzinie w ostatnim okresie.

Gwenda pośpiesznie usiłowała załagodzić rozdrażnienie pani Hengrave. Znajdowały się znów w salonie. Był to pełen spokoju, czarujący pokój, który budził nastrój dokładnie odpowiadający oczekiwaniom Gwendy. Chwilowa panika, jaka nią przed momentem owładnęła, teraz wydawała się niezrozumiała. Co też jej przyszło do głowy? Ten dom jest absolutnie w porządku.

Zapytawszy panią Hengrave, czy mogłaby jeszcze obejrzeć ogród, wyszła na taras.

Tu powinny być stopnie prowadzące na trawnik – pomyślała.

Rósł tam jednak zamiast tego gąszcz wyjątkowo dorodnych forsycji, skutecznie przesłaniających widok na morze.

Gwenda przytaknęła swoim myślom. Tak, pozmienia tu wszystko.

Ruszyła za panią Hengrave wzdłuż tarasu i zeszła na trawnik schodkami, znajdującymi się na odległym krańcu. Ogródek skalny był zaniedbany i zarośnięty, a większość kwitnących krzewów wymagała przycięcia.

Pani Hengrave mruczała przepraszająco, że ogród jest dość zapuszczony. Mogli sobie pozwolić na ogrodnika jedynie dwa razy w tygodniu. A i tak zdarzało się często, że nie przychodził, chociaż był umówiony.

Obejrzały niewielki, ale zupełnie wystarczający warzywnik, po czym wróciły do domu. Gwenda powiedziała, że ma jeszcze do obejrzenia inne domy i chociaż Hillside (co za pospolita nazwa!) bardzo się jej podoba, nie może w tej chwili podjąć decyzji.

Pani Hengrave pożegnała ją rzewnym spojrzeniem i potężnym kichnięciem.

Prosto z Hillside Gwenda wróciła do agentów, złożyła im poważną ofertę kupna posiadłości, a resztę poranka spędziła spacerując po Dillmouth. Było to urocze, staroświeckie nadmorskie miasteczko. W odległej „nowoczesnej” dzielnicy znajdowało się co prawda kilka wyglądających na nowo wybudowane hoteli i trochę surowych bungalowów, ale położenie geograficzne, linia wybrzeża i otaczające wzgórza uchroniły Dillmouth przed nadmierną ekspansją.

Po lunchu zadzwonili do Gwendy agenci z informacją, że pani Hengrave przyjęła jej ofertę. Figlarnie uśmiechając się do siebie Gwenda poszła na pocztę, skąd nadała telegram do Gilesa.

KUPIŁAM DOM. UCAŁOWANIA. GWENDA.

Powinno go to zaskoczyć – pomyślała z dumą. – Przekona się, że nie zasypiam gruszek w popiele!

ROZDZIAŁ DRUGI

Tapeta

Minął miesiąc i Gwenda wprowadziła się do Hillside. Odebrała z magazynu meble po ciotce Gilesa i ustawiła je w domu. Były to solidne, staromodne sprzęty. Jedna czy dwie szafy okazały się zbyt duże i trzeba je było sprzedać, ale cała reszta doskonale pasowała i odpowiadała charakterem domowi. Małe, kolorowe stoliki, wykładane masą perłową i malowane w pałace oraz róże, wstawiła do salonu. Stanęły tam ponadto: wykwintny stolik do robótek z przymocowanym pod blatem woreczkiem z surowego jedwabiu, biurko z drzewa różanego oraz mahoniowa ława.

Kilka wygodnych krzeseł Gwenda rozmieściła w sypialniach, dokupiła też dwa duże, miękkie fotele dla siebie oraz Gilesa i ustawiła je po obu stronach kominka. Wielka sofa w stylu chesterfield znalazła swoje miejsce przy oknie. Zasłony zaś zostały uszyte ze staromodnego perkalu, niebieskiego, z delikatnym deseniem z wazoników róż i żółtych ptaszków. W efekcie salonik wyglądał – jej zdaniem – dokładnie tak, jak powinien.

Właściwie jeszcze nie zdążyła się w pełni zadomowić, nadal bowiem kręcili się po domu robotnicy. Powinni już dawno skończyć, ale słusznie uznała, że nie wyniosą się, jeśli ona nie zamieszka w domu.

Kuchnia została już przebudowana, a nowe łazienki właśnie wykańczano. Gwenda zamierzała wstrzymać się nieco z dalszym ozdabianiem wnętrz. Chciała się najpierw nacieszyć domem i spokojnie dobrać najodpowiedniejsze kolory do sypialni. Dom był w bardzo dobrym stanie i wcale nie musiała wszystkiego robić naraz.

W kuchni urzędowała już pani Cocker, odnosząca się z protekcjonalną łaskawością do Gwendy, której nadmiernie demokratyczne nastawienie natychmiast odparła. Ale też osadziwszy raz swoją pracodawczynię na właściwym miejscu, zaczęła przejawiać chęć przełamania chłodu w ich stosunkach.

Tego ranka, kiedy Gwenda po przebudzeniu usiadła w łóżku, pani Cocker postawiła jej na kolanach tacę z posiłkiem.

– Gdy nie ma pana domu – oświadczyła – dama chętnie jada śniadanie w łóżku.

Gwenda nagięła się posłusznie do tego rzekomo angielskiego nakazu.

– Dzisiaj mamy jajecznicę – skomentowała pani Cocker przyniesione danie. – Wspominała pani co prawda o wędzonym łupaczu, ale nie chciałaby pani przecież jeść czegoś takiego w sypialni. Pozostawia po sobie zapach. Podam go na kolację, w śmietanie, na grzance.

– Och, bardzo dziękuję.

Pani Cocker uśmiechnęła się łaskawie i ruszyła w stronę wyjścia.

Gwenda nie zajmowała na razie dużej dwuosobowej sypialni. Zamierzała poczekać z tym do przyjazdu Gilesa. Tymczasem wybrała dla siebie pokój na końcu korytarza, o zaokrąglonych ścianach i z wykuszowym oknem. Odpowiadał jej i czuła się w nim szczęśliwa.

– Bardzo mi się tu podoba – oświadczyła impulsywnie, rozglądając się po pomieszczeniu.

Pani Cocker także popatrzyła pobłażliwie wokół siebie.

– Tak, proszę pani, to całkiem ładny pokoik, chociaż mały. Sądząc po kratach w oknie, odnoszę wrażenie, że musiał to być kiedyś pokój dziecinny.

– Nie przyszło mi to do głowy. Zapewne ma pani rację.

– No cóż – westchnęła pani Cocker znacząco, po czym wyszła.

Kiedy przyjedzie pan domu – zdawała się sugerować – to kto wie? Być może pokój dziecinny się przyda.

Gwenda zarumieniła się i znów popatrzyła dokoła. Pokój dziecinny? Tak, nadawałby się do tego. Zaczęła go w myślach meblować. Tu, pod ścianą, stanąłby duży domek dla lalek. A w nim niskie szafki z zabawkami. Na kominku wesoło płonąłby ogień, wokół niego postawiłaby zaś wysoki ekran z przyczepionymi na lince zabawkami. Tylko te okropne musztardowe ściany! Tu przecież powinna być wesoła tapeta. Coś kolorowego i radosnego. Na przykład małe bukieciki maków i chabrów... Tak, to by było cudowne. Postara się znaleźć tapetę z takim wzorkiem. Z całą pewnością gdzieś już ją widziała.

Wcale nie potrzeba tu dużo mebli. Są dwie szafy ścienne, tyle że jedna, w rogu pokoju, jest zamknięta i nie ma do niej klucza. Drzwiczki były zamalowane farbą – najwyraźniej nie zaglądano do niej od bardzo dawna. Musi powiedzieć robotnikom, żeby ją otworzyli, bo i tak nie ma dość miejsca na swoje ubrania.

 

Z każdym dniem czuła się coraz bardziej zadomowiona w Hillside. Usłyszawszy przez otwarte okno dochodzące z ogrodu głębokie pochrząkiwanie i suchy kaszel, pośpiesznie zabrała się do śniadania. Foster, zatrudniony na godziny kapryśny ogrodnik, który nie zawsze dotrzymywał słowa, najwyraźniej dzisiaj przyszedł o umówionej porze.

Gwenda wykąpała się, ubrała w tweedową spódnicę i sweter, po czym pospiesznie wyszła do ogrodu. Foster pracował przed oknem salonu. Gwenda zażyczyła sobie, by w pierwszej kolejności na wprost oszklonych drzwi na taras zrobił ścieżkę przez ogródek skalny. Foster najpierw sprzeciwiał się temu, twierdząc, że będzie musiał w tym celu wyrwać forsycje, azjatyckie weigele oraz lilie, Gwenda była jednak nieugięta. Ogrodnik zmienił więc zdanie i obecnie podchodził do swojego zadania niemal entuzjastycznie.

Tego ranka przywitał Gwendę z uśmiechem.

– Wygląda na to, że panienka przywraca tu dawne czasy. – Upierał się przy tym, żeby nazywać Gwendę „panienką”.

– Dawne czasy? Jak to?

Foster postukał szpadlem w grunt.

– Natrafiłem na stare schodki. O, widzi panienka? Szły dokładnie tak, jak panienka życzy sobie je mieć. Ktoś musiał je zakryć ziemią i posadzić krzaki.

– I zrobił bardzo głupio – skomentowała Gwenda. – Tu się aż prosi, żeby z salonu była aleja na trawnik i dalej, do morza.

Foster nie był co do tego przekonany, ale ostrożnie i z chmurną miną przytaknął.

– Nie mówię przecież, że to nie będzie ulepszenie... Będziecie mieli widok, a przez te krzaki to w salonie było ciemno. Szkoda tylko tych pięknych roślin. Nigdy jeszcze nie widziałem ładniejszego gąszczu forsycji. Mniejsza o lilie, ale znowu weigele są drogie, a musi panienka wiedzieć, że te tutaj są za stare, żeby je przesadzać.

– Och, wiem. Ale tak jest o wiele, wiele ładniej.

– No cóż – Foster podrapał się w głowę. – Może i tak.

– Jest tak, jak powinno być – powiedziała Gwenda, kiwając głową. – Kto tu mieszkał przed Hengrave’ami? – zapytała nagle. – Bo oni tu byli niezbyt długo, prawda?

– Jakieś sześć lat czy coś koło tego. Ale traktowano ich jak obcych. A przed nimi? Panny Elworthy. Ogromnie religijne. Należały do Low Church[1]. Urodzone misjonarki. Kiedyś to nawet mieszkał u nich czarny kleryk. Było ich cztery siostry i brat, ale on nie miał wiele do powiedzenia przy tylu kobietach. A jeszcze przed nimi? Zaraz, niech pomyślę... pani Findeyson. O, to była kobieta z klasą. Tutejsza. Mieszkała tu, jak mnie jeszcze nie było na świecie.

– Czy umarła w tym domu?

– Nie. W Egipcie czy jakimś takim miejscu. Ale sprowadzono jej ciało. I pochowano na cmentarzu. To ona posadziła tę magnolię oraz tamte szczodrzeńce. A także te pospornice. Bardzo lubiła krzewy. Wtedy – ciągnął – nie było jeszcze tych nowych domów na wzgórzu. Mieszkało się jak na wsi. Żadnego kina ani nowych sklepów. Ani tej tu promenady przed posiadłością! – W jego tonie wyczuwało się dezaprobatę, z jaką starsi ludzie reagują na wszelkie innowacje. – Zmiany – prychnął pogardliwie. – Nic, tylko same zmiany.

– Myślę, że świat się musi zmieniać – rzekła Gwenda. – Poza tym mamy teraz mnóstwo ulepszeń, prawda?

– Tak mówią. Ale ja tam wcale tego nie widzę. Zmiany! – Wyciągnął rękę w stronę rosnącego na zboczu po lewej stronie gąszczu cyprysów, przez który przeświecały ściany budynku. – Kiedyś mieliśmy tu mały szpital – powiedział. – W ładnym miejscu, blisko. A potem przyszli tacy jedni i zbudowali wielki gmach, jakąś milę za miastem. Trzeba iść dwadzieścia minut na piechotę albo dojechać autobusem za trzy pensy. – Znów wskazał ręką zarośla. – A tam jest teraz szkoła dla dziewcząt. Wprowadziły się tu z dziesięć lat temu. Ciągle jakieś zmiany. Teraz to ludzie kupują sobie dom, pomieszkają w nim dziesięć czy dwanaście lat i znowu go sprzedają. Nie mogą usiedzieć na miejscu. Co w tym dobrego? Nie da się dobrze rozplanować ogrodu, kiedy człowiek nie ma przed sobą dłuższej perspektywy.

Gwenda popatrzyła z sympatią na magnolię.

– Jak za pani Findeyson – powiedziała.

– O, ona była jak trzeba. Przyszła tu jako panna młoda. Wychowała i pożeniła dzieci, pochowała męża, wnuki przyjeżdżały do niej na wakacje, a ruszyła się stąd, dopiero jak miała koło osiemdziesiątki. – W głosie Fostera dźwięczała pełna ciepła aprobata.

Gwenda wróciła do domu uśmiechnięta. Chwilę porozmawiała z robotnikami, a następnie poszła do salonu, gdzie usiadła przy biurku i napisała kilka listów. Pośród korespondencji, na którą jeszcze nie odpowiedziała, znajdował się list od mieszkających w Londynie kuzynów Gilesa. Pisali, że jeśli tylko zechce przyjechać do Londynu, koniecznie musi się zatrzymać w ich domu w Chelsea.

Gwenda wiedziała, że Raymond West był znanym (bardziej niż popularnym) powieściopisarzem, a jego żona Joan – malarką. Pobyt u nich mógł być zabawny, choć zapewne uznaliby ją za osobę bardzo ograniczoną. Ani Giles, ani ja nie mamy zacięcia na intelektualistów – pomyślała Gwenda.

Nagle w korytarzu rozległ się dźwięczny gong. Oprawny w rzeźbiony heban gong był jednym z bardziej wartościowych przedmiotów odziedziczonych po ciotce Gilesa. A pani Cocker czerpała, jak się zdaje, szczególną przyjemność z wywoływania jego dźwięku, wskutek czego zawsze robiła to z całej mocy. Gwenda zasłoniła rękami uszy i wstała.

Przeszła pospiesznie przez salon w stronę ściany przy najodleglejszym oknie i zatrzymała się gwałtownie z okrzykiem gniewu. Trzeci raz robiła to samo. Zupełnie jakby się spodziewała, że uda jej się przejść przez ścianę do znajdującej się tuż obok jadalni.

Wróciła do drzwi, wyszła na główny korytarz i ruszyła nim, obchodząc salon, do jadalni. Miała do pokonania sporą odległość i przyszło jej do głowy, że z pewnością w zimie będzie to irytujące, w korytarzu hulały bowiem przeciągi, a centralne ogrzewanie zainstalowano jedynie w salonie, jadalni i dwóch sypialniach na pięterku.

Właściwie – rozmyślała Gwenda, zasiadłszy za ślicznym sheratonowskim stołem jadalnym, który kupiła w miejsce masywnego, kwadratowego stołu z mahoniu, odziedziczonego po ciotce Lavender – dlaczego miałabym nie zrobić drzwi łączących salon z jadalnią? Muszę porozmawiać o tym dziś po południu z panem Simsem.

Pan Sims zajmował się budowaniem i remontowaniem domów. Był mężczyzną w średnim wieku, o ochrypłym głosie i wielkim darze przekonywania. Nosił zawsze przy sobie notes, w którym skwapliwie zapisywał wszelkie kosztowne pomysły, jakie tylko przychodziły do głowy jego zleceniodawcom.

Także do sugestii Gwendy odniósł się z pełną aprobatą.

– Nic prostszego, pani Reed. A jednocześnie to istotne ulepszenie, jeśli mi wolno ocenić.

– Czy to będzie bardzo dużo kosztowało?

Gwenda nauczyła się odnosić z lekką rezerwą do entuzjastycznych reakcji pana Simsa. Odbyli już kilka nieprzyjemnych rozmów, związanych z różnymi dodatkowymi kosztami, których nie przewidywał sporządzony przez pana Simsa kosztorys.

– Och, to zupełny drobiazg – odparł pan Sims, a jego chrapliwy głos brzmiał pobłażliwie i uspokajająco.

Wątpliwości Gwendy nasiliły się. To właśnie tym „drobiazgom” pana Simsa nauczyła się nie ufać.

– Powiem pani, co zrobimy – stwierdził pan Sims przymilnie. – Jak tylko Taylor skończy dziś po południu z garderobą, polecę mu, żeby się temu przyjrzał. I wtedy będę mógł to wycenić. Zobaczymy, jaka tu jest ściana.

Gwenda przystała na to. Napisała do Joan West list z podziękowaniem za zaproszenie, jednocześnie informując, że nie może teraz wyjechać z Dillmouth, musi bowiem mieć oko na robotników. Następnie przeszła się trochę przed domem, z przyjemnością wdychając lekki wietrzyk od morza. Kiedy wróciła do salonu, Taylor, najlepszy robotnik pana Simsa, stał pochylony w rogu pokoju i przyglądał się ścianie. Na widok Gwendy wyprostował się i uśmiechnął.

– Nie będzie z tym żadnego problemu, pani Reed – powiedział. – Kiedyś już były w tym miejscu drzwi. Ktoś nie chciał ich mieć i po prostu zagipsował otwór.

Gwenda poczuła się mile zaskoczona. Jakie to niezwykłe – pomyślała – bo ja właśnie zawsze miałam wrażenie, że tu są drzwi. Przypomniała sobie, z jaką pewnością podeszła do tej ściany w porze lunchu. I na myśl o tym odczuła nagle lekki dreszcz niepokoju. Bo właściwie, jak o tym pomyśleć, wydawało się to dość dziwne. Z jakiego powodu była taka pewna, że tu są drzwi? Przecież na ścianie nie było po nich ani śladu. Jak to możliwe, że odgadła – czy wiedziała – że one tu są? Naturalnie byłoby wygodnie mieć drzwi z salonu do jadalni, ale dlaczego za każdym razem szła nieomylnie właśnie w to miejsce? Przecież każde inne na ścianie dzielącej oba pomieszczenia byłoby równie dobre. Ona jednak zawsze machinalnie, myśląc o czymś innym, podchodziła tu, gdzie rzeczywiście były drzwi.

Mam nadzieję – pomyślała Gwenda z niepokojem – że nie jestem jasnowidzem czy czymś takim...

Nigdy przedtem nie przejawiała ani śladu zdolności metafizycznych. Nie była tego typu osobą. A może jednak? Jak inaczej wytłumaczyć tę sprawę ze ścieżką z tarasu przez zarośla do trawnika? Może wiedziała, że ścieżka była tam wcześniej, skoro tak bardzo się upierała, aby poprowadzić ją właśnie tędy?

Zapewne jednak mam w sobie coś z medium – pomyślała Gwenda z niepokojem. – A może ma to jakiś związek z tym domem?

Bo dlaczego zapytała tamtego dnia panią Hengrave, czy tu nie straszy?

Nie straszy! To najwspanialszy dom na świecie! Wykluczone, żeby było z nim coś nie w porządku. Pani Hengrave wydawała się ogromnie zaskoczona tym pomysłem Gwendy. A może w jej reakcji był jednak jakiś ślad rezerwy, ostrożności? Wielkie nieba! Zaczynam wymyślać niestworzone historie – pomyślała Gwenda. Z pewnym wysiłkiem skoncentrowała się na rozmowie z Taylorem.

– Jest jeszcze jedna sprawa – powiedziała. – W moim pokoju na piętrze nie można otworzyć szafki. Chciałabym, żeby ją zreperowano.

Mężczyzna poszedł wraz z nią na górę i przyjrzał się drzwiczkom.

– Zostały kilkakrotnie zamalowane – orzekł. – Przyślę jutro robotników, żeby je otworzyli, jeśli pani sobie tego życzy.

Gwenda przytaknęła i Taylor wyszedł.

Tego wieczoru Gwenda czuła się niepewna i podenerwowana. Siedziała w salonie próbując czytać, reagowała jednak na każde skrzypnięcie mebli. Raz czy dwa obejrzała się za siebie z drżeniem. Nieustannie usiłowała wytłumaczyć sobie, że te incydenty z drzwiami i ścieżką nie mają znaczenia. Zwykły zbieg okoliczności. Wynikły jedynie ze zdrowego rozsądku.