Tajemnica rezydencji Chimneys

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa





WROCŁAW 2014

Tytuł oryginału The Secret of Chimneys

Projekt znaku serii: LUDWIK ŻELAŹNIEWICZ

Projekt okładki: MARIUSZ BANACHOWICZ

Redakcja: ANNA ROJKOWSKA

Redakcja techniczna: NATALIA WIELĘGOWSKA

The Secret of Chimneys Copyright © 1925 Agatha Christie Limited. All rights reserved. AGATHA CHRISTIE is a registered trade mark of Agatha Christie Limited in the UK and/or elsewhere.

All rights reserved.

Polish edition published by Publicat S.A. MCMXCII, MMXIV (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Wydanie elektroniczne 2014

ISBN 978-83-245-9177-0

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja i edycja publikacji


Spis treści

Dedykacja

Rozdział I. Anthony Cade angażuje się do pracy

Rozdział II. Dama w kłopocie

Rozdział III. Niepokój w wyższych sferach

Rozdział IV. Wprowadzenie do akcji uroczej lady

Rozdział V. Pierwsza noc w Londynie

Rozdział VI. Szlachetna sztuka szantażu

Rozdział VII. Pan McGrath nie przyjmuje zaproszenia

Rozdział VIII. Trup

Rozdział IX. Anthony pozbywa się zwłok

Rozdział X. Chimneys

Rozdział XI. Przybywa inspektor Battle

Rozdział XII. Opowieść Anthony’ego

Rozdział XIII. Gość z Ameryki

Rozdział XIV. Mówiący głównie o polityce i finansach

Rozdział XV. Człowiek z Francji

Rozdział XVI. Herbata w pokoju lekcyjnym

Rozdział XVII. Przygoda o północy

Rozdział XVIII. Druga przygoda o północy

Rozdział XIX. Tajemnicza historia

Rozdział XX. Battle i Anthony odbywają naradę

Rozdział XXI. Walizka pana Isaacsteina

Rozdział XXII. Czerwony sygnał

Rozdział XXIII. Spotkanie w ogrodzie róż

Rozdział XXIV. Dom w Dover

Rozdział XXV. Wtorkowy wieczór w Chimneys

Rozdział XXVI. Trzynasty października

Rozdział XXVII. Trzynasty października (ciąg dalszy)

Rozdział XXVIII. Król Victor

Rozdział XXIX. Dalsze wyjaśnienia

Rozdział XXX. Anthony angażuje się do nowej pracy

Rozdział XXXI. Różne szczegóły

Przypisy

Mojemu siostrzeńcowi

na pamiątkę pewnego napisu

w zamku Compton

oraz dnia spędzonego w zoo

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Anthony Cade angażuje się do pracy

– Dżentelmen Joe?!

– Nie do wiary, toż to poczciwy Jimmy McGrath! Elitarna wycieczka biura podróży „Castle”, w której skład wchodziło siedem niewiast o zatroskanych twarzach oraz trzech spoconych mężczyzn, przyglądała się im z prawdziwym zainteresowaniem. Nie ulegało wątpliwości, że pan Cade spotkał starego przyjaciela. Wszyscy oni uwielbiali pana Cade’a, zachwycali się jego wysoką, szczupłą sylwetką, opaloną na brąz twarzą, wesołym sposobem bycia, lekkością, z jaką potrafił prowadzić rozmowę, co wprawiało turystów w doskonały nastrój. Ten jego przyjaciel to człowiek o powierzchowności dość dziwnej. Prawie tego samego wzrostu co pan Cade, ale krępy i zdecydowanie nie tak przystojny. Typ mężczyzny, który występuje w powieściach jako właściciel saloonu. Mimo wszystko interesujący. W końcu dlatego wyjeżdża się za granicę – żeby sobie obejrzeć te różne dziwne rzeczy, o których czyta się w książkach. Aż do dziś w Bulawayo strasznie się nudzili. Słońce prażyło niemiłosiernie, hotel nie miał wygód, nie warto było nigdzie się ruszać aż do momentu wyjazdu do Matoppos. Całe szczęście, że pan Cade zaproponował widokówki. Zaopatrzenie w widokówki było znakomite.

Anthony Cade wraz z przyjacielem odłączyli się trochę od reszty.

– Co ty tu, do diabła, robisz z tą kupą babsztyli? – zapytał McGrath. – Zakładasz harem czy co?

– Harem z tymi kilkoma sztukami? – rzekł z uśmiechem Anthony. – Czy ty im się dobrze przypatrzyłeś?

– Oczywiście. I pomyślałem sobie, że musiałeś stracić wzrok.

– Wzrok mam jak zawsze idealny. Nie, to jest elitarna wycieczka biura podróży „Castle”: ja jestem tu „Castle”, lokalnym naturalnie.

– Co ci przyszło do głowy, żeby brać się do takiej roboty?

– Chroniczny brak forsy. Ale możesz mi wierzyć, że bardzo mi to nie leży.

Jimmy uśmiechnął się kpiąco.

– Nigdy nie miałeś zacięcia do regularnej pracy.

Anthony zignorował to oszczercze pomówienie.

– Liczę, że w niedługim czasie coś się odmieni – zauważył optymistycznie. – Zawsze tak bywa.

Jimmy roześmiał się.

– Gdy zanosi się na jakieś kłopoty, to Anthony Cade prędzej czy później musi ściągnąć je sobie na łeb, nie mam co do tego wątpliwości – powiedział.

– Masz absolutnego nosa do wynajdywania rozrób i wtedy klops. Gdzie moglibyśmy pogadać?

Anthony westchnął ciężko.

– Chcę tym gdaczącym kwokom pokazać grobowiec Rhodesa.

– Pierwszorzędnie – rzekł aprobująco Jimmy.

– Wrócą po tej wycieczce wyboistą drogą poobijane do żywego, posiniaczone, i tylko będą marzyć o łóżku, żeby lizać rany. Wtedy my zyskamy kapkę czasu na wymianę informacji.

– Dobra. Cześć, Jimmy!

Anthony dołączył do swego stada owieczek. Panna Taylor, najmłodsza w grupie i najbardziej filuterna, z miejsca go zaatakowała:

– Czy to był pana dawny przyjaciel?

– Tak. Jeden z druhów mojej nieskazitelnej młodości.

Panna Taylor zachichotała.

– To moim zdaniem bardzo przystojny mężczyzna.

– Powtórzę mu to.

– Pan jest doprawdy nieznośny! Coś podobnego! Jak on pana nazwał?

– Dżentelmen Joe.

– Właśnie. A pan ma na imię Joe?

– Przecież pani wie, że Anthony.

– A niech pana nie znam!! – zawołała kokieteryjnie panna Taylor.

 

Anthony do tej pory świetnie wywiązywał się ze swoich obowiązków. Poza wykonywaniem niezbędnych przed podróżą czynności winien był również uspokajać zirytowanych starszych panów, których godność została narażona na szwank, dbać, by starsze panie jak najczęściej miały możność kupowania pocztówek, oraz flirtować z możliwie każdą damą przed feralną czterdziestką. To ostatnie zajęcie sprawiało mu stosunkowo najmniej kłopotu, a to dlatego, że panie z wielką werwą wychwytywały czułe aluzje z jego najniewinniejszych napomknień.

Panna Taylor znów przypuściła atak:

– No to dlaczego nazwał pana Joem?

– Pewno dlatego, że tak się właśnie nie nazywam.

– A dlaczego dżentelmen Joe?

– Z tego samego powodu.

– Och, proszę pana – zaprotestowała wielce stropiona panna Taylor. – Zupełnie nie ma pan racji. Nie dalej jak wczoraj wieczorem papa mówił o pana dżentelmeńskich manierach.

– To bardzo miłe ze strony pani ojca.

– Wszyscy jesteśmy zgodni co do tego, że jest pan prawdziwym dżentelmenem.

– Czuję się zażenowany.

– Nie ma potrzeby, naprawdę tak uważam.

– Tkliwe serca bardziej się liczą niż korony królewskie – stwierdził Anthony zdawkowo, nie zastanawiając się nad znaczeniem swej wypowiedzi i marząc tylko o tym, by jak najszybciej była pora na lunch.

– Jest taki piękny wiersz... Czy dużo wierszy pan zna?

– Mogę wyrecytować w razie potrzeby Chłopiec stal na płonącym pokładzie. A więc: „Chłopiec stał, pokład płonął, wszyscy zwiali, tylko nie on”. To wszystko, co umiem, ale jeśli pani sobie życzy, mógłbym to nieco zilustrować. „Chłopiec stał, pokład płonął” szu, szu, szu (to płomienie). „Wszyscy zwiali, tylko nie on”, biegam jak pies tam i z powrotem.

Panna Taylor ryknęła śmiechem.

– Ojej, spójrzcie na pana Cade’a! Jest kapitalny!

– Najwyższy czas na poranną herbatę – rzekł ten energicznie. – Proszę tędy. Na następnej ulicy mamy wspaniałą kawiarnię.

– Domniemywam – powiedziała pani Caldicott swoim głębokim głosem – że koszt posiłku jest wliczony w wycieczkę?

– Poranna herbata, proszę pani – odparł Anthony w sposób profesjonalnie uprzejmy – jest ekstra.

– To nieprzyzwoite!

– Życie bardzo często nas doświadcza – powiedział pocieszająco Anthony.

Oczy pani Caldicott rozbłysły; zauważyła tonem człowieka skaczącego na minę:

– Podejrzewałam coś takiego i byłam na tyle przewidująca, że dziś rano przy śniadaniu odlałam trochę herbaty do dzbanka. Podgrzeję ją sobie na maszynce spirytusowej. Chodź, tatuśku.

Państwo Caldicottowie pożeglowali triumfalnie w stronę hotelu, a postać damy aż promieniała zadowoleniem z własnej zapobiegliwości.

– O, Boże – mruknął Anthony – ileż komicznych postaci chodzi po tym świecie.

Resztę towarzystwa skierował w stronę kawiarni. Panna Taylor nie odstępowała go ani na krok i znów wróciła do tematu:

– Dawno pan się widział z tym swoim przyjacielem?

– Przeszło siedem lat temu.

– A poznał go pan w Afryce?

– Tak, ale nie w tej części. Po raz pierwszy zobaczyłem Jimmy’ego McGratha wtedy, gdy był już związany, gotowy do pieczenia. Musi pani wiedzieć, że niektóre plemiona w interiorze uprawiają ludożerstwo. Przybyliśmy w samą porę.

– I co się stało dalej?

– Bardzo ładna mała awanturka. Paru typów załatwiliśmy, reszta wzięła nogi za pas.

– Och, jakie pan miał bogate, pełne przygód życie!

– Wiodłem żywot bardzo spokojny, zapewniam panią.

Ale panna Taylor najwyraźniej mu nie uwierzyła.

Była mniej więcej dziesiąta wieczór, gdy Anthony Cade wszedł do małego pokoiku, w którym Jimmy McGrath manipulował rozmaitymi butelkami.

– Zrób coś mocnego, James – poprosił gość. – Zaręczam ci, że ogromnie jest mi to potrzebne.

– Wierzę ci, chłopie. Ja za żadne skarby świata takiej roboty bym nie przyjął.

– Daj mi inną, to w jednej chwili mnie tu nie będzie.

McGrath nalał sobie, wypił duszkiem i zabrał się do przyrządzania następnej porcji. A potem zapytał niespiesznie:

– Mówisz serio, stary?

– O czym?

– Że rzucisz w diabły tę pracę, jak będziesz miał inną?

– A bo co? Chcesz przez to powiedzieć, że dajesz mi posadę żebraka? Jak masz robotę, to czemuś sam jej nie złapał?

– Złapałem, ale za bardzo się na niej nie wyznaję i dlatego proponuję tobie.

Anthony wzmógł czujność.

– A dlaczego ci ona nie odpowiada? Przecież nie kazali ci nauczać w szkółce niedzielnej?

– Myślisz, że ktoś by zaryzykował taką ofertę?

– Ktoś, kto cię dobrze zna, na pewno nie.

– To naprawdę świetna robota, niczego złego się nie dopatruj.

– Czy może szczególnym trafem w Ameryce Południowej? Mam chętkę na Amerykę Południową. W jednej z tych republik szykuje się całkiem fajna rewolucja.

McGrath uśmiechnął się szeroko.

– Zawsze byłeś pies na rewolucje, pasuje ci wszystko, co prowadzi do porządnej rozróby.

– Czuję, że moje zdolności byłyby tam docenione. Powiadam ci, Jimmy, przydam się w każdej rewolucji, obojętnie, po której stronie bym się znalazł. Wszystko lepsze od tego nudnego, codziennego bytowania.

– Zdaje się, że o tej swojej skłonności już mi mówiłeś. Nie, nie daję ci roboty w Ameryce Południowej, tylko w Anglii.

– Anglia? Powrót bohatera do stron rodzinnych? Po siedmiu latach nie zgarną mnie chyba za te rachunki, jak myślisz, Jimmy?

– Nie sądzę. No więc słuchasz mnie dalej?

– Słucham, jak najbardziej. Niepokoi mnie tylko, dlaczego sam nie wziąłeś tej roboty.

– Powiem ci dlaczego. Ja, Anthony, szukam złota, hen, w interiorze.

Anthony gwizdnął i spojrzał na niego uważnie.

– Zawsze przepadałeś za złotem, Jimmy, odkąd cię znam. To twoja słabość, takie specyficzne, małe hobby. Wydeptałeś nieskończoną liczbę fantastycznych ścieżek, nie ma takiego drugiego faceta.

– Iw końcu złapię ślad, przekonasz się.

– No tak, każdy ma jakieś hobby. Moje to rozróba, twoje – złoto.

– Zaraz ci opowiem, co trzeba. Mam nadzieję, że wiesz wszystko o Herzoslovakii?

Anthony obrzucił go bystrym spojrzeniem.

– Herzoslovakia? – zapytał i dziwna nuta zadźwięczała w jego głosie.

– Tak. Wiesz coś o tym kraju?

Minęła dłuższa chwila, zanim Anthony udzielił odpowiedzi. Rzekł powoli:

– Tylko to, co wiedzą na ogół wszyscy. To jedno z bałkańskich państw, mam rację? Główne rzeki – nieznane. Główne pasma górskie – też nieznane, chyba sporo ich jest. Stolica Ekarest. Ludność – przeważnie bandyci. Ich hobby to mordowanie królów i robienie rewolucji. Ostatni król, Nicholas Czwarty, zamordowany około siedmiu lat temu. Od tej pory kraj jest republiką. W sumie bardzo interesujący. Mogłeś mi na początku powiedzieć, że chodzi o Herzoslovakię.

– Nie chodzi, chyba że pośrednio.

Anthony spojrzał na niego bardziej ze smutkiem niż z gniewem.

– Musisz coś z tym zrobić, James. Zapisz się na kurs korespondencyjny czy co. Gdybyś w dawnych dobrych czasach wstawiał taką mowę, powieszono by cię do góry nogami i złojono skórę lub uraczono czymś równie nieprzyjemnym.

Jimmy ciągnął dalej, niezrażony krytyką:

– Słyszałeś kiedyś o hrabim Stylptitchu?

– To rozumiem – powiedział Anthony. – Ludzie, którzy nigdy nie mieli pojęcia o Herzoslovakii, na dźwięk tego nazwiska doznaliby olśnienia. Wielki Starzec na Bałkanach, najmądrzejszy mąż stanu naszych czasów. Najgroźniejszy łotr, który uniknął stryczka. Punkt widzenia zależy od gazety, którą weźmiesz do ręki. Ale jedno jest pewne, James, hrabia Stylptitch pozostanie w ludzkiej pamięci długo potem, kiedy my już się rozsypiemy w proch i pył. Za każdą akcją i kontrakcją na Bliskim Wschodzie stał od lat dwudziestu hrabia Stylptitch. Był dyktatorem i patriotą, i mężem stanu – lecz właściwie nikt nie wie dokładnie, kim naprawdę był, poza tym, że był królem najdoskonalszej intrygi. No więc co masz mi o nim do powiedzenia?

– Był premierem Herzoslovakii, i dlatego właśnie najpierw o nim ci wspomniałem.

– Nie masz wyczucia proporcji, Jimmy. Herzoslovakia w zestawieniu ze Stylptitchem ma znaczenie drugorzędne. Jest tylko miejscem jego urodzenia i krajem, w którym zajmuje się sprawami publicznymi. Ale myślałem, że on już nie żyje?

– I dobrze myślałeś. Umarł w Paryżu jakieś dwa miesiące temu. To, o czym mówię, zdarzyło się przed paroma laty.

– Pytanie tylko, co to jest to, o czym mi mówisz.

Jimmy przełknął docinek i przyspieszył relację:

– A więc było to tak. Przebywałem w Paryżu, dla ścisłości dodam, że działo się to przed czterema laty. Pewnego wieczoru przechadzam się samotnie w dość odludnej dzielnicy Paryża i widzę, jak sześciu francuskich chuliganów bije nobliwie wyglądającego starszego pana. Nie znoszę być biernym widzem, toteż błyskawicznie wdałem się w bójkę i zacząłem okładać tych drani. Śmiem twierdzić, że nigdy do tej pory nie oberwali tak solidnie. Zmiękli jak plastelina!

– Jeden zero dla ciebie, James – powiedział ciepło Anthony. – Szkoda, że moje oczy tego nie oglądały.

– Drobiazg – wyrzekł skromnie Jimmy. – Ale ten starszy facet był mi bezgranicznie wdzięczny. Na pewno był po paru kieliszkach, nie mam co do tego wątpliwości, był jednak na tyle trzeźwy, że zapisał sobie moje nazwisko i adres i nazajutrz przyszedł, żeby mi podziękować. Pokazał klasę, oczywiście. I wtedy właśnie się dowiedziałem, że uratowałem życie hrabiemu Stylptitchowi. Miał dom przy ulicy Bois.

Anthony skinął głową.

– Tak, po zamordowaniu króla Nicholasa Stylptitch przeniósł się do Paryża. Później namawiano go, żeby wrócił i został prezydentem, ale odmówił. Pozostał wierny swoim monarchistycznym ideałom, choć powiadają, że trzymał rękę na pulsie wszystkich politycznych spraw, jakie rozgrywały się na Bałkanach. Świętej pamięci hrabia Stylptitch.

– Nicholas Czwarty miał ponoć dziwaczny gust, jeśli idzie o kobiety, prawda? – zapytał nagle Jimmy.

– Tak – odparł Anthony. – I to biedakowi bokiem wyszło. Była popychadłem w jednym z paryskich music-halli, nawet by nie pasowała do morganatycznego związku. Lecz Nicholas cholernie się na nią napalał, a ona wychodziła wprost ze skóry, żeby zostać królową. Wygląda to jak bajka, ale jakoś to załatwili. Hrabia ogłosił, że ona jest księżną Popoffsky czy coś w tym sensie i że w jej żyłach płynie krew Romanowów. Nicholas wziął z nią ślub w katedrze w Ekareście, a udzieliła mu go gromada niechętnych temu przedsięwzięciu arcybiskupów, i małżonka została ukoronowana jako królowa Varaga. Nicholas żył w zgodzie ze swoimi ministrami i moim zdaniem uważał, że tylko to się liczy – nie wziął pod uwagę społeczeństwa. W Herzoslovakii ludzie są bardzo zacofani i uwielbiają arystokrację. Życzą sobie, żeby ich królowie i królowe byli z prawdziwego kruszcu. Szemrano, wyrażano głośno swoje niezadowolenie, władze bezlitośnie stłumiły bunt, po czym wybuchło prawdziwe powstanie, atak na pałac, zabójstwo króla i królowej i ogłoszenie republiki. Ta funkcjonuje po dziś dzień, ale podobno stale się tam kotłuje. Zamordowano jednego czy dwóch prezydentów po prostu po to, by zaznaczyć swoją obecność. Jednakże revenons a nos moutons[1]. Dotarłeś do tego, jak hrabia Stylptitch obwołał cię swoim wybawicielem.

– Tak. No dobrze, i to byłby koniec całej sprawy. Wróciłem do Afryki i nigdy więcej o tym nie myślałem, i dopiero przed dwoma tygodniami otrzymałem cudacznie wyglądającą paczkę, która podążała za mną z miejsca na miejsce, Bóg jeden wie, jak długo. Wyczytałem w gazecie, że hrabia Stylptitch umarł niedawno w Paryżu. No i ta paczka zawierała jego wspomnienia, czy jak to się nazywa. Był tam zapis mówiący, że jeśli dostarczę rękopis do pewnej firmy wydawniczej w Londynie do trzynastego października włącznie, będą zobowiązani wręczyć mi tysiąc funtów.

– Tysiąc funtów? Powiedziałeś tysiąc funtów, Jimmy?

– Tak jest, synu. Mam w Bogu nadzieję, że to żaden żart. Kursuje takie powiedzonko, że politykom ani arystokratom wierzyć nie należy. Otóż to. No i w ten sposób rękopis gonił mnie po świecie i teraz nie mam już czasu do stracenia. Mimo wszystko szkoda byłoby mi zrezygnować. Mam zaplanowaną wycieczkę do interioru i tylko o niej marzę. Druga taka okazja już mi się nie trafi.

– Niepoprawny z ciebie facet, Jimmy. Tysiąc funtów w garści warte jest więcej niż cała masa mitycznego złota.

– A jeżeli to oszustwo? Tak czy owak, jestem tutaj, bilet mam załatwiony i wszystko inne, teraz do Cape Town, a potem dalej!

 

Anthony wstał i zapalił papierosa.

– Zaczynam rozumieć twój zamysł, James. Ty pojedziesz, tak jak zaplanowałeś, na to swoje złote polowanie, a ja mam zagarnąć dla ciebie tysiąc funtów. Ile z tego będę miał?

– Co powiesz na jedną czwartą?

– A więc proponujesz dwieście pięćdziesiąt funtów wolne od podatku?

– Zgadza się.

– Umowa stoi, ale żeby cię pognębić, oznajmiam ci, że i za stówę bym to zrobił. Pozwól, że powiem ci jeszcze i to, Jamesie McGrath, iż źle skończysz, prowadząc taką gospodarkę finansową.

– A czy to nie jest dobry interes?

– Jest, oczywiście. I przyjmuję propozycję. Na pohybel elitarnej wycieczce!

Spełnił uroczyście toast.

ROZDZIAŁ DRUGI

Dama w kłopocie

– Tak to wygląda – powiedział Anthony, wychyliwszy szklankę i odsunąwszy ją od siebie. – Jakim statkiem miałeś płynąć?

– „Granarth Castle”.

– Przejazd zabukowany na twoje nazwisko, będzie więc chyba lepiej, gdy podam się za Jamesa McGratha. Wyrośliśmy już dawno z paszportowej biurokracji, prawda?

– Bez znaczenia. Jesteśmy wprawdzie zupełnie do siebie niepodobni, ale na pewno opis naszych postaci na tych diabelstwach będzie identyczny. Sześć stóp wzrostu, włosy brązowe, oczy niebieskie, nos przeciętny, rysy twarzy przeciętne.

– Nie szafuj tak tą przeciętnością. Musisz wiedzieć, że „Castle” wybrało mnie spośród kilku kandydatów wyłącznie z racji przyjemnego wyglądu i dobrych manier.

Jimmy zachichotał.

– Obserwowałem dziś rano te twoje maniery.

– No i dobrze.

Anthony wstał i przeszedł się po pokoju tam i z powrotem. Zmarszczył brwi i parę minut upłynęło, zanim przemówił:

– Jimmy – rzekł w końcu. – Stylptitch umarł w Paryżu. Jaki ma więc sens przesyłanie rękopisu z Paryża do Londynu via Afryka?

Jimmy potrząsnął bezradnie głową.

– Nie wiem.

– Dlaczego nie zapakować go ładnie i nie przesłać paczki pocztą?

– Całkiem to mądrze brzmi, w pełni się z tobą zgadzam.

– Oczywiście – kontynuował Anthony – wiem doskonale, że królów i królowe oraz dostojników państwowych obowiązuje etykieta wykluczająca postępowanie najprostsze, zgodne z rozsądkiem. Stąd posłańcy królewscy i tak dalej. W średniowieczu dawałeś chłopakowi sygnet jako znak rozpoznawczy. Sezamie, otwórz się. „Królewski sygnet! Droga wolna!”. A zazwyczaj był to ktoś, kto zdążył już go skraść. Zawsze się zastanawiam, dlaczego żaden obrotny facet nie wpadł na pomysł skopiowania sygnetu, zrobienia z tuzina takich pierścieni, które by potem sprzedał po sto dukatów sztuka. Wygląda na to, że ludzie żyjący w średniowieczu nie odznaczali się inicjatywą.

Jimmy ziewnął.

– Moje wywody na temat średniowiecza najwyraźniej cię nudzą. Wróćmy zatem do hrabiego Stylptitcha. Z Francji do Anglii via Afryka to trasa nawet jak na dyplomatę co najmniej dziwna. Gdyby chciał tylko mieć pewność, że dostaniesz owe tysiąc funtów, mógłby ci je zapisać w testamencie. Bogu dzięki ani ty, ani ja nie jesteśmy na tyle dumni, żeby nie przyjąć spadku. Ten cały Stylptitch musiał mieć bzika.

– Naprawdę tak uważasz?

Anthony, zmarszczywszy czoło, ciągle chodził tam i z powrotem po pokoju.

– Czy ty w ogóle to przeczytałeś? – zapytał niespodziewanie.

– Niby co?

– Rękopis.

– Mój Boże, nie! Sądzisz, że mam ochotę na czytanie takich rzeczy?

Anthony uśmiechnął się.

– Tak sobie tylko pomyślałem, to wszystko. Wiesz, pamiętniki przysparzają niekiedy moc kłopotów. Różne rewelacyjne niedyskrecje i tak dalej. Ludzie, którzy przez całe życie byli milczący i zamknięci w sobie, z wielkim upodobaniem myślą o tym, że po własnej śmierci dostarczą kłopotów swoim bliźnim. Sprawia im to złośliwą satysfakcję. Jimmy, jakim człowiekiem był hrabia Stylptitch? Poznałeś go i rozmawiałeś z nim, a jesteś skądinąd wytrawnym znawcą ludzkiej natury. Czy nie zaliczyłbyś go do gatunku starych, mściwych drani?

Jimmy potrząsnął głową.

– Trudno powiedzieć. Widzisz, tej pierwszej nocy był wyraźnie na bańce, a nazajutrz już odgrywał rolę czcigodnego starszego pana o wykwintnych manierach, zasypał mnie komplementami, że nie wiedziałem, gdzie oczy podziać.

– A gdy był pijany, nie powiedział nic interesującego?

Jimmy cofnął się myślami do owego momentu i po swojemu zmarszczył brwi.

– Powiedział, że wie, gdzie jest Koh-i-noor[2] – oznajmił Jimmy niepewnym tonem.

– Daj spokój – powiedział Anthony – to wiemy wszyscy. Trzymają klejnot w Tower, nieprawdaż? Za grubym szkłem i żelazną kratą, a wokół stoi mnóstwo dżentelmenów w strojach historycznych i tylko patrzą, czy czegoś nie podwędzisz.

– To fakt – zgodził się Jimmy.

– Czy Stylptitch nic więcej w tym stylu nie powiedział? Na przykład, że wie, w którym mieście jest kolekcja Wallace’a.

Jimmy zaprzeczył ruchem głowy.

– Hm! – mruknął Anthony. Zapalił kolejnego papierosa i znów zaczął przemierzać pokój tam i z powrotem.

– Ty chyba nigdy nie czytasz gazet, ciemniaku jeden? – rzucił ostro.

– Nie za często mi się to zdarza – wyznał szczerze McGrath. – Z reguły nie ma w nich nic, co by mnie mogło zainteresować.

– Dzięki Bogu, ja jestem człowiekiem bardziej cywilizowanym. Ostatnimi czasy było w prasie trochę wzmianek o Herzoslovakii. Mówi się o restauracji monarchii w tym kraju.

– Nicholas Czwarty nie miał syna – powiedział Jimmy. – Ale nie wyobrażam sobie, aby dynastia Obolovitchów wygasła. Prawdopodobnie buszują po świecie całe chmary kuzynów, pociotków i krewnych w drugim i trzecim pokoleniu.

– Nie byłoby zatem trudności ze znalezieniem króla?

– Najmniejszych, moim zdaniem – odpowiedział Jimmy.

– Wiesz, ja się wcale nie dziwię, że oni są zmęczeni tymi republikańskimi instytucjami. Pełnokrwisty, dzielny naród, przyzwyczajony, by władali nim królowie, musiał się czuć upokorzony, kiedy nastali prezydenci. Ale skoro mowa o królach, to przypomniało mi się jeszcze coś, co wymsknęło się tej nocy staremu Stylptitchowi. Powiedział, że wie, jaki gang na niego napadł. To byli według niego ludzie Króla Victora.

– Co?! – Anthony zawrócił gwałtownie. Szeroki uśmiech rozjaśnił oblicze McGratha.

– Ciekawy szczególik, może nie, dżentelmenie Joe? – cedząc słowa, zapytał Jimmy.

– Nie wygłupiaj się, stary. To, co powiedziałeś, jest bardzo ważne.

Podszedł do okna i stał tam chwilę, wyglądając na zewnątrz.

– A kto to jest ten Król Victor? – chciał wiedzieć Jimmy.

– Też jakiś bałkański monarcha?

– Nie – odparł Anthony powoli. – On nie należy do tego typu królów.

– No to co on za jeden?

Zapadła cisza, a potem Anthony rzekł:

– To kanciarz, Jimmy. Najsławniejszy w świecie złodziej klejnotów. Fantastyczny, nieprawdopodobnie odważny facet, który nikogo się nie lęka. Król Victor to jego ksywa, pod tą ksywą znany był w Paryżu. W Paryżu właśnie była kwatera główna jego gangu. Tam go złapali i wsadzili na siedem lat, za jakieś drobne przestępstwa. Nic ważnego nie mogli mu udowodnić. Wkrótce wyjdzie z ciupy albo może już wyszedł.

– Czy uważasz, że hrabia Stylptitch mógł mieć coś wspólnego z jego zapuszkowaniem? Czy dlatego ten gang napadł na niego? Akt zemsty?

– Nie mam pojęcia – powiedział Anthony. – Fakty jednak świadczą, że jest to mało prawdopodobne. O ile mi wiadomo, Król Victor nigdy nie ukradł klejnotów z korony Herzoslovakii. Ale ta cała sprawa daje sporo do myślenia, prawda? Śmierć Stylptitcha, jego pamiętniki, hałas podniesiony w prasie – wszystko to zagmatwane, lecz bardzo ciekawe. I kolejna pogłoska nawiązująca do tego, że w Herzoslovakii dowiercono się do nafty. Czuję przez skórę, James, że lada dzień ludzie zaczną się interesować tym niewielkim, mało znaczącym krajem.

– Jacy ludzie?

– Żydzi. Żółtoskórzy finansiści w wielkich biurowcach.

– Do czego ty właściwie zmierzasz?

– Wychodzę z założenia, że po co sobie ułatwić, skoro można utrudnić, to wszystko.

– Nie chcesz chyba przez to powiedzieć, że wręczenie rękopisu wydawcy może nastręczyć jakichś trudności?

– Nie – powiedział Anthony z ubolewaniem. – Nie przewiduję w tej kwestii żadnych problemów. Ale chciałbym cię poinformować, James, dokąd zamierzam się udać z tymi dwustu pięćdziesięcioma funtami.

– Ameryka Południowa?

– Nie, chłopie, Herzoslovakia. Udzielę poparcia republice. Bardzo prawdopodobne, że skończy się to tym, iż zostanę prezydentem.

– To ogłoś się przy okazji najważniejszym Obolovitchem i zasiądź na tronie.

– Nie, Jimmy. Królowie są na stałe. A prezydenci biorą posadę na cztery lata czy coś koło tego. Bardzo by to było zabawne, gdybym przez cztery lata porządził sobie takim państwem.

– Trzeba dodać, że królowie pracują przeciętnie o wiele mniej – wtrącił Jimmy.

– Przewiduję, że będzie mnie nęciło, by sprzeniewierzyć tę twoją część tysiąca funtów. Kiedy wrócisz obwieszony grudkami złota, nie będzie ci ta forsa potrzebna, zainwestuję ją dla ciebie w herzoslovackich szybach naftowych. Wiesz, James, im dłużej o tym myślę, tym bardziej mi się podoba ten twój pomysł. Gdybyś nie wspomniał o Herzoslovakii, nawet by mi ona nie przyszła do głowy. Jeden dzień spędzę w Londynie, odbiorę łup i zaraz wsiadam do Balkan-Expressu.

– Nie musisz się tak szybko zwijać. Nie zdążyłem ci napomknąć, że chcę ci zlecić jeszcze jedno cholerne zadanie.

Anthony usiadł na krześle i spojrzał na niego surowo.

– Cały czas czułem, że kryje się za tym jakaś ciemna sprawka. Zaraz wyjdzie szydło z worka.

– Absolutnie się mylisz. Chodzi o pomoc dla pewnej damy.

– Zapamiętaj sobie, James, raz na zawsze, że nie chcę mieć nic wspólnego z twoimi aferami miłosnymi, nie mieszaj mnie w to.

– To nie jest żadna afera miłosna. Nigdy tej kobiety nie widziałem. Opowiem ci wszystko od początku.

– Jeżeli mam wysłuchać jednej z tych twoich ciągnących się w nieskończoność historyjek, zrób mi jeszcze drinka.

Pan domu spełnił gościnnie prośbę Anthony’ego, po czym przystąpił do opowieści:

– Wydarzyło się to podczas mego pobytu w Ugandzie. Był tam pewien Amerykanin obcego pochodzenia, któremu uratowałem życie...

– Na twoim miejscu – przerwał Anthony – napisałbym książkę pod tytułem Ludzie, którym uratowałem życie. To jest już drugi wypadek, o którym dziś słyszę z twoich ust.

– Oj, to nie był żaden szczególny czyn. Po prostu wyciągnąłem tego faceta z rzeki. Jak wszyscy obcy nie umiał pływać.

– Chwileczkę, czy ta historia ma coś wspólnego ze sprawą?

– Niewiele, aczkolwiek, dziwna rzecz, teraz to sobie uświadamiam, ten człowiek był Herzoslovakiem. Nazywaliśmy go Dutch Pedro.

Anthony skinął głową obojętnie.

– Dla obcego każda ksywa jest dobra – zauważył. – No, ciągnij dalej, James.

– Facet należał do gatunku wdzięcznych. Chodził za mną jak pies. Pół roku później zmarł na febrę. Byłem przy nim do końca. Ostatnia rzecz, jaką zrobił, umierając, to kiwnął na mnie i wyszeptał w podnieceniu mało zrozumiałym żargonem o pewnej tajemnicy – kopalni złota, tak to odebrałem. Wetknął mi do ręki ceratowy pakuneczek, który zawsze nosił na piersi. Wtedy nie poświęciłem temu wiele uwagi. Dopiero po jakimś tygodniu otworzyłem paczuszkę. Muszę przyznać, że byłem ciekaw, co zawiera. Nie sądziłem, by Dutch Pedro w ogóle się orientował, co to jest kopalnia złota – ale kto to wie, szczęście chadza różnymi drogami...