Strzały w Stonygates

Tekst
Z serii: Panna Marple #5
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Strzały w Stonygates
Strzały w Stonygates
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 41,98  33,58 
Strzały w Stonygates
Strzały w Stonygates
Audiobook
Czyta Krzysztof Gosztyła
24,99  17,74 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WROCŁAW 2014



Tytuł oryginału

They Do It With Mirrors

Projekt okładki

MARIUSZ BANACHOWICZ

Fotografia na okładce

LOREN LEWIS

Korekta redakcyjna

DARIA DEMIDOWICZ-DOMANASIEWICZ

Redakcja techniczna

RYSZARD PUCHAŁA

They Do It with Mirrors Copyright © 1952 Agatha Christie Limited.

All rights reserved. AGATHA CHRISTIE, MISS MARPLE and the Agatha Christie Signature are registered trade marks of Agatha Christie Limited in the UK and/or elsewhere. All rights reserved.

Polish edition published by Publicat S.A. MCMXCIV, MMXIV (wydanie elektroniczne)

Translation by Prószyński Media.

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Wydanie elektroniczne 2014

ISBN 978-83-271-5269-5

Wydawnictwo Dolnośląskie

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

Oddział Publicat S.A. w Poznaniu

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

www.wydawnictwodolnoslaskie.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Dedykacja

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

XV

XVI

XVII

XVIII

XIX

XX

XXI

XXII

XXIII

Epilog

Dla Matthew Pricharda

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

I

Pani van Rydock z lekkim westchnieniem odsunęła się od lustra.

– No, teraz powinno być dobrze – oznajmiła. – Podoba ci się, Jane?

Panna Marple przyjrzała się kreacji od Lanvanellego z aprobatą.

– Uważam, że to bardzo ładna suknia – zapewniła z przekonaniem.

– Tak, jest bez zarzutu – powiedziała pani van Rydock, wzdychając ponownie. – Proszę pomóc mi ją zdjąć, Stefanio – dodała.

Stefania, starsza siwowłosa pokojówka o mocno zaciśniętych wąskich wargach, troskliwie pomogła swojej chlebodawczyni się rozebrać.

Pani van Rydock ponownie stanęła przed lustrem. Miała teraz na sobie atłasową halkę w kolorze brzoskwiniowym i mocno zasznurowany gorset. Jej zgrabne nogi były obciągnięte cienkimi nylonowymi pończochami. Twarz, poddawana częstym masażom i pokryta warstwą dobrych kosmetyków, z daleka sprawiała wrażenie niemal dziewczęcej. Starannie ufryzowane włosy miały odcień lekko fioletowy. Patrząc na panią van Rydock, trudno się było doprawdy domyślić, jak wyglądałaby, gdyby nie te wszystkie zabiegi. Co tylko można zrobić dla urody za pieniądze, zostało uczynione. Do tego dochodziła jeszcze specjalna dieta, masaże i ćwiczenia gimnastyczne.

Ruth van Rydock popatrzyła na przyjaciółkę z szelmowskim uśmiechem.

– Jak myślisz, Jane, czy wielu ludzi powiedziałoby, że jesteśmy niemal równolatkami, ty i ja?

Panna Marple odpowiedziała zupełnie szczerze:

– Sądzę, że nikomu nie przyszłoby to do głowy. Obawiam się, że po mnie dokładnie widać, w jakim jestem wieku.

Panna Marple miała zupełnie białe włosy, różowiutką, nieco pomarszczoną twarz i jasnoniebieskie, porcelanowe oczy o niewinnym spojrzeniu. Wyglądała jak słodka, czarująca starsza dama. Natomiast Ruth van Rydock z pewnością nikt nie obdarzyłby tym mianem.

– Chyba masz rację, Jane – powiedziała pani van Rydock, krzywiąc się lekko. – Zresztą po mnie też już znać moje lata, tyle że w zupełnie inny sposób. Widząc mnie, ludzie zwykli mówić: „To zadziwiające, jak tej starej wiedźmie udało się zachować taką figurę”. I mają rację, jestem starą wiedźmą, a co gorsza, czuję się jak stara wiedźma.

Ciężko opadła na pokryty jedwabiem fotel.

– Dziękuję, Stefanio – zwróciła się do pokojówki – możesz już odejść.

Stefania zabrała suknię i oddaliła się.

– Poczciwa Stefania – ciągnęła Ruth van Rydock – służy u mnie już trzydzieści lat i jest jedyną osobą, która wie, jak naprawdę wyglądam... Jane, muszę z tobą pomówić!

Panna Marple pochyliła się trochę do przodu z wyrazem oczekiwania na twarzy. Stanowczo nie pasowała do krzykliwej, przeładowanej ozdobami sypialni drogiego hotelowego apartamentu. W skromnej czarnej sukni panna Marple w każdym calu wyglądała jak prawdziwa dama.

– Martwię się, Jane. Martwię się o Carrie Louise.

– Carrie Louise... – powtórzyła panna Marple w zamyśleniu. Dźwięk tego imienia sprawił, że jej myśli poszybowały daleko w przeszłość.

Szkolny internat we Florencji. Ona sama, rumiana dziewczyna z angielskiej szkoły klasztornej, i te dwie Amerykanki, Martinówny, które z powodu osobliwego akcentu, swobodnych manier i rozpierającej je energii były dla młodej Angielki obiektem fascynacji. Ruth, wysoka, pełna temperamentu, zachowująca się tak, jakby cały świat należał wyłącznie do niej, i Carrie Louise, niska, krucha, odrobinę nieśmiała.

– Kiedy widziałaś ją po raz ostatni, Jane?

– Och, nie widziałyśmy się już całe wieki. Od naszego ostatniego spotkania upłynęło co najmniej dwadzieścia pięć lat. Oczywiście co roku wymieniamy życzenia bożonarodzeniowe.

Osobliwa była przyjaźń, która połączyła ją, młodziutką Jane Marple, i obie Amerykanki. Oczywiście ich drogi szybko się rozeszły, ale dawne więzy pozostały. Listy, wymiana życzeń świątecznych i urodzinowych. Dziwne, ale to właśnie Ruth, której dom – albo mówiąc dokładniej, wiele domów – znajdował się w Ameryce, stała się tą z sióstr, z którą widywała się częściej. Chociaż może nie było to wcale takie dziwne. Jak większość Amerykanek z jej sfery, Ruth była prawdziwą kosmopolitką. Niemal co roku przyjeżdżała do Europy. Pojawiała się w Londynie, odwiedzała Paryż, spędzała jakiś czas na Riwierze i wracała do domu. I zawsze szukała okazji, by móc zobaczyć się ze starą przyjaciółką. Obecne spotkanie było jednym z wielu. Umawiały się to w „Claridge”, to w „Savoyu”, czasami spotykały się w hotelu „Berkeley”, innym razem w „Dorchester”. Wytworny wspólny posiłek, popołudnie spędzone na miłych wspomnieniach, wreszcie czułe, pośpieszne pożegnanie. Ruth nigdy nie znalazła dość czasu, aby odwiedzić swoją przyjaciółkę w St Mary Mead, zresztą panna Marple nawet tego od niej nie oczekiwała. Życiem każdego człowieka rządzi odmienne tempo. Tempem Ruth było presto, podczas gdy panna Marple zadowalała się adagio.

Tak więc częściej widywała się z mieszkającą w Ameryce Ruth, podczas gdy z Carrie Louise, która mieszkała w Anglii, nie spotkała się już od ponad dwudziestu lat. I chociaż mogło się to wydawać dziwne, w gruncie rzeczy nie było w tym nic nadzwyczajnego. Mieszkając w tym samym kraju, człowiek nie stara się organizować jakichś specjalnych spotkań z przyjaciółmi, zakładając, że prędzej czy później i tak do tego dojdzie. Tymczasem w życiu często bywa inaczej niż w wyobrażeniach. Drogi Jane Marple i Carrie Louise przez ćwierć wieku nie zdołały się skrzyżować.

 

– Dlaczego martwisz się o Carrie Louise, Ruth? – zapytała panna Marple.

– Właściwie to sama nie wiem. Ale fakt, że w ogóle się o nią martwię, bardzo mnie niepokoi.

– Czyżby była chora?

– Nie. Jest co prawda bardzo delikatna, ale przecież zawsze była taka. Nie mogę powiedzieć, aby jej się ostatnio pogorszyło, pomijając oczywiście ten drobny fakt, że się postarzała, jak my wszystkie zresztą.

– Czy jest nieszczęśliwa?

– O nie!

„Oczywiście że nie” – pomyślała panna Marple. Byłoby rzeczywiście trudno wyobrazić sobie Carrie Louise w roli kobiety nieszczęśliwej, choć w jej życiu bywały niewątpliwie i mało radosne momenty. Jednak w takich chwilach Carrie Louise sprawiała wrażenie oszołomionej czy zakłopotanej, nigdy jednak nie wyglądała jak osoba dotknięta nieszczęściem.

– Carrie Louise zawsze chodziła z głową w chmurach – stwierdziła Ruth van Rydock. – Nie miała pojęcia o rzeczywistości. Może to właśnie tak mnie niepokoi?

– Jej otoczenie... – zaczęła z wahaniem panna Marple, ale urwała, potrząsając tylko głową.

– Nie, to leży w niej samej. Carrie Louise zawsze była przepełniona ideałami. Oczywiście w czasach naszej młodości idealizm był po prostu w modzie, każda szanująca się dziewczyna musiała być po trosze idealistką. Pamiętasz, Jane? Ty chciałaś wyjechać do leprozorium i pielęgnować trędowatych, ja zaś zamierzałam zostać zakonnicą. Ale z takich marzeń przecież się wyrasta. Małżeństwo – jeśli mogę się tak wyrazić – skutecznie leczy człowieka z idealizmu. Muszę przyznać, że ja nigdy nie wyszłam na tym źle.

Panna Marple pomyślała, że to bardzo dyplomatyczne określenie sytuacji. Ruth van Rydock była trzykrotnie zamężna, za każdym razem z bardzo bogatym człowiekiem. Kolejne rozwody tylko powiększały jej – i tak już spore – konto bankowe, nie przynosząc jednocześnie bolesnych rozczarowań.

– Zawsze byłam stanowcza – mówiła pani van Rydock – i nie dawałam się nikomu podporządkować. Nie oczekiwałam zbyt wiele od życia, a już z pewnością nie od mężczyzn. I nieźle na tym wyszłam. Żadnych kłopotów, żadnych zawiedzionych nadziei. Z Tommym pozostaliśmy do dzisiaj dobrymi przyjaciółmi, a Julius zawsze zasięga mojej opinii, jeśli idzie o operacje giełdowe. – Twarz jej spochmurniała. – Myślę, że to, co mnie niepokoi w Carrie Louise, to właśnie jej idealizm i skłonność do wychodzenia za mąż za dziwaków.

– Za dziwaków?

– Za ludzi z ideałami. Carrie Louise zawsze była idealistką. Miała zaledwie siedemnaście lat i była śliczna jak obrazek, a już przysłuchiwała się z zachwytem staremu Gulbrandsenowi, wpatrując się w niego oczami jak spodki, gdy opowiadał o swoich wielkich planach naprawy ludzkości. Miał już dobrze po pięćdziesiątce, gdy się pobrali. Wyobraź sobie, wdowiec, dorosłe dzieci. A wszystko z powodu jego filantropijnych idei. Była nim dosłownie urzeczona. Zupełnie niczym Desdemona Otellem. Na szczęście obyło się bez Jagona. No i Gulbrandsen nie był kolorowy. Był Szwedem czy może Norwegiem.

Panna Marple pokiwała w zamyśleniu głową. Nazwisko Gulbrandsena było głośne w całym świecie. Znano go powszechnie jako człowieka, który dzięki wrodzonym zdolnościom do interesów najzupełniej uczciwymi metodami zgromadził ogromny majątek i przeznaczył go na cele społeczne. Jego imię nosiło wiele instytucji i organizacji filantropijnych, takich jak Fundacja Gulbrandsena, Komitet Badań Naukowych im. Gulbrandsena, Zarząd Sierocińców i Przytułków im. Gulbrandsena czy wreszcie – może najbardziej znane przedsięwzięcie – instytut kształcący dzieci pochodzące ze środowisk robotniczych.

– Oczywiście nie poślubiła go dla pieniędzy – mówiła Ruth. – Gdybym to ja za niego wyszła, to z pewnością tylko dlatego, że był taki bogaty. Ale nie Carrie Louise. Doprawdy nie wiem, co by się stało, gdyby nie umarł, kiedy miała zaledwie trzydzieści dwa lata. Trzydzieści dwa lata to bardzo przyjemny wiek dla wdowy. Ma się już pewne doświadczenie, a jednocześnie ciągle jest się młodym.

Przysłuchująca się tym słowom stara panna ze zrozumieniem pokiwała głową. Przed jej oczami przesunął się cały szereg wdów zamieszkujących St Mary Mead.

– Byłam taka zadowolona, gdy Carrie Louise zdecydowała się wyjść za Johnniego Restaricka. Oczywiście on poślubił ją dla pieniędzy. Albo inaczej, nigdy by się z nią nie ożenił, gdyby była biedna. Johnnie był egoistą, lekkoduchem wiecznie goniącym za przyjemnościami. Ale taki mąż jest o wiele bezpieczniejszy od dziwaka. Johnnie marzył o wygodnym życiu. Pragnął, aby Carrie Louise odwiedzała najlepsze salony mody, miała luksusowe jachty i samochody i razem z nim korzystała z życia. Takiego męża kobieta może być naprawdę pewna. Zapewnij mu luksus i wszelkie wygody, a będzie wobec ciebie czarujący. Tylko tych teatralnych ciągotek Johnniego nigdy nie brałam poważnie. Natomiast Carrie Louise widziała w tym Sztukę przez duże S, więc stanowczo wymogła na nim powrót do jego dawnego środowiska. No i wtedy pojawiła się ta okropna Jugosłowianka i dosłownie go uwiodła. On sam właściwie wcale nie chciał odchodzić. Gdyby Carrie Louise wykazała więcej rozsądku i spokojnie przeczekała to zamieszanie, z pewnością by do niej wrócił.

– Czy bardzo wzięła sobie do serca jego odejście? – zapytała panna Marple.

– To zabawne, ale nie. Naprawdę nie sądzę, aby ją to bardzo obeszło. Zachowała się czarująco, ale tego należało się właściwie spodziewać. Ona po prostu jest czarująca. Jak najszybciej przeprowadziła rozwód, tak aby on mógł poślubić tamtą kobietę, a jego synom z pierwszego małżeństwa zaofiarowała swój własny dom, gdyż uznała, że tak będzie dla nich najlepiej. No i biedny Johnnie dostał za swoje. Musiał ożenić się z tamtą kobietą, a ona przez sześć miesięcy zamieniała mu życie w piekło, aby wreszcie w ataku złości zepchnąć go w przepaść razem z samochodem. Oficjalnie mówiono, że to był nieszczęśliwy wypadek, ja jednak jestem przekonana, że był to efekt wybuchowego temperamentu żony.

Pani van Rydock uczyniła krótką pauzę. Sięgnęła po lusterko i badawczo przyjrzała się swojej twarzy. Następnie wzięła do ręki pincetkę i wyrwała jakiś włosek ze starannie wydepilowanych brwi.

– I w co się nasza droga Carrie Louise wpakowała później? Poślubiła tego Lewisa Serrocolda! Znowu dziwak, znowu mężczyzna z głową wypełnioną ideałami. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie jest jej oddany. Przeciwnie, jest, i to bardzo. Ale zaraził się tym samym bakcylem, co Gulbrandsen – za wszelką cenę chce poprawiać ludziom życie. A przecież każdy sam powinien do tego dążyć.

– Zastanawiam się... – usiłowała wtrącić się panna Marple.

– Oczywiście te wszystkie dążenia do uszczęśliwiania ludzkości są tak samo zmienne jak moda. A propos mody, czy widziałaś ostatnie modele spódnic od Diora? Co on chce z nas zrobić? Na czym to ja stanęłam? Aha, moda. Chciałam powiedzieć, że filantropia również podlega różnym modom. W czasach Gulbrandsena konikiem wszystkich była edukacja. Teraz te sprawy przejęło państwo i możliwość kształcenia należy się każdemu, więc nikogo to tak naprawdę nie interesuje. Ostatnim krzykiem mody jest resocjalizacja nieletnich przestępców. Tych młodych rzezimieszków mamy teraz tak wielu, że wszyscy powariowali na ich punkcie. Powinnaś kiedyś zobaczyć Lewisa Serrocolda. Jego oczy za grubymi szkłami okularów aż błyszczą entuzjazmem, gdy rozprawia o przestępczości nieletnich. Dosłownie oszalał. Jest jednym z tych ludzi o niespożytej energii, którzy uwielbiają żyć o kromce chleba i szklance mleka, a całe swoje siły poświęcić jakiemuś „szczególnemu przypadkowi”. A Carrie Louise kupuje to wszystko, jak zwykle zresztą. Mnie natomiast wcale się to nie podoba. Gulbrandsen ufundował szkołę dla dzieci z rodzin robotniczych, obecnie zaś kuratorium sprawujące opiekę nad tą fundacją przekształciło ją w coś w rodzaju zakładu poprawczego dla młodych przestępców. Pełno tam psychologów, psychiatrów i tym podobnych. Otoczenie Carrie Louise i Lewisa stanowią młodzi chłopcy, którzy z pewnością nie są całkiem normalni. A personel zakładu – ci wszyscy nauczyciele, lekarze, terapeuci i inni entuzjaści – co najmniej połowa z nich to kompletni wariaci! A pomiędzy nimi – moja mała Carrie Louise!

Pani van Rydock urwała i popatrzyła bezradnie na przyjaciółkę.

Panna Marple sprawiała wrażenie nieco zakłopotanej.

– Ale nie powiedziałaś mi dotąd, co cię tak naprawdę niepokoi.

– Tłumaczę ci przecież, że nie wiem! I to mnie właśnie martwi. Byłam u nich niedawno z przelotną wizytą i przez cały czas miałam wrażenie, że coś nie gra. Panowała tam jakaś dziwna atmosfera. Z pewnością się nie mylę, zawsze byłam niezmiernie wrażliwa na takie sprawy. Czy opowiadałam ci, jak zmusiłam kiedyś Juliusa do sprzedaży naszych udziałów w „Wybornych Płatkach Śniadaniowych”, bo przeczuwałam krach na giełdzie?

I miałam rację! Tak, w Stonygates naprawdę jest coś nie w porządku, ale nie mam pojęcia co. Czy chodzi może o któregoś z tych okropnych młodych rzezimieszków, czy też o kogoś z domowników? Lewis nie zwraca na nic uwagi, żyje pochłonięty wyłącznie swoimi ideami. A nasza droga Carrie Louise – ta dostrzega wyłącznie rzeczy, które pięknie wyglądają lub pięknie brzmią. To urocze, ale jakże niepraktyczne! Na świecie są przecież także rzeczy złe i wstrętne. I dlatego chciałabym, abyś tam pojechała, Jane, i spróbowała zbadać, co się tam właściwie dzieje.

– Ja?! – zawołała zdumiona panna Marple. – Ale dlaczego akurat ja?

– Bo ty masz nosa do takich spraw. Zawsze go miałaś. Wyglądasz tak łagodnie i niewinnie, tymczasem jeszcze nigdy nic cię nie zaskoczyło, gdyż zawsze spodziewasz się najgorszego.

– Bo w życiu najczęściej przytrafia się właśnie to najgorsze – tłumaczyła panna Marple tonem usprawiedliwienia.

– Pojęcia nie mam, skąd w tobie tak niskie mniemanie o naturze ludzkiej. Mieszkasz przecież w uroczej, spokojnej, staroświeckiej wiosce. Z pewnością panuje tam wręcz idylliczna atmosfera.

– Nigdy nie mieszkałaś na wsi, Ruth. Byłabyś zdumiona, gdybyś wiedziała, co naprawdę dzieje się w tej z pozoru idyllicznej atmosferze.

– Możliwe. Ty natomiast nigdy się niczemu nie dziwisz. Dlatego pojedziesz do Stonygates i zbadasz całą sprawę, dobrze?

– Ależ, Ruth, to wcale nie jest takie proste.

– Wręcz przeciwnie. Wszystko już dokładnie zaplanowałam. Mam nadzieję, że nie będziesz się na mnie gniewała, ale przygotowałam już grunt pod twój przyjazd.

Pani van Rydock zamilkła i popatrzyła na pannę Marple z lekkim niepokojem. Potem zapaliła papierosa i zaczęła mówić trochę nerwowo:

– Z pewnością przyznasz, że dla ludzi z niewielkimi dochodami, takimi jak twoje, droga Jane, życie po wojnie stało się dosyć trudne.

– O tak, masz zupełną rację. Gdyby mój siostrzeniec Raymond nie troszczył się o mnie, doprawdy nie wiem, jak dawałabym sobie radę.

– Zostawmy w spokoju twojego siostrzeńca, Jane – powiedziała pani van Rydock. – Carrie Louise nie ma o nim pojęcia. Nawet jeżeli o nim słyszała, to zna go wyłącznie jako pisarza i nie wie, że jest on twoim siostrzeńcem. Rozmawiałam z Carrie Louise na twój temat, Jane, i powiedziałam jej, co następuje: „To okropne, jak tej kochanej Jane źle się teraz powodzi. Doprawdy czasami nie wystarcza jej nawet na jedzenie. Oczywiście jest zbyt dumna, aby zwrócić się o pomoc do któregoś ze swoich dawnych przyjaciół. Nie można jej proponować żadnych pieniędzy – mówiłam – ale dłuższy odpoczynek w ładnym otoczeniu, wśród przyjaciół, obfite posiłki, prawdziwe wakacje bez żadnych trosk materialnych...” – Ruth van Rydock zrobiła króciutką pauzę, a potem dorzuciła ze zdecydowaną miną: – No, powiedz coś, Jane. Zbesztaj mnie za to, co zrobiłam.

Panna Marple szeroko otworzyła swoje niebieskie, porcelanowe oczy.

– Dlaczego miałabym cię zbesztać, Ruth? Przyznaję, że to brzmi bardzo wiarygodnie. Jestem pewna, że Carrie Louise zareagowała na to.

– Natychmiast do ciebie napisała. Po powrocie do domu pewnie już zastaniesz jej list. Powiedz szczerze, Jane, nie budzi to twoich oporów... – zawahała się i zamilkła.

Panna Marple dokończyła jednak spokojnie:

– ...jechać do Stonygates pod fałszywym pretekstem i korzystać z gościny Carrie Louise i jej męża? No cóż, skoro nie ma innego wyjścia. Ty uważasz, że powinnam jechać, a ja się z tobą zgadzam.

 

Pani van Rydock popatrzyła zdumiona.

– Dlaczego? Czy dotarły do ciebie jakieś pogłoski?

– Nie, nie słyszałam o niczym podejrzanym. Ale ty tak uważasz, a ty zawsze byłaś bardzo rozsądna.

– Możliwe. Tym razem jednak moje obawy nie opierają się na żadnych faktach.

– Przypominam sobie pewien niedzielny poranek – zaczęła z namysłem panna Marple. – Było to w drugą niedzielę adwentu. Podczas nabożeństwa siedziałam w ławce za Grace Lamble i nagle poczułam, że bardzo się o nią niepokoję. Byłam pewna, że grozi jej niebezpieczeństwo, poważne niebezpieczeństwo, ale zupełnie nie potrafiłam powiedzieć, skąd ja to wiem. Było to bardzo niepokojące uczucie, ale zupełnie jednoznaczne.

– I okazało się usprawiedliwione?

– O, tak. Jej ojciec, stary admirał, był ostatnio bardzo zmieniony. Następnego dnia rzucił się na nią z młotkiem do rozbijania węgla, krzycząc, że to antychryst, który przybrał postać jego córki. Omal jej nie zabił. Trzeba go było odwieźć do zakładu zamkniętego, a ona dopiero po kilku miesiącach wyszła ze szpitala. Doprawdy niewiele brakowało, a straciłaby życie.

– Miałaś więc rzeczywiście trafne przeczucia tamtego ranka podczas mszy.

– Nie nazwałabym tego przeczuciem. Mój niepokój wziął się z czegoś zupełnie konkretnego, tyle że nie rozpoznałam tego od razu. Grace Lamble miała przekrzywiony kapelusz. To musiało coś znaczyć, bo Grace była kobietą niezwykle pedantyczną. Nigdy nie bywała roztargniona czy nieobecna myślami i nie wyobrażam sobie, że mogłaby włożyć kapelusz tyłem do przodu i nie zauważyć tego. Prawdopodobieństwo takiej sytuacji było doprawdy niewielkie. I cóż się naprawdę wydarzyło? Jej ojciec rzucił w nią marmurowym przyciskiem, rozbijając przy tym lustro. Wtedy w pośpiechu chwyciła kapelusz, wcisnęła go na głowę i wybiegła z domu. Za wszelką cenę starała się stworzyć pozory, że nic się właściwie nie stało. Zachowanie ojca tłumaczyła sobie porywczym temperamentem byłego marynarza. Nie rozpoznała początku choroby umysłowej, a właściwie powinna, gdyż admirał już od pewnego czasu skarżył się, że jest zewsząd otoczony przez wrogów i ludzi, którzy go szpiegują. To są przecież bardzo charakterystyczne symptomy.

Pani van Rydock popatrzyła na przyjaciółkę z respektem.

– Zaczynam wierzyć, że St Mary Mead nie jest tak idyllicznym miejscem, jak to sobie wyobrażałam – powiedziała.

– Natura ludzka jest wszędzie taka sama. Tyle tylko, że w dużym mieście trudniej jest ją studiować.

– A więc pojedziesz do Stonygates, Jane?

– Pojadę. Chociaż to trochę nie w porządku wobec Raymonda, bo może wyglądać tak, jakby on mi nie pomagał. Ale drogi chłopiec przebywa właśnie w Meksyku i zostanie tam jeszcze przez pół roku. Zanim wróci, będzie już po wszystkim.

– Jak to, po wszystkim?

– Przecież Carrie Louise nie zaprasza mnie na Bóg wie jak długo. Myślę, że w grę wchodzą jakieś trzy tygodnie, może miesiąc. Ale to powinno w zupełności wystarczyć.

– Sądzisz, że w ciągu takiego krótkiego pobytu uda ci się odkryć, co w Stonygates przebiega nie tak, jak powinno?

– Myślę, że tak.

– Droga Jane, ty chyba masz ogromne zaufanie do swoich możliwości – zauważyła pani van Rydock.

Panna Marple popatrzyła na przyjaciółkę z lekkim wyrzutem.

– To ty masz do mnie zaufanie, Ruth, albo przynajmniej tak twierdzisz. Mogę cię jedynie zapewnić, że zrobię wszystko, aby cię nie zawieść.

II

Przed powrotem do St Mary Mead (w środy obowiązywały zniżkowe bilety powrotne) panna Marple postanowiła uporządkować dane.

– Wiesz, Ruth, Carrie Louise i ja korespondowałyśmy wprawdzie ze sobą, ale ograniczało się to głównie do wymiany życzeń świątecznych. Chciałabym, abyś mi powiedziała coś niecoś na temat sytuacji w Stonygates. Kto tam teraz mieszka?

– Dobrze. O małżeństwie Carrie Louise z Gulbrandsenem już wiesz. Nie doczekali się dzieci i Carrie Louise bardzo nad tym bolała. Gulbrandsen był wdowcem i miał trzech dorosłych synów. W końcu adoptowali dziecko, uroczą małą dziewczynkę, którą nazwali Pippa. Pippa miała wówczas zaledwie dwa latka.

– Z jakiego środowiska pochodziło to dziecko?

– Wiesz, Jane, nawet nie pamiętam, o ile w ogóle kiedykolwiek to wiedziałam. Prawdopodobnie załatwili to przez Urząd do Spraw Adopcji albo też Gulbrandsen dowiedział się gdzieś o jakimś niechcianym dziecku. Ale dlaczego o to pytasz? Czy to takie ważne?

– Cóż, tak zwane środowisko może się czasami okazać bardzo ważne. Ale mów dalej.

– Niedługo potem okazało się, że Carrie Louise będzie jednak miała dziecko. Podobno to się dosyć często zdarza.

Panna Marple skinęła potakująco głową.

– Tak, to częsty przypadek.

– W każdym razie Carrie Louise była trochę wytrącona z równowagi. Nie wiem, czy dobrze rozumiesz, co mam na myśli. Gdyby to nastąpiło wcześniej, szalałaby, oczywiście, z radości, ale teraz całą swoją miłość przelała już na Pippę. W pewien sposób czuła się nawet winna wobec Pippy z powodu mających nastąpić narodzin własnego dziecka. Potem przyszła na świat Mildred. O niej nie można było powiedzieć, że jest urocza. Wdała się w Gulbrandsenów, ludzi niewątpliwie szlachetnych i godnych szacunku, ale pospolitych i bez wdzięku. Carrie Louise bardzo się starała, aby nie czynić żadnej różnicy między dzieckiem rodzonym i adoptowanym i, moim zdaniem, przesadziła w drugą stronę. W stosunku do Pippy była bardzo czuła i troskliwa, a Mildred jakby odrobinę zaniedbywała. Czasami wydawało mi się, że Mildred bardzo nad tym boleje. Nie widywałam ich zresztą wtedy zbyt często. Pippa wyrosła na śliczną dziewczynę, Mildred natomiast pozostała nieładna. Eric Gulbrandsen zmarł, gdy Mildred miała piętnaście, a Pippa osiemnaście lat. W wieku dwudziestu lat Pippa poślubiła Włocha, markiza San Severiano. To był prawdziwy markiz, nie żaden awanturnik. Pippa stanowiła dobrą partię, inaczej San Severiano nigdy by się z nią nie ożenił. Wiesz przecież, jacy są Włosi! Gulbrandsen zostawił obu córkom – i tej rodzonej, i tej przybranej – jednakową sumę pieniędzy. W niedługi czas później Mildred wyszła za kanonika Strete. To był miły człowiek, ale miał skłonności do przeziębień. Był starszy od żony o dziesięć albo i piętnaście lat. Sądzę jednak, że stanowili szczęśliwą parę.

Kanonik zmarł w ubiegłym roku i Mildred wróciła do Stonygates, do matki. Ale wybiegam naprzód. Jak już mówiłam, Pippa poślubiła tego Włocha. Carrie Louise bardzo się ucieszyła z tego małżeństwa. Guido był bardzo przystojny, miał nieskazitelne maniery i był zapalonym sportowcem. Po roku małżeństwa Pippa urodziła córeczkę i zmarła w połogu. To była prawdziwa tragedia. Guido San Severiano był zupełnie załamany. Carrie Louise bez przerwy kursowała między Anglią a Włochami. Właśnie w tym czasie poznała w Rzymie Johnniego Restaricka i poślubiła go. Potem markiz także ożenił się ponownie i było mu nawet na rękę, że jego córka będzie się wychowywała u bogatej angielskiej babuni. Tak więc wszyscy zamieszkali w Stonygates: Carrie Louise, Johnnie Restarick, jego dwaj synowie z pierwszego małżeństwa, Alex i Stephen – ich matka była Rosjanką – i wreszcie mała Gina. W niedługim czasie Mildred poślubiła swojego kanonika. Potem miał miejsce romans Johnniego z tą okropną Jugosłowianką i rozwód, ale Alex i Stephen ciągle spędzali wakacje w Stonygates, gdyż uwielbiali Carrie Louise. Wreszcie, bodaj w 1938 roku, Carrie Louise wyszła za Lewisa Serrocolda.

Pani van Rydock zrobiła długą pauzę dla nabrania oddechu.

– Ty nie znałaś Lewisa? – zapytała w końcu.

Panna Marple zaprzeczyła ruchem głowy.

– Nie, ostatni raz widziałam się z Carrie Louise chyba w 1928 roku. Była bardzo uprzejma, zaprosiła mnie do Covent Garden na przedstawienie operowe.

– Rozumiem. Lewis wydawał się odpowiednim kandydatem na męża. Uprzednio pracował jako szef firmy zajmującej się doradztwem finansowym. O ile sobie przypominam, Carrie Louise poznała go właśnie przy okazji wyjaśniania jakichś kwestii finansowych związanych z Fundacją Gulbrandsena i Instytutem. Lewis był mniej więcej w tym samym wieku co Carrie Louise, był nieźle sytuowany, a jego tryb życia był doprawdy bez zarzutu. Co nie zmienia faktu, że był szaleńcem. Jego idée fixe stanowiła resocjalizacja nieletnich przestępców.

Ruth van Rydock westchnęła ciężko.

– Mówiłam ci już, Jane, że filantropia także podlega różnym modom. W czasach Gulbrandsena była to edukacja, wcześniej miejsce edukacji zajmowały kuchnie dla ubogich.

– Pamiętam te czasy. Galaretka z nóżek i rosół z głowy cielęcia, które nosiło się chorym. Moja matka w tym celowała.

– Też to pamiętam. Sądzę, że wkrótce będziemy mieli do czynienia z kolejnym modnym trendem, który będzie zakładał, że dzieci do osiemnastego roku życia wcale nie należy edukować, że należy pozwolić im wzrastać w analfabetyzmie. W każdym razie Fundacja i Instytut Gulbrandsena popadły w jakieś kłopoty po tym, jak państwo przejęło ich funkcję. Wtedy pojawił się Lewis ze swoim entuzjazmem dla resocjalizacji młodocianych przestępców metodą „konstruktywnego treningu”. Jako specjalista do spraw finansowych zajął się przede wszystkim rewizją kont bankowych, z którymi pomysłowa młodzież dokonywała różnych machinacji, i doszedł do wniosku, że owi młodociani przestępcy bynajmniej nie są upośledzeni umysłowo. Przeciwnie, są bardzo inteligentni, tylko trzeba im wyznaczyć właściwy kierunek rozwoju, skierować ich na odpowiednią drogę.

– Coś w tym jest – zauważyła panna Marple – ale to niezupełnie tak. Przypominam sobie... – urwała i popatrzyła na zegarek. – Zrobiło się późno. W żadnym wypadku nie mogę przegapić tego pociągu o wpół do siódmej.

Ruth van Rydock zapytała z naciskiem:

– Ale pojedziesz do Stonygates?

Panna Marple sięgnęła po parasolkę i torbę na zakupy.

– Jeżeli Carrie Louise mnie zaprosi...

– Z pewnością to uczyni. Pojedziesz, Jane? Obiecaj mi.

I panna Marple obiecała.

III

Panna Marple wysiadła z pociągu na stacji Market Kindle. Uczynny pasażer wyniósł jej bagaże na peron. Zbierając wokół siebie cały swój dobytek – wysłużoną skórzaną walizkę, szydełkowy worek i inne drobiazgi – panna Marple rozpływała się w podziękowaniach.

– Serdecznie panu dziękuję. Był pan niezwykle uprzejmy. Obecnie podróżowanie nie jest wcale łatwe. Jest tak niewielu bagażowych. Doprawdy ilekroć przyjdzie mi gdzieś jechać, jestem taka niespokojna...

Dalsze jej słowa zginęły w hałasie spowodowanym przez megafon, oznajmiający donośnie, acz niezbyt wyraźnie, odjazd pociągu z peronu pierwszego.