Pułapka na myszy

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WROCŁAW 2015



Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Tytuł oryginału

Three Blind Mice and Other Stories

Projekt serii

MARIUSZ BANACHOWICZ

Projekt okładki

ANNA DAMASIEWICZ

Fotografie na okładce

© mylisa/stock.chroma.pl

Korekta

ANNA KURZYCA

Redakcja techniczna

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Three Blind Mice and Other Stories © 1950 Agatha Christie Limited.

All rights reserved. AGATHA CHRISTIE and the Agatha Christie

Signature are registered trade marks of Agatha Christie Limited in the UK and/or elsewhere. All rights reserved.

The Agatha Christie Roundel Copyright © 2013 Agatha Christie Limited. Used by permission. All rights reserved.

Polish edition published by Publicat S.A. MMXV (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Translation by Publicat S.A. and Prószyński Media.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Wydanie elektroniczne 2015

ISBN 978-83-271-5365-4

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


S P I S T R E Ś C I

Pułapka na myszy

Dziwny żart

Narzędzie zbrodni

Idealna służąca

Śmiertelna klątwa

Mieszkanie na trzecim piętrze

Przygoda Johnniego Waverly’ego

Dwadzieścia cztery kosy

Detektywi w służbie miłości

Przypisy

Pułapka na myszy

Przełożyła z angielskiego

Adela Drakowska

Ślepe myszki trzy,

Ślepe myszki trzy,

Spójrz, jak one biegną,

Spójrz, jak one biegną.

Pobiegły wszystkie do farmera żony,

Ona ostrym nożem obcięła im ogony.

Czy kto widział w życiu lub słyszał

O trzech ślepych, małych myszkach?

Było bardzo zimno. Na niebie kłębiły się mroczne i ciężkie śniegowe chmury.

Mężczyzna w ciemnym palcie, z szalikiem owiniętym wokół twarzy i w kapeluszu spuszczonym na oczy pojawił się na Culver Street i wszedł na stopnie domu pod numerem siedemdziesiątym czwartym. Przycisnął dzwonek i w suterenie na dole rozległ się przenikliwy dźwięk.

Pani Casey, zajęta zmywaniem, stwierdziła z goryczą:

– Przeklęty dzwonek. Nigdy nie ma człowiek spokoju.

Lekko sapiąc, z trudem wspięła się po schodkach i otworzyła drzwi. Sylwetka stojącego mężczyzny zarysowała się na tle zasnutego chmurami nieba.

– Pani Lyon? – wyszeptał.

– Drugie piętro – odparła pani Casey. – Może pan wejść na górę. Czy ona pana oczekuje? – Mężczyzna powoli skinął głową. – Proszę więc wejść i zapukać.

Obserwowała go, gdy szedł po schodach wyłożonych podniszczonym chodnikiem. Później powiedziała, że mężczyzna zrobił na niej dziwne wrażenie. Ale wtedy zauważyła jedynie, że musiał być okropnie przeziębiony, skoro mógł tylko szeptać w ten sposób, czemu trudno się było dziwić w taką pogodę.

Zniknąwszy za zakrętem schodów, mężczyzna zaczął cicho pogwizdywać. Gwizdał melodię Ślepe myszki trzy.

Molly Davis cofnęła się na drogę i spojrzała na świeżo wymalowaną tablicę na bramie.

MONKSWELL MANOR

PENSJONAT

Pokiwała głową z uznaniem. Zrobione zupełnie fachowo. No, można powiedzieć, prawie fachowo. Wprawdzie „t” w słowie „pensjonat” wychylało się troszkę do góry, a końcówka „Manor” była leciutko ścieśniona, ale ogólnie rzecz biorąc, Giles wspaniale wykonał robotę. Doprawdy, Giles był bardzo zdolny. Tyle rzeczy potrafił zrobić. Stale odkrywała w nim nowe talenty. Mówił o sobie niewiele, dopiero stopniowo dowiadywała się, ile rozmaitych umiejętności posiada. Ludzie powiadali, że mężczyzna, który służył w marynarce, zawsze jest „złotą rączką”.

Bez wątpienia w ich nowym przedsięwzięciu Gilesowi przydadzą się wszystkie jego talenty. Nie mieli bowiem żadnego doświadczenia w prowadzeniu pensjonatu. Ale to mogło być nawet zabawne. I rozwiązywało problemy mieszkaniowe.

To był pomysł Molly. Kiedy ciotka Katherine zmarła i prawnicy przekazali młodej pani Davis wiadomość, że odziedziczyła Monkswell Manor, w pierwszym odruchu chcieli z mężem sprzedać dom. Giles zapytał wtedy: „Jak on wygląda?”. A Molly odparła: „Och, duży, zbudowany bez stylu stary dom, pełen ciężkich, staromodnych wiktoriańskich mebli. Dość ładny ogród, ale od czasu wojny strasznie zapuszczony, ponieważ został tam tylko stary ogrodnik”.

Zdecydowali się więc wystawić dom na sprzedaż i zatrzymać jedynie trochę mebli do urządzenia własnego małego domku lub mieszkania.

Lecz od razu pojawiły się dwie przeszkody. Po pierwsze, nie można było znaleźć żadnego małego domku ani mieszkania, a po drugie – meble były olbrzymie.

– Dobrze – powiedziała Molly. – Sprzedajmy więc wszystko razem. Przypuszczam, że to się uda.

Doradca prawny zapewnił, że w dzisiejszych czasach wszystko można sprzedać.

– Bardzo możliwe – powiedział – że ktoś kupi dom na hotel albo pensjonat, a w takim wypadku kompletne wyposażenie jest mile widziane. Na szczęście budynek jest w bardzo dobrym stanie. Panna Emory dokonała kapitalnego remontu i modernizacji jeszcze przed wojną, a zniszczenia są nieznaczne. Och tak, dom jest całkiem w porządku.

Właśnie wtedy Molly wpadła na pomysł.

– Giles – powiedziała – dlaczego sami nie moglibyśmy poprowadzić pensjonatu?

Z początku wyśmiał ten projekt, ale żona nie dała za wygraną.

– Nie musimy przyjmować dużo ludzi, przynajmniej nie od razu. To dom łatwy do prowadzenia: jest ciepła i zimna woda w sypialniach, centralne ogrzewanie i kuchnia na gaz. Możemy hodować kury i kaczki, mieć własne jajka i warzywa.

– A kto przy tym będzie pracował? Nie wiesz, że jest trudno o służbę?

– Och, sami będziemy pracować. Ale gdziekolwiek byśmy mieszkali, to by nas czekało. Kilka dodatkowych osób nie przysparza dużo więcej pracy. Niewykluczone, że zatrudnimy kobietę, kiedy już rozkręcimy interes. Jeśli mielibyśmy tylko pięciu gości i każdy płaciłby siedem gwinei za tydzień... – Molly oddała się nader optymistycznemu rachowaniu.

– I pomyśl, Giles – dodała na koniec – to byłby nasz własny dom, z naszymi własnymi rzeczami. W obecnej sytuacji zanosi się na to, że minie jeszcze wiele lat, nim znajdziemy coś do zamieszkania.

Mąż musiał jej przyznać rację. Po swym pospiesznym ślubie spędzali razem niewiele czasu i pragnęli wreszcie osiedlić się we własnym domu.

A zatem wielki eksperyment ruszył. Zamieścili ogłoszenia w lokalnej prasie oraz w „Timesie”. Przyszły liczne oferty.

Nadszedł wreszcie dzień, gdy miał się pojawić pierwszy gość. Giles wyjechał wcześnie rano samochodem po drucianą siatkę z demobilu, którą oferowano na drugim końcu hrabstwa, Molly zaś doszła do wniosku, że musi zrobić we wsi ostatnie sprawunki.

Jedynie pogoda nie sprzyjała. Przez ostatnie dwa dni było nieznośnie zimno, a teraz zaczął sypać śnieg. Molly szła szybko po podjeździe, a gęste puszyste płatki spadały na jej nieprzemakalny płaszcz i jasne kręcone włosy. Prognozy pogody były w najwyższym stopniu przygnębiające. Zanosiło się na dużą śnieżycę. Molly miała nadzieję, że rury nie pozamarzają. To byłby pech, gdyby coś się popsuło właśnie w momencie, gdy rozpoczynali. Spojrzała na zegarek. Minęła pora podwieczorku. Czy Giles już wrócił? Czy zastanawiał się, gdzie ona jest? „Musiałam ponownie iść do wioski po coś, o czym zapomniałam” – powie mu. A on zapewne wybuchnie śmiechem i spyta: „Po więcej konserw?”.

 

Konserwy stanowiły ustawiczny temat ich żartów. Bez przerwy zaprzątali sobie nimi głowę i teraz, na wszelki wypadek, spiżarnia była rzeczywiście nieźle zaopatrzona.

Spojrzawszy na niebo, Molly pomyślała z grymasem niezadowolenia na twarzy, że wszystko wskazuje na to, iż owa nagła potrzeba sięgnięcia po zapasy wkrótce zaistnieje.

Dom był pusty. Giles jeszcze nie wrócił. Molly wstąpiła najpierw do kuchni, po czym weszła na górę zrobić przegląd świeżo przygotowanych sypialni. Dla pani Boyle południowy pokój mahoniowy z łóżkiem z baldachimem. Dla majora Metcalfa błękitny pokój dębowy. Dla pana Wrena wschodni z wykuszowym oknem. Wszystkie pokoje wyglądały przyjemnie i jakież szczęście, że ciotka Katherine posiadała tak imponujący zapas bielizny pościelowej. Wygładziwszy kapę na łóżku, Molly zeszła na dół. Zrobiło się prawie ciemno. Dom wydał się nagle bardzo cichy i pusty. Położony był na odludziu, trzy kilometry do wioski – trzy kilometry, jak Molly to określała, donikąd.

Często przebywała w domu sama, lecz nigdy wcześniej nie uświadamiała sobie tego faktu tak wyraźnie jak dziś.

Śnieg uderzał łagodnym podmuchem o szyby, co wywoływało stłumiony, niepokojący szum. A jeśli Giles nie będzie mógł wrócić, bo napadało tyle śniegu, że samochód nie przejedzie? A jeśli będzie musiała zostać tutaj sama, sama jedna być może przez wiele dni?

Rozejrzała się po kuchni. Duża, wygodna kuchnia aż prosiła się o tęgą, sympatyczną kucharkę rezydującą u szczytu stołu, która chrupałaby rytmicznie twarde jak skała ciasteczka, popijając czarną herbatę, a u jej boku zasiadać powinny: wysoka, starszawa pokojówka z jednej i okrągła, rumiana sprzątaczka z drugiej strony oraz pomocnica kuchenna na przeciwległym krańcu stołu, która patrzyłaby przestraszonym wzrokiem na swoje zwierzchniczki. Lecz zamiast tego była tutaj tylko ona sama, Molly Davis, podejmując się roli, w której nie czuła się jeszcze swobodnie. W tej chwili całe życie wydało jej się nierealne, i Giles też wydawał się nierealny. A ona – jedynie odgrywała pewną rolę.

Gdy za oknem przemknął cień, podskoczyła. Jakiś mężczyzna szedł po śniegu. Usłyszała trzask i po chwili nieznajomy, otrzepując się ze śniegu, stanął w otwartych drzwiach. Obcy mężczyzna wszedł do pustego domu.

I nagle złudzenie pierzchło.

– Och, Giles! – krzyknęła. – Jakże się cieszę, że już jesteś!

– Witaj, skarbie! Co za okropna pogoda! Mój Boże, cały jestem przemarznięty. – Przytupywał nogami i chuchał w ręce.

Molly machinalnie wzięła płaszcz, który rzucił, jak zwykle, na dębową komodę, i powiesiła go na wieszaku, wyjmując z powypychanych kieszeni szalik, gazetę, kłębek sznurka oraz poranną korespondencję, wetkniętą tam w nieładzie. Położyła te przedmioty na kuchennym kredensie i postawiła czajnik na gazie.

– Kupiłeś siatkę? – zapytała. – Nie było cię całe wieki.

– Nie znalazłem właściwego rodzaju, niczego, co by nam pasowało. Pojechałem jeszcze do drugiego składu, ale tam również nie mieli nic odpowiedniego. A co ty porabiałaś? Chyba nikt się jeszcze nie pojawił?

– Pani Boyle przybędzie dopiero jutro.

– Major Metcalf i pan Wren powinni zjawić się dzisiaj.

– Major Metcalf przysłał wiadomość, że przyjedzie jutro.

– A więc będziemy sami z panem Wrenem na kolacji. Jak myślisz, co to za człowiek? Moim zdaniem to jakiś emerytowany urzędnik państwowy.

– A ja podejrzewam, że to artysta.

– W takim razie weźmy lepiej zapłatę za tydzień z góry – powiedział Davis.

– Och, Giles, oni przecież przywiozą bagaże. Zarekwirujemy je, jeśli nie będą płacić.

– A jeżeli ich bagaże okażą się kamieniami zawiniętymi w gazety? Prawdę mówiąc, Molly, nie mamy zielonego pojęcia, na jakie trudności możemy natknąć się w tym interesie. Pozostaje mieć nadzieję, że przynajmniej nie zauważą, jakimi jesteśmy nowicjuszami.

– Pani Boyle zauważy z pewnością – stwierdziła Molly. – Ona jest tego rodzaju kobietą.

– Skąd wiesz? Przecież jej nie widziałaś.

Molly odwróciła się, rozłożyła gazetę na stole, przyniosła kawałek sera i zaczęła go ścierać na tarce.

– Cóż to jest? – zapytał mąż.

– To będzie grzanka z serem po walijsku – poinformowała Molly. – Tarta bułka, tłuczone kartofle i ociupinka sera, aby usprawiedliwić nazwę.

– Czyż nie jesteś uzdolnioną kucharką? – powiedział zachwycony Giles.

– Wątpię. Potrafię robić tylko jedną rzecz naraz. Połączenie wielu czynności wymaga dużego doświadczenia. Najgorsze jest śniadanie.

– Dlaczego?

– Ponieważ wszystko dzieje się jednocześnie: jajka i bekon, gorące mleko, kawa i grzanki. Mleko kipi, grzanki się przypalają, bekon skwierczy albo jajka stają się twarde. Trzeba miotać się jak poparzony kot, żeby zdążyć wszystko przypilnować.

– W takim razie jutro rano zakradnę się cichaczem do kuchni, aby obejrzeć to uosobienie poparzonego kota.

– Woda się gotuje – powiedziała Molly. – Może weźmiemy tacę do biblioteki i posłuchamy radia? Już pora na wiadomości.

– Powinniśmy mieć radio również w kuchni, zanosi się na to, że będziemy tu spędzać mnóstwo czasu.

– Owszem. Ale jakże przyjemne są kuchnie! A tę uwielbiam. Bez wątpienia to najprzyjemniejsze miejsce w całym domu. Lubię kredens i zastawę i po prostu kocham to uczucie obfitości, które budzi przeogromna kuchnia węglowa, chociaż, oczywiście, jestem głęboko wdzięczna, że nie muszę już na niej gotować.

– Przypuszczam, że całoroczny przydział węgla poszedłby w jeden dzień.

– Z pewnością. Ale pomyśl tylko o tych wielkich udźcach, które tutaj pieczono... polędwicach wołowych i baranich combrach. Albo o tych olbrzymich miedzianych patelniach pełnych dżemu truskawkowego domowej roboty, do którego wsypywało się całe funty cukru. Epoka wiktoriańska – co to były za urocze i przyjemne czasy! Spójrz tylko na meble. Duże, solidne i trochę przeładowane ozdobami... ale, och, niebiańsko wygodne, z dużą ilością miejsca na rzeczy, które dawniej posiadano, a każdą szufladę wsuwa się i wysuwa z taką łatwością. A pamiętasz to eleganckie, nowoczesne mieszkanie, które wynajmowaliśmy? Meble wbudowane w ściany i przesuwane... ale co rusz wszystko się zacinało. A rozsuwane drzwi, jeśli w ogóle udało się zamknąć, to nie można ich było otworzyć.

– To najgorsza strona wynalazków. Jeśli nie działają prawidłowo, jesteś załatwiony.

– No chodź, posłuchajmy radia.

Wiadomości poświęcone były głównie ponurym ostrzeżeniom na temat pogody, niezmiennemu impasowi w sprawach zagranicznych, burzliwym kłótniom w parlamencie oraz morderstwu na Culver Street w Paddington.

– Och! – powiedziała Molly, wyłączając odbiornik. – Same nieszczęścia. Mam już dość tych nieustannych apeli, by oszczędzać opał. Czy oni się spodziewają, że będziemy siedzieć i marznąć? Myślę, że nie powinniśmy otwierać pensjonatu zimą. Trzeba było poczekać do wiosny. – Po chwili dodała innym tonem: – Zastanawiałam się, co to za kobieta, którą zamordowano.

– Pani Lyon?

– Tak się nazywała? Ciekawa jestem, kto ją zamordował i dlaczego.

– Być może miała majątek ukryty pod podłogą.

– Kiedy mówi się, że policja pragnie przesłuchać mężczyznę widzianego w okolicy, czy to oznacza, że właśnie on jest mordercą?

– Myślę, że zazwyczaj tak, tylko jest to powiedziane w łagodnej formie.

Przeraźliwy dźwięk dzwonka sprawił, że oboje podskoczyli.

– To do frontowych drzwi – powiedział Giles. – Wchodzi morderca – dodał żartobliwym tonem.

– Mogłoby tak być, oczywiście, w teatrze. Pospiesz się. To z pewnością pan Wren. Zaraz się przekonamy, kto miał rację na jego temat, ty czy ja.

Pan Wren wszedł z impetem do środka, wnosząc ze sobą śnieżną zawieruchę. Stojąc w drzwiach biblioteki, Molly mogła dostrzec jedynie sylwetkę przybysza zarysowaną na tle białego światła na dworze. Jakże podobni do siebie stają się mężczyźni w uniformach swojej cywilizacji, pomyślała. Ciemny płaszcz, szary kapelusz, szalik wokół szyi.

Chwilę później Giles zatrzasnął drzwi przed śnieżnym żywiołem, a pan Wren rozwiązał szalik, postawił walizkę i zdjął kapelusz – wszystko, jak się zdawało, robiąc naraz – i jednocześnie mówił. Miał wysoki, nieomal piskliwy głos, a w świetle okazał się młodym mężczyzną o rozwichrzonej, jakby spalonej słońcem jasnej czuprynie i bladych, niespokojnych oczach.

– Straszna, aż nadto straszna – mówił. – Angielska zima w swoim najgorszym wydaniu... jak u Dickensa: Scrooge i Mały Tim, i co tam jeszcze. Potrzeba niebywałego hartu, żeby stawić jej czoło. Nie sądzicie państwo? Odbyłem okropną podróż przez Walię. Czy pani jest panią Davis? Jestem doprawdy zachwycony. – Ręka Molly została uwięziona w krótkim, kościstym uścisku. – Bynajmniej nie tak sobie panią wyobrażałem. Sądziłem, że poznam wdowę po generale armii indyjskiej. Straszliwie zasadniczą, wyniosłą memsahib, rozumie pani... Benares, coś w tym guście... maniery iście wiktoriańskie. Tymczasem boska, po prostu boska! Czy ma pani woskowe kwiaty? A może rajskie ptaki? Och, już wiem na pewno, że pokocham to miejsce. Obawiałem się, wie pani, że to będzie staromodna... wielkopańska rezydencja, ma się rozumieć pełna grawerowanych mosiądzów z Benares. Tymczasem dom jest cudowny! Kwintesencja prawdziwie wiktoriańskiego dostojeństwa. Proszę mi powiedzieć, czy macie państwo jeden z tych pięknych kredensów... Mahoń... purpurowośliwkowy mahoń, z wielkimi, rzeźbionymi owocami?

– Owszem, mamy – powiedziała Molly nieco ogłuszona tym potokiem słów.

– Nie może być! Mogę go zobaczyć? Zaraz. To tutaj?

Jego porywczość była trochę niepokojąca. Przekręcił gałkę w drzwiach do jadalni i zapalił światło. Molly weszła za nim do środka, kątem oka dostrzegając wyraz dezaprobaty na twarzy Gilesa.

Wren przesunął długimi, kościstymi palcami po kunsztownym rzeźbieniu masywnego kredensu, wydając krótkie okrzyki zachwytu. Następnie obdarzył gospodynię spojrzeniem pełnym wyrzutu.

– Nie ma dużego mahoniowego stołu jadalnego? Tylko te małe stoliczki, porozrzucane tu i tam?

– Sądziliśmy, że gościom to będzie odpowiadało – odparła Molly.

– Oczywiście, moja droga, ma pani słuszność. Dałem się ponieść sentymentowi dla tamtej epoki. Rzecz jasna, jeśli posiadałaby pani taki stół, powinna mieć pani również odpowiednią rodzinę, która by wokół zasiadała. Surowy i przystojny ojciec z brodą... płodna, przywiędła matka, jedenaścioro dzieci, sroga guwernantka i jakaś „biedna Harriet”... uboga krewna, działająca jako pomoc do wszystkiego i głęboko wdzięczna, że ofiarowano jej porządny dom. Proszę tylko spojrzeć na palenisko... i pomyśleć o płomieniach skaczących od kominka i parzących w plecy biedną Harriet.

– Zaniosę pańską walizkę na górę – przerwał Giles. – Wschodni pokój?

– Tak – potwierdziła Molly.

Wren wyskoczył za Gilesem do holu.

– A czy jest tam łóżko z perkalowym baldachimem w małe różyczki? – spytał.

– Nie ma – odparł Giles, znikając za zakrętem schodów.

– Coś mi się zdaje, że pani mąż mnie nie polubi – skonstatował Wren. – W czym on służył? W marynarce?

– Tak.

– Tak też myślałem. Oni są znacznie mniej tolerancyjni niż ci z sił lądowych i lotnictwa. Jak długo jesteście po ślubie? Jest pani w nim bardzo zakochana?

– Może zechce pan wejść i obejrzeć pokój.

– Tak, oczywiście. To było impertynenckie z mojej strony. Ale naprawdę chciałem wiedzieć... to znaczy... to interesujące wiedzieć wszystko o ludziach, nie sądzi pani? Rzecz jasna, nie chodzi o to, kim są i co robią, tylko co czują i myślą.

– Przypuszczam, że pan nazywa się Wren? – powiedziała Molly poważnym tonem.

Młody człowiek nagle przystanął, chwycił się za głowę i począł szarpać za włosy.

– Ależ to okropne... Nie robię niczego po kolei. Oczywiście, nazywam się Christopher Wren... Tylko proszę się nie śmiać. Moi rodzice byli niezwykle romantyczną parą. Mieli nadzieję, że zostanę architektem. Uznali za wspaniały pomysł ochrzcić mnie imieniem Christopher; w pewnym sensie to już pół drogi do celu.

– I jest pan architektem? – spytała Molly, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.

– Tak – powiedział Wren z triumfem w głosie. – Przynajmniej, jak się zdaje, jestem tego bliski. Nie mam jeszcze pełnych kwalifikacji. W każdym razie to dobitny przykład, że choć raz spełniły się pobożne życzenia. Proszę sobie wyobrazić, że teraz moje nazwisko da mi fory. Co prawda nigdy nie będę prawdziwym Christopherem Wrenem, niemniej jednak osiedla z prefabrykatów projektowane przez Chrisa Wrena mogą stać się sławne.

 

Giles zszedł na dół, więc Molly zaproponowała:

– Pokażę panu pokój, panie Wren.

Kiedy kilka minut później zjawiła się na dole, Giles zapytał:

– Jak mu się podobały dębowe meble?

– Tak bardzo zależało mu na łóżku z baldachimem, że zamieniłam mu pokój na różany.

Gospodarz chrząknął i mruknął pod nosem coś, co kończyło się „...młody pajac”.

– Posłuchaj, Giles – powiedziała Molly poważnym tonem. – Nie urządzamy domowego przyjęcia. To jest interes. Czy zatem lubisz Christophera Wrena, czy nie...

– Nie lubię – wtrącił Giles.

– ...to nie ma nic do rzeczy. Płaci nam siedem gwinei za tydzień i tylko to się liczy.

– Tak, jeśli płaci.

– Ależ zgodził się zapłacić. Otrzymaliśmy jego list.

– Czy przeniosłaś jego walizkę do różanego pokoju?

– Zaniósł ją sam, oczywiście.

– Bardzo szarmancko z jego strony. Lecz i tak byś się nie przedźwignęła. Z pewnością nie ma w niej kamieni owiniętych w gazetę. Jest tak lekka, że, obawiam się, nic w niej nie ma.

– Szsz... nadchodzi – szepnęła Molly ostrzegawczo.

Christopher Wren został wprowadzony do biblioteki, która, zdaniem Molly, wyglądała doprawdy przytulnie ze swoimi dużymi fotelami i polanami płonącymi na kominku. Kolacja miała być za pół godziny, a w odpowiedzi na pytanie gościa Molly wyjaśniła, że w tej chwili nie ma jeszcze innych osób. Christopher zaproponował, że jeśli nie będą mieli nic przeciwko temu, poszedłby do kuchni i pomógł.

– Potrafię usmażyć omlet, jeśli pani sobie życzy – powiedział ochoczo.

Udali się do kuchni, zjedli kolację, a Christopher ostatecznie pomógł w zmywaniu.

Tak czy owak Molly podejrzewała, że nie był to zupełnie właściwy początek jak na typowy pensjonat, a Gilesowi całkiem się to nie podobało. Och, mniejsza z tym, pomyślała gospodyni, kładąc się spać. Jutro przyjadą następni goście i wszystko potoczy się inaczej.

Ranek przywitał ich ciemnymi chmurami i śniegiem. Giles miał ponurą minę i Molly również podupadła na duchu. Zanosiło się na to, że pogoda wszystko skomplikuje.

Taksówka, którą przybyła pani Boyle, miała łańcuchy na kołach, a jej kierowca przywiózł pesymistyczne informacje o stanie dróg.

– Do zmroku porobią się zaspy – zapowiedział.

Pani Boyle swą osobą nie rozjaśniła panującego przygnębienia. Była mocno zbudowaną, groźnie wyglądającą kobietą o donośnym głosie i władczym sposobie bycia. Jej wrodzoną agresywność pogłębiła jeszcze wojna, kiedy to nieustępliwość i wojowniczość stały się cechami szczególnie użytecznymi.

– Jeśli nie byłabym przekonana, że jest to dobrze prosperująca firma, nigdy bym tu nie przyjechała – zakomunikowała. – Naturalnie myślałam, że pensjonat jest prawidłowo założony i prowadzony fachowo.

– Nie jest pani zobowiązana tu pozostać, jeśli nie czuje się pani usatysfakcjonowana, pani Boyle – odparował Davis.

– Ma się rozumieć. I sądzę, że właśnie tak zrobię.

– A więc, być może chciałaby pani zamówić taksówkę – powiedział Giles. – Drogi nie zostały jeszcze zablokowane. Jeśli zaszło nieporozumienie, zapewne będzie lepiej, jeżeli uda się pani gdzie indziej. – I dodał: – Otrzymaliśmy tak wiele ofert, że z łatwością znajdziemy kogoś na pani miejsce. Oczywiście, w przyszłości będziemy pobierać większą opłatę za nasze pokoje.

Pani Boyle rzuciła mu ostre spojrzenie.

– Z pewnością nie odjadę, zanim nie sprawdzę, co to za miejsce. Może byłaby pani tak uprzejma dostarczyć mi duży ręcznik kąpielowy, pani Davis. Nie jestem przyzwyczajona wycierać się chusteczką do nosa.

Giles posłał żonie szeroki uśmiech za plecami odchodzącej pani Boyle.

– Kochanie, byłeś cudowny – powiedziała Molly. – Wspaniale stawiłeś jej czoło.

– Despoci łatwo spuszczają z tonu, jeśli użyje się przeciw nim ich własnej broni – odparł Davis.

– Och, mój drogi – powiedziała Molly – ciekawa jestem, jak też ona się zgodzi z Christopherem Wrenem.

– Nie zgodzi się – odrzekł mąż.

I rzeczywiście, jeszcze tego samego popołudnia pani Boyle powiedziała do Molly z wyraźną dezaprobatą w głosie:

– To bardzo dziwny młody człowiek.

Piekarz, który przybył z chlebem, wyglądał jak badacz polarny. Ostrzegł, że jego następna wizyta za dwa dni może nie dojść do skutku.

– Wszędzie zaspy – obwieścił. – Mam nadzieję, że porobiła pani zapasy?

– Och, tak – odparła Molly. – Mamy dużo puszek. Ale na wszelki wypadek wezmę więcej mąki.

Przypomniała sobie mgliście, że Irlandczycy robili coś, co nazywało się chlebem sodowym. Jeśli przyjdzie najgorsze, może uda jej się go upiec.

Piekarz przywiózł również gazety, które Molly wyłożyła na stoliku w holu. Sytuacja międzynarodowa straciła na doniosłości. Pogoda i morderstwo pani Lyon zajmowały pierwszą stronę.

Wpatrywała się w niewyraźne zdjęcie twarzy zmarłej kobiety, kiedy usłyszała za sobą głos Christophera Wrena:

– Nikczemny mord, nie sądzi pani? Pospolicie wyglądająca kobieta i jakże pospolita ulica. Trudno podejrzewać, by kryła się za tym niezwykła historia, czyż nie?

– Nie mam żadnych wątpliwości, że ta kreatura dostała tylko to, na co sobie zasłużyła – odezwała się pani Boyle pogardliwym tonem.

– A więc uważa pani, że to bez wątpienia morderstwo na tle seksualnym, czy tak? – zwrócił się do niej z ujmującym uśmiechem pan Wren.

– Nic takiego nie sugerowałam, panie Wren.

– Ona została uduszona, nieprawdaż? – Wyciągnął swoje długie białe dłonie. – Zastanawiam się, jakie to uczucie dusić kogoś.

– Doprawdy, panie Wren!

Christopher przysunął się do niej bliżej i zniżył głos:

– A czy zastanawiała się pani, pani Boyle, jakie to uczucie być duszonym?

Pani Boyle powtórzyła z jeszcze większym oburzeniem:

– Doprawdy, panie Wren!

Molly pospiesznie zaczęła czytać na głos:

– Mężczyzna, którego policja pragnie przesłuchać, ubrany był w ciemne palto i jasny kapelusz, był średniego wzrostu i nosił wełniany szalik.

– W istocie, wyglądał tak samo jak wszyscy inni – powiedział Christopher Wren i wybuchnął śmiechem.

– Tak – przyznała Molly – jak wszyscy inni.

W swoim gabinecie w Scotland Yardzie inspektor Parminter powiedział do detektywa sierżanta Kane’a:

– Przyjmę teraz tych dwóch robotników.

– Tak, szefie.

– Co to za ludzie?

– Porządni robotnicy. Niezbyt bystrzy, ale godni zaufania.

– Rozumiem. – Inspektor Parminter skinął głową.

Niebawem dwóch mężczyzn, odświętnie ubranych i z wyrazem zakłopotania na twarzy, pojawiło się w pokoju. Parminter obrzucił ich szybkim spojrzeniem. Znany był z tego, że z łatwością potrafił stworzyć swobodną atmosferę.

– A więc, waszym zdaniem, macie informacje, które mogłyby nam się przydać w sprawie pani Lyon – powiedział. – Dobrze, że przyszliście. Proszę usiąść. Papierosa?

Odczekał chwilę, aż zapalili.

– Wyjątkowo paskudna pogoda.

– To prawda, panie inspektorze.

– A zatem, przejdźmy do rzeczy.

W obliczu trudności, jakie nastręczało im opowiadanie, mężczyźni spojrzeli niepewnie jeden na drugiego.

– No, zaczynaj Joe – odezwał się wyższy z nich.

– Wie pan, to było tak – rozpoczął Joe. – Nie mieliśmy zapałek.

– Gdzie to było?

– Na Jarman Street... Robiliśmy tam przy rurach gazowych.

Inspektor Parminter skinął głową. Później ustali dokładnie szczegóły dotyczące czasu i miejsca zdarzenia. Wiedział, że Jarman Street znajduje się w okolicy Culver Street, gdzie rozegrała się tragedia.

– Nie mieliście zapałek... – podjął zachęcająco.

– Tak. Właśnie skończyło mi się pudełko, a zapalniczka Billa nie chciała się zapalić, więc zagadnąłem faceta, który przechodził. „Może ma pan zapałki, proszę pana?” – mówię. Nie myślałem wtedy nic szczególnego, naprawdę. On po prostu przechodził... tak jak wielu innych. Tylko przez przypadek poprosiłem właśnie jego.

Parminter znów skinął głową.

– No więc, on daje te zapałki. Daje i nic nie mówi. „Okrutne zimno”, zagadnął go Bill, a on odpowiedział tylko jakoś tak szeptem: „To prawda”. Pomyślałem, że musiał się nieźle zaziębić. W każdym razie cały był okutany. „Dzięki”, mówię i zwracam mu zapałki, a on oddala się szybko, tak szybko, że kiedy widzę, że coś upuścił, jest już prawie za późno, żeby za nim wołać. To był mały notes, musiał wysunąć mu się z kieszeni, kiedy wyjmował zapałki. „Hej, panie!”, wołam za nim. „Upuścił pan coś!” Ale nie wyglądało na to, żeby usłyszał... widzę, że przyspiesza i znika za rogiem. Tak było, Bill?

– W rzeczy samej – przyznał Bill. – Czmychnął jak zając.

– Był już na Harrow Road i nie wyglądało na to, żebyśmy mogli go dogonić, w każdym razie nie przy takim tempie, jakie rozwijał. Było już za późno, a poza tym... to był przecież tylko taki notesik, żaden portfel ani nic podobnego... Może to wcale nie było ważne. „Dziwny gość”, mówię. „W kapeluszu nasuniętym na oczy i cały pozapinany od stóp do głów... jak złodziej z obrazka”, powiadam do Billa. Czy nie tak było, Bill?

– Tak powiedziałeś – zgodził się Bill.

– Zabawne, że właśnie tak powiedziałem. Przecież nie dlatego, żebym cokolwiek wtedy pomyślał. Spieszy się do domu, tak sobie pomyślałem, i wcale nie miałem mu tego za złe. Było pioruńsko zimno.

– Jeszcze jak! – przyznał Bill.

– Więc mówię do Billa: „Rzućmy okiem na ten notesik. Zobaczymy, czy jest tu co ważnego”. No i zerknąłem, panie inspektorze. „Tylko dwa adresy”, mówię do Billa. Siedemdziesiąt cztery Culver Street i jeszcze nazwa jakiejś rezydencji.

– Elegancka nazwa – parsknął Bill z dezaprobatą.

Joe kontynuował swoją opowieść, teraz już z werwą, jakby go nakręcono.

– „Siedemdziesiąt cztery Culver Street to jest tuż za rogiem. Jak skończymy robotę, zaniesiemy to tam”, mówię do Billa. I naraz widzę, że coś zostało napisane na górze strony. „A to co?”, pytam Billa, a on bierze i czyta: „Ślepe myszki trzy... Gość musi być stuknięty”, powiada Bill i właśnie w tym momencie... Tak, to było dokładnie w tym momencie, panie inspektorze, słyszymy wrzask jakiejś kobiety: „Morderstwo!”, dwie ulice dalej.